23 lut 2012

M 99 albo o zmarszczkach:

Luty, pomimo iż niecodziennie dłuższy o dzień, skrócił się niewyobrażalnie i zwyczajnie uciekł. Świat odetchnął od kleszczy mrozu, które niewyobrażalnie mocno zacisnęły się na palcach, nosach, brodach, akumulatorach, koksownikach, ciepłych herbatach i piernikowej latte na sojowym mleku i zimowym, nielubianym przez zmarzniętych, świecie. Wtulona w przestrzeń szarego kaptura, w echo swojego oddechu, ciągnąc przez zaspy obdartą z powodu miliona podróży walizkę z naderwaną rączką, mija reklamy z Beckhamem w majtkach, któremu mróz niestraszny, David będący zalążkiem wiosny, która tuż tuż za progiem, bożyszcze nie jej ale wielbicieli majtek w zimie na pewno, bo ma brzuch w kaloryfer wcale nie ładniejszy od brzucha jej anioła. Potrącają ją stukoty kozaków na szpilkach, strącają z niewyspania zapachy kawy, ciągnące się przez pół podziemi, w których labiryncie gubiła się niezmiennie przez lat kilka, wrzucona w kołowrotek przejść, mieszana jak w ludzkiej betoniarce. Wyszedłszy z tunelu, nie poślizgnąwszy się na schodach zasypanych solą z chlorem, namoczyła rzęsy w wirujących, drobnych śniegu i poszła do pracy, robiąc po drodze zamach na linię i kupując u Lubaszki bułkę z serem bo ją uwielbia i grzeszy przez to przepięknie.
Miasto na Wu w szarobiałych plamach śniegu, w brei o konsystencji rozmoczonej chałwy, kusi wystawami z wiosenną kolekcją i zapowiada pastelowy lans. Na fali będą soczystości rozświetlające ponure marce i nieco bardziej świetliste kwietnie i pojawią się te wiosenne looki w rzeczywistości, nie dostosowawszy się jeszcze do zmiennej polskiej pogody, będą moknąć w butach z odkrytymi palcami, prezentując najnowszy pedicure hybrydowy z kolekcji OPI, zaledwie przysłonięty nie drącą się rajstopą Gatty w kolorze również z najnowszej kolekcji. Tymczasem przez chwilę uczestniczyła w targowisku próżności, gdzie kobiety z nowymi twarzami od igiełek zawierających Tajemnicze Substancje na nowo uczą się marszczyć nosy i czoła co im nie zawsze ładnie wychodzi. Jak bardzo świat kawy w papierowym kubku, szampana z truskawką, dekoltu po mezoterapii, ust z kolagenem, rzęs wklejanych 1:1, doczepianych włosów i hybrydowych paznokci, łososia w sosie i soli w warzywach, trendy biżu i lilou, gołych nóg bez grama żyłki, blizny i nierówności w szpilkach w mróz i śnieg - jest daleki od żółtego domu z ogrodem w pośniegowe plamy, od linii na psiej śnupie, od rozłożonych w kocim rozmemłaniu futer, od jego ciemnych, troskliwych oczu w aureoli kosmatych, kiedyś oparzonych i przez to sterczących brwi, od jego drobnej i naznaczonej kreskami zmarszczek twarzy. Na jej twarzy czas powoli i delikatnie rysuje twardym ołówkiem linie pod oczami, podnoszące się od uśmiechu, wygładza to, co powinno być powoli zmarszczone, ona młodnieje od jego rąk i nie musi uczyć się nowej mimiki jak większość kobiet w mieście na Wu – tych, co prześcigają się z czasem i wygrywają tę walkę co najmniej o dwadzieścia lat. Na targowisku próżności jej paznokcie bez hybrydy, jej rzęsy, krótkie włosy, brak kopertówki, cienie pod oczami nie wypełnione niczym oprócz cienia, waga w normie – nie są dziś na sprzedaż i nie nadają się do żadnego zdjęcia. Ona umie bez iluzji, bez naciągania, bez nowego z tamtą wiosną na sobie przeżyć koniec lutego, pomimo iż jest paskudny wiatrodeszczem i sieka na kawałki wszystko. Nawet jej dobry nastrój, sklejany tygodniowym urlopem na fioletowej kanapie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz