17 sty 2018

M 261 albo o bieganiu i podszewkach:

Ona: rozmraża krokami to, co było nie do naprawienia, wzięła się za bieganie, przełamała to, czego kiedyś nie znosiła, a teraz lubi, dotyka krokami chodników, kamienie, korzeni, mchu, zwiedza turkusowymi podeszwami ścieżki, drogi i ściegi, którymi poszyty jest prastary las, rosnący na wysokości zmrużenia oczu z jej domu. Na początku to jak wchodzenie na górę swoich słabości, przesiedzianych kanap, zjedzonych wieczorem czekolad, które sobie poszły na szczęście nie w jej ciało, szaleńczej pracy duetu serca z oddechem, cierpliwości, że za którymś kilometrem endorfiny rzucą się jej na szyję i obłąkańczo przestanie walić puls. I nagle pojawi się lekkość, która podnosi jej nogi, że można, że chce się i poranna bułka z miodem i zielona herbata mają swój sens i nie zostaną w udach tylko w kilometrach. Popsuta trochę, naprawia się sama, bo lepiej, żeby bolało od ruszania się, niż od nie ruszania.

On: biega dużo, lekko i bez wysiłku, jakby droga przesuwała mu się pod nogami, tak po prostu, w wyciętych kawałkach czasu pomiędzy pracą a kolacją, lubi na niego patrzeć, jak ubrany w niebieskości i przenikliwe, brązowe oczy, znika w czeluści zimy, żeby potem nadotykać się ziemi i wytupać endorfiny, wypróbować saucony albo brooksy, podzielić radość z kudłatym psem o mądrych oczach i w niebieskich szelkach.

Ona: ma czas, że inspiruje, bo robi wciąż dziwne zdjęcia, zauważa cienie, krople, głębie i ostrości, przygląda się ludziom, robi tak, że można, pomimo, że wydawało się, że nie. Widzi w nich podszewki, coś, co ich uwiera lub cieszy, wyciąga spod spodu nastroje jak bierki, nie naruszając zewnętrznej konstrukcji. Dba o dobre teraz, żeby mieć dobre wczoraj, bo jak się spojrzy wstecz w dniach, to każdy ten dzień będzie dobrze wyżyty, na miarę tego, co w danym dniu wydarzyć się mogło. Wtedy dni mają inny smak, jakby się jadło najlepsze francuskie makaroniki albo cudownie gorzkoczekoladowe trufle i pamięta się je na długo.

On: ma wciąż ciepłe ręce i lubi ją w nie wtulać w każdej chwili. Dobrze im, i rękom i jej.

30 gru 2017

M 260 albo co było i co jest:

Wsunęła to swoje ulubione pisanie gdzieś pomiędzy porządkowanie starego roku, udało się, dom pachnie grzybami na tartę z cheddarem i chorizo, w wielkim sitku rozmrażają się nie mniejsze krewetki w szarych płaszczach, jutro owiną się pierścieniem w rześkość włoskiego pinot grigio, aksamit masła i uszczypnięcie chili. Uwielbia tak sobie właśnie usiąść w końcówce roku i wessać się chrupiącą bagietką w powstały sos, całe szczęście że nie ma alergii i innych cudów na temat glutenu i nabiału. Minął grudzień zamykając rok pełen ciszy, rok, który zamienił ukochaną babcię we wspomnienia i wzruszenia. rok budowania i nowych ludzi wokół, niesamowite, jak bardzo jest wciąż chłonna nowych energii, które ciągle dodają jej siły i ciekawości. Pozamykała to, co uwiera, mierzi ją, że nie może znaleźć dwóch książek i jutro już nie zdąży, cieszy się, że mają nowego psa, który przyzwyczaił się już do małych ich, do powitań za każdym razem, do niespożytej energii i równego tempa, kiedy razem wąchają las. Miękkie poszycie podpiera jej zmęczenie, bo biegać zaczęła niedawno, tak, aby sprawdzić, czy jeszcze nogi gdzieś ją poniosą, czy bolące kolana zawładną nią czy ona nimi. Podpierana wsparciem brązowych oczu jego i koleżanki, która jest zawsze obok jak aksjomat, zdobywa kolejne kilometry na przekór temu, że nie powinna i że nie można. Jest jak jest, bez śniegu, z raz słońcem a raz nie, z tęsknotami za przyjaciółmi sto osiemdziesiąt kilometrów stąd, z uczeniem się siebie i uważnym patrzeniem na ludzi, z chrupiącym hamulcem w prawym kole, ze słowami płynącymi z palców z konieczności i wyłącznie przyjemności. Z nowym fluidem Givenchy do twarzy, który ma wymazać jej niewyspanie i conocne wołanie maleńkiej jej, rozbijające cienką bańkę przezroczystego, bezobrazowego snu. Z wahaniem, czy zapuszczać włosy czy nie. Z nauczeniem się medytacji, która jak szczotka do butelek, wymiata wszystko co nie powinno być w jej zakamarkach. Ze zdecydowaniem się, jakie szczepy win lubi najbardziej, carmenere, primitivo, syrah, tempranillo, rumiankowe chardonnay, podróże z kieliszkiem w ręku pomiędzy Hiszpanią, Włochami i Ameryką Południową. Jakoś tak w tym roku obierała kierunki wypraw. Każdy rok otwiera ją na coraz więcej. Oby tak dalej.

18 gru 2017

M 259 albo porównania:

Jak na lotni zawieszona lubi wracać tam, gdzie była, rozciągając drogę w długie wstążki kilometrów pomiędzy miastem i miastem. Granatowe auto posłusznie wygładza wszystkie zakręty, w środku pachnie kawą Dalmayr z niebieskiego kubka Starbucks, który słabo trzyma ciepło. Coś parują szyby, pudełko do przemieszczania się nie jest idealne, ale lubi to auto bo ma dużo miejsca w środku i jest ładne, inne. Układa ten swój zmniejszony świat w tęsknoty, czasem myśli, jak wielki był pośpiech w mieście na Wu, jak wielkie i pełne świateł i wysysaczy, jak wychodziła z gardła podziemi, gdzie wypluwał ją pociąg, patrzyła na zmarznięte gołębie i umierała z bólu zmarzniętych na kość rąk, pomimo rękawiczek. Jak inne jest to, co tu i teraz, kiedy czas jest wciąż ten sam, a smakuje inaczej, kiedy może pobiec do lasu w każdej chwili, zatracić się w pisaniu a potem zrobić śledzia w cydrze i pasztet z grzybów i selera, kiedy może wtopić się w jego skrzydła i wiedzieć, że tam jest koniec świata i nie ma nic dalej. Jak inaczej żyje małe miasto i duże, chociaż w dużym tęsknot wiele, pootwieranych i nie odwiedzonych przyjaźni, to w małym wszystko jest bliżej i większe i las i gwiazdy i zapach szczęśliwego, kudłatego psa i małe one i ich sny, które płyną na piętrze ich domu. Jak wysiada z granatowego samochodu i jest mroźnie i cicho, to można dotknąć gwiazd, wystarczy, że wyciągnie rękę. Tutaj wiele rzeczy jest bliżej. Do jego ust, które w mieście na Wu musiały przejść drabinę poniedziałków do piątków, aby się zatęsknić i wreszcie spotkać. Do pysznej marchewki od pana z białym samochodem, słodkiej i takiej, do której się tęskni. Do chwil, kiedy spotyka się inna mamę i wie, że będzie z nią na długo. Do odległości, które są żadne i można je pokonać w piętnaście minut. Do ciszy takiej, że oddech szumi jak las. Dalej do przyjaźni trwałych jak okrętowa lina, do wspomnień, że tu i tam się działo, że były zmarznięte tramwaje i podróże z jednego końca miasta na drugi, trwające i godzinę, bo tyle trzeba, żeby to rodzinne miasto objąć odległością. Jakoś jej sentymentalnie. Spokojnie. Zapisana jak zawsze. Uważna. Trochę mniej pognieciona pod oczami.

30 lis 2017

M 258 albo o oddechu:

Popłynął ten listopad trochę wydreptany przez biegowe ścieżki w oczywiście fioletowych butach Salomon, w spodniach znalezionych w sklepie z tanimi ubraniami, więc bilans się zgadza. Czasami wchodzi do takiego sklepu i nagle pojawia się rzecz przeznaczona specjalnie dla niej, po prostu wisi i pasuje jak ulał ze wszystkim, nawet ze składem, bo zawsze wnikliwie czyta metki. Lubi dotykać ubrań, badać, jakie mają sploty i faktury, najpierw puka w ramię a potem zagląda na przód i wie, czy warto wyjąć wieszak czy nie. I czasem coś znajdzie, co potem biegnie z nią w lesie i cieszy, że jest dokładnie takie, jakiego szukała. Jak sobie uświadomi, że jest jak jest, to łatwiej przeżyć listopad, miesiąc szarości, półtonów i uzależnienia od kofeiny. I jak już poczuje to tu i teraz, to od razu jest lepiej, a od kiedy nauczyła się głęboko i rytmicznie oddychać, to w ogóle jest dobrze. Oddech jest pierwszym i ostatnim towarzyszem, to najprostsza czynność, którą każdy potrafi a nie każdy wie jak go używać a ona teraz już wie i odkąd to wie to jest w niej inaczej, jaśniej, jakby ktoś jej podkręcił światło w środku. Przyniósł ten listopad o dziwo jakieś ukojenie nie do końca adekwatne do pory roku, w środku niej cisza jak w lesie pełnym śniegu, a na zewnątrz najczęściej wieczór rozciągnięty rozpaczliwym szpagatem minut, które bezlitośnie prowadzą do nieświadomej nocy, a takie wieczory lubi najbardziej bo z nim, wtedy, kiedy jest najwięcej palców i oczu i oddech wydłuża się w nieskończoność i nie wiedzą, który jest czyj.

12 lis 2017

M 257 albo o czasie:

Ona: na lewej szybie granatowego jej samochodu odciśnięty całus od niego przetrwał dwie wizyty w myjni, dobrze jest popatrzeć w tę stronę i w każdej chwili spotkać się z jego ustami, niezależnie czy deszcz czy pogodnie, on zawsze jest za tą szybą, jak dobrze.

On: czeka czekaniem tygodnia, bo ich nie było dłuższy czas, podziwia go za te dwadzieścia trzy kilometry ot tak, jakby nic innego nie robił, tylko biegał. Czekają na siebie z kawą z włoskiej kawiarki, jego brązowe oczy i świeżo mielona Dalmaylr d'Oro Intensiv opanowuje dom i wtedy ona wie, że tu to jest tu.

Ona: wróciwszy stamtąd wie, jak dobrze jest znaleźć chwilę na wspólne bycie z przyjaciółmi, którzy niezmiennie są jak aksjomat pomimo drabiny zajęć i konieczności przystawionych od siódmej rano do dwudziestej pierwszej, bo później to zabiera ich sen i przenosi z zamkniętymi oczami na drugą stronę dnia. Że się jeszcze chce podarować jej czas i wymienić go na słowa, na wspomnienia i na to co będzie, że się po prostu dzwoni, umawia i tak jeszcze można. Tęskni za sączeniem słów o tym co teraz i co będzie, za tym, że  cała jej przeszłość mieszka w innym mieście i jak cudownie, że można z nią wypić kawę i popatrzeć na siebie bez konieczności, co za czasy, że czas staje się najcenniejszym, co można dać drugiej osobie, zamiast tego można sobie dawać pierścionki z diamentami albo coś z Tous albo Pandory albo jeszcze z czegoś modnego, jako zamiennik, że się pamięta i jest. A ona woli telefon i kawę i wspólne bycie bez niczego, czas który się pamięta długo, bo teraz, kiedy jest tyle niemocy i konieczności, rozmowa z przyjacielem staje się białym krukiem do napisania i zapamiętania.

On: mają czas na wspólne zjedzenie obiadu w środku dnia, wie, że ona lubi na niego czekać aż popatrzą sobie w oczy znad widelca, układają dzień pod te wspólne pół godziny. Zanim wejdzie do domu, musi ujarzmić szarosrebrne, skaczące futro ich nowego psa, który tak ładnie wpisał się w ich rodzinę, a jest teraz i będzie we wspomnieniach małych nich jako stróż przed wejściem.

Ona: na cmentarzach jest tak wielu ludzi, którym zabrakło czasu. Jeśli oni by mieli mieć ostatni dzień razem, spędziliby go w łóżku licząc swoje rzęsy i nie wypuszczając z ramion, wpuszczając jedynie małe skrzydła ich i tak by było do końca ich świata. Jakby był jutro to wie, że ten ostatni czas był nareszcie intensywny w słowa nie w literach i przez telefon, tylko tak z obserwacją tęczówek. I jakby był, to oddycha ze spokojem.

29 paź 2017

M 256 albo na zawsze:

Gdzieś w palcach pozostał dotyk zimnej, kamiennej urny, ocean białych kwiatów, uściski rąk i nieustająco ściśnięte gardło. Roztopiła sie doszczętnie w lekkich kroplach deszczu i głosie Kuby Badacha, przeprowadził ją przez dwie i pół godziny od domu do domu. Babcia odeszła nagle, zdmuchnięta przez jesień, pozostawiwszy w niej lawinę wspomnień. Pierwsze jajko na miękko, kawa, wódka, haftowanie i duma z pierwszych mało udolnych prób jej, przedługie spacery z psem, nauka gotowania, niezmierzona cierpliwość, spanie na dwóch złączonych sznurkiem fotelach i pewność, że tak będzie zawsze. Babcia była jak niezniszczalne drzewo, pod które każdy chciała się schronić, przeczekać to, co złe i pomnożyć co dobre, zawsze zadbana, lekko umalowana, roztapiała badawczym spojrzeniem przezroczyście niebieskich oczu. Nie zna nikogo, kto by tak jak ona, walczył o życie, milion razy była po tamtej stronie i wracała, aby jeszcze i jeszcze popatrzeć na niebo od tej strony. Nie ma już do kogo powiedzieć babciu, bciu właściwie, bo tak na nią mówiła, nie usłyszy w słuchawce niskiego, lekko chropowatego głosu, nie przyniesie ulubionych kwiatów, nie opowie co tam i jeszcze dalej. Że ma nowego psa, że wiatr rozrywa i miesza powietrze na większe i mniejsze strzępy, że zrobiła dla niej marynowane prawdziwki i nie zdążyła ich przywieźć bo zepsuło jej się sprzęgło, że może nie mieć siły i babcia to zrozumie, bo rozumiała wszystko. Tyle razy balansowała na cienkiej linii pomiędzy tym a tamtym światem, tak wiele razy umierała, aż zdmuchnęła ją ta jesień całkiem, w ostatnim tygodniu pięknego słońca, kolorów do zachwytu, jakby ta ciepła, zachwycająca w swojej złotości aura była dobrana do życia kobiety, która otaczała się pięknem i była z nią od zawsze i na zawsze będzie.

4 paź 2017

M 255:

