16 lis 2018

M 281 albo ciekawie i nieciekawie:

Zamiast być jak najczęściej tu to nie może, przytrzaśnięta ciemnością nowiu, bo jak inaczej to wytłumaczyć, stawia te swoje myśli gdzieś na półkach, potem o nich zapomina, kurzą się i nie są już takie same. Jest coś takiego w pisaniu, że jak je wyplącze z tych swoich zwojów, to potem one ulatują jak ślad na niebie po samolocie. Ciekawe jest patrzenie, jak ostatnie liście gubi perukowiec w ogrodzie i jak wciąż rosną tymianek i takie coś jasnoszare i pierzaste. Nieciekawy jest zapach soli kala namak i białego pieprzu po otwarciu torebki, ale smakują właściwie. Ciekawe jest bieganie, kiedy wszyscy wokół są radośni a ona może zasuwać 5:20 w przecudownych Saucony Kinvarach do mety i tamże rozbić się o zachwyt jego brązowych oczu. Nieciekawe jest wtedy, kiedy bierze mniejszą ją na ręce, a potem stawiając, rozrywa się o ból gdzieś w okolicy kości krzyżowej i nie wie, co zrobić, gdzie ten ból wywlec czy w prawo czy w lewo, kiedy knebluje jej oddech, trzyma tak, że nie wie, co z nim zrobić i jak go wypluć a potem jak podnieść się z podłogi, kiedy nie można się ruszyć, ale oczywiście musi, abo dwie małe jej nie podniosą, więc milionowy raz musi z tej swojej kupki żwiru siebie zbudować bastion bo jest mamą. Ciekawie jest, kiedy wreszcie tonie w jego rękach i on ją naprawia jak popsutego manekina o kanciastych ruchach, kiedy topnieje w jego palcach i rozkrusza każdą grudkę bólu. Nieciekawie jest, kiedy trzeba wstać i chodzić tak krzywo i do przodu i uważać jak na wazę z dynastii Ming, żeby nie strzelił w nią żaden kamień z bólu jak z procy bo rozpadnie się na kawałki i już nigdy nie sklei. Ciekawie, że gdzieś ponad tym wszystkim umie go oswoić i po nocy sklejonej w jedną pozycję jak naleśnik na boku, może założyć buty i to jest wielki sukces, wiązać sznurówki nie schyliwszy głowy. Nieciekawe jest, że jak kosa, jak białko, jak włosy, jak siano, jak mróz, jak strach ścina ją ten ból nie wiadomo kiedy,jest z nią w każdej chwili i dopiero, kiedy się przyzwyczai, to odchodzi gdzieś w zaleczony zakamarek, by może za jakiś czas wybuchnąć w drugim.

24 paź 2018

M 280:

Tęskni przyciskając wytrzeszczony guzik księżyca, pozamiatał niebo z chmur, świeci bezczelnie i żaden, nawet największy wiatr go nie ruszy, nawet ten, który rozebrał sumaka do prawie ostatniego czerwonego liścia, który gra w kulki z platanem i z wysyła serca liści z katalpy w cały świat. Tęskni, bo nie ma komu kupić bułek i małe one nie mają ich z kim zjeść na śniadanie, jedną z serem i z dżemem a drugą z miodem, bo ona bułek nie jada. Tęskni bo po drugiej stronie łóżka jest pusto i nie ma kto zabrać jej kołdry i zrobić z niej trąbki. Bo codziennie koło południa nie musi gotować obiadu, tylko wybebeszyła lodówkę i cargo i będzie jadła to, co zrobiła przez cztery dni, bo bez niego jej sie nie chce inaczej. Tęskni, bo nie mam jej kto wygonić spać a musi przejść ponad chrapanie psa, pokonać schody, zmyć tusz Wibo Volume i nałożyć krem z Bielendy z kurkumą, który ją pozytywnie zaskoczył a potem zapaść się w noc kołysaną wiatrem bo jesień, nie inaczej. Ostrożna do siebie, nie biega, uważa, bo cienka nić zdrowia znów się prawie zerwała. Zauważa, że w jej sieć wpadają osoby tak zasupłane, że trudno o jakąś prostą linię, bo boli, bo nie można, bo nie wiadomo co, bo są jak ćmy tłukące swoją ciemność do światła, bez wyjścia, żeby tylko przeżyć, a wciąż boli. Teraz nietrudno zahaczyć rzęsami o świt. Pożegnać księżyc, który tak mocno przywarł do nieba, że nie sposób go przepchnąć.
Tęskni.

