23 wrz 2020

M 317:

Intensywnie jak podwójne espresso, jak słodycz wrześniowych malin tak pysznych, że trudno nie jeść ich nadmiernie, tak teraz ma, w tym pachnącym początku jesieni, kiedy po prostu wiadomo, że przyszła, bo lato jest inne. Nie miesza się w nim woń psa po deszczu z dymem, suchą trawą, dojrzałym kurzem, pierwszym porankiem, kiedy po zimnej zaporze pięciu stopni po dwóch godzinach nagle robi się dwadzieścia. Tak się dzieje tylko wczesną jesienią, kiedy śliwki węgierki grają marsza w słoikach, kiedy winorośl płonie po swojemu, kiedy wszędzie leżą stosy letnich ubrań, a dzień umiera tak szybko, że po osiemnastej nie ma co iść biegać do lasu bo tam wszystko zasypia szybciej. Kiedy na wielu chodnikach mija kulki owoców z niczyich drzew, leżą, pachną i włażą w buty i bardzo ich nikt nie chce. Intensywnie i zachłannie jej w nim, nim w jej, przepływają przez swoje palce, usta i jeszcze gdzie indziej, jakby weszli w kolejny wymiar siebie, w rytm, który lubią. Nie wiadomo jak będzie dalej, nawet jeśli wszędzie zostaną zgliszcza, jeśli dalej niż za ich płotem wszystko wywróci się do góry nogami, to oni zawsze na tym kawałku siebie, stojąc na zielonej, puchatej trawie w cieniu nieskromnego platana, jesienną nocą będą wkręcać gwiazdy , patrzeć, jak jesieni się ogród, pachnie dojrzewająca pigwa i będą sobie dla siebie w kawałku ich świata. Zamyśla się dużo i ma wrażenie, że czasem trochę świeci, zwłaszcza w ciemną stronę mocy, która jeszcze pokaże co potrafi. Ale i ona nie będzie dłużna.


 


31 sie 2020

M 316:

Jak się uzależni to koniec. Od jazzu, sączącej się nitki na Spotify, którą wyciąga jak tylko ma sposobność, od nowego radia, które w nowy sposób prezentuje świat i brzmi tak jak powinno, zwłaszcza w łakome godziny słuchania. Od miksu oliwek w Lidlu, bardzo lubi ich słoność rozgniataną na słodkawym, buraczanym hummusie, od masła orzechowego z miodem na uczciwym chlebie żytnim, od dobrej arabiki, której otwarty słoik może wąchać pół dnia, wpatrując się jak pająk za oknem koronkowo zamieszkuje pół prostokąta. Od olejku do mycia Sanctuary Spa, który otula tak, że można zużyć całą butelkę na raz, odkryty dawno temu na Wyspach, na szczęście cieszy teraz ją i tu. Od snu, może spać na lewym boku zabita postrzałem jednej chwili, kiedy Morfeusz wyłapuje ją wielkim sitkiem, wsadza do łodzi i wiezie na podszewkę nocy przez osiem godzin a to i tak jest krótko. Od wody wszędzie, w każdym aucie, przy stoliku jak śpi, w torebce, bez wody zasycha, wysycha, lepi się jej, nie może, musi. Od jego rąk i uważnych oczu, które gdzieś łowią ją w pół dnia, wieczorem, chciwie mniej lub bardziej, uwielbia. Od tego, że może się poruszać, truchtem spacerem krokiem, po różnych nawierzchniach, chrzęścić, szurać, iść bezszelestnie, doświadczać kałuż, wybitych zębów w krawężnikach, potykać się o korzenie, przewracać szafirowe żuczki na brzuch i zbierać ślimaki w bezpieczne dla nich miejsca. Od rytuałów, że jabłko musi być zawsze, teraz wczesnojesienne gryzą w zęby. Tego, że coś ją niesie, każe wsiąść, jechać i być w innym słońcu, innej trawie, patrzeć razem w inny horyzont nadpruty ściegiem ciemnozielonego lasu. Od bycia w kalejdoskopie sierpnia, będący wachlarzem miejsc, które odwiedzili. Uzależniła się od wyżywania każdej nitki, jaką pociągnie, nie ma trochę. I dobrze. Dobranoc, sierpniu.



 

 


24 sie 2020

M 315 albo o tym, że trudno bez 3:

Trzydzieści lat słuchania jednego radia poszło wniwecz, sobie gdzieś tam, roztopiło się w cichych głosach dziennikarskich miernot nie dorastających do naczyń włosowatych i aksonów pięt, w jakiś miałkich dźwiękach usiłujących być audycją, w czymś podpartym reklamami, wiadomościami i dżinglami, fastfoodowy kontent, nie mający nic wspólnego z tym, co było solą jej życia. Bo radio pomagało na wszystko, na trudne noce, na samotne wieczory, na kojarzenie emocji z daną muzyką, na nagrywanie audycji pana w płaszczu, sączącego muzykę dotykającą tak mocno, jak mało co później, na zapisywanie notowań jedynej w świecie listy. Radio było remedium na wszystko, jak plaster na każdy nastrój, drogę, ustawiało dzień, minutę, godzinę, było jak kroplówka sącząca to, co najbardziej lubi, określone dźwięki puszczane przez muzycznie nakreślonych ludzi i wspaniale było wybierać w tym szkicowniku, od HB do BB albo do węgla lub tłustej pasteli. I niestety, tego już nie ma, jest rozpaczliwie pusto, głosy sobie poszły, niektóre do znalezienia, inne już nie, i jak tak można, po prostu rozmontować coś, co było zawsze, jak aksjomat, jak mur chiński, jak sekwoja. I poszło sobie razem z drzewami z Mierzei Wiślanej i Białowieskiej Puszczy, poszło z kopytami koni na Podlasiu, z rozpruciem koronki z Koniakowa, przestało się jak wiele stałości w jej do tej pory stabilnym świecie. I ona, chociaż to jego urodziny, spędzone w silnych palcach jego rąk, w razem tak, że bardziej chyba nie można, w jazzowych sączeniach, w gwiazdach aż za dużych, tego po prostu nie chce. Bo nie da się już włączyć tego, czego nie ma i to jest najbardziej na świecie zwyczajny smutek, jakby umarł przyjaciel, który tyle lat szeptał jej do ucha.


31 lip 2020

M 314 albo na manowce:

Ona: zawsze razem, zawsze noga w nogę ruszają wspólnie w kierunku bliżej określonym z dozą przypadku. Bo za mostem nagle wyrastają drzewa tak duże jak im się nie śniło, koncert starych drzew prześciga się w podpieraniu wiekowych murów, pszenica rośnie w konkury z jęczmieniem i nagle w tym całym obrazie tkanym lekkim deszczem z jakiejś bramy wyrasta biała psina w brązowe łaty i biega z nimi przez osiem kilometrów nie reagując na nich tylko na nich jak mały psi anioł który chciał z nimi pobyć a potem odprowadza pod dom i trzeba tę więź boleśnie odciąć furtką i pójść dalej a ona nienormalna myśli że może ten pies spadł z nieba i powinien być z nimi na zawsze nie zważając na dwakoty i pięć godzin jazdy.

On: wstaje przesuwając granicę świtu, zakłada różne buty od New Balance ze skarpetkowym zapiętkiem po Saucony które dodają skrzydeł i biegnie rozbudzić las tam, gdzie rosną dwumetrowe paprocie nie zmącone niczym i nikim, gdzie jest prawie jak w Bolgheri, tylko zamiast cyprysów są brzozy, a zamiast cykad ptasie nawoływania.

Ona: musi mieś zawsze coś do ust, do nawilżania, smarowania, najważniejsze żeby było neutralne i skuteczne, bez zapachu, bo jak nie ubierze ust wystarczająco to wiatr je podrażni, poczuje się jak rozebrana, niepełna, niewygodnie jej, no lubi po prostu i już, nawet zlizać morską sól z nutą wazeliny ale najważniejsze, żeby było coś a nie nic. Więc z torebkach, takimś czymś w pasie, w wakacyjnej listonoszce z poprutym już paskiem, wysłużonym do podszewki, nosi zapasy i musi je mieć na szybkie wyciągnięcie palców. 

On: pięknie, że widzą tę samą zieleń, przesypują w trekingowych sandałach ten sam piach i omijają wielkie, zarosłozielone kałuże, że idą tam, gdzie nikt nie chodzi, gdzie trawy są tak specjalnie duże, żeby było coraz trudniej. Ile razem przeszli, zliczyć trudno, wciąż do przodu, nigdy statycznie, jakoś ich tak razem pcha, w ich rytmie, w tym, że nadal mogą. Ich cudne manowce, które znajdą nawet na ruchliwej ulicy, zawsze schowają się za jakiś kwiat paproci.


28 lip 2020

M 313 albo o nitkach:


Jakoś nie mogła wgryźć się w to lato, dopóki nie kupiła chrupiącego pirosa, który ma to do siebie, że jak poleży za długo to robi się obity i kartoflany i nie da się go zjeść, jak by sobie człowiek wyobrażał, że tak smakuje lato. Bo to lato jest tak zielone, bo deszczyło dużo. Jak pada, to kręcą się jej włosy, wkręcają w powtarzane kółka deszczu i to jest nie do przewidzenia, czy będą mniejsze czy większe, ale będą. Bo po wiekach całych panowania fryzury pixie nagle jej się zachciało być taką z lat trzydziestych ubiegłego stulecia, a wiele nie musi i dlatego te włosy stały się same takie, jakie po prostu ma. Czyli faliste. Bo ma tak w ogóle, że nie robi nic na siłę, nie ścina, nie przesadza, słucha tego, co w niej o wokół niej. Wierzy w nitki rzucone w świat  wracają są pojawiają się znienacka i celowo. Wypuszczane w najbardziej absurdalnych sytuacjach, wracają po latach, bo kiedyś, gdzieś splotły się na górskim szlaku, w liceum, na studiach, na kursie, o tam,  w sklepie, w poszukiwaniu maskotki dla małej jej, wirtualnie, po prostu i podpierają nowe, wypuszczone przez innych. Nitki jak liany, powrozy, przeskakujące niby przypadkiem, jak myśl, jak wrażenie, jak synapsa, z jednego krańca czyjegoś świata na drugi. I wtedy się dzieje, wtedy nitki plączą się w jedno zdarzenie i zadziwiają i odbiorcę i nadawcę, że tak być może, że można, że tyle osób nagle zna się i nie są to meteoryty, kiedy leży się na trawie w ogrodzie i patrzy w niebo podparte rzęsami tak duże jak półkule jej oczu, nie spadają i nie nikną, tylko są zadziwiająco trwałe, po których wspinają się kolejne zdarzenia. Gdzieś w tym nadmorskim lesie, po omszałej podłodze, wśród tylu nie zebranych jagód, w piasku pełnym patyków też wypuszcza swoje nitki, będą rosły na później. Bo najważniejsze to ich nie ucinać, żeby rosły, żeby były, umiały dalej, aż napotkają nowych właścicieli i powiążą kolejnych. Dlatego dobrze jest nie zamykać furtek, bram, drzwi, nie wieszać kłódek, nie pozwolić zamkom rdzewieć i gubić klucze, bo nigdy nie wiadomo, kiedy napotkany człowiek i jego nitka przyklei się i do nas, może być potrzebna innej osobie, zaszyje nas na zawsze tym, że będziemy o kimś pamiętać, czuć, być blisko, kiedy stanie się koniec świata a może on być kilka razy.


30 cze 2020

M 312:

czasami jest na sześćdziesiąt a czasami na sto procent że nie można oddychać blokuje krok leżenie myślenie obezwładnia i zastanawia dlaczego musiał się pojawić właśnie teraz kiedy powietrze gęste jak krupnik od zbyt dużej ilości kaszy bo zawsze wsypuje na oko a potem się dziwi że jej to oko nie wyszło bo jest duże i kaszy za dużo też. Dlaczego zatem ścina z nóg tak że musi sobie je przyciągać rękami zaciskając zęby bo skala podnosi się do dziesięciu i zastanawiające jest to że właśnie w tym jednym miejscu jest od zawsze może to lęk jakiś coś nie wyżytego coś co się pojawia nieoczekiwanie i od lat nie przestaje. I wtedy nie można wziąć małej jej na ręce i dostać kołem ratunkowym jej małych ramionek nie można iść na spacer bo trudno w ogóle chodzić nie można za długo siedzieć nic nie można odcedzić młodego bobu umyć chrupkich czereśni przenieść garnka z czymkolwiek co pachnie jedzeniem nie można po prostu nie da się. Ani posiedzieć w krystalicznym poburzowym powietrzu ani podnieść ucięte gałęzie bez problemu usiąść na twardym ogrodowym krześle odgonić gwałtownie muchę pobyć w końcu czerwca odeprzeć atak całującego psa popatrzeć w delikatne słońce pobyć po prostu i prosto nie zgięta w paragraf nie wspinając się na wielką górę tego czego od czasu do czasu doświadcza i jest za duże.
Bólu.




