17 lip 2019

M 296 albo ślad:

Przygląda się sobie w tym lipcu i temu, co ją odciąga od wsunięcia się w te litery, może chrupkość czereśni, które turla się językiem, strzelając sokiem, jak białe kulki na krzaku, które się zrywało i rozdeptywało butem z apetycznym chrzęstem. Może trzeba było nareszcie przykleić plasterek księżyca, powiesić go na niebie, zrobić lunetę, kalejdoskop do podglądania, w którym można zobaczyć, że wyjechali trzymając się za ręce, w szaloną zieloność i cichość, najbardziej ze sobą i w sobie jak można. Cudownie było iść przez wygrzane, leniwe pola, a mijając te pracowite, podziwiać kilkanaście bocianów kroczących za traktorami zbierającymi trawę i spotkać się w miejscu, gdzie rzeka rozdziela niebo od ziemi szaroniebieską wstęgą, iść w piasku i kurzu, w sobie, jeść kwaśne porzeczki z pola, a potem leżeć pod kocem pijąc herbatę z pączkami róży i mierzyć się ze ścianą zieleni, kto silniejszy, jej chłonący wzrok czy ona. Dobrze jest obudzić się w nie swojej pościeli, kiedy za oknem świder ciszy wbija się tak mocno, że oddech staje się łomotem, a potem patrzeć, jak wraca on z biegania, zwiedzania krokami okolicy i z radością w brązowych oczach spada na nią jak niespodziewany, letni deszcz, dla którego rzuca się parasol w kąt i oddaje żywiołowi po czubki rzęs.  I czasem zamyśli ją, czy zostawi po sobie ślad i ile ich będzie, czy to błyszczyk Deborah w kolorze malwy na cienkim brzegu ostatniego, nie stłuczonego kieliszka do czerwonego wina, czy to będzie piżama, czy zdjęcia robione na szybko w pobiegowym szale. A może śladem będzie wspomnienie tego, jak przyrządzała jedzenie dla przyjaciół i bliskich, przez te wszystkie lata, a było ich dobre trzydzieści, jak odcedzała makaron w podkoszulce z braku sitka, jak potrafiła ugotować obiad ze światła w lodówce, jak chodząc po targu ciągnie się za nią welon pomysłów na obiady, przekąski i kolacje. Może zostanie po niej pisanie, chociaż zawsze mogą paść wszystkie serwery świata i wymażą się miliony napisanych liter i kto je powtórzy. Może gdzieś jeszcze ktoś trzyma listy przez nią pisane, wiersze, myśli układane w pionowy słupek, trzema kreskami słów szkicujące co tu i teraz. Może ktoś kiedyś przyjdzie z takim proszkiem i specjalnym światłem i poszuka jeszcze więcej śladów, bo może jest ich więcej niż tylko to, co sączy się z jej palców. Bałwochwalczo chciałaby mieć poczucie, że zostawia po sobie nie tylko dym na niebie jak po przelocie samolotu, jak kręgi na wodzie po rzuceniu kamykiem, jak wypadnięty i nie odkurzony włos, gdzieś w szczelinie szarej podłogi, jak spacer z przyjaciółmi, który bez zdjęć zaciera datę w pamięci i co się działo przed i po. Chciałaby.


30 cze 2019

M 295 albo jaśminu nie widzenie:

W ostatnią noc czerwcową, kiedy świerszcze robią żabom konkurencję, zastanawia się, co jej uciekło, a co nie przez ten miesiąc. Pomięła jaśmin, bo jakoś nie po drodze było jej wtulić się w pachnące, białe płatki, tam, gdzie zazwyczaj rośnie nic ją nie zaprowadziło, żaden powód, a tam gdzie jeździ lub biega, po prostu go nie ma. Zdarzało jej się powisieć w czasie, jak w przyjemnej, bliżej nieokreślonej toni, z nicnierobieniem na chwilę, na słuchanie tego, jak bije jej serce, w które miejsce wlewa się oddech, a w które trochę mniej. Przejechała jakieś miliony kilometrów, przyglądając się tylko, ile much  zrobiło cmentarz na szybie jej samochodu, jak podnosiło się i upadało słońce w ciężki od zmęczenia horyzont, w sieć jej zmrużonych rzęs. Znużona gdzieś w środku upalnego dnia, kiedy od liter oderwane palce musiały poleżeć w bezruchu na fioletowej kanapie, czuła, jak jego głos wbija się w jej kruchy sen jak łyżka w skorupkę jajka i trzeba potem wstać i strasznym wysiłkiem podnieść ciśnienie 88/53, podlać je respiratorem kawy i wsadzić się do samochodu, aby wykonać czynności bez użycia kory mózgowej oprócz przejazdu przez skrzyżowanie. Pominęła czytanie książek, ale od liter nie oderwana ani na moment, wyciąga rzęsy przyschniętym tuszem L'Oreal i nie może się zdecydować na kolejny, jakby to była kwestia nadrzędna, a w sumie jest, bo lubi takie jak pawi ogon, jak jego rozstawione palce rąk, jak przerośnięte już surfinie, no lubi takie. Nie spieszy się, bo się nie da, bo upał spowalnia tak, że nie można inaczej niż wolniej i rzadziej biegać, pić z pięć kaw dziennie, jeść bób, czereśnie, fasolkę i być sobie w sobie w pełni, w ostatnią noc czerwca, jej ulubionego miesiąca, bo wtedy jeszcze można kupić mamuta bez łyka, małe, przepyszne ziemniaki, pochrupać marchew szczerze młodą, skrócić noc do maksimum i po prostu się cieszyć, że kolejny czerwiec, wyżyty do minuty zostawił w niej tyle, chociaż zabrał jaśmin.


25 cze 2019

M 294 albo o bezsmaku:

Koniec czerwca zaczyna pachnieć lipami, róże kwitną jak nigdy i zieloność szaleje, chociaż i upał jak słoik naciska na fragment ziemi, na którym żyje. Być może trzysta kilometrów od niej, gdzieś w stronę ukraińskich bezdroży, zmarszczek gór lub zieloności Mazur jest jakiś inny słoik upalnego powietrza, może jeszcze bardziej dusznego. Dni pachnące olejkiem paczulowym i nieustającą stertą prasowania, wiecznie w niedoczasie, w ciśnieniu takim, że żyć się nie da, ma wrażenie, że przesuwa nogi, a nie chodzi, a jak zapada się w sen to tak głęboko, że można ją wywlec na drugą stronę i nic nie poczuje. Wieczory szyte rechotem żab, pachnące surfiniami, podlewane cydrem z ligoli, dobrońskim, lub półwytrawnym miłosławskim, chrupane sałatką z arbuza, fety, selera naciowego, rukoli, pieprzu, tymiankowej soli, octu balsamicznego i oliwy. Sama przyjemność po odwiedzinach restauracji, które serwują wegetariańskie ersatze, gdzie na stole króluje maggi, w kotlecie jaglanym oprócz kaszy jest posiekane jajko i szczątek pietruszki a to wszystko leży na warzywach, pośród których bałagani się marchewka z rosołu. W czasach, kiedy tajniki kuchni są maglowane wzdłuż i wszerz, które walą po oczach bardziej niż promocja na karkówkę i ceny benzyny, wciąż pojawia się wszechobecna frytura, bo lud jej żąda, więc skąpane w smażeninie muszą być kotlety, jajko poche zabite przez ilość octu i dosmażone w panierce, frytki z proszku i wszystko, co da się usmażyć, a jak pojawi się indywiduum nie jedzące mięsa, to może zjeść podwójne frytki z nieśmiertelnymi surówkami, bo wiedza o najprostszych choćby wegańskich kotletach jest mizerna jak trawa rosnąca na piasku w czterdziestostopniowym upale. Po co czerwcowe warzywa, skoro sezon na mrożonki trwa cały rok, wystarczy wyjąć i już, obrane, zblanszowane, brak roboty a klient głodny, to i tak zje. Straszne to jest, to propagowanie bylejakości i zapchajdziury, bo tak się je a może jednak nie wszyscy, a ona nie jest jak każda i nie będzie. I z rozkoszą potrafi docenić maleńkie płatki nagietka w cudownie świeżej i chrupiącej sałatce, kroplę oliwy truflowej, ścieg czarnuszki wpleciony w chleb, a nie pusty i suchy, wyjałowiony tost pszenny, który jest tylko do zapomnienia i zapchania luki o nazwie pieczywo. Nie, nie jest jej wszystko jedno, jedzenie bez serca i bez duszy nie dla niej. Wszystko musi być jakieś, bo wtedy tu i teraz jest do zapamiętania.




31 maj 2019

M 293:

Jak już przestało padać, wsączać się w ziemię, wilgotnieć, uciekać przed padadeszczem według małych nich, jak rozkwitło, zakumkało, zapachniało i poszło w maksymalną zieloność, jak ze maleńkich skrzypów zrobiły się choinki, jak się rozślimaczyły paprocie na długość, porosły osty i różne takie, które się ciężko wyrywa, to się zrobiło gorąco. A ona to się zatrzyma, to biegnie, zatrzyma nad przewracanym naleśnikiem, które zjedzą wszystkie natychmiast, nad warzywną orkiestrą, która codziennie gra dopasowując się do tego, na co mają ochotę. A potem biegnie najszybciej jak potrafi, jak w tunelu aerodynamicznym, a potem się cieszy, że mogła że jednak umiała. Ale coś za coś, nie ma, że nie boli, bo kolano daje upust swoim fochom, wymęczyła, za szybko dla niego, za dużo, za mocno i boli i spina się i nie chce współpracować ani po wstaniu ani przy siedzeniu, chociaż masuje, roluje nakłuwa dba. No tak ma, że na zewnątrz pięknie, a wewnątrz nie zawsze. Coś za coś. Spina tę codzienność tak, aby zawsze było jakoś, chociaż dni rozmazują się jak nos kota na szybie i nie wiem kiedy minął już maj, w którym ani razu nie powąchała konwalii a lewkonie widziała zduszone w folii w markecie. Tak się nie robi, podobnie, jak nie ucina się im korzeni, bo umierają tak szybko jak ostatnie godziny wieczoru, na siłę naciągane, że jeszcze może. A nie bardzo. Zapada się w ciężką noc, jakby ktoś ją rzucił na łóżko i nie wie, kiedy nagle staje się rano. Zaskakujące.

19 maj 2019

M 292 albo o codzienności:

Kipi w niej jak nasączona deszczem zieloność, przygląda się czerwonemu klonowi w ogrodzie, jak pochylił głowę z tej wilgoci, bo czegoś ma za dużo i ona też tak ma. To jest trochę jak chodzenie po linie, patrzy przed siebie, ale czasem kiwa ją na boki i kiedy właśnie ma spaść, to pojawia się coś, co nie pozwala, dmuchnie pod skrzydła i ona idzie sobie dalej. Skąd jej się ta energia bierze, to ona nie wie, bo zaczyna dzień od rozcierania szóstej dwadzieścia pod powiekami, rozganiając resztki poplątanych, zawsze filmowych snów, a potem te obrazy zostają dobite dwoma małymi ciałkami, jedno w piżamie w kościotrupa zawija się w jej nogach, drugie, o ciepłych, pulchnych stopkach każe naciągać kołdrę krzycząc przykryj. Całość trwa kilka chwil, bo potem trzeba przejść przez koncert jęczenia o kawałek kołdry, wycałować fragmenty wystające spod niej i udać się do pokoju, aby stoczyć batalię o dopasowanie spinki do wzoru na majtkach i sukience. Kiedy dom opustoszeje, ona przez chwilę wchłania to, co za oknem, a potem idzie w konieczności, które podpierają każdy dzień, składające się z liter nasączonych podwójnym ristretto z dobrej arabiki, z usuwania resztek dnia z wczoraj, z tego, aby dom był jasny i jak twierdza. I jak jego nie ma w południe i później, a potem stykają się przedramionami, ona prawą, on lewą stroną uda na fioletowej kanapie i nie tylko tym, to jej jest za mało jego, jakby ktoś nie dostarczył energii na czas a zasoby się wyczerpały. Piękne są takie drobiazgi, które zszywają dzień i pod którymi kładzie się wieczorem, nawet jeśli dzień do cna przeładowany jak mały wóz z wielkim sianem. A kiedy pełnia księżyca, okrągły plaster na niebie, przez który jesteśmy podglądani chciwie, wprawia ją w dziwny niepokój z tych obserwacji, najlepiej  rano pójść na spacer z psem i popatrzeć, co i gdzie kwitnie, jak pachnie fioletowy bez w ogrodzie, jak przekwitł pigwowiec i powoli pączkuje jaśmin. Czasami lepiej iść niż ciągle biegać, bo  wtedy wielu rzeczy się nie zauważy.



30 kwi 2019

M 291:

Jak biegła nad Bug pachnącą, wczesnowiosenną łąką, tak po prostu, na przełaj, to było absolutnie cudownie.  Rzeka poszarpana zaroślami i rosochatymi drzewami, krętą  linią wyznaczała gdzie wschód a gdzie nie. Bo tam, gdzie rosną pałace i dwory, gdzie się ocala i nie ocala od zapomnienia, gdzie zieloność taka, jak nigdzie indziej, to jest jej któraś podszewka, może jednak halka z jedwabiu z delikatnym angielskim haftem, kto zresztą dzisiaj nosi halki pod ubraniem, nikt... Gdzie się podziały czasy, kiedy prawie każdy umiał jeździć konno, a kobiety w damskim dosiadzie, jak tak galopować, w sukni, gorsecie, kapeluszu i rękawiczkach, dzisiaj rzadko kto w ogóle w nakryciach głowy chadza. Rozdarta pomiędzy międzyczasami, gdzieś z wpojonymi manierami sprzed wieków, które zanikają, bo się tak do końca nie da im hołdować, ma jakiś trzepot serca w miejscach, gdzie ocala się od zapomnienia to, co zostało sprzed stu lat. Pachnie wszystko wokół, rośnie ta wiosna, sypie płatkami kwiatów, zagląda łapczywie w ogrodową zieloność z fioletowej kanapy, z której ciągle stuka bo pisze. Podgląda, co się nosi i po co i z czym i przeniosła by się w czasy "Tygodnika Mód i Powieści" albo "Bluszczu". Albo francuskiego "Vogue'a". Bo ona kiedyś zamieni te swoje dresy z Insomni i dzianiny z Massimo Dutti na bycie bardziej chic. Bo teraz pantery, worki na jedno ramię to nie to co New Look Diora, chociaż nie da się za bardzo w tym iść na plac zabaw, chociaż do szafirowego automobilu wsiąść można, lekko naciskając gaz butem na niezbyt wysokiej szpilce, to akurat potrafi. Gdzie się podziały jedwabie, perkalowe sukienki i batystowe bluzki, wszędobylski poliester z akrylem zamienił świat w jeden wielki iskrzący sweter, którego nie ma ochoty nosić. Jeśli kaszmir i alpaka, to za miliony, podobnie jak jedwab czy merceryzowana bawełna. Jak tu się pogodzić, że wszystko jest z plastiku, zawiera cukier i nie jest na zawsze. Taki jej kwiecień. Materiałoznawczy i wspomnieniowy.

8 kwi 2019

M 290 albo guardian angel:

Przeszedł ten marzec niepiśmiennie, jak mogła tego nie zauważyć, jak. Bo kudłaty pies ma złamaną łapę a ten drugi, który był pierwszym świadkiem jej wielu radości i obaw, który utulał, rozumiał i kochał tak, ze bardziej nie można, odszedł za sprawą czarodziejskiej igły, która przeprowadziła go na drugą stronę w miejsce, gdzie już nie ma bólu, psiego cierpienia i oglądania pani, która bez przerwy płacze tuląc jego łeb z sypiącą się od śmierci sierścią. Więc po prostu nie mogła od tego dwudziestego siódmego marca, w dzień słoneczny, kiedy ziemia pachniała wzywając go do siebie, nie mogła pisać, postarać się o chociaż jedną kroplę słowa, bo wszystkie siły skierowała na łzy. A potem ją zabrało nad morze, rozjechała mapę nitką pociągu pachnącego toaletą i mydłem, zapachem z czasów, kiedy właściwie w pociągu mieszkała i wyciągała swoje truchło ostatnimi resztkami sił w czeluść taksówki, a potem topiła w wannie cały tydzień, zmęczona zmęczeniem zmęczeń. Od czasów bycia truchłem minęły lata świetlne, teraz żyje tak, że chyba bardziej nie można i robi wszystko, żeby się to nie przestało. Bo to tak jest, że od kiedy na jej drodze pojawił się on, to jest tak, jak ma być. Miłość jest wtedy, kiedy ona idzie nad morze i wie, że on jest tuz obok, i w rześki poranek i kiedy głaszcze delikatny piasek i kiedy je bajgla z jajkiem od kury zielononóżki z sosem aioli. Jest wtedy, kiedy leży w dużym łóżku na samym brzegu z przyzwyczajenia, bo on obok wejdzie pod kołdrę  również jej snu i będzie ją odkrywał palcami.  Jest wtedy, kiedy potrzeba podzielić myśl nawet przez przerywający telefon. Kiedy ona wie, że jest czas i rytm między nimi, jak fale, które są mniejsze i większe. Kiedy ma wrażenie, że pośród ludzi, których mija w tempie 5:46, słuchając ze Spotify Alternative 90's i przyspieszając na 5:31 w rytmie "Unfinished symphathy" Massive Attack, spotka jego brązowe oczy. Jest wtedy, kiedy on jest pięćset osiem kilometrów dalej i ona wie, że to nie jest daleko. I bardzo lubi wracać i sprawdzać, że nic się nie zmieniło, oprócz jej włosów pachnących nadmorskim wiatrem. Anioł stróż zawsze to wyczuje.


17 mar 2019

M 289 albo przedwiośnie:

Przez Lol Surprise, gumki do włosów, milion wydłubanych z czeluści nie wie czego plastików, karteczek, misiów, skarpetek, bo teraz trzeba na boso, bluzek do założenia jeszcze na raz, robi się bałagan i ona nie wie, czy istnieją jakieś domy, w których tego nie ma, czy też ona i on biegają co chwilę coś podnosząc, wycierając, układając, chowając, wyciągając i tak w kółko. Jakaś drażliwa jest, tą pachnącą, budzącą się wiosną, ale żeby dobrze poczuć jak pachnie las trzeba pozwiedzać kilometrami to i owo, chociaż niekoniecznie od razu dwadzieścia. Drażni ją to, że ludzie w sklepie wszystko pakują do foliowych torebek, jedno kiwi jedną cytrynę trzy jabłka jednego ogórka, bo przecież bezcenne czeluście ich jeszcze bardziej plastikowych toreb na pewno się pobrudzą a owoce i warzywa zgniotą na miazgę. Że ustawicznie słyszy tydzień czasu, miesiąc czasu, dobrze że nie dzień czasu ale godzina już owszem. Że ten tydzień, miesiąc i godzina są wyznaczane właśnie czasem, nie planem w kalendarzu, który tak naprawdę umownym jest. Drażni ją, że jakieś ciśnienie niskie i nic nie można, i po każdym bieganiu okropnie bolą ją piszczele, wolałaby sobie je zbić młotkiem do szarości byłoby tak samo. Ale lubi i biega, bo nie mam w niej granicy, że nie można, granicą jest jej ciało, lekko nadpsute przez rozmaite nie takie działania dawno temu i teraz to skutkuje i dlatego też raczej nigdy nie przebiegnie maratonu, zresztą nie czuje tego w żadnej części siebie i na pewno nie musi. Milion lat temu nie robiła sobie maseczki, chociaż ma ich z sześć, w tym ulubioną z miodem. Cieszy się, że nareszcie udało jej się dobrać takie coś do twarzy, które zdejmuje wiosenną szarość z twarzy i to jest podkład L'Essentiel Guerlain, który ma wszystko, co ona lubi i cała przyjemność po jego stronie, miękki, jedwabisty, świetlisty, mało kryjący, ale niebywale wygładzający i jeszcze jak nałoży go po nocnej randce z kremem Yonelle, to w ogóle jest bosko i uśmiecha na czas picia kawy, dwa razy ristretto i pianka na 18 sekund. I wiosna ta właśnie taka - stęskniona palcami, boląca tu i ówdzie, zamaskowana kosmetykiem, podziwiająca tulipany i smakująca zapach kawy, w wiecznym niedoczasie z tym, co powinna. Jest jak jest, nie ma co przyspieszać do  tempa 5:10, kiedy się nie może.