13 paź 2018

M 279:

Po oszałamiającym lecie, równie kolorowa jesień, nie można delikatnie, trzeba ściągnąć wszystkie kolory z palety, namalować ile się da, jasnoczerwony i pomarańczowy sumak rozpięty na błękitnym niebie, żółtość i czerwoność przeplata się z jeszczezielenią, jest pięknie, chrzęszczą żołędzie pod nogami, szemrzą liście, cieszą smukłe wrzosy i przerzedza się winorośl. Lubi chodzić po ogrodzie z trawą, która dawno nie była u fryzjera, rozczochrana, zbiera opadające liście, robi posłanie dla kilkudziesięciu małych pigwowych jabłek, dla rosochatych ligoli, które rosły po trzy a teraz jest ich z czterdzieści, pięknie jest u nich, trochę zaniedbanie, ale tak ma być, bo ich ogród żyje swoim życiem, jak pięknie się starzeje. Wieczór roztapia się się w argentyńskim malbecu, zbieraniem sił po szczypcie po długiej podróży, spojrzeniami źle zrobionych zdjęć i źle ubranych ludzi wiszących na płotach, którzy usiłują wbić się w wyborczą machinę w nadziei, że przebiją chorego psychicznie pana z kotem, który ustanowił już długotrwąjący totalitarny ustrój. Jak była tam, w mieście po drugiej stronie mapy, to sobie pooglądała, jak jest. Kiedy kobieta w sklepie ma rzęsy jak czułki, kiedy się z nią rozmawia, to ma się poczucie jak oglądanie filmu 4D bez specjalnych okularów, bo się wzrok rozmywa przez te rzęsy i nie wiadomo gdzie patrzeć. Jak stuka w ekran telefonu paznokciem tak długim, że trudno wpisywać litery, podczas gdy pozostałe są poklejone, bo nie ma czasu, aby je naprawić. Jak ma brwi tak precyzyjnie namalowane, do podziwu, ombre niczym z szablonu, wyćwiczone na youtube, a jakże, ona tak nie potrafi, woli lekko przeciągnięte pędzelkiem. Kobieta - zjawisko, tak osadzona w teraz, w za bardzo i za dużo, jak za zasłoną tych rzęs i paznokci, bo tamto miasto i miejsce tak wymaga.
Ona za to się chowa w duży i długi kobaltowy sweter, ciepły, bo z domieszką alpaki, ma trzeci rok ukochane botki z Kazara we wzór niczym łuska węża, tusz Wibo Volume na rzęsach, lekki błyszczyk Max Factor i róż Pupa, ona ma lekko w sobie, poza tymi szablonami, które wszędzie, na paznokcie, na rzęsy, na brwi, na usta, ubrania, na poglądy na płotach. Obserwuje ile może, lubi. Zwłaszcza wyrwać się do świata z kosmosu i wrócić na ziemię, do brązowych, uważnych oczu, do tych kolorów, obrastających, podpierających jej dom, których nie znajdzie się w żadnym sklepie.

30 wrz 2018

M 278:

Wrzesień rozpięty pomiędzy umierającą zielonością a szeleszczącym brązem i czerwienią, w zimnym słońcu wciąż pięknieje ziemia, nie dając za wygraną wyjątkowo bogatej w zieloność letniej aurze. Pigwa żółcieje na rozłożystym krzaku, maleńkie, dzikie, rosochate jabłonki, umęczone dźwiganiem ligoli, czekają aż przyjdzie ona lub on i uwolni je od owoców, aby mogły podnieść ramiona ku górze, wszystko w gotowości na pierwsze bicze jesiennego deszczu, na to, że zaraz się zmieni i będzie niemiło i trzeba się będzie zawijać we wszystkie swetry świata, a najbardziej w szafirowy, do kolan długi, miękki i bardzo ciepły.

On: biega, podbiega, rysuje interwały jak ściegi i wie, po co one, po co rytmem wybijać ekg biegu a potem analizować co i jak.

