30 lis 2019

M 302 albo o ekstremum:

Granica to nie jest mur chiński, żelbeton, statua wolności, koloseum,  coś nie do ruszenia za Chiny, to jest coś bardziej jak wyżuty donald, który lada chwila może pęknąć, jak półcentymetrowa guma, na której skakało się męczko na kolankach w rzymskich, bo na udach to nigdy się jej nie udało. Granica to swoiste ekstremum, które osiąga coraz częściej, bo przecież zawsze może, zawsze potrafi, zawsze. Ekstremum jest wtedy, kiedy jest głodna i ma w mózgu podłączone synapsy, które trzaskają i muszą nadążyć nad znalezieniem stolika, pokierowaniem trzema talerzami, kiedy starsza ona mozolnie wysupłuje pieniądze z portmonetki i nie bardzo wie, co z tymi talerzami zrobić, a mała ona natychmiast chce do toalety i w jednej miliseksundzie trzeba podjąć decyzję co jest ważniejsze i wtedy ona wbija cyrkiel uważności  w tu i teraz i zakreśla trasę z małą ją i starszą nią i jakoś jej się udaje zatoczyć koło i nie zgubić ani jednej ani drugiej.
Ekstremum jest wtedy, kiedy jedzie czterysta trzydzieści kilometrów w jednym kawałku nie porozrywanym na przerwy i bardzo ją boli prawa noga, bo przestawił się jej staw biodrowo krzyżowy i naciska i sprawia, że prawa noga drętwieje i kończy się ten ostry ból gdzieś powyżej lędźwi, ale trzeba dojechać, kilometry się prują tak, jak powinno na autostradzie. Ekstremum jest wtedy, kiedy jej ciało woła, że ma dość, żeby już przestała, że boli, a ona na małymi nimi tu i tam, bo trzeba wyjść z tego ciała, żeby innym było dobrze i to tym, którzy są związani z nią najbardziej na świecie. Ekstremum jest wtedy, kiedy czuje, że ta guma do skakania bardzo się napięła, a ona jeszcze musi coś zrobić bez skuchy. A potem zapadnie się w sen, który się nad nią zatrzaśnie jak popsuta roleta, gęsty jak jesienna mgła, w której nic nie widać, nawet momentu, w którym ma się obudzić. W sen oparty o sierp księżyca, ostry, intensywny i niewyspany, podparty z rana dwiema kawami, wciąż bez ulgi.

31 paź 2019

M 301:

W ostatnim dniu października przyrosła do kuchennej podłogi, gotując wegański bigos z ciemną soczewicą i grzybami, podlewany sowicie czerwonym Carmenere Cono Sur, gigantyczny sagan rosołu pyrkoczący bez pokrywki z dbałością o jego klarowność, szarlotkę na kruchym spodzie, z kardamonem i bezą i może to jest remedium na bycie jedną nogą w listopadzie, który zaczyna się światłem, a październikiem, który kończy się pierwszym sporym mrozem. Gdzieś poza jej domem o spiczastym dachu walą się światy jak bierki i nikt nie wie, którą wyciągnąć, żeby nie zawaliło się do reszty. Albo tkwią w konfiguracji nie do ruszenia, a jak się ruszą to tak, że za nic nie da się naprawić. Co się dzieje, że tyle popsuć, nadgryzień, braku i nadmiaru, niemocy i niemiłej konieczności, że każdy wchodzi w swój tunel i wywala kretowisko zupełnie w drugim kierunku, chociaż zaczynał z tego samego punktu. Jak to jest, że niektórzy rozumieją w mig, przemeblowują, działają, rysują gwaszem, chociaż zawsze woleli akwarelą, a obraz i tak powstanie, może inny, ale wciąż ich. Trochę jest więc jak na wydechu, jakby wdech nie dostarczał tlenu, a jedynie męczył, na wydechu trudno o energię jak nie wiem co. Może nów wypluł jeszcze za mało księżyca, może jest za szybko ciemno i za zimno każdego ranka, bo ostatnio śpi w puchatym szlafroku, jakby wciąż jej było za mało i za mało. W ich domu nastał mały, ciekawski kot, trawa w ogrodzie zaczyna podglądać parapet, a jesień, od przepysznie złotej, ciepłej i niebywałej jak podkolorowana pocztówka, jak zdjęcie ze zbyt dużym dodatkiem cynobru, przechodzi w bardziej chłodne tony, wysmagane pierwszym mrozem zaproszonym na sam ogon października. Gotuje zatem i rozmyśla. Że wciąż za dużo wojen i jest ich coraz więcej, bez nadziei na czyjekolwiek zwycięstwo, nieustający poligon z niewyczerpaną amunicją. Tak właśnie jest.