22 cze 2020

M 311 albo o za mokro:

Deszczy tak, że bardziej nie można, co chwila przekręca się kurek z prysznicem i to tak sążnistym, jak nie w czerwcu a kiedyś w lipcu. Pamięta obozy harcerskie, kiedy przez trzy tygodnie chodziło się w wilgotnych ubraniach, nic nie schło, a sznury nie dopranych skarpetek wisiały równolegle z koralami z grzybów, które tuż przed wyjazdem nagle robiły się w dziurki i w robaki. Pod ochroną były gitary, misternie chronione przed wilgocią, a poły namiotu raz po raz stukało się patykiem, aby wypluły zebraną deszczówkę na okopany szlaczek z ziemi. Jakoś nie przeszkadzały meszki włażące do oczu, spray na komary był raczej luksusem, za to każdego wieczoru liczyło się ugryzienia na nogach, zanim zasnęły udeptane w wielkim, prostokątnym i ciężkim śpiworze rozpostartym na płócienno-drewnianej kanadyjce z niezmiennym piaskiem pod gumowym materacem. W tym deszczu sążnistym stało się na warcie, ona zazwyczaj od drugiej do czwartej, wypity naparstek snu wystarczał na cały długi dzień i ona nie wie jak tak mogła ale dawała radę. A teraz ta wielka wilgoć zadeszcza ogród rosnący w opętaniu, ciężkie kołdry chmur trzepią burzą i tego jest za dużo,  obfitość tak wielka, że trudno pomieścić te całe łąki maków jak nigdy, wilgotny jaśmin jak nigdy, pachnący las, który się powiększył i urósł jak zaczarowany, paprocie z rozwiniętymi skrzydłami na ponad metr, drzewa, które wysiały wszędzie swoje dzieci w takim nadmiarze, że nie da rady wszystkie wychować, za dużo, za soczyście, za mokro. Ciekawe, że nie posiada kaloszy. Że zawsze przemknie pomiędzy i jak zamoczy, to nawet miło, bo od dzisiaj jest lato. I że dawno nie była w literach, bo póki co, ważniejszy był zapach wszystkiego na zewnątrz. W ogóle bardziej tam niż tu.


28 maj 2020

M 310 albo o wdzięczności:

Schyłek dość zimnego maja zachłysnął zielenią, trawą po kolana, kwitnącymi rododendronami i azaliami, które jeszcze z lekka kuśtykając wypuszczają  to, co stworzone do podziwiania, aż przyjdzie wielkie słońce i wypali wszystko tak, że bardziej nie można. Ma ona oczy w jakimś mokrym miejscu, bo ciągle ją coś wzrusza, łapie gdzieś tu wysoko prawie do brody i nie puszcza. Bo z jednej strony robi się jej rewers wdzięczności a z drugiej awers wzruszenia i ta moneta spada różnie, w zależności od tego, co się właśnie wydarzy. Kiedy deszcz podnosi pochylone głowy kwiatów s słońce patrzy im w oczy mówiąc że już będzie dobrze to też jest wdzięczność za rytm od wieków ten sam, a tej wiosny wszystko jest jakieś duże, okazałe, kwieciste, wybujałe nad wyraz tak, jak od kilku lat nie było. Rododendrony pokazały co mają najpiękniejszego, kuśtykające do tej pory azalie odrzuciły swoje kule by iść kwieciście i jak należy bez podparcia, jedynie parasol platana uległ zimnej Zośce i stulił pierwsze listki nieśmiało produkując nowe, bo żyć przecież trzeba, nie ma innego wyjścia, nie umiera się wiosną. Wyciągnęły się omszałe pięści maków, wygrażając, że jeszcze nie wystawiły czerwonych języków, lada chwila i zwariuje, robiąc im wiele zdjęć kiedy pękną.
Jest w niej jakaś wdzięczność, za tę zieleń, wzrusza się zapachem podarowanej chałki, bo nie jest zrobiona z mąki, masła, drożdży i jajek a z wielkiego serca, a od tego się nie tyje bo serce nie ma kalorii. Wzrusza się, patrząc na kocie jing i jang i jak to tak, zrobić im zdjęcie a potem się popłakać że jest taka miłość po prostu, jak można czuć gulę i podkowę na ustach ze zdjęcia powodu, z chałki, z wiosny, z zapachu ziemi, z miłości w psich oczach, z tego, że dostała w prezencie rzodkiewki z ogrodu, chrupiące, odpowiednio piekące, z białą dupką z ogonkiem. Bo tyle jest tego tak po prostu, że tylko sięgnąć i być z tym i w tym. Chyba szczęście.




