W Lidlu absurdem było stanie w kolejce o dwudziestej trzeciej w odległości, kiedy zamiast chlebem wszyscy karmili się lękiem, w zakrytych twarzach i czujnych oczach czaił się jak czad, odczłowieczając tych, którzy ślepo w niego wierzyli jak ćmy za latarką.
W tym samym Lidlu jest półka, która jej przypomina o tym, jak on zadzwonił i że już i to oznaczało, że właśnie umarł ich pies, który się poddał i się z niego sypało jak z pilśniowego fotela. Nie pamięta, ile wtedy stała oparta o mieszanki krakowskie i różności z Wawelu, galaretki i te ciągnące się w nieskończoność do umycia zębów słodkości. I płakała w te sreberka i złotka i folijki, bo przecież nie ma psa, który tak bardzo jej ufał i oddał jej całe serce.
I jak znowu poszła do Lidla nie tylko za jakiś czas, tylko po chleb górski uzależniający, to znów wpadła jej łza do półki ze słodyczami, tej samej, która ją podparła po śmierci psa, co jest w tej półce, że właśnie wtedy się znalazła w tamtym momencie i w tamtym też, nie mogą czegoś przestawić, merchandising zmienić, tylko od lat te cukierki jak ściana płaczu naprzeciwko chleba. Zatem przypomniała sobie, jak szukała bułek najmiększych, aby zawieźć jej, tej starszej pani, która była niedostępna w większości i dla większości, ale dla niej czasem robiła okno pogodowe i można było wejść na szczyt jej towarzyskich możliwości. No więc jak już weszła do niej z serkiem z ziołami z Włoszczowej i taką miękką bułką, to była bogatsza o zazwyczaj niedostępny uśmiech. I wtedy właśnie, zahaczywszy oczami o te miękkie i zazwyczaj kupowane to jej się przypomniało, że nie ma już tych górnych zębów, które by tę bułkę zjadły i znowu oparła się o te cukierki. Nikt nie zapytał, co się stało, bo każdy był po swoje.
Trzeba się było wyhamować i przejść na drugą stronę, gdzie się już nie przypominało. Tak się uratowała.