28 lut 2019

M 288:

Rozdeptała luty trochę Sauconami a trochę Brooksami na całe sto dwadzieścia dwa kilometry i ma z lekka dosyć, niech już będzie ten koniec marca, kiedy wreszcie nie będzie musiała zbijać sekund jak gorączki, bo trzeba tak, żeby potem sobie powiesić na szyi wieniec laurowy, że wyznaczyła sobie taki cel i oto jest. Gdzieś pomiędzy krokami majaczy las i zapach wiosny, ziemi nieśmiało trzymającej ramionami resztki zimy, czy to już się zacznie, czy jeszcze trzeba będzie poczekać i jakiś agonalny dźwięk mrozu skuje  na biało to, co już przytuliło się do ciepłego.  Koniec lutego to też jej urodziny, spokój i oczekiwanie na to, co będzie, cisza w środku, jak smak kremowego sosu z nerkowców, jak mascarpone roztapiające się na chrupkiej bezie z wyrwą na borówkę amerykańską, jak mleczna czekolada z Belgii w słoiku trzymana na czarną godzinę jak w latach jej dzieciństwa, kiedy coś słodkiego zza granicy leżało do czasów aż spleśniało, zmurszało i okryło się niesławą, bo szkoda było zjeść bo drugi raz mógł nie nastąpić. Więc jest w niej miękko jak w pierzynie u babci, leżąca na łóżku w ostatnim pokoju w amfiladzie, w którym zawsze było chłodno, tykał zegar i wisiało zdjęcie taty od komunii i to pamięta jakby to było wczoraj, ale tego pokoju już nie ma, bo dom babci już nie istnieje. 
Zanim on dojdzie do ich łóżka w sypialni, zanim go wciągnie cienkie światło sączące się z małej lampy, zanim pozamyka drzwi, psi sen, dźwięki w radiu, popstryka srebrnym kontaktem, to ona już śpi tak, że bardziej nie można, bo trafiła ją kula snu tak skutecznie, że wpadła w sen i się w nim utopiła. Zawsze na lewym boku, z gałęzią cienkiego nadgarstka powieszoną na kołdrze w paski, na samym brzegu łóżka, odpływa w swoje sny, zawsze barwne i duże i do zapamiętania rano.
Jest zatem dobrze, nie trzeba więcej, bo ma tyle, że dziękuje za to co jest w każdej minucie. Więc trzyma to jak dmuchawiec swoje spadochrony. Kiedyś może polecą i zasieją dalej i to też dobrze.


19 lut 2019

M 287:

Zagubiła się gdzieś pomiędzy spadającymi lutowymi dniami, jakoś tak zupełnie bez ładu i składu, nie pamięta, kiedy sobie robiła peeling, wciąż stawia na to samo serum The Ordinary z miedzią i krem z napisami po japońsku i nie ma weny na więcej, chociaż na półce więcej ma. Niby mieli urlop, ale nie od wszystkiego, bo od wszystkiego się nie da, ale głowa wciąż wciągnięta w echo wyrzutów sumienia, bo nie pisała konieczności, a potem, jak już musiała, to małe one chorowały na jej rękach i nie można było i kupa liter leży do rozładowania a jest tak rozmemłana, że nie jest w stanie w porę ich rozplątać jak powinna, zawsze ma opóźnienie, zawsze. Bo nagle szuka tego, co nie trzeba, bo on lubi drop 4 mm i takich butów do biegania jest mało i ona musi poszukać, czy na pewno. Świat stanął na dropie i trudno pisać, jak trzeba szukać. Jakoś jej niekonkretnie w niczym, jakby nie szła do przodu ani do tyłu, jakby coś miało smak, a zaraz je traciło, chociaż gotuje z rozmachem i dobrze, tak sobie miesza i doprawia, bawi się w kuchni, co uwielbia. Z pisaniem ma tak, jak z robieniem na szydełku, czasem słowa ułożą się w ścieg, ale trzeba je spruć i ułożyć na nowo, czasem wyjdą krzywo i wtedy trzeba jeszcze raz. Niekiedy jest ich tak dużo, że nie można o ani jedno więcej, tak, jakby jadło się wiele ulubionych rzeczy, na przykład sushi, a po przekroczeniu menisku wypukłego pojawiły by się california maki z pieczonym łososiem lub krewetką w tempurze albo sernik nowojorski, albo wirtuozerskie eklerki z takiej cukierni w Gdańsku i wtedy jest ten moment, że naprawdę nie można. Tak jak ze słowami.