6 paź 2019

M 300 albo powinien być 27 października:

Trzysta odcinków tego, co działo się przez te osiem lat, nie do wiary, jak wywróciła się podszewką na świat, jak odjechało jej to życie w walizce, kiedy kurczowo trzymała się swoich rytuałów, bo one trzymały ją jak zszywki, podobnie jak respiratory przyjaciół podłączane wtedy, kiedy brakowało powietrza. Jest teraz trochę na górze trochę na dole, z mózgiem podziobanym szczegółami do wzięcia, zapamiętania, przypomnienia, jak sokół, który cierpliwie poluje na mentalną zdobycz. Sto odcinków temu mniejsza ona nauczyła się chodzić, a ona nawet nie myślała, jak pójdzie jeszcze dalej w jeszcze większe dzianie się, bo żyje intensywnie, z dużym smakiem na wszystko, nie ma letnio, bylejako, tylko z przesuwaniem granic, testowaniem, ile jeszcze można. Zachłannie, jakby miało nie być jutra, ale czasem ponad siły. Sto wpisów temu nie wyobrażała sobie, że będzie biegać, że będzie maleńka ona, że pójdzie tyloma nowymi drogami. Miała tak samo krótkie włosy, chociaż teraz zapuszcza i zaczyna wyglądać jak mop, miała uwielbienie do carmenere, primitivo i syrah, przeplatanych lżejszym pinot noir, mniej podeptaną skórę przez kurze łapki i przyciśniętą lwią zmarszczką, grubsze łydki i ładniejszy brzuch, nie przecięty brzydko pamiątką porodu szytą naprędce, po której umierała z bólu na długo. Każdy sukces  to fasada, za którą stoi zszywanie się po kawałku po wielu ranach i siniakach, to jak dociskanie ołówka przy temperowaniu, jak wzdychanie, że jeszcze trochę i będzie jak ma być, przy sobie, najbliżej jak można. I jak spojrzy za siebie, to działo się odważnie, nigdy na pół gwizdka, zawsze całą sobą i może dlatego ma siłę na życiowe maratony, ekstremalne podbiegi i niezłomne trzymanie tempa. Niech będzie, jak jest, nasycenie. Wciąż w cieple jego ramion, z miękkością ust i brązowych oczu, ze zgrzytaniem o nie wyprane skarpetki do biegania i potykaniem się o drobiazgi bez miejsca. Z miłością totalną i długodystansową, malowaną ochrą, umbrą, sepią, khaki, cynobrem i szafranem, w jesiennym tyglu kolorów, które wrze już wspólnie ósmy rok. Szczęście to świadomość tu i teraz, bo jutra może nie być. Frazes, który codzienne pomaga zauważać i wtedy ma swój wewnętrzny milion dolarów.





17 wrz 2019

M 299 albo co boli:

Kiedy na skrzyżowaniu mija pustą ciężarówkę do przewozu zwierząt, jadącą od strony miejsca, gdzie jest śmierć, jak mija panią zagubioną w wielkim sklepie w butach z dziurami i zanim zdążyła znaleźć jakieś pieniądze i pójść z tą panią kupić coś nowego, to już jej nie było, zniknęła zdmuchnięta przez tłum. Kiedy słyszy dźwięki siekiery, od rana otwiera widoki cmentarzy, jakie zostają po drzewach pamiętających połowę dziewiętnastego wieku, bo jakieś coś, co miało kiedyś mózg podejmuje decyzję o ich niebycie, kiedy na skraju lasu giną wilki od zabłąkanej kuli kolejnego możnowładcy, takie, którym ktoś kiedyś poświęcił czas i kawał życia, kiedy zamiast drzew sadzi się beton a potem narzeka na powodzie, upały i męczarnie, boli.
Kiedy ktoś umiera tak po prostu, zdmuchnięty jak spadochron z dmuchawca, odchodzi nagle i niespodziewanie, jak przewrócony pionek na szachownicy. Kiedy maleńka ona krzyczy pół nocy, bo ją boli a ona już straciła cały arsenał amunicji, aby jej pomóc. Kiedy tęskni, bo ktoś jest daleko, a nawet jak jest blisko, ale go tu nie ma tu i teraz, boli. Kiedy płaska stolnica pełni księżyca nie rozwałkowała jej niepokoju, nie rozbiegała pętelką nad stawem, kiedy ma w sobie poczucie tego, że coś się stanie, boli.
Kiedy we wczesnojesienny, jeszczesłoneczny świat wąską strużką wlewa się zapowiedź tego, że plastik i beton, również ten mentalny, będzie niszczył mozolnie budowany świat, że będzie jeszcze więcej jednorazówek, okrucieństwa, niespójności i nierównowagi, kiedy spadną wszystkie niechciane już mirabelki bo zabrakło jej słoików na ich słodkie złapanie i ziemia stała się żółta, to też boli.
Dlatego wraca do ciepłych rąk, do małych ramion otulających jej szyję, do mchów i lasów niezmąconych jeszcze nikim. Do jej ulubionych rytuałów, kiedy przez ręce przechodzi sierść dwóch psów i kota. Kiedy ma za oknem zieleń, której nic nie ruszy. Jak na tratwie.


17 sie 2019

M 298 albo o popsuciu:

Burza była taka, jakby niebo miało się wyrwać korzeniami piorunów, jakby wszystko, co poniżej horyzontu stawało na ściance, a fotoreporterzy z góry oślepiali by fleszami wszystko, co na ziemi. I ją i małą ją, leżącą w łóżku wypełnionym porwanym snem, jak wyspa, w której najmocniej biło jej serce i czy mała je usłyszy, czy nie, to nie wiedziała, bo na tej wyspie z kołdry i strachu działo się dużo i nie chciało zapaść w kojący sen. Ma jakoś tak, że jej nie wychodzi, że się psuje wszystko na raz, że nie chce współpracować, zacina się, jest nie takie, jakie być powinno. Po dniu jak lep na muchy, w którym ciężko ruszać nogami w stężonej mazi dnia, zapada się w tak głęboki sen, że jest ogromnie po drugiej stronie, bardzo daleko zwiedza cudne manowce, sączy senne opowieści, wyraziste, duszące, jakby ktoś zakrywał jej nos pierzyną, kto zresztą śpi jeszcze pod nią, górą gęsich piór zaszytych w różowy adamaszek, w którą można było właściwie spaść z pierwszego piętra i nic się nie stało. Żyje w pożyczonym komputerze, który nie płynie pod jej palcami jak jej uśpiony, ma nadzieję, że nie na wieki, laptop, może i on zasnął tak mocno jak ona i może i jego trzeba będzie budzić do skutku, bo u niej z tym ciężko i dlaczego tak, to ona nie wie. A potem pojawia się soczysty plaster księżyca, który kusi, przypomina, że ktoś ich wciąż chciwie podgląda, jest jak guzik, który włącza i wyłącza natarczywą noc, bez konkurencji perseidów chociaż połowa sierpnia. Dziwny ten sierpień jakiś, nie pachnie wygrzanymi polami, powoli sypie pierwszymi gruszkami, a przegapiła pierwsze celesty , bo celesty zawsze jadła najsampierw na gdańskim targu, a ponieważ w tym roku tam nie byli, to jakoś nie wbiła zębów w soczysty, chrupiący miąższ ukochanych jabłek początku lata. Gdzieś tam skubią się po drodze, wiedzą, że są, jeżdżą wszędzie razem jak lubią i wciąż są tak blisko, że bardziej nie można. Od zapadania się w głuchą pierzynę snu, poprzez sążniste, letnie burze, aż po ciężki kaliber niewyspania - jakieś to lato bez rytmu.

31 lip 2019

M 297 albo wakacje:

To, że jej komputer umarł, to źle, bardzo źle i nie wiadomo, czy się naprawi, a ona uwielbia właśnie takie, nie inne, palce płyną po klawiaturze bez przystanków na wdech i wydech, na zacięcie się, bo coś się nieznanego wciśnie, pojawi jakaś tabela, tam tego nie ma, jest samo pisanie, ale póki co pulpit ciemny jak gwóźdź do trumny i ma nadzieję, że się go odbije, bo inaczej byłoby naprawdę źle. Jak zostawili milczącego laptopa w szpitalu dla takich, co chorują, to pojechali w takie miejsce, gdzie na przełęczy miesięcy właściwie nie ma ludzi, gdzie plaże szerokie jak stolnice z semoliną, ugniataną morską wodą, gdzie muszle mają inny kształt, a od morza można dostać falami w twarz i to jest cudowne. Spowolniła bardzo w tej zieloności bogatej w mchy i paprocie, gdzie klucze gęsi otwierają niebo na niebieski kolor, gdzie wiatr każe zakładać cienki sweter, bo rośnie zimno na jej ramionach. Są sobie razem, turkocząc się w nadmorskim piasku, z konkursem na najbardziej brudne nogi i kolejne pęcherze, bo jeszcze nie wymyślono takich butów, które przejdą z nią bez agresji i gryzienia jej ponad dziesięć kilometrów. Gdzieś w tych lasach, poduszkach z trawy, pagórkach i pustocie, ukradkiem całują się w sól na szyi, odganiają owady, idą bardziej lub mniej spiesznie, rozwalając wniwecz statystyki przeciętnego urlopowicza, który uzbrojony w puszki, gumę, plastik i drewno, idzie krokiem robiącym głębokie ślady aby wyleżeć dwieście gram frytek, smażoną rybę, gofra z bitą śmietaną, lody z polewą i piramidą syropu glukozowo-fruktozowego, ice tea lub pepsi, bo po takiej dawce cukru i tłuszczu to tylko można jak żuczek wyleżeć to, co w brzuchu piszczy. Na szczęście trafili w jakieś okno pogodowe, gdzie nie ma nadmiernego zalewu pań w makijażu, meliskach z kokardami i na obcasach, pieseczkach pod pachą, wystylizowanych na pobyt w nadmorskim kurorcie, nie mam nadmiaru ludzi powciskanych w  ubrania co najmniej siedem kilo temu, mogą się czuć normalnie, a nie jak przybysze z planety, gdzie jedzenie musi być szybkie i dużo. Trafili w miejsce, gdzie raz po raz rozplątują węzły leśnych ścieżek i to lubią najbardziej.

17 lip 2019

M 296 albo ślad:

Przygląda się sobie w tym lipcu i temu, co ją odciąga od wsunięcia się w te litery, może chrupkość czereśni, które turla się językiem, strzelając sokiem, jak białe kulki na krzaku, które się zrywało i rozdeptywało butem z apetycznym chrzęstem. Może trzeba było nareszcie przykleić plasterek księżyca, powiesić go na niebie, zrobić lunetę, kalejdoskop do podglądania, w którym można zobaczyć, że wyjechali trzymając się za ręce, w szaloną zieloność i cichość, najbardziej ze sobą i w sobie jak można. Cudownie było iść przez wygrzane, leniwe pola, a mijając te pracowite, podziwiać kilkanaście bocianów kroczących za traktorami zbierającymi trawę i spotkać się w miejscu, gdzie rzeka rozdziela niebo od ziemi szaroniebieską wstęgą, iść w piasku i kurzu, w sobie, jeść kwaśne porzeczki z pola, a potem leżeć pod kocem pijąc herbatę z pączkami róży i mierzyć się ze ścianą zieleni, kto silniejszy, jej chłonący wzrok czy ona. Dobrze jest obudzić się w nie swojej pościeli, kiedy za oknem świder ciszy wbija się tak mocno, że oddech staje się łomotem, a potem patrzeć, jak wraca on z biegania, zwiedzania krokami okolicy i z radością w brązowych oczach spada na nią jak niespodziewany, letni deszcz, dla którego rzuca się parasol w kąt i oddaje żywiołowi po czubki rzęs.  I czasem zamyśli ją, czy zostawi po sobie ślad i ile ich będzie, czy to błyszczyk Deborah w kolorze malwy na cienkim brzegu ostatniego, nie stłuczonego kieliszka do czerwonego wina, czy to będzie piżama, czy zdjęcia robione na szybko w pobiegowym szale. A może śladem będzie wspomnienie tego, jak przyrządzała jedzenie dla przyjaciół i bliskich, przez te wszystkie lata, a było ich dobre trzydzieści, jak odcedzała makaron w podkoszulce z braku sitka, jak potrafiła ugotować obiad ze światła w lodówce, jak chodząc po targu ciągnie się za nią welon pomysłów na obiady, przekąski i kolacje. Może zostanie po niej pisanie, chociaż zawsze mogą paść wszystkie serwery świata i wymażą się miliony napisanych liter i kto je powtórzy. Może gdzieś jeszcze ktoś trzyma listy przez nią pisane, wiersze, myśli układane w pionowy słupek, trzema kreskami słów szkicujące co tu i teraz. Może ktoś kiedyś przyjdzie z takim proszkiem i specjalnym światłem i poszuka jeszcze więcej śladów, bo może jest ich więcej niż tylko to, co sączy się z jej palców. Bałwochwalczo chciałaby mieć poczucie, że zostawia po sobie nie tylko dym na niebie jak po przelocie samolotu, jak kręgi na wodzie po rzuceniu kamykiem, jak wypadnięty i nie odkurzony włos, gdzieś w szczelinie szarej podłogi, jak spacer z przyjaciółmi, który bez zdjęć zaciera datę w pamięci i co się działo przed i po. Chciałaby.


30 cze 2019

M 295 albo jaśminu nie widzenie:

W ostatnią noc czerwcową, kiedy świerszcze robią żabom konkurencję, zastanawia się, co jej uciekło, a co nie przez ten miesiąc. Pomięła jaśmin, bo jakoś nie po drodze było jej wtulić się w pachnące, białe płatki, tam, gdzie zazwyczaj rośnie nic ją nie zaprowadziło, żaden powód, a tam gdzie jeździ lub biega, po prostu go nie ma. Zdarzało jej się powisieć w czasie, jak w przyjemnej, bliżej nieokreślonej toni, z nicnierobieniem na chwilę, na słuchanie tego, jak bije jej serce, w które miejsce wlewa się oddech, a w które trochę mniej. Przejechała jakieś miliony kilometrów, przyglądając się tylko, ile much  zrobiło cmentarz na szybie jej samochodu, jak podnosiło się i upadało słońce w ciężki od zmęczenia horyzont, w sieć jej zmrużonych rzęs. Znużona gdzieś w środku upalnego dnia, kiedy od liter oderwane palce musiały poleżeć w bezruchu na fioletowej kanapie, czuła, jak jego głos wbija się w jej kruchy sen jak łyżka w skorupkę jajka i trzeba potem wstać i strasznym wysiłkiem podnieść ciśnienie 88/53, podlać je respiratorem kawy i wsadzić się do samochodu, aby wykonać czynności bez użycia kory mózgowej oprócz przejazdu przez skrzyżowanie. Pominęła czytanie książek, ale od liter nie oderwana ani na moment, wyciąga rzęsy przyschniętym tuszem L'Oreal i nie może się zdecydować na kolejny, jakby to była kwestia nadrzędna, a w sumie jest, bo lubi takie jak pawi ogon, jak jego rozstawione palce rąk, jak przerośnięte już surfinie, no lubi takie. Nie spieszy się, bo się nie da, bo upał spowalnia tak, że nie można inaczej niż wolniej i rzadziej biegać, pić z pięć kaw dziennie, jeść bób, czereśnie, fasolkę i być sobie w sobie w pełni, w ostatnią noc czerwca, jej ulubionego miesiąca, bo wtedy jeszcze można kupić mamuta bez łyka, małe, przepyszne ziemniaki, pochrupać marchew szczerze młodą, skrócić noc do maksimum i po prostu się cieszyć, że kolejny czerwiec, wyżyty do minuty zostawił w niej tyle, chociaż zabrał jaśmin.


