31 sie 2020

M 316:

Jak się uzależni to koniec. Od jazzu, sączącej się nitki na Spotify, którą wyciąga jak tylko ma sposobność, od nowego radia, które w nowy sposób prezentuje świat i brzmi tak jak powinno, zwłaszcza w łakome godziny słuchania. Od miksu oliwek w Lidlu, bardzo lubi ich słoność rozgniataną na słodkawym, buraczanym hummusie, od masła orzechowego z miodem na uczciwym chlebie żytnim, od dobrej arabiki, której otwarty słoik może wąchać pół dnia, wpatrując się jak pająk za oknem koronkowo zamieszkuje pół prostokąta. Od olejku do mycia Sanctuary Spa, który otula tak, że można zużyć całą butelkę na raz, odkryty dawno temu na Wyspach, na szczęście cieszy teraz ją i tu. Od snu, może spać na lewym boku zabita postrzałem jednej chwili, kiedy Morfeusz wyłapuje ją wielkim sitkiem, wsadza do łodzi i wiezie na podszewkę nocy przez osiem godzin a to i tak jest krótko. Od wody wszędzie, w każdym aucie, przy stoliku jak śpi, w torebce, bez wody zasycha, wysycha, lepi się jej, nie może, musi. Od jego rąk i uważnych oczu, które gdzieś łowią ją w pół dnia, wieczorem, chciwie mniej lub bardziej, uwielbia. Od tego, że może się poruszać, truchtem spacerem krokiem, po różnych nawierzchniach, chrzęścić, szurać, iść bezszelestnie, doświadczać kałuż, wybitych zębów w krawężnikach, potykać się o korzenie, przewracać szafirowe żuczki na brzuch i zbierać ślimaki w bezpieczne dla nich miejsca. Od rytuałów, że jabłko musi być zawsze, teraz wczesnojesienne gryzą w zęby. Tego, że coś ją niesie, każe wsiąść, jechać i być w innym słońcu, innej trawie, patrzeć razem w inny horyzont nadpruty ściegiem ciemnozielonego lasu. Od bycia w kalejdoskopie sierpnia, będący wachlarzem miejsc, które odwiedzili. Uzależniła się od wyżywania każdej nitki, jaką pociągnie, nie ma trochę. I dobrze. Dobranoc, sierpniu.



 

 


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza