Dywan z zielonej trawy rozwinął się wspaniale do małego stawu, wiosna już bardzo. Dawno nie była w lesie, bo trochę nie ma czasu, bo czas ów się delikatnie skurczył i wciska się między sen na tarasie małej jej. Delikatnie zaczęła pracować, właściwie po to, aby kawałek siebie zostawić gdzieś poza domem, żeby poczuć, że jeszcze coś umie i może. Bo taka ona składa się z bardzo wielu części. I sen zostawia w Warszawie na chwilę, zauważony, bo od miesięcy ciągły. I w Łodzi, bo tam Święta, bo rzeczy do dopięcia i ten ostatni guzik się udał, stawszy się pracą, która sączy się pozytywnymi mailami. Uporczywa, ogromna wiosna zostawia w senną niedzielę na ich ulicy jeża z kulawą łapką po to, żeby właśnie ona go zauważyła, jak biedny pokonuje krawężnik i ona bierze go w pudełko, obserwuje czujny nosek wystający z najeżonej kulki i niesie ją za staw, aby tam znalazła swoje schronienie. Ile wytrwa w niewyspaniu, nie wie nikt. Każdego dnia kolejna granica wytrzymałości się przesuwa, ale jest chyba z gumy, bo może więcej i więcej. Chyba jak każda mama zresztą, to trochę jak chodzenie po z lekka nieznanym terenie, który niby wygląda znajomo, a można zaplątać się w jakieś trawy, czy wpaść w dziurę. Jedyną bronią jest intuicja, potrafiąca wyciągnąć z największej, matczynej niepewności. I z tej niepewności najpiękniej wyciąga ją uśmiech w ogromnych, hipnotyzujących oczach małej jej.
Koniec kwietnia zgubił kolejnego kota, świętokrzyski dachowiec, z dumą przynoszący myszy jak naboje do karabinu, potrafiący upolować kreta i zjeść gorącego kotleta z patelni i zastygający w jasnoszarą kulkę w prostokącie okna, przepadł bez wieści niewyczuwalnej dla brązowego psa, dla nikogo. Nikt nie chce powiedzieć, co się z nim stało, trawy wymownie milczą. W domu została tylko wenge kota i pies i zrobiło się dziwnie pusto. Wiosna intensywna w wydarzenia, urosła nowa praca, pryskają nowe bańki dmuchawców w słońcu i błyszczy srebrzysta trawa, rośnie mała ona, która już prawie siedzi, wciąż nowa siatka zmarszczek mimicznych, które pojawiają się jak nie wykryte żyły wodne, wyciągane przez kolejną noc z poszarpanymi snami. I niepostrzeżenie, w tej ich trzeciej wiośnie minęła rocznica, kiedy w zaułku św. Tomasza jego intensywnie brązowe oczy wypatrywały nadejścia jej i od tego wszystko się zaczęło. Maj już zawsze będzie dla niej znamienity, intensywny we wspomnieniach, rozsypany pierwszym bzem, a w ich trzecim maju mała ona rozpina między nimi jeszcze bezzębny uśmiech i to niby wszystko szybko się wydarzyło, a może i wolno, ale wyżyte do ostatniej milisekundy.
Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
1 maj 2014
5 kwi 2014
M 170:
Pachnie forsycja, zieleń rozpycha się jak mała ona rączkami, pączkami kłuje błękitne niebo, świat rośnie jak na wiosnę przystało. Ona krąży wokół domów i ogródków, rysuje kołami wózka z małą nią niezliczone esy-floresy, zauważa fiołki za czyimś płotem, które postanowiły z własnej woli zamieszkać bez żadnych ograniczeń. I wspaniałe jest to, że ona ma czas te fiołki zauważyć, bo to pierwsza taka wiosna z wielkim czasem od niepamięci. Nad ich domem przelatują bociany, kaczki na stawie pływają na randki, cytrynowe motyle łaskoczą powietrze. Dzieje się.
Ona: wstaje jak automat zanim mała ona zdąży wrócić na ziemię ze snu, wyjmuje z łóżeczka coraz cięższy pakunek z zamkniętymi oczami, odmierza cztery płaskie miarki Enfamilu do butelki Suavinex, jednym zaspanym uchem łapie dźwięki apetycznej, polskojazzowej audycji w Trójce, a drugim jak mała ona je. I potem zasypiają w ciężką noc, zapadają się w swoje sny, ponownie nad ranem słuchając, jak słowiki szyją niebo na granicy dnia i nocy.
On: przynosi białe tulipany i uśmiech w zmęczonych, piwnych oczach, wieczorem, okotowany, na fioletowej kanapie czyta, masuje jej stopy i czule przeprowadza przez chwile wspólnego, krótkotrwałego wieczoru.
Ona: rano wygląda bardzo niewyraźnie, ma podkrążone oczy, obolałe kolana, kręgosłup i łodygi nadgarstków, niewyspanie zalewa mocną kawą, wciera rozświetlające kremy, ale nic to, jej zdaniem, nie działa. Może pora się przyzwyczaić do pognieceń pod oczami i pionowych linii wokół ust, może już czas, który uczy nieustannej pogody. Tymczasem w tej rozbujanej wiośnie, w niewyspaniu, zatopiona bez reszty w bezzębnym uśmiechu małej buzi, zbroi małą nią w różne dziecięce przedmioty, cierpliwie poznając rodzaje smoczków, krzesełek do karmienia, termoopakowań, zgłębiając arkana karmienia po czwartym miesiącu. Mała ona zauważa paski na bluzce, kolory, wzorki na butelce do karmienia, widzi każdy szczegół, którymi duża ona buduje jej dzień i te wielkie oczy wpatrzone w nią wiedzą, że tak właśnie wrasta się w świat i rysuje na nim swoje miejsce, które jej stworzyli ona i on.
Ona: w rytmie samotnych niedziel, bo on tam się uczy i tak jeszcze przez trzy lata, potrafiła znaleźć zajęcie, udało się wpleść coś dla siebie i wziąć szczyptę czasu z całego dnia, pokona niewyspanie. Los znów podpowiada, że można mieć wszystko, więc będzie troszczyć się o markę kosmetyczną, w sposób, jaki najbardziej lubi i cudownie jej z tym. Lekko, jak na wiosnę przystało, na czas nowości.
23 mar 2014
M 169 albo czas płynie:
Czas jej się skurczył w marcu, stając się szczyptą dwóch tygodni roztartych w palcach, jak krem Olilatum na jej małych policzkach , bo odkąd mała ona śpi na brzuchu, to sobie odgniata buzię prawą i trzeba smarować. Ona i mała ona stały się absolutną jednością, zanim mała ona się obudzi w nocy, to ona budzi się tuż przed nią, aby resztki snu nie uciekły i trwały dalej, po jedzeniu. A czasem nocne audycje radiowe tak cudownie płyną przez noc, że aż żal spać, a trzeba. Noc ma inny ciężar, obserwowany wykrojonym prostokątem okna na dom sąsiadów i na księżyc, który pięknie zawisa na rynnie ich dachu. Zaakceptowała obijanie się o ściany w domu i swoistą samotność, bo odkąd nauczyła się swojego dziecka, jest znacznie łatwiej, bo taki ma teraz rytm i nikt jej w nim nie pomoże, aby zmieścił się w nim czas na upragnione zabiegi kosmetyczne, których jej bardzo brak. Przyzwyczaiła się do nie spania, poznała wszystkie odcienie płaczu i marudzenia, nauczyła ją patrzeć na anioły i wywoływać głośny śmiech. Codziennie mała ona odkrywa coś nowego, jak ostatnio jej twarz, świadomie i uważnie oglądając ją małymi rączkami na wszystkie strony i to był ten kosmos, za którym przez tyle lat z całej siły tęskniła. W przelocie dni zdążyła odwiedzić miasto na Wu, powzdychać do koronek w Intimissimi, zobaczyć nic dla małej niej w TK MAXX i zmęczyć się w odzwyczajonym tłumie. Jakoś tak się dzieje, że codziennie sobie obiecuje, że postara się o słowo a nie potrafi. Podobnie jak nie poddać się fali bezsilności, bo ostatnio odwiedza ich bardzo bardzo biedna pani i jak jej bardziej pomóc, to ona już nie wie. Pani myje okna i zabiera nadprogramowe kotlety i łyk wody, bo chodziła cały dzień i zebrała tylko cztery butelki, żeby mieć za nie dosłownie parę groszy. Pani jest jak duch, pyta o pracę, obwieszona za dużym płaszczem i reklamówkami, pojawia się i znika znienacka. Jest wielu takich ludzi, jak ona widzi i zderza się z taką biedą a nie tylko słyszy, że jest gdzieś pochowana, to wyciąga niepotrzebne rzeczy, daje jak najwięcej i wspiera ile może, z poczuciem, że ma absolutnie wszystko i wcale więcej nie trzeba.
Ona: zatacza kółka z miękko jadącym Casualplay z małą nią w środku, okrąża skwerek oblepiony dzieciakami wiszącymi na huśtawkach i oponach, posłusznie miękko pokonuje chodniki i codziennie rusza znajomą trasą, rozszerzając ją o kolejne szczekające płoty. On pracuje tak bardzo, że mają go zaledwie szczyptę w całym długim dniu, wpada na obiad, kawę i biegnie dalej naprawiać ludzi. One zostają w uśmiechach i oczekiwaniu, tęsknią - i tak każdego dnia. I na razie nie zmieni się nic - w samotności jej, w radościach z odkrywania każdej minuty, z zadowolenia z nowego tuszu L'Oreal Couture, powrotu do każdego ubrania sprzed ciąży, z pęczniejącego ogrodu i nareszcie dłuższego dnia.
Ona: zatacza kółka z miękko jadącym Casualplay z małą nią w środku, okrąża skwerek oblepiony dzieciakami wiszącymi na huśtawkach i oponach, posłusznie miękko pokonuje chodniki i codziennie rusza znajomą trasą, rozszerzając ją o kolejne szczekające płoty. On pracuje tak bardzo, że mają go zaledwie szczyptę w całym długim dniu, wpada na obiad, kawę i biegnie dalej naprawiać ludzi. One zostają w uśmiechach i oczekiwaniu, tęsknią - i tak każdego dnia. I na razie nie zmieni się nic - w samotności jej, w radościach z odkrywania każdej minuty, z zadowolenia z nowego tuszu L'Oreal Couture, powrotu do każdego ubrania sprzed ciąży, z pęczniejącego ogrodu i nareszcie dłuższego dnia.
28 lut 2014
M 168 albo koniec lutego:
Ona: I wzięło i uciekło zimę, przywołało ptaki i mgły, przez które rano o piątej szóstej, kiedy karmią małą, widać wiecznie włączony ogromny telewizor u sąsiadów, szklana pogoda ciągle. Błota oblepiły drogi i wózek, nie zapominając o butach i błotnikach w aucie i takimi krokami to zbliża się wiosna.
On: nieprzytomny, zmęczony, ciągnie dni kawami i wraca jak najszybciej ze swoich konieczności, wtulając twarz i usta w najbardziej kochane na świecie zawiniątko z małą nią.
Ona: rok temu ciągle czekała, aż taka on/ona pojawi się w jej życiu, posunęła się tak mocno, tak dużo miejsca zrobiła, aby się udało i się udało. Co się wydarzyło przez czas ten, oprócz pojawienia się małej jej. Niektórzy się rozstali i zstali, pozostawiając w niej cień na zawsze, że szkoda. Niezmiennie lubi pierwszy dźwięk nalewanego wina do kieliszka. Z racji bycia połowiczną mleczarnią, wystarczająco stęskniła się za czekoladą i krewetkami. Odrobinę zaokrągliła się, ale tak, że nie wygląda na ilustrację stresu. Polubiła olejek do mycia z Bielendy, balsamy do ciała Garnier, chociaż ostatnim rarytasem i absolutem był silnie nawilżający z linii Prescription Lierac, naprawił wiele. Zdziwiona skutecznością i znakomitym działaniem kremu Hydra Adapt Garnier, właśnie rozpoczęła jego trzecią tubkę. Nadal nie może obyć się bez serum, które regularnie stosuje na noc, tym razem Coherence od Lierac. Ciąża wyprasowała jej lekkie zagniecenia pod oczami, niestety wróciły cienie, które wymiata korektorem w pędzelku Lumi Magique L'Oreal. Nie znosi matujących fluidów, które nawet w tytule będąc lekkimi, dla niej takimi nie są, dlatego też darzy wzajemną miłością Healthy Mix Bourjois nr. 52. Eyeliner zamieniła na kredkę. Zdarzy się jej pomalować usta kolorem z wachlarza odcieni fuksji. Bo trzeba w tę wiosnę wejść z jakąś twarzą, a nie z niespaniem z powodów okołodziecięcych. Kozaki na szpilce zamieniła na motocyklowe botki, wielbi dzianiny i torby-worki, bo z takimi najłatwiej teraz i najbardziej do pary. Dni spędza podobnie, spacerując po okolicy i paradując z czarnym casualplayem, pośród x-landerów, tako i coneco. Zapuszcza się w leśne ścieżki, odwiedza te sklepy, gdzie można wjechać wózkiem i zna wszystkie szczerbate chodniki. Nie maluje paznokci. Odkąd zgubiła gdzieś czereśniowy lakier, jakoś nie ma weny ani możliwości umalowania ich na inny kolor. Bo czas, bo po co. Zapomina o kolczykach, bo może jeszcze zawadzić o rozkoszny mech na małej głowie jej. Jak jest w lesie, to trochę tęskni za rytmem miasta, bo szafa ubrań miastowych pełna i co z nimi. No ma tak czasem, bo wyrosła wśród klekoczących tramwajów i rozpuściła się na kubkach dobrej arabiki na wynos. Wyżywa tak po nowemu dla niej trochę każdy dzień, bez miejsca na rozflaczenie się. Zresztą trzeba robić tak, aby wtorkiczwartkipiątki nie zlepiły się w jedną, taką samą kulę tygodnia. Sukcesem jest nie spanie do dwudziestej trzeciej, zaśnięcie małej jej zaraz po karmieniu, jej śmiech, wymyślenie obiadu i jego zrobienie, zadbanie o dom i robienie tego równocześnie. Powoli się sączy pourodzinowy czas. I niech tak zostanie.
On: nieprzytomny, zmęczony, ciągnie dni kawami i wraca jak najszybciej ze swoich konieczności, wtulając twarz i usta w najbardziej kochane na świecie zawiniątko z małą nią.
Ona: rok temu ciągle czekała, aż taka on/ona pojawi się w jej życiu, posunęła się tak mocno, tak dużo miejsca zrobiła, aby się udało i się udało. Co się wydarzyło przez czas ten, oprócz pojawienia się małej jej. Niektórzy się rozstali i zstali, pozostawiając w niej cień na zawsze, że szkoda. Niezmiennie lubi pierwszy dźwięk nalewanego wina do kieliszka. Z racji bycia połowiczną mleczarnią, wystarczająco stęskniła się za czekoladą i krewetkami. Odrobinę zaokrągliła się, ale tak, że nie wygląda na ilustrację stresu. Polubiła olejek do mycia z Bielendy, balsamy do ciała Garnier, chociaż ostatnim rarytasem i absolutem był silnie nawilżający z linii Prescription Lierac, naprawił wiele. Zdziwiona skutecznością i znakomitym działaniem kremu Hydra Adapt Garnier, właśnie rozpoczęła jego trzecią tubkę. Nadal nie może obyć się bez serum, które regularnie stosuje na noc, tym razem Coherence od Lierac. Ciąża wyprasowała jej lekkie zagniecenia pod oczami, niestety wróciły cienie, które wymiata korektorem w pędzelku Lumi Magique L'Oreal. Nie znosi matujących fluidów, które nawet w tytule będąc lekkimi, dla niej takimi nie są, dlatego też darzy wzajemną miłością Healthy Mix Bourjois nr. 52. Eyeliner zamieniła na kredkę. Zdarzy się jej pomalować usta kolorem z wachlarza odcieni fuksji. Bo trzeba w tę wiosnę wejść z jakąś twarzą, a nie z niespaniem z powodów okołodziecięcych. Kozaki na szpilce zamieniła na motocyklowe botki, wielbi dzianiny i torby-worki, bo z takimi najłatwiej teraz i najbardziej do pary. Dni spędza podobnie, spacerując po okolicy i paradując z czarnym casualplayem, pośród x-landerów, tako i coneco. Zapuszcza się w leśne ścieżki, odwiedza te sklepy, gdzie można wjechać wózkiem i zna wszystkie szczerbate chodniki. Nie maluje paznokci. Odkąd zgubiła gdzieś czereśniowy lakier, jakoś nie ma weny ani możliwości umalowania ich na inny kolor. Bo czas, bo po co. Zapomina o kolczykach, bo może jeszcze zawadzić o rozkoszny mech na małej głowie jej. Jak jest w lesie, to trochę tęskni za rytmem miasta, bo szafa ubrań miastowych pełna i co z nimi. No ma tak czasem, bo wyrosła wśród klekoczących tramwajów i rozpuściła się na kubkach dobrej arabiki na wynos. Wyżywa tak po nowemu dla niej trochę każdy dzień, bez miejsca na rozflaczenie się. Zresztą trzeba robić tak, aby wtorkiczwartkipiątki nie zlepiły się w jedną, taką samą kulę tygodnia. Sukcesem jest nie spanie do dwudziestej trzeciej, zaśnięcie małej jej zaraz po karmieniu, jej śmiech, wymyślenie obiadu i jego zrobienie, zadbanie o dom i robienie tego równocześnie. Powoli się sączy pourodzinowy czas. I niech tak zostanie.
9 lut 2014
M 167:
Zima tworzy świat ze szkła, nie pozwalający wyjść nigdzie, zatapia w szkle samochód, płot, kładzie brzozę na lewym boku i targa mrozem. Za moment roztapia wszystko, rozmywa krajobraz, chrzęści grudami śniegu odkrywając uśpioną ziemię. Ona z małą nią pokonuje wzloty i upadki wzgórz, dzielnie radząc sobie z wózkiem idealnym na takie wyboje i rozpadliny i chodzi tak i mówi do śpiącej niej co widzi. Mała ona ma wyjątkową wrażliwość, ma sen cienki jak skorupka jajka, który łatwo przebić światłem, dźwiękiem, niewygodą, a tę wrażliwość trzeba utulić i ponosić, aby stała się twarda niczym jajo strusie. Bycie mamą rozwija się w niej coraz bardziej, uczy się każdego jej krzyku, każdego gestu, aby odgadnąć o co chodzi małej jej, rozmawia z nią nieustannie i napotyka pytające, wielkie oczy, jakby mała ona rozumiała absolutnie wszystko i dziwiła się, że jej mama nie wie, o co jej chodzi. Rytm dnia zlał się w jeden długi, taki sam czas, więc uciekła do Krakowa, aby małej jej pokazać to, za czym tęskni gdzieś po cichu, aby pozaglądać z wózkiem w ulubione kąty, które wciąż są jak narkotyk. Więc zaglądały. Do budek z preclami, ale była taka pora, że się skończyły te z sezamem, więc nie kupiła żadnego. Spieszyła się zresztą do domu, aby nie rozbić uzyskanej strusiej skorupki snu jej. Do Rossmanna na Wiślnej, bo tam można wjechać wózkiem bez problemu. Westchnęła nad Chocoffee, bo jak nikt napiłaby się gorącej czekolady z espresso. Zajrzała do bułek z serem u Hawełki. Obeszła ukochany pierścień Plant. Nasyciła widokiem oblodzonej Wisły w łabędzi wzór. Rozszerzyła nareszcie cztery ściany swojego domu o wspomnienia pierwszego krakowskiego spaceru z małą nią. Bo ją trochę nosi. Bo jak wciąż była w kołowrotku podróży albo mieszkała w walizce, to trudno mimo wszystko tak maksymalnie zwolnić obroty. Ale za to można zrobić tysiąc rzeczy z dzieckiem na ręku, nabywa więc zupełnie nowych umiejętności, do tej pory nie znanych. Bo nie jest łatwo z małym człowiekiem, który wciąż funduje wycieczki w góry płaczu. Bo trzeba znaleźć do nich szlak, wyznaczyć azymut i zapamiętać tę trasę, która co dzień się może zmienić. Ona scaliła się z małą nią w prawie jedno, a on trochę z konieczności obok, dbający o gniazdo, o to, aby temu najdroższemu mu dwupakowi było jak najlepiej. Czas uczenia się człowieka. Czas niewyspania, czułych spojrzeń, wielofunkcyjności. Wspólnych, określonych wieczorów pod dyktando 52 centymetrów i zapadanie się w sen, aby zdążyć wpaść choć na chwilę w fazę REM.
22 sty 2014
M 166 albo zima o tu:
Po jednej stronie strzelistego domu ogród zamarł jak z plastiku wygląda nie rusza się żadna gałąź trawa, nic. Po drugiej stronie oblodzony podjazd do bramy ona swoim Twingo nie wyjedzie bo jeszcze nie zmienił butów na zimowe i dopadła go wszechogarniająca białość i stoi tak aż jej go żal. Czy bardziej świat ze szkła czy z plastiku trudno powiedzieć bo ona nie wystawia nosa z ciepłego domu od dni kilku bo jak bo przecież na lodzie nie popchnie wózka z bezcenną nią, niestety. Pomiędzy tym światem milczącego ogrodu i nieco bardziej rozgadanej ulicy w strzelisty dach wbija się płacz małej jej bo nuda bo może dziś akurat nie lubi mamy bo coś jej przeszkadza i nie wiadomo co może jeszcze zły mieszkaniec brzuszka nie wyniósł się na dobre i daje czadu. Nie marzną jej ręce na kość nie pieką z mrozu jak kiedyś w mieście na Wu nie musi wyjeżdżać srebrnym autem w śliskie wstążki dróg i uważać jeszcze bardziej żeby nikt w nią nie wjechał bo ona jest teraz podwójnie bezcenna. Śpiąca. Zatrzymana w czasie. Z dniami podobnymi kiedy czas zwolnił do maksimum kiedy wszystkie jej ukochane mazidła leżą odłogiem kiedy nie maluje za dużo nie czyta kiedy właściwie jest tak jak kiedyś za jej dzieciństwa z wolno płynącym czasem bez telefonów bez fejsbuka z oczekiwaniem na list z czytaniem filipinki z odrabianiem lekcji przy czym jej lekcją jest sześciotygodniowa mała ona która zaczęła się uśmiechać i bawią się w ciemno jasno. A kiedy ona kiedyś wróci do pracy to jak to będzie może jej mózg wyparuje i ludzie pobawią się znów nim jak orzeszkiem bo znów gdzieś przestanie pasować jak zawsze zresztą. Na razie o tym nie myśli na razie zima biała jak przystało skończyły się z wózkiem spacery bo ślisko, trudno. Zamknięta w wieży o grafitowej dachówce łowi pierwsze jej uśmiechy w siatkę minut i godzin czeka na jego brązowe zmarznięte oczy śledzi żywot kominkowego płomienia i roztapia się nad każdym uważnym spojrzeniem jej. Wieczorem w łazience łowią się łakomie spojrzeniami patrzą uważnie na dość wymęczone twarze z troską pytając jak to jak tamto a potem odsuwają wszystko na jutro i zapadają w głęboki należący się im sen.
16 sty 2014
M 165:
Dni splatają się w jeden korowód krótkiego, płytkiego snu, siedzenia w piżamie czasem do popołudnia, zadeszczonego horyzontu, nie dojedzonego, zimnego obiadu, szykowanego między krótkimi drzemkami jej, jedzeniem banana bo najszybciej, myciem butelek, myciem siebie w ekspresowym tempie, w reklamówkach wypełnionych pieluchami do wyrzucenia, jej niemowlęcym gadulstwem i cudowną bliskością karmienia. Dni sączą się podobnie, ona czeka, kiedy on wróci, zaszeleści zakupami, zrobi sobie kawę, założy domową bluzę i weźmie pakunek z bezcennym skarbem, aby ona mogła spokojnie zacząć dzień na sobie. Kochają się spojrzeniami, w przelocie łapiąc słowa, że jest dzielna, że on też, bo dużo pracuje, że zrobiła tysiąc rzeczy z dzieckiem na rękach, a on miał wielu pacjentów i wracają do wspólnego punktu na fioletowej kanapie, sklejając godziny ze swojego dnia właśnie około dwudziestej. Ona z dnia na dzień odsuwa umycie umywalki i poskładanie prania, bo czasem nie może przedrzeć się przez krzyk, ani go zostawić a czasem zwyczajnie nie ma siły. Tak trudno bowiem skleić misternie nadlatujące cząsteczki snu pod delikatnymi powiekami dziecięcia o długich rzęsach. Ona utula każdą tę cząsteczkę odganiając niedobre dźwięki, jakby ten sen był najcieńszą pajęczyną, której za nic nie można rozerwać i w tej pajęczynie mały człowiek powinien się otulić w ciągu dnia, ale tego nie robi. Budowanie mostu, na końcu którego Morfeusz czeka za swoją łódką czasem trwa bardzo długo, a w tej podróży pomaga i smoczek i owca z z bijącym sercem i głaskanie po głowie. A tu pies żąda, kot miauczy a ona z zawiniątkiem chodzi, żeby usnęło albo lula i tak całymi dniami, całą dobę odgarniając z małej główki wszystko co niedobre. I nie zawsze się niestety udaje. Podobnie jak wyganianie potwora z brzucha, który tam siedzi i męczy małego człowieka, rozpiera małą buzię w strasznym grymasie płaczu a ona musi to wytrzymać i nie włączać empatii, że człowiek cierpi a to bardzo trudne. Ona łapie pierwsze uśmiechy i badawcze spojrzenia jej wielkich oczu, rozbija na atomy każdy najmniejszy nastrój małej jej, słucha intuicji, czuwa i wycisza małą ją, otula się domem i dobrze jej z tym, choć zamyka się w coraz mniejszej przestrzeni.