25 cze 2019

M 294 albo o bezsmaku:

Koniec czerwca zaczyna pachnieć lipami, róże kwitną jak nigdy i zieloność szaleje, chociaż i upał jak słoik naciska na fragment ziemi, na którym żyje. Być może trzysta kilometrów od niej, gdzieś w stronę ukraińskich bezdroży, zmarszczek gór lub zieloności Mazur jest jakiś inny słoik upalnego powietrza, może jeszcze bardziej dusznego. Dni pachnące olejkiem paczulowym i nieustającą stertą prasowania, wiecznie w niedoczasie, w ciśnieniu takim, że żyć się nie da, ma wrażenie, że przesuwa nogi, a nie chodzi, a jak zapada się w sen to tak głęboko, że można ją wywlec na drugą stronę i nic nie poczuje. Wieczory szyte rechotem żab, pachnące surfiniami, podlewane cydrem z ligoli, dobrońskim, lub półwytrawnym miłosławskim, chrupane sałatką z arbuza, fety, selera naciowego, rukoli, pieprzu, tymiankowej soli, octu balsamicznego i oliwy. Sama przyjemność po odwiedzinach restauracji, które serwują wegetariańskie ersatze, gdzie na stole króluje maggi, w kotlecie jaglanym oprócz kaszy jest posiekane jajko i szczątek pietruszki a to wszystko leży na warzywach, pośród których bałagani się marchewka z rosołu. W czasach, kiedy tajniki kuchni są maglowane wzdłuż i wszerz, które walą po oczach bardziej niż promocja na karkówkę i ceny benzyny, wciąż pojawia się wszechobecna frytura, bo lud jej żąda, więc skąpane w smażeninie muszą być kotlety, jajko poche zabite przez ilość octu i dosmażone w panierce, frytki z proszku i wszystko, co da się usmażyć, a jak pojawi się indywiduum nie jedzące mięsa, to może zjeść podwójne frytki z nieśmiertelnymi surówkami, bo wiedza o najprostszych choćby wegańskich kotletach jest mizerna jak trawa rosnąca na piasku w czterdziestostopniowym upale. Po co czerwcowe warzywa, skoro sezon na mrożonki trwa cały rok, wystarczy wyjąć i już, obrane, zblanszowane, brak roboty a klient głodny, to i tak zje. Straszne to jest, to propagowanie bylejakości i zapchajdziury, bo tak się je a może jednak nie wszyscy, a ona nie jest jak każda i nie będzie. I z rozkoszą potrafi docenić maleńkie płatki nagietka w cudownie świeżej i chrupiącej sałatce, kroplę oliwy truflowej, ścieg czarnuszki wpleciony w chleb, a nie pusty i suchy, wyjałowiony tost pszenny, który jest tylko do zapomnienia i zapchania luki o nazwie pieczywo. Nie, nie jest jej wszystko jedno, jedzenie bez serca i bez duszy nie dla niej. Wszystko musi być jakieś, bo wtedy tu i teraz jest do zapamiętania.




31 maj 2019

M 293:

Jak już przestało padać, wsączać się w ziemię, wilgotnieć, uciekać przed padadeszczem według małych nich, jak rozkwitło, zakumkało, zapachniało i poszło w maksymalną zieloność, jak ze maleńkich skrzypów zrobiły się choinki, jak się rozślimaczyły paprocie na długość, porosły osty i różne takie, które się ciężko wyrywa, to się zrobiło gorąco. A ona to się zatrzyma, to biegnie, zatrzyma nad przewracanym naleśnikiem, które zjedzą wszystkie natychmiast, nad warzywną orkiestrą, która codziennie gra dopasowując się do tego, na co mają ochotę. A potem biegnie najszybciej jak potrafi, jak w tunelu aerodynamicznym, a potem się cieszy, że mogła że jednak umiała. Ale coś za coś, nie ma, że nie boli, bo kolano daje upust swoim fochom, wymęczyła, za szybko dla niego, za dużo, za mocno i boli i spina się i nie chce współpracować ani po wstaniu ani przy siedzeniu, chociaż masuje, roluje nakłuwa dba. No tak ma, że na zewnątrz pięknie, a wewnątrz nie zawsze. Coś za coś. Spina tę codzienność tak, aby zawsze było jakoś, chociaż dni rozmazują się jak nos kota na szybie i nie wiem kiedy minął już maj, w którym ani razu nie powąchała konwalii a lewkonie widziała zduszone w folii w markecie. Tak się nie robi, podobnie, jak nie ucina się im korzeni, bo umierają tak szybko jak ostatnie godziny wieczoru, na siłę naciągane, że jeszcze może. A nie bardzo. Zapada się w ciężką noc, jakby ktoś ją rzucił na łóżko i nie wie, kiedy nagle staje się rano. Zaskakujące.