22 sty 2019

M 285 albo jak pachnie tu i teraz:

Nie pamięta, kiedy używała cieni do powiek, a kiedyś bez cienia nie było jej oczu. Dzisiaj cienie ma pod, czasami zduszone korektorem Max Factor, wokół podeptane śmiechem ścieżki, zaczynające płynąć aż do skroni. Pamięta, że dziesięć lat temu używała Vitalumiere Chanel i Pamplelune Guerlaina, zapach, który musi mieć zawsze a teraz nie ma, więc nie ma nic na zawsze. Tak samo lubiła zapach mielonej kawy i siarki jak się zapala zapałkę, rozmarzniętej wiosną ziemi i pomidorów tuż przy zielonym ogonku. Pamięta jak pachniał pies babci i wnętrze jej drugiego samochodu, niezwykły zapach paczuli, nie do odtworzenia. Gdzieś przepycha te zapachy przez cały dzień, od samego rana, kiedy wtula nos w ich małe szyje a potem i w jego pachnącą Bottega Veneta. Zapach ten zostaje gdzieś na krawędzi nosa przez całe przedpołudnie i nie zmąci go nawet arabika cudownie rozgryzana ekspresem Jura. Litery nie spływały, bo nie mogły, bo obezwładniona tym, co się dzieje na zewnątrz, musiała z całej siły trzymać się krawędzi siebie, żeby nie wpaść jak we śnie. Bo śniło jej się, że siedzi w długiej sukience na krawędzi szerokiego parapetu wypełnionego spokojną, dość czystą wodą i nagle odchyliła się do tyłu, chcąc lekko powisieć na krawędzi i nagle wpadła do tej wody, lecąc plecami w dół i w dół zimnej toni i woda zaklejała jej usta ale mimo to oddychała i ktoś w tym śnie powiedział, że jeszcze nie czas, taki kształt wody jakiś i wtedy się obudziła. Bo ona jedno skończyła i znów zaczyna kolejne i to niezmiernie cieszy. Dziesięć lat temu nie wiedziała gdzie jest, w jakimś miejscu w Krakowie, a przed nią było tak dużo, że nie wie, jak to w sobie zmieściła, a dało się. Jakby skoczyła w tę wielką toń i dała radę nie utopić się w tym, co było potem. Księżyc ją poplątał, konieczności słowne odsunęły od tego, co najbardziej jej, ale wszystko płynie w swoim rytmie jak ostatnie pięćdziesiąt osiem czterdzieści osiem na dziesięć kilometrów. Jest jak jest na tu i teraz. I pachnie For Her Narcisio Rodriguez, róża, gardenia, piżmo, przyprawione cedrem i wetiwerem, ale z chęcią wróciłaby do swoim pierwszych perfum Dune Diora, cudownie ponadczasowych jak lubi, gdzie na posłaniu z ambry leży peonia, goździki i lilia.


1 sty 2019

M 284 albo pod palcami:

Zamiast literami, palce jej były zajęte siekaniem, rozdrabnianiem, nurzaniem się w różnych konsystencjach, chrupkościach i pyłach, różnych fakturach i sprzętach. Od sypkości mąki tortowej, poprzez drobne grudki brązowego cukru, chrzęst rozbijanych jajek, zdejmowanie pierścionka z ametystem i diamentami, żeby nie wgryźć w niego zbyt wielu okruchów maślanej toni, która po chwili będzie kulą a za moment ciastkiem. Zajęte sztywnym obrzeżem foremki w kształcie gwiazdki, przekładające delikatnie rozmaite kształty w czeluść stu osiemdziesięciu stopni i trzymające łopatkę do wyjmowania już takich, jakie być powinny. O zapachu śledzia, obowiązkowo cebuli, kardamonu i kiszonej kapusty. Stęsknione do liter, zmęczone na tyle, że zasypiały gdzieś w drodze do jego szyi. Głaszczące gładką sierść psa staruszka, który coraz bardziej biegnie wreszcie zdrowymi łapami na niebieskiej połoninie i szare futro pręgowanej kotki. Zimnawe, bo ciągle nosi rękawiczki nie tam, gdzie powinna, czyli poza palcami, rozgrzane w rękawiczkach  tych biegających razem z nią i w mig schładzane kiedy je zdejmie. Czeszące gęste włosy małej jej i bardziej puszyste i jaśniejsze mniejszej jej. Wydłubujące osiem potężnych dziadów z psiej sierści drugiego psa. Ostrożnie trzymające kryształowy kieliszek z pachnącym, białym winem Solaris z winnicy Turnau, obejmujące go czerwonozłotymi paznokciami, dzięki którym czuje się jakaś taka dorosła. Chciałaby, żeby te palce i w tym roku wciąż miały kogo głaskać i mieścić się w całej jego dłoni. Aby mogły obierać owoce i potem wkładać je w słoiki, parząc się gorącymi nakrętkami. Aby wciąż były pracowite jak są, aby współgrały z głową i z oczami i tworzyły jeszcze więcej słów do zamyślenia. Aby mogła wiązać buty przed bieganiem i rozwiązywać po z myślą, że dobrze poszło. Czuć stabilność kierownicy jej ulubionego auta. Rozpakowywać w minutę lizaki w kulkach, które są skomplikowanie zawiązane na białym patyczku. Z żalem ten patyczek wyrzucić do grafitowego kosza z myślą, co się z nim dalej stanie i co z tym plastikiem. Chciałaby, aby jak najdłużej były wszystkie i nic nie bolało. Aby czuła ten swój świat pod palcami i potrafiła go opisać. Żeby był. Żeby była.

8 gru 2018

Ma 283 albo czasami:

Czasami jest tak że musi wejść w te swoje litery jak pomiędzy drzewa które dają oddech dystans tlen są żyją, to ważne. Czasami jest tak że musi zdjąć swoją zbroję kutą przez wieki odstawić gdzieś w kącie i pokazać miękkie wnętrze pochodzić z tym na wierzchu czego na codzień nie widać a to boli, a potem powoli znów założyć co trzeba i pobyć w tym nadal.
Czasami rycerz musi odpocząć dać się zwariować nie wiedzieć gdzie ma ręce a gdzie nogi, pozwolić sobie odkręcić kurek i wycisnąć jakąś kroplę z szarozielonych oczu i mieć przy tym najmocniejszą chęć na świecie przytulić się do jego prawej szyi  a ręce położyć tam gdzie wyrastają skrzydła, ale one na razie daleko a przez tydzień zrobi się jeszcze dalej.
Czasami nie ma zwyczajnie siły i jest za mała na wszystko, na nieustające bycie w działaniu, w zapamiętywaniu numerów dróg bo tyloma jeździ, wyszywając samochodem coraz to nowe ściegi, mijając pięknie wyszczerbione pałace i zabudowania z czerwonej cegły starsze niż można pomyśleć, mijając przydrożne buki tak grube i stare jak entowie.
Czasami robi sobie przemeblowanie i wtedy mocniej nią szura bo nie podkłada filcowych kółek pod swoje ciężkie wewnętrzne meble, bardzo stabilne, ale czasami trzeba je przesunąć i wtedy jakby jej nie było milczy bo skupia się na tym szuraniu.
Czasami czuje się jak zgnieciona kulka papieru rzucona gdzieś niepotrzebnie i trochę czasu minie zanim się sama rozprostuje. Bo to nie tak że ona zawsze włącza piąty bieg i zawsze jedzie za szybko chociaż lubi.
Czasami można upaść zgubić się zmęczyć przemeblować rozrywająco tęsknić i teraz i za godzinę i jutro rano, pognieść, nie wiedzieć dlaczego i po co, pojechać tam i wrócić tu, gdzie jej dom jak chiński mur czeka wytrwale, gdzie psykot przytula stęsknione spojrzenie, gdzie jest inaczej niż wszędzie indziej, gdzie niebo jest większe bo mieści dach ich domu dla niej największego jaki jest.

24 lis 2018

M 282 albo listopadowy:

Ma tak, że w jakiś listopadowy wieczór, po prostu któryś w miesiącu, gromadzi słowa w głowie i one sobie tam są i prowadzą dialogi i monologi, jakby zaraz miało ich nie być. Goni ten wieczór, który tak strasznie się kurczy jak przebity balonem, bo to, bo owo, bo trzeba i jeszcze tamto, żeby rano wstać i nie potknąć się o warstwy. O szyby deszcze dzwoni, deszcz dzwoni jesienny a w pamięci cały wiersz Staffa, ciągnie się nitką, jak ona zresztą strasznie dużo pamięta, całe akapity z książek, milion wierszy z drogiego jej międzywojnia, jakby tym chciała ocalić od zapomnienia to, co w niej tak żywe wciąż. Tyle powinna, a nie umie nie może nie chce. Gdzie zajrzy, tam powinna, a z jakiś powodów tego nie robi. Bo wreszcie może posiedzieć i poczytać co na pudlu, powspominać jedną i drugą jesień, kiedy ustawicznie wyciągała rosyjskie akwarele w kostkach i mazała pędzelkiem to i owo, zamknięte to owo teraz w pamiątkowej tubie. Bo dowiedziała się, że tego przezroczystego z mleka kokosowego się nie wlewa, tylko zostawia samo białe, a ona używa wszystkiego i nie wie czy to źle czy dobrze. Bo ma chęć na jakąś pastę z buraka, ma do niej wszystko oprócz chęci, bo trzeba będzie zmywać okoliczności wytworzenia tego co dobre a jej się nie chce. Bo zaraz powinna iść na górę i sprawdzić ja sączy się sen małych nich i czy są w dobrych dłoniach kołdry czy poza. Bo jego nie ma i nie ma kto ją wygonić, żeby szła już i on zaraz przyjdzie. I ma tak z tym listopadem, że kiedyś to był jakiś znielubiany miesiąc a teraz po prostu wystarczy się ubrać, założyć rękawiczki i pójść w pogodę jaka jest, bo nie ma się na nią wpływu. Ma trochę w głowie to tu, to tam, bo niedługo będzie musiała być skoncentrowana jak kostka rosołowa z olejem palmowym, czyli musi mieć w sobie wszystko co dobre  i złe. No ma tak, ta ona, kiedy wysprzątała dom jak nigdy o tej porze dnia, kiedy czepia się słownych skrótów, który pan Staff by w życiu nie pojął w swoim listopadowym dżdżu.

16 lis 2018

M 281 albo ciekawie i nieciekawie:

Zamiast być jak najczęściej tu to nie może, przytrzaśnięta ciemnością nowiu, bo jak inaczej to wytłumaczyć, stawia te swoje myśli gdzieś na półkach, potem o nich zapomina, kurzą się i nie są już takie same. Jest coś takiego w pisaniu, że jak je wyplącze z tych swoich zwojów, to potem one ulatują jak ślad na niebie po samolocie. Ciekawe jest patrzenie, jak ostatnie liście gubi perukowiec w ogrodzie i jak wciąż rosną tymianek i takie coś jasnoszare i pierzaste. Nieciekawy jest zapach soli kala namak i białego pieprzu po otwarciu torebki, ale smakują właściwie. Ciekawe jest bieganie, kiedy wszyscy wokół są radośni a ona może zasuwać 5:20 w przecudownych Saucony Kinvarach do mety i tamże rozbić się o zachwyt jego brązowych oczu. Nieciekawe jest wtedy, kiedy bierze mniejszą ją na ręce, a potem stawiając, rozrywa się o ból gdzieś w okolicy kości krzyżowej i nie wie, co zrobić, gdzie ten ból wywlec czy w prawo czy w lewo, kiedy knebluje jej oddech, trzyma tak, że nie wie, co z nim zrobić i jak go wypluć a potem jak podnieść się z podłogi, kiedy nie można się ruszyć, ale oczywiście musi, abo dwie małe jej nie podniosą, więc milionowy raz musi z tej swojej kupki żwiru siebie zbudować bastion bo jest mamą. Ciekawie jest, kiedy wreszcie tonie w jego rękach i on ją naprawia jak popsutego manekina o kanciastych ruchach, kiedy topnieje w jego palcach i rozkrusza każdą grudkę bólu. Nieciekawie jest, kiedy trzeba wstać i chodzić tak krzywo i do przodu i uważać jak na wazę z dynastii Ming, żeby nie strzelił w nią żaden kamień z bólu jak z procy bo rozpadnie się na kawałki i już nigdy nie sklei. Ciekawie, że gdzieś ponad tym wszystkim umie go oswoić i po nocy sklejonej w jedną pozycję jak naleśnik na boku, może założyć buty i to jest wielki sukces, wiązać sznurówki nie schyliwszy głowy. Nieciekawe jest, że jak kosa, jak białko, jak włosy, jak siano, jak mróz, jak strach ścina ją ten ból nie wiadomo kiedy,jest z nią w każdej chwili i dopiero, kiedy się przyzwyczai, to odchodzi gdzieś w zaleczony zakamarek, by może za jakiś czas wybuchnąć w drugim.

