Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
29 paź 2017
M 256 albo na zawsze:
Gdzieś w palcach pozostał dotyk zimnej, kamiennej urny, ocean białych kwiatów, uściski rąk i nieustająco ściśnięte gardło. Roztopiła sie doszczętnie w lekkich kroplach deszczu i głosie Kuby Badacha, przeprowadził ją przez dwie i pół godziny od domu do domu. Babcia odeszła nagle, zdmuchnięta przez jesień, pozostawiwszy w niej lawinę wspomnień. Pierwsze jajko na miękko, kawa, wódka, haftowanie i duma z pierwszych mało udolnych prób jej, przedługie spacery z psem, nauka gotowania, niezmierzona cierpliwość, spanie na dwóch złączonych sznurkiem fotelach i pewność, że tak będzie zawsze. Babcia była jak niezniszczalne drzewo, pod które każdy chciała się schronić, przeczekać to, co złe i pomnożyć co dobre, zawsze zadbana, lekko umalowana, roztapiała badawczym spojrzeniem przezroczyście niebieskich oczu. Nie zna nikogo, kto by tak jak ona, walczył o życie, milion razy była po tamtej stronie i wracała, aby jeszcze i jeszcze popatrzeć na niebo od tej strony. Nie ma już do kogo powiedzieć babciu, bciu właściwie, bo tak na nią mówiła, nie usłyszy w słuchawce niskiego, lekko chropowatego głosu, nie przyniesie ulubionych kwiatów, nie opowie co tam i jeszcze dalej. Że ma nowego psa, że wiatr rozrywa i miesza powietrze na większe i mniejsze strzępy, że zrobiła dla niej marynowane prawdziwki i nie zdążyła ich przywieźć bo zepsuło jej się sprzęgło, że może nie mieć siły i babcia to zrozumie, bo rozumiała wszystko. Tyle razy balansowała na cienkiej linii pomiędzy tym a tamtym światem, tak wiele razy umierała, aż zdmuchnęła ją ta jesień całkiem, w ostatnim tygodniu pięknego słońca, kolorów do zachwytu, jakby ta ciepła, zachwycająca w swojej złotości aura była dobrana do życia kobiety, która otaczała się pięknem i była z nią od zawsze i na zawsze będzie.
4 paź 2017
M 255:
Nie wie, co się działo we wrześniu, pochłonięta koniecznościami, tonąca w innych literach, przesuwająca dni jak korale na sznurku. Palce jej pachną cebulą, bo panuje w domu lekki kaszel, kroi więc podłużne, chrupiące głowy, przesypuje brązowym cukrem i miesza słojem, żeby się połączyło. Sieka, mieli, miesza, gotuje, szuka smaków, rozwija ich wachlarz, żeby poznać coś nowego, czyta i szuka w ustach nowych, chcąc zacząć dobrze jesień, Obserwuje, jak kolano jej chrupie, kiedy wchodzi po schodach, chrup odbija się echem po schodach jak jabłko gala, soczyście. Boli, ale tak będzie już zawsze. Ma w tym wszystkim czas, co za szczęście. Żeby obserwować, jak ogród się starzeje, jak ślimak winniczek zdobywa próg domu, jak konik polny stuka do drzwi. Zrywa pigwę i resztki wyjedzonych przez ptaki winogron po drugiej stronie działki, tam, gdzie trawa wysoka i ciężko się chodzi. Trzyma na kolanach dwie małe je i śpiewa im milion znanych piosenek, będąc tylko tą chwilą, ich muzyką, ich mamą, ich bezpieczeństwem i tym, że mama zawsze coś wymyśli. Dom pachnie grzybami, obiadem, jego gładką skórą, kiedy późno w nocy, w cieple kominka z pięknym ogniem do zamyślenia i podziwiania, leżą sobie blisko na fioletowej kanapie i sobie są, nie wiedząc, gdzie mają głowę a gdzie palce, potracili kierunki, wyostrzyli zmysły są najbardziej razem jak tylko można w jednym momencie, tu i teraz. Jak wreszcie z trudem pójdzie na górę, zostawiwszy to kominkowe ciepło, jego też prawie śpiące skrzydła i wciąż mocno brązowe oczy, wyłączające dzień i dokładające drewno, to po odprężającej i ciepłej wodzie, japońskim olejkiem zmyje z twarzy resztę rozświetlającego podkładu Clarinsa, tusz L'Oreal i delikatnie fioletową kredkę, potem użyje piany z marchewkowego kwadraciku z Ministerstwa Dobrego Mydła, nałoży cztery krople olejku ze śliwki i hialuronowy krem Kose, wetrze ujędrniający balsam z Perfecty, łaskocząc za skrzydło fioletową ważkę na lewym przedramieniu, włoży szarą piżamę i jakimś cudem dojdzie tam, gdzie przychodzą sny, gdzie księżyc sprawdza, czy szczelnie przykryła się kołdrą robiąc mu miejsce, gdzie skośne okno wita nowy dzień.
12 wrz 2017
M 254 albo dużopisanie:
Zasnął ten sierpień w orkiestrze świerszczy, nie ustały, podobnie jak cudowny zapach końca lata, każdego roku łapie go, łowi jak najwięcej, jakby bez niego nie można było przeżyć jesieni. Na targu festiwal pomidorów, zjada ich codziennie michy z oliwą, pieprzem z młynka, kozim serem, oregano lub bazylią, nienasycenie przedjesienne. Dużo w niej nowości, uczy się ogromnie dużo i pisze, pisze w nieskończoność. Nie wie, co bardziej ją od tego pisania odciąga, czy kusząca obietnica jego silnych rąk, czy aromat bergamotki w zielonej herbacie Irving Earl Grey, czy włoskie, nasycone jeżynami, pachnące i wyraziste Primitivo, czy drążący robak lenistwa, potrzeby nicnierobienia, chociaż to u niej niemożliwe. Nie pamięta, kiedy dom na dole nie pachniał kawą a na górze praniem i delikatnym zapachem płynu do płukania Lenor Sensitive Gentle Touch, a na dole aromatem świeżo zmielonej arabiki Dalmayr Prodomo, kiedy w kącie obok kredensu nie chrapał bokser, kiedy jej auto było czyste, bez chrupków, swetrów, butów, rysunków z przedszkola, paczki paluszków z nie wiadomo jaką datą ważności, zasuszonych kwiatów, pokruszonych wafli i nie dopitych butelek po wodzie, z płytą Urszuli Dudziak zamiast Melorymków. Rozpięta między literami a ścianą zieloności po drugiej stronie domu, begonią taką, że już bardziej nie można, pająkiem o brzuchu wielkości fasoli Jaś, literami, spływającymi w nadmiarze z jej palców, wchodzi we wczesną jesień i na razie tak jest, tak ma i tak będzie. Wie, że jest po coś.
20 sie 2017
M 253 albo rozmemłanie sierpniowy:
Ona: jak dobrze jest wyłączyć klimatyzację w samochodzie i poczuć nasycony wygrzany sierpniowy wieczór pachnący sianem czymś spalonym i emocjami bo cały dzień taki dzisiaj ma rozgrzebali nawierzchnię na jej ulicy od rana straszny huk zjadanego asfaltu zjedli go właśnie koło domu. Pachnie ten sierpień drogimi śliwkami wspomnieniami letnich w temperaturze znajomości które czas rozwleka po sznurku miesięcy nie mogą się jakoś zebrać w jeden konkretny naszyjnik trochę uwiera ale co zrobić. Wszystko więdnie od czasu i temperatury i jak nie przyjdzie uśmiech wiadomość deszcz to tak będzie.
On: gdyby nie podlewał tyle ogród byłby rudym zeschniętym bukietem, preludium do jesieni. Codziennie starannie odkręca i szumi i zakręca a potem mówi że jeszcze tu i te w doniczkach i musi a rybom w stawie już prawie plecy wystają.
Ona: wścieka się rozpacza przeżywa jest smutna i zamyślona bo jak nie być kiedy ze wschodniej strony szaleją i wycinają prastary las a z drugiej strony szaleje tornado i łamie i niszczy tak strasznie dużo żeby odwrócić uwagę od tego co na wschodzie niech sobie więc ci co tną zabiorą to co natura wzięła w odwecie tak strasznie okaleczona, nie ma już tej arkadii do której jeździła na obozy harcerskie zrobiła się dziura nie do zapomnienia. Świat robi swoje wszędzie pieniądz warczenie głupota Paweł Nowacki dawno stworzył A w Patafii nie bardzo i ta książka jest coraz bardziej aktualna.
On: pracuje dużo do utraty tchu rąk i pleców ale lubi bo jest potrzebny bo go potrzebują chodzi z małą nią po ogrodzie i oglądają jak wreszcie pada padadeszcz i ślimaki chodzą po ścieżkach i kaloszach i dwa parasole jak dwa wielkie kwiaty unoszą się pomiędzy soczystą zielonością, pięknie.
Ona: nie może się zebrać ucina i rozwija myśli trochę tu a trochę tam nie bardzo wyspana nie bardzo posprzątana w środku trochę bałagan ma. I ma swój krzyż bolący od góry do dołu kręgosłup sztywnieje odmawia współpracy co będzie za kilka lat jak teraz już jego ręce mówią że jest źle musi być zatem równowaga nie można mieć wszystkiego. Dużo wyschło i zwiędło marchewki i śliwki mało soczyste jak pada to albo od razu kataklizm albo jak z cebra nie ma półśrodka albo jest zło albo dobro. Pokrążyła po targu kupiła co trzeba u starszego pana i małżeństwa które z pasji hoduje warzywa i obowiązkowo bukiet nieco rachitycznych cynii od staruszki z ogródka babina się nastoi a trzy złote zawsze się jej dołożą do tego co ona tam chce jest trochę tu trochę tam. Pachnie ziemia wygrzanym latem świt podnosi pokrywę świetlistego nieba widziała przedwczoraj było jasnopomarańczowe a potem zapadła jeszcze w płytki sen póki nie było trzeba natychmiast do kawy.
On: gdyby nie podlewał tyle ogród byłby rudym zeschniętym bukietem, preludium do jesieni. Codziennie starannie odkręca i szumi i zakręca a potem mówi że jeszcze tu i te w doniczkach i musi a rybom w stawie już prawie plecy wystają.
Ona: wścieka się rozpacza przeżywa jest smutna i zamyślona bo jak nie być kiedy ze wschodniej strony szaleją i wycinają prastary las a z drugiej strony szaleje tornado i łamie i niszczy tak strasznie dużo żeby odwrócić uwagę od tego co na wschodzie niech sobie więc ci co tną zabiorą to co natura wzięła w odwecie tak strasznie okaleczona, nie ma już tej arkadii do której jeździła na obozy harcerskie zrobiła się dziura nie do zapomnienia. Świat robi swoje wszędzie pieniądz warczenie głupota Paweł Nowacki dawno stworzył A w Patafii nie bardzo i ta książka jest coraz bardziej aktualna.
On: pracuje dużo do utraty tchu rąk i pleców ale lubi bo jest potrzebny bo go potrzebują chodzi z małą nią po ogrodzie i oglądają jak wreszcie pada padadeszcz i ślimaki chodzą po ścieżkach i kaloszach i dwa parasole jak dwa wielkie kwiaty unoszą się pomiędzy soczystą zielonością, pięknie.
Ona: nie może się zebrać ucina i rozwija myśli trochę tu a trochę tam nie bardzo wyspana nie bardzo posprzątana w środku trochę bałagan ma. I ma swój krzyż bolący od góry do dołu kręgosłup sztywnieje odmawia współpracy co będzie za kilka lat jak teraz już jego ręce mówią że jest źle musi być zatem równowaga nie można mieć wszystkiego. Dużo wyschło i zwiędło marchewki i śliwki mało soczyste jak pada to albo od razu kataklizm albo jak z cebra nie ma półśrodka albo jest zło albo dobro. Pokrążyła po targu kupiła co trzeba u starszego pana i małżeństwa które z pasji hoduje warzywa i obowiązkowo bukiet nieco rachitycznych cynii od staruszki z ogródka babina się nastoi a trzy złote zawsze się jej dołożą do tego co ona tam chce jest trochę tu trochę tam. Pachnie ziemia wygrzanym latem świt podnosi pokrywę świetlistego nieba widziała przedwczoraj było jasnopomarańczowe a potem zapadła jeszcze w płytki sen póki nie było trzeba natychmiast do kawy.
3 sie 2017
M 252 albo szumi:
Szumi, niezmiennie, niebieszczy się i szarzy, styka z niebem w zmrużeniu
oczu, wyrzuca na brzeg muszle i meduzy, głaszcze brzeg wachlarzem fal,
jest. Pytają o nie ci, którzy nie potrafią z centrum trafić do morza,
pytają, co to jest molo, są jeszcze ludzie na świecie, dla których jest
wiele niewiadomych, do zdziwienia u niej, ale cóż, można nie wiedzieć i
nie trafić, chociaż to tak oczywiste, chociaż w telefonie nie napisali.
Słońce brązowi ramiona, plącze nitki jej nadgarstków z przedramionami
jego , głosy mew podrywają brodę w górę, bardzo duże chmury dzisiaj
patrzą na nią, okruchy muszli wyglądają jak pokruszone bezy na
falbankach fal. Idą i idą, mijając ludzi w ubraniach o rozmiarach, które
chcieliby nosić, ale które nie zawsze pasują, ludzi, którzy patrzą
tylko w ekrany smartfonów, którzy rozmawiają ze sobą kciukami na
messengerze, bo w słowach nie ma emotikonów, gifów i słownika, bo trzeba
się wysilić a tu się samo pisze. Po co słuchać morza, skoro można
zagłuszyć je rąbanką, która zaledwie leżała obok muzyki, nie ma wakacji
bez hitów, które są fast foodem dla ucha, frytkami z mrożonki smażonymi w
starym tłuszczu ciągnącymi się przez pół wybrzeża. Jak to zresztą jest z
tą muzyką, że rzadko już teraz zdarzają się wielowarstwowe aranżacje,
które rozgryza się uchem raz po raz, nuci bez przerwy, pamięta, podziwia
ich złożoność, aranżacje, które są podporą dekady, kiedy aż nie
wiadomo, czy bardziej zachwycać się melodią czy słowami, piosenki, które
można zanucić o trzeciej w nocy obudziwszy się nawet z nerwowego snu.
Już niewielu ma tak piękną dykcję jak ci, którzy już odeszli, kto oswaja
tak pięknie słowa, potrafi dotknąć nimi tam, gdzie zazwyczaj zamknięte
bo boli, bo tęskni, bo nie chce, bo nie umie. Może ona, wychowana na
winylowych płytach taty, nauczyła się wchodzić w muzykę jak w "Bolero"
Ravela, gdzie raz po raz pojawiają się kolejne dźwięki, potem szarpała
się z trąbką Milesa, zawsze lubiła muzykę z podszewką, z porwanym
rytmem, ze słowem, które zostaje w pamięci jak niecodzienny widok
księżyca w zaćmieniu, potrafi zamyśleć i jeszcze to nie raz powtórzyć.
Słucha uważnie odgłosów ulicy, w restauracji, szumu ekspresu do kawy,
szycia świtu przez delikatny głos słowika, nerwowego szczekania psa
sąsiada, dudnienia ciężarówki z ciężkimi rurami, płaczu dziecka, które
się boi, albo jest śpiące, albo nie chce tego, czego chce rodzic,
dysonansu między tym, co stałe i niezmienne i tym, co narasta i nie jest
takie samo, pana z kukurydzą dla tych, którzy gromadzą witaminę D i
brązowieją na akord. Dobrze jest wsunąć się w dźwięki ulubionej muzyki,
obejrzeć niełatwy film, który nie jest głupią i głupszą komedią, iść
ulicą i zauważać coś więcej niż kilka cali na ekranie telefonu,
podziwiać starszego pana w amarantowych skarpetkach, karmelowych
lordsach, taliowanej, zielonej marynarce i poszetce w grochy. Ten pan
raczej nie słucha muzyki do wyrzucenia z ucha, nie takiej jak za słony
popcorn i słaba kawa z przewagą robusty, którą się chce zapomnieć tak
szybko, jak to możliwe. Dobrze jest więc iść z i słuchać tego, co lubi
najbardziej, czyli ich wspólnego, tego samego rytmu.
27 lip 2017
M 251:
Gdzie są ciepłe ręce nocy, które przytulają ją od progu, między palcami rozkruszając drgania świerszczy i zapach lata, kiedy można było wyjść na trawę i podeprzeć gwiazdy głową. Nie ma, jest zimno i mnóstwo komarów obwieszcza, że może lepiej wrócić na fioletową kanapę, wróciła. Mirabelka w tym roku bezdzietna, niedobrze, bo kończą się zapasy, jakoś dziwnie się splatają te warzywa i owoce, jak jest jedno, to nie ma drugiego i tak w kółko. Za dnia z małymi nimi grają w kółko graniaste i rośnie balonik nasz malutki, a potem ze śmiechem padają na trawę, w tym roku nawet urosła i trawą jest, a nie ściętym, beżowym rżyskiem. Jeździ na targ, zdobywa marchewki i pomidory, z którymi mała ona rozmawia, bo mają ciekawe kształty a maleńka ona najlepiej chrupie brudne ogórki ze skórą, uśmiechając się czterema dolnymi zębami jak tylko można najszerzej. Ona, w wieczory z planami na kolejne rzędy kiszonych ogórków, delikatnie łaskocze nadchodzący powoli sen kołyszącymi dźwiękami fortepianu, który z każdym dźwiękiem rozbija napięcie, bo nie lubi być zawsze miła, bo się wkurza też i czasem długo gryzie w ustach słowa, aż je wreszcie wypluje i napisze, bo co, bo dlaczego ma nie mówić, co myśli, bo nie będzie wiecznie tiu tiu. Ma codziennie armię wyciszaczy, ostatnio jeszcze parzy super dobrą kawę, która pachnie około trzeciej, w sam środek popołudnia, oddycha, zauważa, wścieka się tradycyjnie na kierowców, którzy nie widzą znaków i nie potrafią nacisnąć gazu i nie przewidują i nie znosi, jak ktoś zaparkuje bezmyślnie i wyjeżdża na siłę, nie wypuszczając nikogo z parkingu, no tak, szału można dostać, ale go nie dostaje, bo ćwiczy tej wścieklizny nie dostawanie i nawet jej czasem wychodzi. Pisze nie to, co chce, a to, co powinna, a potem nagle brakuje jej liter, bo wykorzystała limit kół ratunkowych, bo wieczór, bo czas leci tak szybko, że nie można nadążyć i sił brak, bo zjadła kolejne pudełko pachnących, omszałych malin, dlaczego nie widelcem, jak zawsze, zapomniała chyba. Gdzieś daleko, w tej cichej tu, późnolipcowej nocy szumią korale samochodów nawlekane na naszyjniki ulic, plączą się, szumią, zależne od czerwonych i zielonych świateł i te naszyjniki nawijają się na mniejsze i większe szyje miast, stroją się mniej lub bardziej, mrużą oczy, pękają tam, gdzie ciemno i naprawiają trochę dalej. Piją się shorty i longi, przegryzają zakąski z hummusami i pate z wątróbek z galaretką z madery, chrupią wielkie zapiekanki posypane szczypiorkiem, błyszczą oczy, usta, żelowe paznokcie i dekolty typu carmen upolowane na ostatnich wyprzedażach, gdzieś szumią koralami świateł miasta, a ona ma ciemno, cicho i tak bezpiecznie, że już nigdy nie wróci tam, gdzie kiedyś była, nie będzie czuła wyjeżdżonych letnimi oponami asfaltów, nie szkodzi, nie potrzeba.
17 lip 2017
M 250 albo człowiek - furtka:
Mieli nareszcie ten swój Kraków, złażony doszczętnie, z niebem podpieranym parasolem, z kapslem księżyca jak od folii aluminiowej po tłustym mleku w butelce, Kraków liczony na ich palcach, pomiędzy jaśminem a kwitnącymi lipami, bez czasu, zatapiany w słowach, dobrych arabikach i liczeniu rzęs, ciężki od dobrych wspomnień, cofnięty w przeszłość, kiedy jeszcze nie było niebieskookich nich, kiedy byli nierozerwalni i teraz też są. Urosły lipy na Plantach, wydoroślały miejsca, wysiedziały się krzesła w zaułku Tomasza, narysowali więc sobie na nowo swój plan ścieżek, jak przyjadą tu sami za jakiś czas, zobaczą, co znów się zmieniło. Od pięciu lat należy do Serafinów, wierzy nie tylko w znaki i nie przypadki, ale również w to, że jest równoległy świat pomiędzy ziemią a gdzieś tam, gdzie są ludzie, zanim na zawsze pójdą gdzie indziej. Ona to wyczuwa, jakby nasłuchiwała, że szumi powietrze, że ktoś jest obok niej, wie, że to ktoś bliski, kto jakby się zaplątał w tu i teraz bo śmierć zdmuchnęła go o sekundę za szybko, nie boi się tego od momentu, kiedy babcia Irena przyszła do niej we śnie, usiadła na łóżku w sukience z kołnierzykiem i od tej chwili otworzyła jej furtkę, przez którą wchodzą ci, którzy nie wiedzą co zrobić, jak już nie będzie ich na tym, co ona, świecie. Tak ma, że patrzy na znaki, że śnią jej się czyjeś śmierci, ma przeczucia, że w danym dniu i momencie trzeba uważać, żeby jeszcze trochę pobyła tu a nie poszła sobie tam, bo jak nie napotka człowieka-furtki, to co będzie z nią, jak trochę powisi między ziemią a miejscem, gdzie nikt nie wie co jest. Może to rodzaj intuicji, jakiegoś daru zauważania i odczuwania, który ma od dziecka, nie mogło być inaczej, że wie, kiedy ktoś bardzo bliski ma umrzeć, wie, kiedy ktoś jest w ciąży i życie pojawia się za życie, tak według niej jest, z jej doświadczenia, nie z utartych wiar, nie z tego, co się uważa powszechnie, bo przecież w to, co ona wierzy, nie wierzy prawie nikt. Żyje przeczuciami, jakimś światłem, które się w niej zapala i wtedy ona wie, że się coś wydarzy, czasami cierpnie jej skóra, czasami budzi się w nocy albo specjalnie nawija na długą szpulkę snu, aby pomóc tym, którzy się miotają między ziemią a niebem. Dlatego lubi Kraków, bo jest w nim coś, co powoduje duże sny, bo zostawiła w nim milion emocji, bo to miasto utkane właśnie z dusz, wspomnień, kolorów i smaków, nie inaczej przyciąga tyle ludzi, którzy do niego ciągną jak na piknik pod wiszącą skałą. I on to rozumie, te jej nie do uwierzenia i wytłumaczenia przeczucia, bo one są właśnie takimi, jakie mają być i bardzo jej. Czarowniczka, jak mawiała jedna z jej magicznych, krakowskich osób, które takimi pozostały i też wróciły do Krakowa, bo tam jest inne niebo, wciąż pełne cudów i nie tylko miłości.
30 cze 2017
M 249:
Piękny to był dzień, jasny, słoneczny, z niepokojącym wiatrem, z ogrodem pękającym zielenią w szwach, pełen begonii, surfinii i domowych poziomek, z deszczem i nie deszczem, z nowymi pająkami i mrówkami, z koniczyną, która rośnie wszędzie za dużo. Ona osłabiona po milionowym razie kaszlu, naciągała ten dzień, aby był jak najdłuższy, aby nie zapadł się w noc, nie przestał być świetlisty i zapraszać do wypicia kawy na tarasie, aby czerwiec jak najdłużej pachniał czerwcem, kiedy kończą się truskawki a zaczynają czereśnie i maliny, korowód czerwonych owoców, słodkiej marchewki, jeszcze małych buraczanych kulek, kiedy pomidory stają się coraz słodsze i coraz tańsze. Jaka ona teraz organiczna, w zieloność wtopiona, nie w siatkę ulic, w żyłki botwinki a nie w betonowy rysunek kostek betonowych, nie nosi w torbie swojego życia tysiąca skasowanych i nie skasowanych biletów, dziesięciu błyszczyków, małej wody mineralnej, żelu do mycia rąk na sucho, pudru w puderniczce, czegoś do czytania i pisania, nie ma miejskiego zestawu do resuscytacji czasu i okoliczności, starannie dobrana i umalowana, taka miastowa na wskroś, bo tak było trzeba.
A teraz ma swoje pięćdziesiąt pięć kilo włożone w spódnicę z Mango sprzed dziesięciu lat, wystarczyło ją odświeżyć i działa nadal i nawet żyje i do tej prostoty ma cienką paszminę w intensywnych kolorach jakie uwielbia, tak, bo ona zawsze musi mieć jakiś akcent, coś co zwisa i nie zakrywa przedramion, tak lubi najbardziej. Zadowolona bardzo z serum Iossi z wiesiołkiem i kremu nawilżającego do pary, nawet kury, co jej podeptały pod oczami, poszły sobie gdzie indziej, zostawiwszy zaledwie niewielkie ślady, jak cudnie, udało się. Jeszcze wciąż chora, ale z rozłupanym murem zapalenia oskrzeli, śpiewa małej jej piosenki o chabrach i makach, ganiają się po trawie wszystkie trzy na boso a potem maleńka ona wyciąga mięciutkie stopki do całowania, bo właśnie miała ała, karmią rybki w stawie, jedna z nich to nemo, nie inaczej. A potem przyjeżdża on, z tymi swoimi cudownymi przedramionami, brązowymi oczami i bardzo sobie opowiadają co i jak i myszkują po sobie oczami, jak to się dzieje, że wciąż chcą siebie i chcą i żeby się ten czerwiec nie skończył, bo chociaż chorowity, to nasycony nimi bardzo bardzo.
A teraz ma swoje pięćdziesiąt pięć kilo włożone w spódnicę z Mango sprzed dziesięciu lat, wystarczyło ją odświeżyć i działa nadal i nawet żyje i do tej prostoty ma cienką paszminę w intensywnych kolorach jakie uwielbia, tak, bo ona zawsze musi mieć jakiś akcent, coś co zwisa i nie zakrywa przedramion, tak lubi najbardziej. Zadowolona bardzo z serum Iossi z wiesiołkiem i kremu nawilżającego do pary, nawet kury, co jej podeptały pod oczami, poszły sobie gdzie indziej, zostawiwszy zaledwie niewielkie ślady, jak cudnie, udało się. Jeszcze wciąż chora, ale z rozłupanym murem zapalenia oskrzeli, śpiewa małej jej piosenki o chabrach i makach, ganiają się po trawie wszystkie trzy na boso a potem maleńka ona wyciąga mięciutkie stopki do całowania, bo właśnie miała ała, karmią rybki w stawie, jedna z nich to nemo, nie inaczej. A potem przyjeżdża on, z tymi swoimi cudownymi przedramionami, brązowymi oczami i bardzo sobie opowiadają co i jak i myszkują po sobie oczami, jak to się dzieje, że wciąż chcą siebie i chcą i żeby się ten czerwiec nie skończył, bo chociaż chorowity, to nasycony nimi bardzo bardzo.
13 cze 2017
M 248:
Targ obsypany kwiatami, chciałoby się mieć je wszystkie, pelargonie w milionie
kolorów, surfinie, begonie, niecierpki, coś, co wisi, leży, ma duże i małe liście,
zamyka kwiaty i otwiera, przekwita szybko i wolno, jest jednoroczne i
kilkuletnie, dywany kwiatów, dobrze by je posadzić i patrzeć jak rosną,
pięknieją, są, najlepszy film na świecie, każdego lata inny. Sadzi, podlewa, przycina, pieli, psika takim na chwasty i
ciągle coś robi i ciągle mało, bo jak wypieli tam, to rośnie tu i tak bez przerwy. Dużo w domu, nie chce się z niego wychodzić, taki piękny w środku, a zresztą maleńka ona posiała na sobie kropki na o i musiały je wysiedzieć aż staną się małymi strupkami i znikną. Domowi się więc bardzo, wyszukuje nowych czerwcowych smaków, wwąchuje się w krzak jaśminu na ulicy, nareszcie, nareszcie jest jej ukochany, przedletni zapach, pięści peonii pokazały swoje linie papilarne, różowe, ogląda je sobie z okna i na żywo, piękne są. Mają siebie trochę, są sobie dla siebie, rysują się palcami, jedzą widelcem truskawki z serkiem waniliowym, piją zieloną herbatę i sumiennie wspólnie jedzą obiady, chrupią ogórki, kapustę, nieopierzone ziemniaki, łaskoczą pękiem pachnącego koperku, chrupią nożem po soczystej cebuli dymce tańczącej po dużych pomidorach. Przez to siedzenie na przełęczy miesięcy przegapiła kwitnienie tylu tylu co lubi, z oddali podziwia dziką różę, co będzie z owocami w tym roku nie wiadomo, bo boleśnie podczas Zośki i później wszystko zmarzło. Przejmuje się jakoś tym, bo wrosła bardzo w oglądanie wiosny, bo cudownie to uspokaja i tuli, bo zwolniła bardzo, że już chyba bardziej nie można i nie ciągnie ją do kaw, do galerii handlowych, do nowych ciuchów, do nowości w makijażu, bo ona ma teraz ogród z chwastami i co zrobić z sumakiem, który się tak rozmnożył i zajął pół trawnika po prawej stronie, że już bardziej nie można. Wieczory czerwcowe, nie na tarasie, bo noc jedzą komary, zalotne żaby dopięły swego i teraz cisza strzyżona ptasim śpiewem nad ranem, codzienne rytuały w domu i stopienie się w węglach jego oczu i tak lubi teraz, chociaż czerwiec znów pędzi szybko, nienaturalnie szybko, jak ich nowa mazda cx5 w pięknym szkarłacie.
23 maj 2017
M 247 albo jeszczemajowy:
pan z trąbką i skrzypcami grał w niej muzykę od zawsze zaczynał od bacha i wracał tam gdzie był na uliczki te znajome tak gdzie izolda i wreszcie gdy dni wyblakną mi i powiem tak żegnaj mój świecie podjedzie tu kierowca z mgły w niebieskim swym kabriolecie ja sam dojadę tam gdzie czeka mnie ostatnia puenta nie nie nie dziś bo koncert mam a to rzecz święta i ona jak usłyszała że jednak pojechał bo tam gdzieś gdzie nie wiadomo co jest wezwali go do największej orkiestry świata a ona w ten dzień kupiła tysiąc kwiatów i sto litrów ziemi i sadziła te begonie pelargonie i inne nie nazwane w dźwiękach tej muzyki jaka się już nie zdarzy nigdy i płakała ukradkiem bo tak bo musi wypłakac ten brak że nic już nie będzie takie samo. Umiera ten świat zabiera wirtuozów dźwięku i nie zastępuje ich za bardzo nikim bo teraz żyje się w smarfonie i aplikacji na wszystko żyje mało melodyjnie bo po co przecież są jakieś piosenki jednosezonowe wydmuszki nie do zanucenia a jeśli nawet to ruda tańczy jak szalona i tyle można zaufać kumkaniu żab i szumie majowego deszczu bo to muzyka od wieków taka sama można posłuchać jak rosną kwiaty pękają im pąki i jak wieczorami słucha się tych koncertów kiedy wszystko rośnie i rano podziwia o ile. Są ludzie którzy usiłują być muzyką ale to nie jej dźwięki ona woli te stare te odkrywane na nowo oparte na głosach jakich już nie ma świat sobie poszedł w stronę w której ona się gubi i żeby się upewnić że jednak jest tiu i teraz wita świeżo rozkwitłe kwiaty Ziemia pachniała wdzięcznością nie spieszy się nigdzie cierpliwie czeka na niedużą łopatkę na nowe korzenie które przyjmie które w dźwiękach trąbki jedynej i rozpoznawalnej pięknie potem urosną kwiaty ona uwielbia cieszy się że tyle mogła i tyle umiała. Wieczorem zatapia się w jego palcach w ich domu który jest zupełnie jak jing i jang w którym wszystko stapia się w jedną całość bo każdą rzecz wybierali razem i dlatego jest tak spójna pięknie im to wyszło tonie w kwiatach w zapachu ziemi w myślach dlaczego tak szybko konieczność zabiera kogoś kto był niezwyczajnie na teraz dobry słuchaj proszę co było przeszło nie wróci wczorajszy smutek niech już nie smuci więc zostaw zostaw wszystko i zatrzymaj mnie
Subskrybuj:
Posty (Atom)