2 lut 2020

M 305 albo słodyczy pamięć:

Dlaczego lubi dziwne daty, cyfry, przygląda się im, jak to wymyślono i czy taki dzień może być jakkolwiek niezwykły, niedziele bez rosołu, w deszczu, w spacerze z psem, w odpoczywaniu, bo wciąż podnosi atlas swojego nieba i dotyka ziemi i jest ono dużo większe nić 167 cm bo tyle akurat ma. W lutowe, bezśnieżnej zimie, która odeszła bezpowrotnie, bo teraz tak jest, że wciąż się coś w aurze zmienia, gdzieś w lesie, wciąż rdzawym, pobłoconym, z plasterkami wyciętych pni, tam, gdzie kiedyś rósł las, ale wspominać sobie można, bo ktoś inny wie lepiej robiąc przestrzeń dla zepsutego powietrza, ona, jedząc wczoraj wyśmienity tort, wspomina w tym pociętym lesie cukiernię "Grandka" w jej rodzinnej Łodzi, w której pachniało kawą, a ona wpatrywała się w ogromną mozaikę na ścianie nad barem, siedząc na wysokim krzesełku przy okrągłym, marmurowym stoliku i czekając na torcik "Danusia" z truskawkowym kremem, lekkim biszkoptem i galaretką. Z krzesła nie była w stanie zejść, machała nogami i drżała, czy nie spadnie, ale za to mogła obserwować ulicę, aurę, słuchać szumu kawy i patrzeć, jak tata delektuje się tortem "Marcello", mocno czekoladowym, z wiśniami moczonymi w spirytusie, które szczypały w język. Kawiarni już nie ma, mozaiki również, nie ma tradycji, są wspomnienia. Z tyłu "Grandki" była pracownia cukiernicza należąca do hotelu, w której kupowało się słynne rożki, czyli nieduże ciastka w kształcie uśmiechu, o migdałowym spodzie, z lekko alkoholowym kremem, oblane gorzką czekoladą, na które zawsze było miejsce w lodówce. Cukiernia słynęła z cieniutkich faworków i piekła jedne z lepszych wariacji na temat francuskiego ciasta. A jeśli już pojawiły się kruche tematy, to nie bardzo pamięta, kiedy pierwszy raz rozpłynęła się nad smakiem delikatnych makaroników, ale najpewniej w którejś z łódzkich cukierni, by potem skonfrontować je ze smakiem tych najsłynniejszych, paryskich z 'Laduree'. Uwielbia słodycze lekkie, słodkie, ale złamane czymś maślanym, kwaśnym, miękkim, czymś, co ma drugie i trzecie dno, aby znaleźć się w innym wymiarze i wspominać, że coś takiego się kiedyś jadło i nie było erzatzem drożdżówki, finezyjnego biszkoptu czy tortu osadzonego na ohydnej margarynie i masie cukrowej. Bo chociaż "Grandki" już  nie ma, to są rozsiane perełki tam, gdzie wraca, czyli 'Le Delice' w Gdańsku, 'Magdalenka' w Piwnicznej, gdzie cytrynowa tarta wprowadziła ją w inny wymiar smaku, lubelski 'Anabilis' , 'Michałek' w Krakowie na Krupniczej i kilka innych, które pamięta ze smaków, a nie z nazw, bo prowadzi ją tam serce i pamięć. I chociaż nie je dużo słodyczy, to lubi takie, które są niezwykłe i do zapamiętania, nawet w martwym lesie, na spacerze w drugim dniu lutego.


27 sty 2020

M 304 albo z nosem w winie:

Przełęcz roku przeniosła ją w dwudziestolecie w miasteczku omszałym, pełnym zieleni i kamienia, w domu z tak dawnych lat, że trudno o starszy, w ustach skąpanych w jego ustach i lekkim białym winie, bo takim właśnie zazwyczaj wita nowy rok. Tym razem nie było to ulubione Solaris z winnicy Turnau, ale inne, rześkie, słomkowe, wielowymiarowe, z szarą etykietą. W ogóle kupowanie, zwłaszcza wina to nie jest chwila, to złożony proces, czy ma dzisiaj ochotę na lekkie i okrągłe Pinot Noir, czy nadspodziewanie aż słodkawy w finiszu szczep Garnacha z 2018 r., klasyczną Rioję czy mieszanki Primitivo. Węszy po sklepowych półkach, czyta etykiety, uwalnia intuicję, waży butelkę w ręku, ogląda, co nowego się pojawiło i uwagi warte czy lepiej wrócić do czegoś dobrze znanego, jak jej nie pasuje, to idzie zrobić kółko po jakiś ser czarnuszkowy, nieznajomo wyglądający albo wręcz tajemniczy, a potem znów wraca do półki z winem i dalej wybiera. Jak w bibliotece, trudno się zdecydować, czy ta pozycja będzie odpowiednia na kolejne wieczory, czy wybrać coś zupełnie nieznanego. Bo w piciu wina cudowne jest samo jego otwieranie, dotykanie korka, wąchanie pierwszego haustu powietrza z właśnie otwartej butelki, po którym już czuć, czy wino będzie długo czy krótko lądowało. Pierwszy głos, cudowne bulgotanie wpadające kołyszącym ruchem do kieliszka, przyglądanie się barwie i dalej pierwszy łyk, który pozwala ruszyć do oceny skomplikowanemu jury jej geograficznego języka, który wyczuje wszystkie podszewki, pierwsze plany i te dalsze, aby zakończyć pierwszy łyk uśmiechem, że jednak ten spacer po sklepie po ser, że jednak trzymanie się ulubionych szczepów jak poręczy czasem ma sens, aczkolwiek wie, że czasem warto pokusić się o zboczenie z kursu, kupienie czegoś, co wygląda niepozornie, nabyć pospiesznie a potem z miną dziecka otwierającego jajko z niespodzianką doświadczać Alladyna ulatniającego się z butelki. Każdego roku ma fazy na inne winne szczepy, włączając włoskie zagadki jak Piedirosso, wino, które spada z języka jak kula, pozostawiając maleńki ślad śliwki, bez długiego lądowania. Być może są jeszcze winnice, w których rosną takie winogrona, o których nie ma pojęcia i to wciąż góra do zdobycia. Tymczasem nie przepada za mocno mineralnym i na wskroś wytrawnym Chablis, omija Merlot, bo chyba się za młodu zniechęciła, nie lubi win słodkich poza Tokajem, Marsalą i Malagą, ale ma na półce dwudziestoletnią butelką Muscata, która być może poszła w dobrą stronę starości. Z ciekawością łowi zdobycze z Nowej Zelandii i Izraela, bo to wina rzadkie, złożone jak deska rozdzielcza samolotu, jeśli nie przekraczają bariery cenowej, to korek ląduje na pamiątkę w szufladzie, a etykieta w głowie. Mogłaby opisywać butelki, podróżować wszędzie tam, gdzie winnicą się stoi, niemniej na razie ogranicza się do spaceru po sklepach, również tych internetowych i sączeniu okrągłych tanin częściej niż powinna. Bo po prostu lubi, nie tylko ze względu na eliksir młodości czyli resweratrol. Bo to jej rytuał.


28 gru 2019

M 303 albo jak dywizjon:

Ma wciąż wrażenie że jest jak pilot który nie wypuszcza steru z rąk właściwie tylko przedostaje się przez te siedem-osiem godzin w nocy na druga stronę tego samego jak na powietrznym poligonie z załadowaną amunicją której na razie nie ładuje. Lata tu i tam z prędkością i odległością za dużą wciąż gotowa na atak i do odparcia ciosów zasypana koniecznościami z odwieszonym pisaniem tak bardzo że bardziej się nie da. Nie biega właściwie sączy jedynie jakieś drobne kroki truchtu na niedużych dystansach wplątana w sieć niebycia tu i teraz w pełni bo naprawia opiekuje się wozi czeka znów wozi i tak w kółko.  Raz na jakiś czas rozpyli na skórze Chanel 5 Eau Premiere nawet do dresów i szarego swetra oversize pokonując łazienkowy poremontowy kurz jakby ten zapach był symbolem luksusu którego czasem potrzebuje. Kiedy przyjdzie jej wyłączyć samolot to zapewne spadnie a nie chciałaby jeszcze za jakiś czas kiedy porwany grudzień wprawia w nieustające turbulencje rzucając ją po drogach miastach i różnych łóżkach i materacach różnej miękkości na które jej kręgosłup ściśnięty na szesnastu kręgach zazwyczaj reaguje bólem bo tak już ma. Dziwny ten grudzień skupiony na naciskaniu gazu i patrzeniu na uciekającej benzynie ze świętami wplecionymi w jakiś nadmiar w ciągle za mało jego palców bo pada pod ciężkim toporem snu nie wypuszczając steru i najpewniej zaprowadzi tak siebie na planetę kolejnego roku o dwóch dwudziestkach i wtedy zobaczy co za zakrętem.


30 lis 2019

M 302 albo o ekstremum:

Granica to nie jest mur chiński, żelbeton, statua wolności, koloseum,  coś nie do ruszenia za Chiny, to jest coś bardziej jak wyżuty donald, który lada chwila może pęknąć, jak półcentymetrowa guma, na której skakało się męczko na kolankach w rzymskich, bo na udach to nigdy się jej nie udało. Granica to swoiste ekstremum, które osiąga coraz częściej, bo przecież zawsze może, zawsze potrafi, zawsze. Ekstremum jest wtedy, kiedy jest głodna i ma w mózgu podłączone synapsy, które trzaskają i muszą nadążyć nad znalezieniem stolika, pokierowaniem trzema talerzami, kiedy starsza ona mozolnie wysupłuje pieniądze z portmonetki i nie bardzo wie, co z tymi talerzami zrobić, a mała ona natychmiast chce do toalety i w jednej miliseksundzie trzeba podjąć decyzję co jest ważniejsze i wtedy ona wbija cyrkiel uważności  w tu i teraz i zakreśla trasę z małą ją i starszą nią i jakoś jej się udaje zatoczyć koło i nie zgubić ani jednej ani drugiej.
Ekstremum jest wtedy, kiedy jedzie czterysta trzydzieści kilometrów w jednym kawałku nie porozrywanym na przerwy i bardzo ją boli prawa noga, bo przestawił się jej staw biodrowo krzyżowy i naciska i sprawia, że prawa noga drętwieje i kończy się ten ostry ból gdzieś powyżej lędźwi, ale trzeba dojechać, kilometry się prują tak, jak powinno na autostradzie. Ekstremum jest wtedy, kiedy jej ciało woła, że ma dość, żeby już przestała, że boli, a ona na małymi nimi tu i tam, bo trzeba wyjść z tego ciała, żeby innym było dobrze i to tym, którzy są związani z nią najbardziej na świecie. Ekstremum jest wtedy, kiedy czuje, że ta guma do skakania bardzo się napięła, a ona jeszcze musi coś zrobić bez skuchy. A potem zapadnie się w sen, który się nad nią zatrzaśnie jak popsuta roleta, gęsty jak jesienna mgła, w której nic nie widać, nawet momentu, w którym ma się obudzić. W sen oparty o sierp księżyca, ostry, intensywny i niewyspany, podparty z rana dwiema kawami, wciąż bez ulgi.

31 paź 2019

M 301:

W ostatnim dniu października przyrosła do kuchennej podłogi, gotując wegański bigos z ciemną soczewicą i grzybami, podlewany sowicie czerwonym Carmenere Cono Sur, gigantyczny sagan rosołu pyrkoczący bez pokrywki z dbałością o jego klarowność, szarlotkę na kruchym spodzie, z kardamonem i bezą i może to jest remedium na bycie jedną nogą w listopadzie, który zaczyna się światłem, a październikiem, który kończy się pierwszym sporym mrozem. Gdzieś poza jej domem o spiczastym dachu walą się światy jak bierki i nikt nie wie, którą wyciągnąć, żeby nie zawaliło się do reszty. Albo tkwią w konfiguracji nie do ruszenia, a jak się ruszą to tak, że za nic nie da się naprawić. Co się dzieje, że tyle popsuć, nadgryzień, braku i nadmiaru, niemocy i niemiłej konieczności, że każdy wchodzi w swój tunel i wywala kretowisko zupełnie w drugim kierunku, chociaż zaczynał z tego samego punktu. Jak to jest, że niektórzy rozumieją w mig, przemeblowują, działają, rysują gwaszem, chociaż zawsze woleli akwarelą, a obraz i tak powstanie, może inny, ale wciąż ich. Trochę jest więc jak na wydechu, jakby wdech nie dostarczał tlenu, a jedynie męczył, na wydechu trudno o energię jak nie wiem co. Może nów wypluł jeszcze za mało księżyca, może jest za szybko ciemno i za zimno każdego ranka, bo ostatnio śpi w puchatym szlafroku, jakby wciąż jej było za mało i za mało. W ich domu nastał mały, ciekawski kot, trawa w ogrodzie zaczyna podglądać parapet, a jesień, od przepysznie złotej, ciepłej i niebywałej jak podkolorowana pocztówka, jak zdjęcie ze zbyt dużym dodatkiem cynobru, przechodzi w bardziej chłodne tony, wysmagane pierwszym mrozem zaproszonym na sam ogon października. Gotuje zatem i rozmyśla. Że wciąż za dużo wojen i jest ich coraz więcej, bez nadziei na czyjekolwiek zwycięstwo, nieustający poligon z niewyczerpaną amunicją. Tak właśnie jest.



6 paź 2019

M 300 albo powinien być 27 października:

Trzysta odcinków tego, co działo się przez te osiem lat, nie do wiary, jak wywróciła się podszewką na świat, jak odjechało jej to życie w walizce, kiedy kurczowo trzymała się swoich rytuałów, bo one trzymały ją jak zszywki, podobnie jak respiratory przyjaciół podłączane wtedy, kiedy brakowało powietrza. Jest teraz trochę na górze trochę na dole, z mózgiem podziobanym szczegółami do wzięcia, zapamiętania, przypomnienia, jak sokół, który cierpliwie poluje na mentalną zdobycz. Sto odcinków temu mniejsza ona nauczyła się chodzić, a ona nawet nie myślała, jak pójdzie jeszcze dalej w jeszcze większe dzianie się, bo żyje intensywnie, z dużym smakiem na wszystko, nie ma letnio, bylejako, tylko z przesuwaniem granic, testowaniem, ile jeszcze można. Zachłannie, jakby miało nie być jutra, ale czasem ponad siły. Sto wpisów temu nie wyobrażała sobie, że będzie biegać, że będzie maleńka ona, że pójdzie tyloma nowymi drogami. Miała tak samo krótkie włosy, chociaż teraz zapuszcza i zaczyna wyglądać jak mop, miała uwielbienie do carmenere, primitivo i syrah, przeplatanych lżejszym pinot noir, mniej podeptaną skórę przez kurze łapki i przyciśniętą lwią zmarszczką, grubsze łydki i ładniejszy brzuch, nie przecięty brzydko pamiątką porodu szytą naprędce, po której umierała z bólu na długo. Każdy sukces  to fasada, za którą stoi zszywanie się po kawałku po wielu ranach i siniakach, to jak dociskanie ołówka przy temperowaniu, jak wzdychanie, że jeszcze trochę i będzie jak ma być, przy sobie, najbliżej jak można. I jak spojrzy za siebie, to działo się odważnie, nigdy na pół gwizdka, zawsze całą sobą i może dlatego ma siłę na życiowe maratony, ekstremalne podbiegi i niezłomne trzymanie tempa. Niech będzie, jak jest, nasycenie. Wciąż w cieple jego ramion, z miękkością ust i brązowych oczu, ze zgrzytaniem o nie wyprane skarpetki do biegania i potykaniem się o drobiazgi bez miejsca. Z miłością totalną i długodystansową, malowaną ochrą, umbrą, sepią, khaki, cynobrem i szafranem, w jesiennym tyglu kolorów, które wrze już wspólnie ósmy rok. Szczęście to świadomość tu i teraz, bo jutra może nie być. Frazes, który codzienne pomaga zauważać i wtedy ma swój wewnętrzny milion dolarów.





17 wrz 2019

M 299 albo co boli:

Kiedy na skrzyżowaniu mija pustą ciężarówkę do przewozu zwierząt, jadącą od strony miejsca, gdzie jest śmierć, jak mija panią zagubioną w wielkim sklepie w butach z dziurami i zanim zdążyła znaleźć jakieś pieniądze i pójść z tą panią kupić coś nowego, to już jej nie było, zniknęła zdmuchnięta przez tłum. Kiedy słyszy dźwięki siekiery, od rana otwiera widoki cmentarzy, jakie zostają po drzewach pamiętających połowę dziewiętnastego wieku, bo jakieś coś, co miało kiedyś mózg podejmuje decyzję o ich niebycie, kiedy na skraju lasu giną wilki od zabłąkanej kuli kolejnego możnowładcy, takie, którym ktoś kiedyś poświęcił czas i kawał życia, kiedy zamiast drzew sadzi się beton a potem narzeka na powodzie, upały i męczarnie, boli.
Kiedy ktoś umiera tak po prostu, zdmuchnięty jak spadochron z dmuchawca, odchodzi nagle i niespodziewanie, jak przewrócony pionek na szachownicy. Kiedy maleńka ona krzyczy pół nocy, bo ją boli a ona już straciła cały arsenał amunicji, aby jej pomóc. Kiedy tęskni, bo ktoś jest daleko, a nawet jak jest blisko, ale go tu nie ma tu i teraz, boli. Kiedy płaska stolnica pełni księżyca nie rozwałkowała jej niepokoju, nie rozbiegała pętelką nad stawem, kiedy ma w sobie poczucie tego, że coś się stanie, boli.
Kiedy we wczesnojesienny, jeszczesłoneczny świat wąską strużką wlewa się zapowiedź tego, że plastik i beton, również ten mentalny, będzie niszczył mozolnie budowany świat, że będzie jeszcze więcej jednorazówek, okrucieństwa, niespójności i nierównowagi, kiedy spadną wszystkie niechciane już mirabelki bo zabrakło jej słoików na ich słodkie złapanie i ziemia stała się żółta, to też boli.
Dlatego wraca do ciepłych rąk, do małych ramion otulających jej szyję, do mchów i lasów niezmąconych jeszcze nikim. Do jej ulubionych rytuałów, kiedy przez ręce przechodzi sierść dwóch psów i kota. Kiedy ma za oknem zieleń, której nic nie ruszy. Jak na tratwie.


17 sie 2019

M 298 albo o popsuciu:

Burza była taka, jakby niebo miało się wyrwać korzeniami piorunów, jakby wszystko, co poniżej horyzontu stawało na ściance, a fotoreporterzy z góry oślepiali by fleszami wszystko, co na ziemi. I ją i małą ją, leżącą w łóżku wypełnionym porwanym snem, jak wyspa, w której najmocniej biło jej serce i czy mała je usłyszy, czy nie, to nie wiedziała, bo na tej wyspie z kołdry i strachu działo się dużo i nie chciało zapaść w kojący sen. Ma jakoś tak, że jej nie wychodzi, że się psuje wszystko na raz, że nie chce współpracować, zacina się, jest nie takie, jakie być powinno. Po dniu jak lep na muchy, w którym ciężko ruszać nogami w stężonej mazi dnia, zapada się w tak głęboki sen, że jest ogromnie po drugiej stronie, bardzo daleko zwiedza cudne manowce, sączy senne opowieści, wyraziste, duszące, jakby ktoś zakrywał jej nos pierzyną, kto zresztą śpi jeszcze pod nią, górą gęsich piór zaszytych w różowy adamaszek, w którą można było właściwie spaść z pierwszego piętra i nic się nie stało. Żyje w pożyczonym komputerze, który nie płynie pod jej palcami jak jej uśpiony, ma nadzieję, że nie na wieki, laptop, może i on zasnął tak mocno jak ona i może i jego trzeba będzie budzić do skutku, bo u niej z tym ciężko i dlaczego tak, to ona nie wie. A potem pojawia się soczysty plaster księżyca, który kusi, przypomina, że ktoś ich wciąż chciwie podgląda, jest jak guzik, który włącza i wyłącza natarczywą noc, bez konkurencji perseidów chociaż połowa sierpnia. Dziwny ten sierpień jakiś, nie pachnie wygrzanymi polami, powoli sypie pierwszymi gruszkami, a przegapiła pierwsze celesty , bo celesty zawsze jadła najsampierw na gdańskim targu, a ponieważ w tym roku tam nie byli, to jakoś nie wbiła zębów w soczysty, chrupiący miąższ ukochanych jabłek początku lata. Gdzieś tam skubią się po drodze, wiedzą, że są, jeżdżą wszędzie razem jak lubią i wciąż są tak blisko, że bardziej nie można. Od zapadania się w głuchą pierzynę snu, poprzez sążniste, letnie burze, aż po ciężki kaliber niewyspania - jakieś to lato bez rytmu.

31 lip 2019

M 297 albo wakacje:

To, że jej komputer umarł, to źle, bardzo źle i nie wiadomo, czy się naprawi, a ona uwielbia właśnie takie, nie inne, palce płyną po klawiaturze bez przystanków na wdech i wydech, na zacięcie się, bo coś się nieznanego wciśnie, pojawi jakaś tabela, tam tego nie ma, jest samo pisanie, ale póki co pulpit ciemny jak gwóźdź do trumny i ma nadzieję, że się go odbije, bo inaczej byłoby naprawdę źle. Jak zostawili milczącego laptopa w szpitalu dla takich, co chorują, to pojechali w takie miejsce, gdzie na przełęczy miesięcy właściwie nie ma ludzi, gdzie plaże szerokie jak stolnice z semoliną, ugniataną morską wodą, gdzie muszle mają inny kształt, a od morza można dostać falami w twarz i to jest cudowne. Spowolniła bardzo w tej zieloności bogatej w mchy i paprocie, gdzie klucze gęsi otwierają niebo na niebieski kolor, gdzie wiatr każe zakładać cienki sweter, bo rośnie zimno na jej ramionach. Są sobie razem, turkocząc się w nadmorskim piasku, z konkursem na najbardziej brudne nogi i kolejne pęcherze, bo jeszcze nie wymyślono takich butów, które przejdą z nią bez agresji i gryzienia jej ponad dziesięć kilometrów. Gdzieś w tych lasach, poduszkach z trawy, pagórkach i pustocie, ukradkiem całują się w sól na szyi, odganiają owady, idą bardziej lub mniej spiesznie, rozwalając wniwecz statystyki przeciętnego urlopowicza, który uzbrojony w puszki, gumę, plastik i drewno, idzie krokiem robiącym głębokie ślady aby wyleżeć dwieście gram frytek, smażoną rybę, gofra z bitą śmietaną, lody z polewą i piramidą syropu glukozowo-fruktozowego, ice tea lub pepsi, bo po takiej dawce cukru i tłuszczu to tylko można jak żuczek wyleżeć to, co w brzuchu piszczy. Na szczęście trafili w jakieś okno pogodowe, gdzie nie ma nadmiernego zalewu pań w makijażu, meliskach z kokardami i na obcasach, pieseczkach pod pachą, wystylizowanych na pobyt w nadmorskim kurorcie, nie mam nadmiaru ludzi powciskanych w  ubrania co najmniej siedem kilo temu, mogą się czuć normalnie, a nie jak przybysze z planety, gdzie jedzenie musi być szybkie i dużo. Trafili w miejsce, gdzie raz po raz rozplątują węzły leśnych ścieżek i to lubią najbardziej.