24 paź 2018

M 280:

Tęskni przyciskając wytrzeszczony guzik księżyca, pozamiatał niebo z chmur, świeci bezczelnie i żaden, nawet największy wiatr go nie ruszy, nawet ten, który rozebrał sumaka do prawie ostatniego czerwonego liścia, który gra w kulki z platanem i z wysyła serca liści z katalpy w cały świat. Tęskni, bo nie ma komu kupić bułek i małe one nie mają ich z kim zjeść na śniadanie, jedną z serem i z dżemem a drugą z miodem, bo ona bułek nie jada. Tęskni bo po drugiej stronie łóżka jest pusto i nie ma kto zabrać jej kołdry i zrobić z niej trąbki. Bo codziennie koło południa nie musi gotować obiadu, tylko wybebeszyła lodówkę i cargo i będzie jadła to, co zrobiła przez cztery dni, bo bez niego jej sie nie chce inaczej. Tęskni, bo nie mam jej kto wygonić spać a musi przejść ponad chrapanie psa, pokonać schody, zmyć tusz Wibo Volume i nałożyć krem z Bielendy z kurkumą, który ją pozytywnie zaskoczył a potem zapaść się w noc kołysaną wiatrem bo jesień, nie inaczej. Ostrożna do siebie, nie biega, uważa, bo cienka nić zdrowia znów się prawie zerwała. Zauważa, że w jej sieć wpadają osoby tak zasupłane, że trudno o jakąś prostą linię, bo boli, bo nie można, bo nie wiadomo co, bo są jak ćmy tłukące swoją ciemność do światła, bez wyjścia, żeby tylko przeżyć, a wciąż boli. Teraz nietrudno zahaczyć rzęsami o świt. Pożegnać księżyc, który tak mocno przywarł do nieba, że nie sposób go przepchnąć.
Tęskni.

13 paź 2018

M 279:

Po oszałamiającym lecie, równie kolorowa jesień, nie można delikatnie, trzeba ściągnąć wszystkie kolory z palety, namalować ile się da, jasnoczerwony i pomarańczowy sumak rozpięty na błękitnym niebie, żółtość i czerwoność przeplata się z jeszczezielenią, jest pięknie, chrzęszczą żołędzie pod nogami, szemrzą liście, cieszą smukłe wrzosy i przerzedza się winorośl. Lubi chodzić po ogrodzie z trawą, która dawno nie była u fryzjera, rozczochrana, zbiera opadające liście, robi posłanie dla kilkudziesięciu małych pigwowych jabłek, dla rosochatych ligoli, które rosły po trzy a teraz jest ich z czterdzieści, pięknie jest u nich, trochę zaniedbanie, ale tak ma być, bo ich ogród żyje swoim życiem, jak pięknie się starzeje. Wieczór roztapia się się w argentyńskim malbecu, zbieraniem sił po szczypcie po długiej podróży, spojrzeniami źle zrobionych zdjęć i źle ubranych ludzi wiszących na płotach, którzy usiłują wbić się w wyborczą machinę w nadziei, że przebiją chorego psychicznie pana z kotem, który ustanowił już długotrwąjący totalitarny ustrój. Jak była tam, w mieście po drugiej stronie mapy, to sobie pooglądała, jak jest. Kiedy kobieta w sklepie ma rzęsy jak czułki, kiedy się z nią rozmawia, to ma się poczucie jak oglądanie filmu 4D bez specjalnych okularów, bo się wzrok rozmywa przez te rzęsy i nie wiadomo gdzie patrzeć. Jak stuka w ekran telefonu paznokciem tak długim, że trudno wpisywać litery, podczas gdy pozostałe są poklejone, bo nie ma czasu, aby je naprawić. Jak ma brwi tak precyzyjnie namalowane, do podziwu, ombre niczym z szablonu, wyćwiczone na youtube, a jakże, ona tak nie potrafi, woli lekko przeciągnięte pędzelkiem. Kobieta - zjawisko, tak osadzona w teraz, w za bardzo i za dużo, jak za zasłoną tych rzęs i paznokci, bo tamto miasto i miejsce tak wymaga.
Ona za to się chowa w duży i długi kobaltowy sweter, ciepły, bo z domieszką alpaki, ma trzeci rok ukochane botki z Kazara we wzór niczym łuska węża, tusz Wibo Volume na rzęsach, lekki błyszczyk Max Factor i róż Pupa, ona ma lekko w sobie, poza tymi szablonami, które wszędzie, na paznokcie, na rzęsy, na brwi, na usta, ubrania, na poglądy na płotach. Obserwuje ile może, lubi. Zwłaszcza wyrwać się do świata z kosmosu i wrócić na ziemię, do brązowych, uważnych oczu, do tych kolorów, obrastających, podpierających jej dom, których nie znajdzie się w żadnym sklepie.

30 wrz 2018

M 278:

Wrzesień rozpięty pomiędzy umierającą zielonością a szeleszczącym brązem i czerwienią, w zimnym słońcu wciąż pięknieje ziemia, nie dając za wygraną wyjątkowo bogatej w zieloność letniej aurze. Pigwa żółcieje na rozłożystym krzaku, maleńkie, dzikie, rosochate jabłonki, umęczone dźwiganiem ligoli, czekają aż przyjdzie ona lub on i uwolni je od owoców, aby mogły podnieść ramiona ku górze, wszystko w gotowości na pierwsze bicze jesiennego deszczu, na to, że zaraz się zmieni i będzie niemiło i trzeba się będzie zawijać we wszystkie swetry świata, a najbardziej w szafirowy, do kolan długi, miękki i bardzo ciepły.

On: biega, podbiega, rysuje interwały jak ściegi i wie, po co one, po co rytmem wybijać ekg biegu a potem analizować co i jak.

Ona: cieszy się jak nie wiem co, kiedy poluje w każdym możliwym spożywczym na sezamki od Wedla z dodatkiem słonecznika, bo wie, że małe chrupiące kartki włożone w pas do biegania pomogą mu przetrwać długie czterdzieści dwa kilometry. Obmyśla plany, wynajmuje, sprawdza, jak przegrzany komputer, któremu przepalają się przewody i potrzebuje resetu ale jeszcze nie teraz. Lubi na niego patrzeć, jak biega, bo lekko dotyka ziemi, zawsze celowo, w swoim rytmie i jak zwiększa obroty coraz szybciej to niezamierzenie a potem się cieszy że stworzył kolejny rekord od tak.

On: urywa chwile z nią gdzieś w ciągu dnia, wciągają się w miękki brzuch kołdry w środku dnia, sobie w nim są, a potem chichoczą, łaskocząc się wskazówkami zegara, który zmieścił to co potrzeba w piętnaście minut.

Ona: zamyka wrzesień w podróży, jakżeby inaczej, znów ją ciągnie, gdzieś przewróciła się kartka, znów do zapisania przez koła i kilometry, więc jedzie dalej i tęskni, pomieszka w walizce w kropki i wróci, zebrać pigwę, może jeszcze zamknąć ją w słoikach w pachnącym duecie z gruszką, zobaczyć, czy urosły wrzosy i czy pomidor z jednej sadzonki wciąż robi balony pomidorów pękających od podmuchów wiatru i deszczu.

17 wrz 2018

M 277 albo o rysopisaniu:


Jak kładzie się wieczorem, zawsze na lewym boku, na skraju łóżka, z widokiem na duże radio po dziadku, to ma wrażenie, że jej mózg ciąży, synapsy strzelają, kładzie głowę jak jakąś ogromną puszkę, ostrożnie, pod wysokim napięciem, jakby miało coś z niej wypaść lub się przepalić. Strzela słowami w papier jak z karabinu, wymyśla tysiąc synonimów do jednego słowa, stuka i szeleści palcami, coraz szybciej i szybciej, szyje ściegi słów na białej, otwartej kartce w komputerze równie szybko, jak kiedyś zapisywała papier równym, wyrazistym pismem, bo w czwartej klasie podstawówki miała lekcje kaligrafii, które znacząco wpłynęły na to, jak naciska długopis, prosto mocniej, z lżejszym zawijasem. Takie czasy zresztą, że ustawia się czcionki w komputerze i telefonie, a nie zna charakterów pisma swoich przyjaciół i czasem jak przyjdzie od nich kartka lub paczka, to nagle się widzi jak ktoś pisze i zazwyczaj drobno, czemu nie mówimy do siebie listami... Ma wiele zapisanych i zarysowanych zeszytów, szkicowników, które przyjmowały jej słowa i zasypiały w szufladzie, aby ponownie się obudzić, lubi do nich zaglądać, bo to naprawdę bardzo duża część jej. Jak nie pisała, najlepiej długopisami BIC w niedużych zeszycikach w kratkę, które można było zmieścić w każdej torebce, to rysowała. W każdy piątek wieczorem do korkowej sporej podkładki, przypinała sztywny karton, rozkładała rosyjskie kostki akwareli, wyciągała smukłe pędzelki, ołówki od 2H do 4B i sobie rysowała takie różnostki, gdzieś tam z zakamarków jej wyciągnięte. Odsychały w akwarelowej lekkości, a potem zwinięte w rulon, mieszkały za szafą, wyjmowane czasem w zależności od nastroju. Nie maluje teraz nic, za to pisze słowami, wyciskając z mózgu ostatnie krople liter. Każdego ranka ma za to za szybą namalowany obrazek ze stawem pośrodku, w zależności od pory roku spowity w oniryczne sfumato albo w wyostrzony kadr mocno namalowany gwaszem, posypany ptasim śpiewem i pewnością, że zawsze jest i będzie.

31 sie 2018

M 276:

Pachnie ten sierpień wygrzanym asfaltem, czymś nieokreślonym w ciepłym polu, pomiędzy kurzem, skoszoną i wypaloną okiem upału trawą a ziołami, których nie zna, a pachną tak tylko w sierpniu. Jabłonie ciężkie od jabłek, których nikt nie zbiera, schylają swoje ramiona ku wciąż soczyście pachnącej trawie. Maliny ułożone w półkilogramowych opakowaniach, kuszą zapachem i słodyczą rozgniataną o podniebienie, ile można ich zjeść na raz, szkoda, że wciąż za mało bo takie pyszne. Biega, bo sierpień tak rozłożył parasol upału, że udało się pobiegać pomiędzy jego drutami. Biega, bo jej się strasznie nie chce, ale potem jak już wejdzie na półkę tempa 6 minut na kilometr i mniej, to jest naprawdę miło. Biega, bo powietrze jest inne, bo w rowach na drodze pożarowej do Wąchocka pachną zioła w takim jednym miejscu i cudownie je się czuje, jak się biega, inaczej, bo płuca są większe. Biega, bo wie, ile to sto metrów i dwieście, do kolejnej kałuży, do sterty z drewnem, do miejsca, w którym można trochę zwolnić, a potem znów ruszy dalej. Zawsze w czapce, bo nie wpadają muchy do oczu, bo jakoś ta czapka jest jak kropka nad i. Biega, bo kiedyś była tak popsuta, że nie mogła kucać i klęczeć przez bardzo długi czas i wciąż tak czasem jest, ale przez to, że porusza w rytmie nogami. Biega, bo lubi obserwować, jak zmienia się jej ciało, jak szczupleją ramiona i nogi, a potem jak wszystko boli, że wstać nie można, kiedy ciało stygnie po tym rytmicznym stukaniu nogami. Bo jest pięknie, kiedy mgły podnoszą wieczór do poziomu oczu, kiedy nigdy się nie wie, co będzie za zakrętem i jak z oddechem i siłą. Bo potem można wrócić, pozbierać mirabelki, przełamać ich kwaśność i aromat słodkimi gruszkami, stać, mieszać, przypalić garnek, zakręcić kilkanaście słoików i zakończyć sierpień mając w nogach około stu pięćdziesięciu kilometrów i ona nie wierzy, kiedy to się podziało a jest. Wciąż się zaskakuje. To cieszy.