Ona: cieszy się jak nie wiem co, kiedy poluje w każdym możliwym spożywczym na sezamki od Wedla z dodatkiem słonecznika, bo wie, że małe chrupiące kartki włożone w pas do biegania pomogą mu przetrwać długie czterdzieści dwa kilometry. Obmyśla plany, wynajmuje, sprawdza, jak przegrzany komputer, któremu przepalają się przewody i potrzebuje resetu ale jeszcze nie teraz. Lubi na niego patrzeć, jak biega, bo lekko dotyka ziemi, zawsze celowo, w swoim rytmie i jak zwiększa obroty coraz szybciej to niezamierzenie a potem się cieszy że stworzył kolejny rekord od tak.

On: urywa chwile z nią gdzieś w ciągu dnia, wciągają się w miękki brzuch kołdry w środku dnia, sobie w nim są, a potem chichoczą, łaskocząc się wskazówkami zegara, który zmieścił to co potrzeba w piętnaście minut.

Ona: zamyka wrzesień w podróży, jakżeby inaczej, znów ją ciągnie, gdzieś przewróciła się kartka, znów do zapisania przez koła i kilometry, więc jedzie dalej i tęskni, pomieszka w walizce w kropki i wróci, zebrać pigwę, może jeszcze zamknąć ją w słoikach w pachnącym duecie z gruszką, zobaczyć, czy urosły wrzosy i czy pomidor z jednej sadzonki wciąż robi balony pomidorów pękających od podmuchów wiatru i deszczu.

17 wrz 2018

M 277 albo o rysopisaniu:


Jak kładzie się wieczorem, zawsze na lewym boku, na skraju łóżka, z widokiem na duże radio po dziadku, to ma wrażenie, że jej mózg ciąży, synapsy strzelają, kładzie głowę jak jakąś ogromną puszkę, ostrożnie, pod wysokim napięciem, jakby miało coś z niej wypaść lub się przepalić. Strzela słowami w papier jak z karabinu, wymyśla tysiąc synonimów do jednego słowa, stuka i szeleści palcami, coraz szybciej i szybciej, szyje ściegi słów na białej, otwartej kartce w komputerze równie szybko, jak kiedyś zapisywała papier równym, wyrazistym pismem, bo w czwartej klasie podstawówki miała lekcje kaligrafii, które znacząco wpłynęły na to, jak naciska długopis, prosto mocniej, z lżejszym zawijasem. Takie czasy zresztą, że ustawia się czcionki w komputerze i telefonie, a nie zna charakterów pisma swoich przyjaciół i czasem jak przyjdzie od nich kartka lub paczka, to nagle się widzi jak ktoś pisze i zazwyczaj drobno, czemu nie mówimy do siebie listami... Ma wiele zapisanych i zarysowanych zeszytów, szkicowników, które przyjmowały jej słowa i zasypiały w szufladzie, aby ponownie się obudzić, lubi do nich zaglądać, bo to naprawdę bardzo duża część jej. Jak nie pisała, najlepiej długopisami BIC w niedużych zeszycikach w kratkę, które można było zmieścić w każdej torebce, to rysowała. W każdy piątek wieczorem do korkowej sporej podkładki, przypinała sztywny karton, rozkładała rosyjskie kostki akwareli, wyciągała smukłe pędzelki, ołówki od 2H do 4B i sobie rysowała takie różnostki, gdzieś tam z zakamarków jej wyciągnięte. Odsychały w akwarelowej lekkości, a potem zwinięte w rulon, mieszkały za szafą, wyjmowane czasem w zależności od nastroju. Nie maluje teraz nic, za to pisze słowami, wyciskając z mózgu ostatnie krople liter. Każdego ranka ma za to za szybą namalowany obrazek ze stawem pośrodku, w zależności od pory roku spowity w oniryczne sfumato albo w wyostrzony kadr mocno namalowany gwaszem, posypany ptasim śpiewem i pewnością, że zawsze jest i będzie.

31 sie 2018

M 276:

Pachnie ten sierpień wygrzanym asfaltem, czymś nieokreślonym w ciepłym polu, pomiędzy kurzem, skoszoną i wypaloną okiem upału trawą a ziołami, których nie zna, a pachną tak tylko w sierpniu. Jabłonie ciężkie od jabłek, których nikt nie zbiera, schylają swoje ramiona ku wciąż soczyście pachnącej trawie. Maliny ułożone w półkilogramowych opakowaniach, kuszą zapachem i słodyczą rozgniataną o podniebienie, ile można ich zjeść na raz, szkoda, że wciąż za mało bo takie pyszne. Biega, bo sierpień tak rozłożył parasol upału, że udało się pobiegać pomiędzy jego drutami. Biega, bo jej się strasznie nie chce, ale potem jak już wejdzie na półkę tempa 6 minut na kilometr i mniej, to jest naprawdę miło. Biega, bo powietrze jest inne, bo w rowach na drodze pożarowej do Wąchocka pachną zioła w takim jednym miejscu i cudownie je się czuje, jak się biega, inaczej, bo płuca są większe. Biega, bo wie, ile to sto metrów i dwieście, do kolejnej kałuży, do sterty z drewnem, do miejsca, w którym można trochę zwolnić, a potem znów ruszy dalej. Zawsze w czapce, bo nie wpadają muchy do oczu, bo jakoś ta czapka jest jak kropka nad i. Biega, bo kiedyś była tak popsuta, że nie mogła kucać i klęczeć przez bardzo długi czas i wciąż tak czasem jest, ale przez to, że porusza w rytmie nogami. Biega, bo lubi obserwować, jak zmienia się jej ciało, jak szczupleją ramiona i nogi, a potem jak wszystko boli, że wstać nie można, kiedy ciało stygnie po tym rytmicznym stukaniu nogami. Bo jest pięknie, kiedy mgły podnoszą wieczór do poziomu oczu, kiedy nigdy się nie wie, co będzie za zakrętem i jak z oddechem i siłą. Bo potem można wrócić, pozbierać mirabelki, przełamać ich kwaśność i aromat słodkimi gruszkami, stać, mieszać, przypalić garnek, zakręcić kilkanaście słoików i zakończyć sierpień mając w nogach około stu pięćdziesięciu kilometrów i ona nie wierzy, kiedy to się podziało a jest. Wciąż się zaskakuje. To cieszy.

11 sie 2018

M 275:

Ona: szczęście jest wtedy kiedy widzi jak mała ona zasypia w pierwszą noc wtulona w rączkę maleńkiej jej kiedy noc szeleści jak on włącza czajnik o szóstej rano który syczy i mówi że jest a potem on wraca i mówi że przebiegł jakieś gigantyczne ilości interwałów w tempie mistrzyń świata w sztafecie i ona się cieszy od rana bo lubi patrzeć jak ruszają się jego nakrapiane ramiona i nogi w ulubionych Saucony Zealot. Kiedy chodzą sobie i tu i tam w swoim tempie kiedy małe one śpiewają wszystkie znane piosenki i perlistym śmiechem zauważają kilkunastu spacerowiczów. Jak ona widzi że wszystko jest takie samo jak cztery i trzy lata temu tylko urosły kawiarnie i miejsca do jedzenia a zepsuły się te które bardzo lubili bo oprócz cen wiszących pod sufitem to dają chilli i pół torebki tymianku do dania dziecięcego i nie można tego niczym stłumić.

On: szczęście jest wtedy gdy widzi ją po lewej stronie kiedy ich ręce stykają się na poręczy pomieszczenia do biegania Burley i kiedy ze środka wydostają się komendy żądające picia albo śpiewanie głupkowatych piosenek albo fragmenty małych paluszków zamkniętych w srebrnych lub złotych sandałkach.

Ona: kiedy wie że oni gdzieś tam czekają a ona idzie do sklepu po konieczności na dzień następny i mija w kolejce Chanel Egoiste Platinum zapach sprzed miliona lat i ją to uśmiecha że jeszcze ktoś pamięta o takim. Kiedy wie że on zauważy to samo i nic nie mówi że ona pół godziny fotografuje chmury bo są w tym momencie najpiękniejsze a za ten czas się zmienią i nic nie będzie na niebie takie samo a to ważne dla niej. Szczęście jest wtedy kiedy są razem tak bardzo że już bliżej nie można i nie zmieści się tam nic poza nimi chociaż chciałoby. Jest teraz bo jutro będzie zupełnie inne niż sobie wyobrażali albo większe albo mniejsze bo może spaść deszcz na wszystko wokół nich bo może czas przyspieszyć jak chomik w kółku i wtedy nie zdążą pójść na gofra z owocami. Szczęście jest teraz i oni o tym wiedzą i widzą nawet jeśli nie trzeba.

31 lip 2018

M 274 albo ostatniolipcowy:

W pachnącym wieczorze lipca, kiedy świerszcze rozkruszają ciemność na szeleszczący pył, kiedy najlepszy cydr dobroński nie ugasi rozległego po horyzont upału, myśli sobie, że dobrze, że nie musi, że ma wybór, że może. Dzięki temu omija sprawnie wszystkie mielizny i głębokości, płynie sobie ze swoim prądem, nareszcie jak lubi i chce. Odstała swoje z bólem pięt na niejednej podłodze, z dźwiganiem makijażowego kufra, pochyleniem pleców i skupieniem nad upiększaniem, z pokorą każdego kroku, wracania do krakowskiego mieszkania na wysokim piętrze pomimo bólu kolan, z zaciskaniem zębów i przekonań, że już niedługo będzie inaczej, lepiej, że pchanie tego głazu narzutowego wszystkiego pod górę - kiedyś się skończy, i będzie tak jak ona chce. Teraz, kiedy jest zupełnie inaczej niż kiedyś, odnajduje się w innych miejscach i wydusza mózg w innym kierunku, wciąż w inne litery i brak jej tchu na te, które lubi najbardziej. Jest gorąco i trzeba zamknąć lato w słoikach. Umiera ktoś, kto pięknie pisał i nawlekał słowa na nitki, które na zawsze przyczepiają się do niej i w każdej chwili szeleszczą, że są. Umiera drugi ktoś, kto snuł inne nitki z jazzową, przepiękną nutą, kto z jednego dźwięku potrafił zrobić poemat nie do zasłuchania, kto znał Komedę, a ona właśnie czyta o nim i dlaczego teraz czasy są takie inne. Kiedy liczy się pozycjonowanie, przepychanie między linijkami tego, co wypluwa wyszukiwarka, te najmniej przetrawione strony są na końcu, a na końcu nikt nie chce być. Trochę wciąż nie nadąża za tym, co teraz i nie bardzo umie przyspieszyć. Teraz wszyscy się promują, zdradzają tajniki biznesu, tworzą skomplikowane gałęzie i odnogi drzew, z których wyrastają kolejne tajemniczo brzmiące nazwy, każdy jest wyjątkowy i ma potencjał tylko siedzi w domu albo w nie lubianej pracy i nie umie tego zmienić, a wystarczy się rozejrzeć i można zasadzić kokosy w ogródku przed blokiem, o ile spółdzielnia pozwoli. Każdy jest unikalny i jedyny i słucha jednej i drugiej pani i pana, którzy teraz występują na scenie z mikrofonem i opowiadają o swoim życiu, jakie jest teraz ciekawe i fajne i jak oni wszystko potrafią połączyć ze sobą, mistrzowie synestezji we wszystkim i jeszcze w doskonałym ciele, a tak naprawdę najważniejsza jest po prostu zwyczajna odwaga i działanie, nie, że kiedyś się zbiorę, zrobię, przestanę, zacznę, pomyślę ale jeszcze nie teraz. Kolejnego teraz może nie być, więc dobrze jest z całej siły być w tej chwili, która właśnie jest, móc obserwować, jak wieczór nakrywa się ciemnym kocem burzy od zachodu, jak chłodniejszy oddech nocy wsącza się w nienormalnie rozgrzane wnętrze, jak chrupią słodkie ogórki z ogrodu u sąsiadki, jak pies nieustająco się cieszy z każdego kroku jej, jak łaskocze słodko-cierpki  smak borówek na podniebieniu, jak maliny jedzone widelcem, jak perlisty śmiech małych nich i jego ciepłe, nakrapiane plecy podpierające jej noc z drugiej strony, najważniejsze, że razem.

19 lip 2018

M 273:

Ma tak, że zawija się w kokon szlafroka z Oysho, dwa ma takie same, jeden czerwony, a drugi beżowy, kupione w czasach, kiedy wszystko było tak bardzo inne, że nie do wyobrażenia, że takie mogło być. Lubi się wtulić w miękkość i usiąść na fioletowej kanapie, robiąc miejsce na każdy bolący fragment pleców. Czasami czuje się jak Frida Kahlo, bo zawsze ją coś boli, czasem mniej, czasem bardziej, ale uwiera albo na dole, albo pośrodku, bo tam ma tysiąc popsutych rzeczy, że mogłaby obdzielić nimi kilka osób. Bo jak jest już w miarę dobrze, jak poskłada sobie te swoje braki żelaza, domowe konieczności, pięćdziesiąt słoików z nadzieniem porzeczkowo-malinowym, litery płynące nie w kierunku jej pisania, nieokiełznaną senność, jak zaparzy mocną kawę Daymalr, to wlezie w jej plecy koszmarny turkuć podjadek, który ugryzie tak i będzie trzymał, że mało co można z tym zrobić, jakby sztywny pręt wciskał się jej w kręgosłup a ona tańczyłaby wokół niego, dopasowując resztę ciała do tego miejsca, które tak boli, może tak ma być, że jak coś jej się udaje, jak los się uśmiecha, to właśnie wtedy dzieje się tak, że ma boleć. I ona nie może wtedy za nic zebrać myśli, wścieka się, kombinuje, czuje się jak przydeptana jaszczurka, wije, niedobrze, nie. Potoczyły się dni tak szybko, wypełnione trochę nimi a trochę nie, wybębnione grochem kropli deszczu, z nowymi, jaśniejszymi włosami i kremem Nuxe, wieczory mijające nie wiadomo kiedy, bo urządzała pokój małych ich, wyznaczany rytmem, kiedy dziesięciu mężczyzn ugania się za taką jedną i jednym to bardziej wychodzi a drugim mniej. Dużo za nią i jeszcze więcej przed nią, jak lato w pełni i żeby ją wreszcie osiągnęło i lipiec nie kończył się nigdy, bo zieloność  w ich ogrodzie jest tak piękna, że żal, jakby juz zasypiała około dziewiątej, a tak się niestety dzieje.

30 cze 2018

M 272 albo owocowy:

Jakby i czym nie malowała, to po dwóch dniach schodzi. strzępi się i nie chce urosnąć. Mała kosmetyczka jeszcze z czasów miasta na Wu i bycia na obcasach obrotów pęka w szwach od ilości pędzelków maczanych w trylionach odcieni amarantu, różu i fioletu, odżywek od a do z na wszystko i szybko działających i wolno i nocą i dniem i jakoś niestety tego nie widać, dzielą się na czworo bardziej niż włos, kruszą i nie chcą współpracować. Te jej paznokcie, bardziej po tacie niż po mamie, z długą płytką, ale nie tak wyjątkową jak u jej mamy, nie wypukły migdał ale po prostu podłużne. Życie odbywa się tu i teraz a one nie rosną, nie chcą być ubrane w te wszystkie kolory, które grzechoczą i zasychają w niemocy bycia użytym. Kończy się czerwiec, jej ulubiony miesiąc rozpoczęty jaśminem a zakończony feerią pachnących owoców, bo właściwie jest już wszystko, a co urośnie później to nie wiadomo, miesiąc z małobieganiem a dużodziałaniem wokół i w domu, na koniec z pierwszą od dwóch lat nocą bez maleńkiej jej obok w łóżku. Litery złożone w słowa, nie użyte na czas, poschły jak za mało podlewana rukola, przeleżały za długo w poczekalni i dlatego znów wyszło małopisanie czerwcowe, podpierane nosem ze zmęczenia, bo wieczór kurczy się nieopatrznie  jak wełna z merynosów wyprana w podobny sposób w czterdziestu stopniach , jak pachnące, ostatnie truskawki, które podniosły aromat aż po dach za sprawą ekstraktu z cytrynowej skórki i wanilii. Intensywne jest to jej teraz, jak bardzo owocowy czerwiec, jak pragnienie wieczoru tylko z jego ustami, które rozgniotą się o jej już za tydzień w jedno z piękniejszych ich wspomnień.