17 lip 2019

M 296 albo ślad:

Przygląda się sobie w tym lipcu i temu, co ją odciąga od wsunięcia się w te litery, może chrupkość czereśni, które turla się językiem, strzelając sokiem, jak białe kulki na krzaku, które się zrywało i rozdeptywało butem z apetycznym chrzęstem. Może trzeba było nareszcie przykleić plasterek księżyca, powiesić go na niebie, zrobić lunetę, kalejdoskop do podglądania, w którym można zobaczyć, że wyjechali trzymając się za ręce, w szaloną zieloność i cichość, najbardziej ze sobą i w sobie jak można. Cudownie było iść przez wygrzane, leniwe pola, a mijając te pracowite, podziwiać kilkanaście bocianów kroczących za traktorami zbierającymi trawę i spotkać się w miejscu, gdzie rzeka rozdziela niebo od ziemi szaroniebieską wstęgą, iść w piasku i kurzu, w sobie, jeść kwaśne porzeczki z pola, a potem leżeć pod kocem pijąc herbatę z pączkami róży i mierzyć się ze ścianą zieleni, kto silniejszy, jej chłonący wzrok czy ona. Dobrze jest obudzić się w nie swojej pościeli, kiedy za oknem świder ciszy wbija się tak mocno, że oddech staje się łomotem, a potem patrzeć, jak wraca on z biegania, zwiedzania krokami okolicy i z radością w brązowych oczach spada na nią jak niespodziewany, letni deszcz, dla którego rzuca się parasol w kąt i oddaje żywiołowi po czubki rzęs.  I czasem zamyśli ją, czy zostawi po sobie ślad i ile ich będzie, czy to błyszczyk Deborah w kolorze malwy na cienkim brzegu ostatniego, nie stłuczonego kieliszka do czerwonego wina, czy to będzie piżama, czy zdjęcia robione na szybko w pobiegowym szale. A może śladem będzie wspomnienie tego, jak przyrządzała jedzenie dla przyjaciół i bliskich, przez te wszystkie lata, a było ich dobre trzydzieści, jak odcedzała makaron w podkoszulce z braku sitka, jak potrafiła ugotować obiad ze światła w lodówce, jak chodząc po targu ciągnie się za nią welon pomysłów na obiady, przekąski i kolacje. Może zostanie po niej pisanie, chociaż zawsze mogą paść wszystkie serwery świata i wymażą się miliony napisanych liter i kto je powtórzy. Może gdzieś jeszcze ktoś trzyma listy przez nią pisane, wiersze, myśli układane w pionowy słupek, trzema kreskami słów szkicujące co tu i teraz. Może ktoś kiedyś przyjdzie z takim proszkiem i specjalnym światłem i poszuka jeszcze więcej śladów, bo może jest ich więcej niż tylko to, co sączy się z jej palców. Bałwochwalczo chciałaby mieć poczucie, że zostawia po sobie nie tylko dym na niebie jak po przelocie samolotu, jak kręgi na wodzie po rzuceniu kamykiem, jak wypadnięty i nie odkurzony włos, gdzieś w szczelinie szarej podłogi, jak spacer z przyjaciółmi, który bez zdjęć zaciera datę w pamięci i co się działo przed i po. Chciałaby.