3 sty 2014
M 164:
W Nowy Rok wkroczyła z ogromnym spokojem, że spełniło się to, co wypełnić się miało, ale było przez lata odsuwane z powodów pokrętnego Losu, który nareszcie przekręcił kurek na właściwy tor i ustawiła wszystko jak być powinno. W tamtym roku poznała nową, obezwładniającą miłość, która wypełniła połowę grudnia i rozleje się na cały rok kolejny i na każdy następny i nic już nie będzie tak jak samo, i na to nic tak samo czekała tyle tyle. W tamtym roku było dużo śniegu na początku roku, bardzo wielu wspaniałych nowych ludzi, cebularze, potem wiosna, wymarzone dwa milimetry, rozsłonecznione lato, malwy podpierające upalne niebo w Kazimierzu i smak wędzonej ryby na bezkresnych Mazurach. Dni rośnięcia brzucha i tysiąca nowych rozmów, splątanych wątków i nieoczekiwanych, radosnych wiadomości. Dni zaufania i niepokoju, więcej słońca niż chmur, więcej spokoju niż drgań. Ciekawe, ile Los będzie wygładzał i prostował przed nią ścieżki, czy nadal w tym roku będzie układał wszystko, jak na Serafinów przystało, jak na ósme niebo, w którym rośnie ich nieduży dom. Nie kusi, niech tak będzie jak jest, jak coś dużego dobrego się przytrafi, to ucieszy się, doceni jak prezent. Nauczyła się odpuszczać, że coś nie posprzątane czeka na swój sprzątania czas, że trzeba spać jak można, pomimo rzeczy do zrobienia tysiąca. W zeszłym roku nie przybyło zmarszczek, ciało ładnie przeszło przez ciążę, nie pozostawiając żadnych niechcianych pamiątek, chociaż pewnie nie będzie już takie samo. Mogłaby więcej malować, pastele i akwarele czekają, a tu nic, a tu weny nie było, jakby cała jej wyobraźnia, wszystkie kwiaty, którym chciała nadać papierowe życie, skumulowały się w jej brzuchu na kreowaniu małego, idealnego cudu. Mogłaby pamiętać, że nie ma musztardy do parówek, że gdzieś zgubiła malutką skarpetkę i że pralka zjada skarpetki jego i jak to się dzieje, nie wie za nic. Może w tym roku uda się być jeszcze bardziej zorganizowaną. Może nauczy się wyjeżdżać toyotą z garażu. Nie przestanie mieć kultu podłogi i nie polubi nakładania poszewki na kołdrę. Postara się być lepszą i jeszcze bardziej zauważać. Pamiętać o urodzinach przyjaciół i o znajomych w ogóle i dzwonić, a nie wtedy, kiedy jest już późno a potem jest głupio i się milczy i kontakt się urywa jak za cienka nitka do szycia grubej tkaniny. Przestanie się przejmować jak ktoś robi głupoty, bo to są głupoty jego a nie jej i nie ma co wyżywać swojego życia na czyjeś bezpotrzebnie. Pozbędzie się butów, w których nie chodzi i ubrań, których nie założy, bo są za czarne, za mało przydatne albo za małe. Nie zapuści włosów, chociaż bardzo często jej się śni, że ma długie i lśniące. Nauczy się odkładać rzeczy w miejsca im przeznaczone i przez to będzie można znaleźć pompkę do materaca i jego bluzę do biegania, która pobiegła gdzieś za impulsem i się raczej nie znajdzie. Poszuka rękawiczek, które mieszkają wszędzie, tylko nie na jej rękach. Niech ten rok sączy się zdrowo i bezpiecznie. Niech ci, którzy czekają i szukają, którymś z jakiś powodów życie odsuwa złote runo i ósme niebo - niech znajdą. Ona bardzo czuwa, aby tak było.
21 gru 2013
M 163 albo jak nie wierzyć w anioły:
I nadszedł wyczekiwany, grudniowy wieczór, kiedy dziać się zaczęło, a tego dnia była bardzo zmęczona i myślała, że nie wytrzyma
długiej, bolesnej nocy, ale się udało, jakby organizm wrzucił piąty
bieg. I było tak jak chciała, jak sobie wymyśliła, jak przewidziała, to magiczne przejście na świat, wielkie tsunami wzruszenia, a potem dwie godziny tylko w trójkę
i oglądanie małych rąk o jej paznokciach i stopek o kształcie stóp jego
i wielkich, zamkniętych oczu i przylegających uszu. Nić, jaka łączy ją z
nią, to mało powiedziane, to powróz niesłychany, z żelazobetonu, nie
potrafi przez niego nawet wyjść na chwilę do sklepu, jest w stanie wytrzymać piętnaście minut bez
tej ślicznej, małej, zgrabnej główki, bez jeszcze granatowych oczu
wpatrzonych w nią, bo może akurat zrobiła się głodna, a tego troskliwy
tata nie utuli. Mamą staje się stopniowo, zapomina się o bólu, bo on
zawsze towarzyszy narodzinom i to jest normalne, więc najpierw jest
oszołomienie, że to już, że się stało, że to maleństwo jest cudem,
połączeniem ich, jakby się niebiosa zmówiły, że ma być właśnie taka i
właśnie teraz, a później się zaczyna. Rośnie to gigantyczne
przywiązanie, zazdrości się innym kolanom, że trzymają zawiniątko z nią,
bo ona przecież i on też utulą najlepiej na świecie i nikt inny nie
głaszcze z czułością małej głowy tak jak oni. Jak cudownie czas zakreśla
swoje pętelki sprawiając, że ona rośnie, z dnia na dzień się zmienia,
jak cudownie, najpiękniej jest obserwować każdą bezcenną w niej zmianę,
która ma swój jeden jedyny moment. Gdzieś tam narastają Święta, a ona po
raz pierwszy w życiu nie dba o leżący kurz, o to, że nie będzie stać w
świątecznej kolejce po świąteczne konieczności, bo ta mała wymija
wszystko i jest wszystkim, prezentem, brylantem, wymarzoną hondą jazz, szczęściem totalnym i rosnącym w niej jak las z sekwojami.
Ma jeszcze zapędy na bycie doskonałą panią domu, ale widok maleńkiej,
wpatrzonej w nią buzi z wielkimi oczami, rąk układanych w opowiadające
co słychać, niemowlęce historie, skutecznie je studzi. Mogłaby tak
siedzieć razem z nim i w trójkę zawiesić się w bezczasie, chociaż
miauczą pieskoty, chociaż trzeba by coś zjeść, nawet suchą bułkę jak
nakazuje bezlaktozowa dieta, jakby za oknem nie istniał świat, jakby w
kalendarzu nie galopowały dni ku Świętom. Niebywałe poczucie, że oto
doszła do pełni, do której prowadziła bardzo długa droga, udało się, tak
bardzo bardzo i teraz będzie z całej siły czuwać, rozłoży skrzydła, aby
jej ukochany mały anioł, najcudowniejsze połączenie ich, rosło pięknie
jak nieujarzmiona, ogromna miłość, z której powstał.
5 gru 2013
M 162:
Tak, to miało być dziś, kiedy spojrzała w marcu w dół kalendarza, miesiące potoczyły się szybko, w dół, aż do samego czwartego grudnia, kiedy w jego okolicy miało nastąpić wielkie wydarzenie, ale nie nastąpi, wybierze sobie moment kiedy indziej.
Oj chodź już tu bądź z nami z tatą który ma świder w ciemnych troskliwych oczach i z mamą która wczoraj biegała po lesie krokiem legionów rzymskich żeby było szybciej żebyś już była bo świetnie się nadal czuje podobnie jak Ty tam. Oj bądź już tu gdzie dwakoty i brązowy pies który boi się sztućców kominkowych i śpi w kocim spaniu i pogryzł ostatnio swoje duże nie do zdarcia i co teraz. Codziennie robi się coraz zimniej świat robi Ci miejsce no chodź już tu mama jeszcze wcina musy czekoladowe orzechy i miód z Mazur przywieziony gryczany bo potem może go jeść nie móc a uwielbia. Gotowa z wszystkim sprząta obiady wymyśla i dziesięć razy przepakowuje torbę bo jeszcze ręcznik ciemny bo część śpiochów wyjęta bo i tak tata je później przywiezie i obładowana książkami herbatą nawet puszką z musli uzbrojona w zalążek domu pojedzie do szpitala i tam będzie na Ciebie czekać grzecznie i najbardziej cierpliwie jak umie obiecuje. Ciekawe czy będziesz lubiła ważki i spacery nad jezioro i robienie muffinek i kolor fioletowy czy uwierzysz w księżniczki i moc niebieskiego koralika jak w Karolci czy będziesz kochała cztery warszawskie pstroczki bała się Karma i Katli, wierzyła w Nangilimę i bała się Muminków. Czy z tatą o piegowatej skórze będziesz wygrzewała się na sośnie gdzie powstanie Twój domek i razem z nim poznasz jaki jest koci nos a jaki psi czy poznasz głos czarnej koty która wmruczała się w maminy brzuch bo wiedziała że tam jesteś jakimś kocim zmysłem nie wiadomo skąd. No bądź - pojawisz się kiedy chcesz nie kiedy farmakologiczne wymysły zmuszą Cię to ruszenia się stamtąd ale bądź. Świat osiwiał od tej ogromnej cierpliwości, na którą ona musi się zdobyć, zamknięta w przestrzeni konieczności szpitalnego pudełka czeka tak cierpliwie na ile ją stać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)