19 maj 2019

M 292 albo o codzienności:

Kipi w niej jak nasączona deszczem zieloność, przygląda się czerwonemu klonowi w ogrodzie, jak pochylił głowę z tej wilgoci, bo czegoś ma za dużo i ona też tak ma. To jest trochę jak chodzenie po linie, patrzy przed siebie, ale czasem kiwa ją na boki i kiedy właśnie ma spaść, to pojawia się coś, co nie pozwala, dmuchnie pod skrzydła i ona idzie sobie dalej. Skąd jej się ta energia bierze, to ona nie wie, bo zaczyna dzień od rozcierania szóstej dwadzieścia pod powiekami, rozganiając resztki poplątanych, zawsze filmowych snów, a potem te obrazy zostają dobite dwoma małymi ciałkami, jedno w piżamie w kościotrupa zawija się w jej nogach, drugie, o ciepłych, pulchnych stopkach każe naciągać kołdrę krzycząc przykryj. Całość trwa kilka chwil, bo potem trzeba przejść przez koncert jęczenia o kawałek kołdry, wycałować fragmenty wystające spod niej i udać się do pokoju, aby stoczyć batalię o dopasowanie spinki do wzoru na majtkach i sukience. Kiedy dom opustoszeje, ona przez chwilę wchłania to, co za oknem, a potem idzie w konieczności, które podpierają każdy dzień, składające się z liter nasączonych podwójnym ristretto z dobrej arabiki, z usuwania resztek dnia z wczoraj, z tego, aby dom był jasny i jak twierdza. I jak jego nie ma w południe i później, a potem stykają się przedramionami, ona prawą, on lewą stroną uda na fioletowej kanapie i nie tylko tym, to jej jest za mało jego, jakby ktoś nie dostarczył energii na czas a zasoby się wyczerpały. Piękne są takie drobiazgi, które zszywają dzień i pod którymi kładzie się wieczorem, nawet jeśli dzień do cna przeładowany jak mały wóz z wielkim sianem. A kiedy pełnia księżyca, okrągły plaster na niebie, przez który jesteśmy podglądani chciwie, wprawia ją w dziwny niepokój z tych obserwacji, najlepiej  rano pójść na spacer z psem i popatrzeć, co i gdzie kwitnie, jak pachnie fioletowy bez w ogrodzie, jak przekwitł pigwowiec i powoli pączkuje jaśmin. Czasami lepiej iść niż ciągle biegać, bo  wtedy wielu rzeczy się nie zauważy.



30 kwi 2019

M 291:

Jak biegła nad Bug pachnącą, wczesnowiosenną łąką, tak po prostu, na przełaj, to było absolutnie cudownie.  Rzeka poszarpana zaroślami i rosochatymi drzewami, krętą  linią wyznaczała gdzie wschód a gdzie nie. Bo tam, gdzie rosną pałace i dwory, gdzie się ocala i nie ocala od zapomnienia, gdzie zieloność taka, jak nigdzie indziej, to jest jej któraś podszewka, może jednak halka z jedwabiu z delikatnym angielskim haftem, kto zresztą dzisiaj nosi halki pod ubraniem, nikt... Gdzie się podziały czasy, kiedy prawie każdy umiał jeździć konno, a kobiety w damskim dosiadzie, jak tak galopować, w sukni, gorsecie, kapeluszu i rękawiczkach, dzisiaj rzadko kto w ogóle w nakryciach głowy chadza. Rozdarta pomiędzy międzyczasami, gdzieś z wpojonymi manierami sprzed wieków, które zanikają, bo się tak do końca nie da im hołdować, ma jakiś trzepot serca w miejscach, gdzie ocala się od zapomnienia to, co zostało sprzed stu lat. Pachnie wszystko wokół, rośnie ta wiosna, sypie płatkami kwiatów, zagląda łapczywie w ogrodową zieloność z fioletowej kanapy, z której ciągle stuka bo pisze. Podgląda, co się nosi i po co i z czym i przeniosła by się w czasy "Tygodnika Mód i Powieści" albo "Bluszczu". Albo francuskiego "Vogue'a". Bo ona kiedyś zamieni te swoje dresy z Insomni i dzianiny z Massimo Dutti na bycie bardziej chic. Bo teraz pantery, worki na jedno ramię to nie to co New Look Diora, chociaż nie da się za bardzo w tym iść na plac zabaw, chociaż do szafirowego automobilu wsiąść można, lekko naciskając gaz butem na niezbyt wysokiej szpilce, to akurat potrafi. Gdzie się podziały jedwabie, perkalowe sukienki i batystowe bluzki, wszędobylski poliester z akrylem zamienił świat w jeden wielki iskrzący sweter, którego nie ma ochoty nosić. Jeśli kaszmir i alpaka, to za miliony, podobnie jak jedwab czy merceryzowana bawełna. Jak tu się pogodzić, że wszystko jest z plastiku, zawiera cukier i nie jest na zawsze. Taki jej kwiecień. Materiałoznawczy i wspomnieniowy.

8 kwi 2019

M 290 albo guardian angel:

Przeszedł ten marzec niepiśmiennie, jak mogła tego nie zauważyć, jak. Bo kudłaty pies ma złamaną łapę a ten drugi, który był pierwszym świadkiem jej wielu radości i obaw, który utulał, rozumiał i kochał tak, ze bardziej nie można, odszedł za sprawą czarodziejskiej igły, która przeprowadziła go na drugą stronę w miejsce, gdzie już nie ma bólu, psiego cierpienia i oglądania pani, która bez przerwy płacze tuląc jego łeb z sypiącą się od śmierci sierścią. Więc po prostu nie mogła od tego dwudziestego siódmego marca, w dzień słoneczny, kiedy ziemia pachniała wzywając go do siebie, nie mogła pisać, postarać się o chociaż jedną kroplę słowa, bo wszystkie siły skierowała na łzy. A potem ją zabrało nad morze, rozjechała mapę nitką pociągu pachnącego toaletą i mydłem, zapachem z czasów, kiedy właściwie w pociągu mieszkała i wyciągała swoje truchło ostatnimi resztkami sił w czeluść taksówki, a potem topiła w wannie cały tydzień, zmęczona zmęczeniem zmęczeń. Od czasów bycia truchłem minęły lata świetlne, teraz żyje tak, że chyba bardziej nie można i robi wszystko, żeby się to nie przestało. Bo to tak jest, że od kiedy na jej drodze pojawił się on, to jest tak, jak ma być. Miłość jest wtedy, kiedy ona idzie nad morze i wie, że on jest tuz obok, i w rześki poranek i kiedy głaszcze delikatny piasek i kiedy je bajgla z jajkiem od kury zielononóżki z sosem aioli. Jest wtedy, kiedy leży w dużym łóżku na samym brzegu z przyzwyczajenia, bo on obok wejdzie pod kołdrę  również jej snu i będzie ją odkrywał palcami.  Jest wtedy, kiedy potrzeba podzielić myśl nawet przez przerywający telefon. Kiedy ona wie, że jest czas i rytm między nimi, jak fale, które są mniejsze i większe. Kiedy ma wrażenie, że pośród ludzi, których mija w tempie 5:46, słuchając ze Spotify Alternative 90's i przyspieszając na 5:31 w rytmie "Unfinished symphathy" Massive Attack, spotka jego brązowe oczy. Jest wtedy, kiedy on jest pięćset osiem kilometrów dalej i ona wie, że to nie jest daleko. I bardzo lubi wracać i sprawdzać, że nic się nie zmieniło, oprócz jej włosów pachnących nadmorskim wiatrem. Anioł stróż zawsze to wyczuje.


17 mar 2019

M 289 albo przedwiośnie:

Przez Lol Surprise, gumki do włosów, milion wydłubanych z czeluści nie wie czego plastików, karteczek, misiów, skarpetek, bo teraz trzeba na boso, bluzek do założenia jeszcze na raz, robi się bałagan i ona nie wie, czy istnieją jakieś domy, w których tego nie ma, czy też ona i on biegają co chwilę coś podnosząc, wycierając, układając, chowając, wyciągając i tak w kółko. Jakaś drażliwa jest, tą pachnącą, budzącą się wiosną, ale żeby dobrze poczuć jak pachnie las trzeba pozwiedzać kilometrami to i owo, chociaż niekoniecznie od razu dwadzieścia. Drażni ją to, że ludzie w sklepie wszystko pakują do foliowych torebek, jedno kiwi jedną cytrynę trzy jabłka jednego ogórka, bo przecież bezcenne czeluście ich jeszcze bardziej plastikowych toreb na pewno się pobrudzą a owoce i warzywa zgniotą na miazgę. Że ustawicznie słyszy tydzień czasu, miesiąc czasu, dobrze że nie dzień czasu ale godzina już owszem. Że ten tydzień, miesiąc i godzina są wyznaczane właśnie czasem, nie planem w kalendarzu, który tak naprawdę umownym jest. Drażni ją, że jakieś ciśnienie niskie i nic nie można, i po każdym bieganiu okropnie bolą ją piszczele, wolałaby sobie je zbić młotkiem do szarości byłoby tak samo. Ale lubi i biega, bo nie mam w niej granicy, że nie można, granicą jest jej ciało, lekko nadpsute przez rozmaite nie takie działania dawno temu i teraz to skutkuje i dlatego też raczej nigdy nie przebiegnie maratonu, zresztą nie czuje tego w żadnej części siebie i na pewno nie musi. Milion lat temu nie robiła sobie maseczki, chociaż ma ich z sześć, w tym ulubioną z miodem. Cieszy się, że nareszcie udało jej się dobrać takie coś do twarzy, które zdejmuje wiosenną szarość z twarzy i to jest podkład L'Essentiel Guerlain, który ma wszystko, co ona lubi i cała przyjemność po jego stronie, miękki, jedwabisty, świetlisty, mało kryjący, ale niebywale wygładzający i jeszcze jak nałoży go po nocnej randce z kremem Yonelle, to w ogóle jest bosko i uśmiecha na czas picia kawy, dwa razy ristretto i pianka na 18 sekund. I wiosna ta właśnie taka - stęskniona palcami, boląca tu i ówdzie, zamaskowana kosmetykiem, podziwiająca tulipany i smakująca zapach kawy, w wiecznym niedoczasie z tym, co powinna. Jest jak jest, nie ma co przyspieszać do  tempa 5:10, kiedy się nie może.


28 lut 2019

M 288:

Rozdeptała luty trochę Sauconami a trochę Brooksami na całe sto dwadzieścia dwa kilometry i ma z lekka dosyć, niech już będzie ten koniec marca, kiedy wreszcie nie będzie musiała zbijać sekund jak gorączki, bo trzeba tak, żeby potem sobie powiesić na szyi wieniec laurowy, że wyznaczyła sobie taki cel i oto jest. Gdzieś pomiędzy krokami majaczy las i zapach wiosny, ziemi nieśmiało trzymającej ramionami resztki zimy, czy to już się zacznie, czy jeszcze trzeba będzie poczekać i jakiś agonalny dźwięk mrozu skuje  na biało to, co już przytuliło się do ciepłego.  Koniec lutego to też jej urodziny, spokój i oczekiwanie na to, co będzie, cisza w środku, jak smak kremowego sosu z nerkowców, jak mascarpone roztapiające się na chrupkiej bezie z wyrwą na borówkę amerykańską, jak mleczna czekolada z Belgii w słoiku trzymana na czarną godzinę jak w latach jej dzieciństwa, kiedy coś słodkiego zza granicy leżało do czasów aż spleśniało, zmurszało i okryło się niesławą, bo szkoda było zjeść bo drugi raz mógł nie nastąpić. Więc jest w niej miękko jak w pierzynie u babci, leżąca na łóżku w ostatnim pokoju w amfiladzie, w którym zawsze było chłodno, tykał zegar i wisiało zdjęcie taty od komunii i to pamięta jakby to było wczoraj, ale tego pokoju już nie ma, bo dom babci już nie istnieje. 
Zanim on dojdzie do ich łóżka w sypialni, zanim go wciągnie cienkie światło sączące się z małej lampy, zanim pozamyka drzwi, psi sen, dźwięki w radiu, popstryka srebrnym kontaktem, to ona już śpi tak, że bardziej nie można, bo trafiła ją kula snu tak skutecznie, że wpadła w sen i się w nim utopiła. Zawsze na lewym boku, z gałęzią cienkiego nadgarstka powieszoną na kołdrze w paski, na samym brzegu łóżka, odpływa w swoje sny, zawsze barwne i duże i do zapamiętania rano.
Jest zatem dobrze, nie trzeba więcej, bo ma tyle, że dziękuje za to co jest w każdej minucie. Więc trzyma to jak dmuchawiec swoje spadochrony. Kiedyś może polecą i zasieją dalej i to też dobrze.