30 kwi 2020

M 309 albo o nocy w bloku:

Wyssała się ze słów ale napłynęły nowe, bo zatrzymała się pachnącą, prawiemajową nocą na chwilę, nocą która rozłożyła skrzydła między blokami i powiesiła między nimi korale rozmów, świateł, ciekawości ogólnoblokowej która ją zawsze wciągała. Co jedzą na kolację, czy kiełbasę z patelni z cebulą, czy kanapki z serem pseudogouda czy holenderskim ementalerem, z pomidorem czy pryskanych ogórkiem żeby rano obudzić się z wysypką, że świat się kończy bo wszystko to chemia a kiedyś to były inne, a ni erzatz. Czy oglądają wiadomości czy coś innego a może w ogóle nie mają szyb niebieskich od telewizorów. Jak pachnie w klatce schodowej i dlaczego to się w ogóle nazywa klatka skoro ma tylko kilka prętów pod poręczą, niekiedy jeszcze z niebieskiego lub zielonego plastiku. Ile dzieci wisiało na placu zabaw, chociaż nie wolno, o czym skwapliwie huczy pan w telewizorze, który jest sztywny jak drewniany wibrator. Zachwycająca była ta noc, pachnąca miastem, czysta, oczyszczona z krzyków, dziwnych zapachów, cicha, z małymi gwiazdami stłumionymi przez latarnie. Wróciwszy do domu szafirowym samochodem, który płynie i mruczy, noc się zwiększyła, rozwijając niebo usiane gwiazdami, z nieśmiertelnie niezmiennym gwiazdozbiorem Oriona, który łowi jej wzrok w sekundę. Nadziana na sierp księżyca, który cofa się w kierunku niebycia, patrzy na jej niebo, pachnące świeżą zielenią posypaną pierwszymi listkami i jest jej dobrze, bo można zamyślić się za płotem na chwilę. W codziennej powodzi gdzie za dużo jest wszystkiego taka noc jest bezcenna, tużprzedmajowa, jak obietnica samego dobrego, które w przyrodzie teraz nastanie. I żeby jeszcze był deszcz, który zapomniał już, że odwiedził trawniki, dachy i chodniki zaledwie wczoraj.


8 kwi 2020

M 308:

Bardzo trudno jest odsunąć wieko tak ciężkich jak grobowiec snów, rano ledwo kojarzy, jaki jest dzień bo wszystkie są takie same, wykrojone najpierw prostokątem okna, potem łapaniem nitek świadomości, że trzeba bo jest w okolicach siódmej, potem odparcie ataku ich małych dwóch, psa i kota i dopiero wtedy można. Im bardziej jej mózg przestawia się na poczucie dnia, tym trudniej wstać, właściwie to niemożliwe po dawce fantasmagorii nocnych. Sny oblepiające jak błoto, w których nie może złapać oddechu, jak wdychanie kisielu a nie powietrza, jak dźwiganie czegoś ponad siły, bo budzi się i boli ją całe ciało. Są ciężkie jak duch rzeki przed kąpielą ze "Spirited away", jak jedzący kamienie z "Never Ending Story", męczące jak pogoń Katli za koniem w "Braciach Lwie serce".  Znieruchomiała po nocy, najpierw usiłuje poruszać rękami, sprawdzić, co ma a czego nie a to niewyspanie jest tak duże, jak zakaz wychodzenia gdziekolwiek teraz. Może dlatego, że za dnia włącza tryb odkurzacza, ścierki, mopa do powierzchni płaskich, kucharki, zmywarki, zaopatrzeniowca, ustawiacza, płynu do czyszczenia toalet, zlewów, żelazka i robota wielofunkcyjnego i nie jest nim thermomix tylko bardziej robot planetarny. Może dlatego, że nie wytwarza obrazów na zewnątrz, częściej sącząc pisanie, bo ma jakieś wolniejsze ruchy. Że dawno nie zrobiła sobie peelingu do twarzy, chociaż każdego dopołudnia robi sobie apetyczną obietnicę wieczoru, po której zostaje jej powtórzenie na kolejny i następny wieczór, bo dzieje się nic albo coś innego niż być miało. Być może przepycha ciężkie komody myśli każdej nocy i dlatego rano budzi się spocona, jakby brakowało jej życia w porannym życiu najbardziej. Bo jak się zmęczy w odpoczywaniu, to jak ma odpocząć, mózg wrzuca szósty bieg i nie pozwala zwolnić. Dlatego nie lubi poranków, bo są nie do uniesienia przez resztę dnia, chociaż to wieko grobowca niewyspania odsuwa kawą, słońcem, jaskrami, bratkami, kwitnącą mirabelką, najazdem małych rąk i nóg, jego brunecim okiem, wszystkim czym można na tu i teraz. Niemniej ciężko.