19 lut 2019

M 287:

Zagubiła się gdzieś pomiędzy spadającymi lutowymi dniami, jakoś tak zupełnie bez ładu i składu, nie pamięta, kiedy sobie robiła peeling, wciąż stawia na to samo serum The Ordinary z miedzią i krem z napisami po japońsku i nie ma weny na więcej, chociaż na półce więcej ma. Niby mieli urlop, ale nie od wszystkiego, bo od wszystkiego się nie da, ale głowa wciąż wciągnięta w echo wyrzutów sumienia, bo nie pisała konieczności, a potem, jak już musiała, to małe one chorowały na jej rękach i nie można było i kupa liter leży do rozładowania a jest tak rozmemłana, że nie jest w stanie w porę ich rozplątać jak powinna, zawsze ma opóźnienie, zawsze. Bo nagle szuka tego, co nie trzeba, bo on lubi drop 4 mm i takich butów do biegania jest mało i ona musi poszukać, czy na pewno. Świat stanął na dropie i trudno pisać, jak trzeba szukać. Jakoś jej niekonkretnie w niczym, jakby nie szła do przodu ani do tyłu, jakby coś miało smak, a zaraz je traciło, chociaż gotuje z rozmachem i dobrze, tak sobie miesza i doprawia, bawi się w kuchni, co uwielbia. Z pisaniem ma tak, jak z robieniem na szydełku, czasem słowa ułożą się w ścieg, ale trzeba je spruć i ułożyć na nowo, czasem wyjdą krzywo i wtedy trzeba jeszcze raz. Niekiedy jest ich tak dużo, że nie można o ani jedno więcej, tak, jakby jadło się wiele ulubionych rzeczy, na przykład sushi, a po przekroczeniu menisku wypukłego pojawiły by się california maki z pieczonym łososiem lub krewetką w tempurze albo sernik nowojorski, albo wirtuozerskie eklerki z takiej cukierni w Gdańsku i wtedy jest ten moment, że naprawdę nie można. Tak jak ze słowami.

31 sty 2019

M 286 albo najgorzej:


Najgorzej jest zacząć ze wszystkim, począwszy od rana, kiedy trzeba strząsnąć z lewego boku ciężki sen, bo na prawym nie siedzi, a potem wypłukać jego resztki wodą z cytryną ze szklanki stojącej na radiu po dziadku. Najgorzej jest zjeść śniadanie z automatu a nie z serca, bo to z serca to wymaga więcej czasu a czasami jej się nie chce uruchamiać niczego poza dwukrotnym wciśnięciem ristretto i mlecznej pianki na czternaście sekund w ekspresie Jura Ena 8 i cudem czekać na kawę bo trzeba dolać wody, przepłukać tackę, wyrzucić fusy, przepłukać system do mleka, odkamienić i wyczyścić i zanim doczeka się tej kawy to uśnie. Najgorzej to nie wymyślić niczego  do zapamiętania poza dwiema kromkami żytniego chleba z serem i miodem. Ma dni, że wkurza ją wszystko i wcale nie chce być miła i dowala komentarze tu i ówdzie i to też jest ona, tak wrzeszcząca na kogoś, kto idzie za wolno, na kogoś, kto pisze bzdury i one się potem przyklejają do oka jak paproch od wyschniętego tuszu, jest czasem cały dzień. Wkurza ją, że w łazience coś śmierdzi i nie może znaleźć tego czegoś pomimo psikania, płukania, wieszania, wietrzenia i szukania po raz wtóry i że woda ciągle cieknie i jak się kranu nie przekręci w prawo to piszczy tak jak Dakota Fanning w filmie "Wojna światów".  Najgorzej jest zacząć wyciągać naczynia ze zmywarki ruchem jednostajnie przyspieszonym ale nie pamięta na to wzoru bo zawsze miała ledwie trójkę z fizyki bo jest ściśleumysłowo upośledzona. Najgorzej jest wysiąść z samochodu i zacząć biegać, wcisnąć 5:58 między szczękające zęby i nie jęczeć, że te kółka wokół zalewu w Wąchocku są takie duże i wyglądają jak odwrócona gumka od cebuli dymki w folii. Najgorzej jest wyłuskać cenną chwilę w ciągu dnia a potem pojechać do sklepu i kupić wszystko to, co jest pomiędzy a nie najważniejsze i jeszcze się nawściekać, że ludzie kilka razy wykręcają samochód na lewą stronę, zamiast na prawą a wystarczy pomyśleć, że tamtędy też się zjedzie. Najgorzej jest przysypać się koniecznościami jak nadmiarem folii bąbelkowej w przesyłce, można się zastrzelić i udusić prawie jednocześnie. Najgorzej jest być śpiącym tak, że ledwo się trafia w miękką piżamę z Oysho, która wynagradza ten  stan a w lustrze przez pół godziny zmywać z oczu tusz Bourjois, który wiesza firanki, ale zmywa się długo i tłusto. A czasu nie ma, jest, ale zanim dojdzie do łóżka i położy się na lewym boku to już zaplącze się w sen, w którym zapomniała, jak się lata. A potem się nie wyśpi. Też najgorzej.

22 sty 2019

M 285 albo jak pachnie tu i teraz:

Nie pamięta, kiedy używała cieni do powiek, a kiedyś bez cienia nie było jej oczu. Dzisiaj cienie ma pod, czasami zduszone korektorem Max Factor, wokół podeptane śmiechem ścieżki, zaczynające płynąć aż do skroni. Pamięta, że dziesięć lat temu używała Vitalumiere Chanel i Pamplelune Guerlaina, zapach, który musi mieć zawsze a teraz nie ma, więc nie ma nic na zawsze. Tak samo lubiła zapach mielonej kawy i siarki jak się zapala zapałkę, rozmarzniętej wiosną ziemi i pomidorów tuż przy zielonym ogonku. Pamięta jak pachniał pies babci i wnętrze jej drugiego samochodu, niezwykły zapach paczuli, nie do odtworzenia. Gdzieś przepycha te zapachy przez cały dzień, od samego rana, kiedy wtula nos w ich małe szyje a potem i w jego pachnącą Bottega Veneta. Zapach ten zostaje gdzieś na krawędzi nosa przez całe przedpołudnie i nie zmąci go nawet arabika cudownie rozgryzana ekspresem Jura. Litery nie spływały, bo nie mogły, bo obezwładniona tym, co się dzieje na zewnątrz, musiała z całej siły trzymać się krawędzi siebie, żeby nie wpaść jak we śnie. Bo śniło jej się, że siedzi w długiej sukience na krawędzi szerokiego parapetu wypełnionego spokojną, dość czystą wodą i nagle odchyliła się do tyłu, chcąc lekko powisieć na krawędzi i nagle wpadła do tej wody, lecąc plecami w dół i w dół zimnej toni i woda zaklejała jej usta ale mimo to oddychała i ktoś w tym śnie powiedział, że jeszcze nie czas, taki kształt wody jakiś i wtedy się obudziła. Bo ona jedno skończyła i znów zaczyna kolejne i to niezmiernie cieszy. Dziesięć lat temu nie wiedziała gdzie jest, w jakimś miejscu w Krakowie, a przed nią było tak dużo, że nie wie, jak to w sobie zmieściła, a dało się. Jakby skoczyła w tę wielką toń i dała radę nie utopić się w tym, co było potem. Księżyc ją poplątał, konieczności słowne odsunęły od tego, co najbardziej jej, ale wszystko płynie w swoim rytmie jak ostatnie pięćdziesiąt osiem czterdzieści osiem na dziesięć kilometrów. Jest jak jest na tu i teraz. I pachnie For Her Narcisio Rodriguez, róża, gardenia, piżmo, przyprawione cedrem i wetiwerem, ale z chęcią wróciłaby do swoim pierwszych perfum Dune Diora, cudownie ponadczasowych jak lubi, gdzie na posłaniu z ambry leży peonia, goździki i lilia.


1 sty 2019

M 284 albo pod palcami:

Zamiast literami, palce jej były zajęte siekaniem, rozdrabnianiem, nurzaniem się w różnych konsystencjach, chrupkościach i pyłach, różnych fakturach i sprzętach. Od sypkości mąki tortowej, poprzez drobne grudki brązowego cukru, chrzęst rozbijanych jajek, zdejmowanie pierścionka z ametystem i diamentami, żeby nie wgryźć w niego zbyt wielu okruchów maślanej toni, która po chwili będzie kulą a za moment ciastkiem. Zajęte sztywnym obrzeżem foremki w kształcie gwiazdki, przekładające delikatnie rozmaite kształty w czeluść stu osiemdziesięciu stopni i trzymające łopatkę do wyjmowania już takich, jakie być powinny. O zapachu śledzia, obowiązkowo cebuli, kardamonu i kiszonej kapusty. Stęsknione do liter, zmęczone na tyle, że zasypiały gdzieś w drodze do jego szyi. Głaszczące gładką sierść psa staruszka, który coraz bardziej biegnie wreszcie zdrowymi łapami na niebieskiej połoninie i szare futro pręgowanej kotki. Zimnawe, bo ciągle nosi rękawiczki nie tam, gdzie powinna, czyli poza palcami, rozgrzane w rękawiczkach  tych biegających razem z nią i w mig schładzane kiedy je zdejmie. Czeszące gęste włosy małej jej i bardziej puszyste i jaśniejsze mniejszej jej. Wydłubujące osiem potężnych dziadów z psiej sierści drugiego psa. Ostrożnie trzymające kryształowy kieliszek z pachnącym, białym winem Solaris z winnicy Turnau, obejmujące go czerwonozłotymi paznokciami, dzięki którym czuje się jakaś taka dorosła. Chciałaby, żeby te palce i w tym roku wciąż miały kogo głaskać i mieścić się w całej jego dłoni. Aby mogły obierać owoce i potem wkładać je w słoiki, parząc się gorącymi nakrętkami. Aby wciąż były pracowite jak są, aby współgrały z głową i z oczami i tworzyły jeszcze więcej słów do zamyślenia. Aby mogła wiązać buty przed bieganiem i rozwiązywać po z myślą, że dobrze poszło. Czuć stabilność kierownicy jej ulubionego auta. Rozpakowywać w minutę lizaki w kulkach, które są skomplikowanie zawiązane na białym patyczku. Z żalem ten patyczek wyrzucić do grafitowego kosza z myślą, co się z nim dalej stanie i co z tym plastikiem. Chciałaby, aby jak najdłużej były wszystkie i nic nie bolało. Aby czuła ten swój świat pod palcami i potrafiła go opisać. Żeby był. Żeby była.

8 gru 2018

Ma 283 albo czasami:

Czasami jest tak że musi wejść w te swoje litery jak pomiędzy drzewa które dają oddech dystans tlen są żyją, to ważne. Czasami jest tak że musi zdjąć swoją zbroję kutą przez wieki odstawić gdzieś w kącie i pokazać miękkie wnętrze pochodzić z tym na wierzchu czego na codzień nie widać a to boli, a potem powoli znów założyć co trzeba i pobyć w tym nadal.
Czasami rycerz musi odpocząć dać się zwariować nie wiedzieć gdzie ma ręce a gdzie nogi, pozwolić sobie odkręcić kurek i wycisnąć jakąś kroplę z szarozielonych oczu i mieć przy tym najmocniejszą chęć na świecie przytulić się do jego prawej szyi  a ręce położyć tam gdzie wyrastają skrzydła, ale one na razie daleko a przez tydzień zrobi się jeszcze dalej.
Czasami nie ma zwyczajnie siły i jest za mała na wszystko, na nieustające bycie w działaniu, w zapamiętywaniu numerów dróg bo tyloma jeździ, wyszywając samochodem coraz to nowe ściegi, mijając pięknie wyszczerbione pałace i zabudowania z czerwonej cegły starsze niż można pomyśleć, mijając przydrożne buki tak grube i stare jak entowie.
Czasami robi sobie przemeblowanie i wtedy mocniej nią szura bo nie podkłada filcowych kółek pod swoje ciężkie wewnętrzne meble, bardzo stabilne, ale czasami trzeba je przesunąć i wtedy jakby jej nie było milczy bo skupia się na tym szuraniu.
Czasami czuje się jak zgnieciona kulka papieru rzucona gdzieś niepotrzebnie i trochę czasu minie zanim się sama rozprostuje. Bo to nie tak że ona zawsze włącza piąty bieg i zawsze jedzie za szybko chociaż lubi.
Czasami można upaść zgubić się zmęczyć przemeblować rozrywająco tęsknić i teraz i za godzinę i jutro rano, pognieść, nie wiedzieć dlaczego i po co, pojechać tam i wrócić tu, gdzie jej dom jak chiński mur czeka wytrwale, gdzie psykot przytula stęsknione spojrzenie, gdzie jest inaczej niż wszędzie indziej, gdzie niebo jest większe bo mieści dach ich domu dla niej największego jaki jest.