Nie wie, co się działo we wrześniu, pochłonięta koniecznościami, tonąca w innych literach, przesuwająca dni jak korale na sznurku. Palce jej pachną cebulą, bo panuje w domu lekki kaszel, kroi więc podłużne, chrupiące głowy, przesypuje brązowym cukrem i miesza słojem, żeby się połączyło. Sieka, mieli, miesza, gotuje, szuka smaków, rozwija ich wachlarz, żeby poznać coś nowego, czyta i szuka w ustach nowych, chcąc zacząć dobrze jesień, Obserwuje, jak kolano jej chrupie, kiedy wchodzi po schodach, chrup odbija się echem po schodach jak jabłko gala, soczyście. Boli, ale tak będzie już zawsze. Ma w tym wszystkim czas, co za szczęście. Żeby obserwować, jak ogród się starzeje, jak ślimak winniczek zdobywa próg domu, jak konik polny stuka do drzwi. Zrywa pigwę i resztki wyjedzonych przez ptaki winogron po drugiej stronie działki, tam, gdzie trawa wysoka i ciężko się chodzi. Trzyma na kolanach dwie małe je i śpiewa im milion znanych piosenek, będąc tylko tą chwilą, ich muzyką, ich mamą, ich bezpieczeństwem i tym, że mama zawsze coś wymyśli. Dom pachnie grzybami, obiadem, jego gładką skórą, kiedy późno w nocy, w cieple kominka z pięknym ogniem do zamyślenia i podziwiania, leżą sobie blisko na fioletowej kanapie i sobie są, nie wiedząc, gdzie mają głowę a gdzie palce, potracili kierunki, wyostrzyli zmysły są najbardziej razem jak tylko można w jednym momencie, tu i teraz. Jak wreszcie z trudem pójdzie na górę, zostawiwszy to kominkowe ciepło, jego też prawie śpiące skrzydła i wciąż mocno brązowe oczy, wyłączające dzień i dokładające drewno, to po odprężającej i ciepłej wodzie, japońskim olejkiem zmyje z twarzy resztę rozświetlającego podkładu Clarinsa, tusz L'Oreal i delikatnie fioletową kredkę, potem użyje piany z marchewkowego kwadraciku z Ministerstwa Dobrego Mydła, nałoży cztery krople olejku ze śliwki i hialuronowy krem Kose, wetrze ujędrniający balsam z Perfecty, łaskocząc za skrzydło fioletową ważkę na lewym przedramieniu, włoży szarą piżamę i jakimś cudem dojdzie tam, gdzie przychodzą sny, gdzie księżyc sprawdza, czy szczelnie przykryła się kołdrą robiąc mu miejsce, gdzie skośne okno wita nowy dzień.

12 wrz 2017

M 254 albo dużopisanie:

Zasnął ten sierpień w orkiestrze świerszczy, nie ustały, podobnie jak cudowny zapach końca lata, każdego roku łapie go, łowi jak najwięcej, jakby bez niego nie można było przeżyć jesieni. Na targu festiwal pomidorów, zjada ich codziennie michy z oliwą, pieprzem z młynka, kozim serem, oregano lub bazylią, nienasycenie przedjesienne. Dużo w niej nowości, uczy się ogromnie dużo i pisze, pisze w nieskończoność. Nie wie, co bardziej ją od tego pisania odciąga, czy kusząca obietnica jego silnych rąk, czy aromat bergamotki w zielonej herbacie Irving Earl Grey, czy włoskie, nasycone jeżynami, pachnące i wyraziste Primitivo, czy drążący robak lenistwa, potrzeby nicnierobienia, chociaż to u niej niemożliwe. Nie pamięta, kiedy dom na dole nie pachniał kawą a na górze praniem i delikatnym zapachem płynu do płukania Lenor Sensitive Gentle Touch, a na dole aromatem świeżo zmielonej arabiki Dalmayr Prodomo, kiedy w kącie obok kredensu nie chrapał bokser, kiedy jej auto było czyste, bez chrupków, swetrów, butów, rysunków z przedszkola, paczki paluszków z nie wiadomo jaką datą ważności, zasuszonych kwiatów, pokruszonych wafli i nie dopitych butelek po wodzie, z płytą Urszuli Dudziak zamiast Melorymków. Rozpięta między literami a ścianą zieloności po drugiej stronie domu, begonią taką, że już bardziej nie można, pająkiem o brzuchu wielkości fasoli Jaś, literami, spływającymi w nadmiarze z jej palców, wchodzi we wczesną jesień i na razie tak jest, tak ma i tak będzie. Wie, że jest po coś.


20 sie 2017

M 253 albo rozmemłanie sierpniowy:

Ona: jak dobrze jest wyłączyć klimatyzację w samochodzie i poczuć nasycony wygrzany sierpniowy wieczór pachnący sianem czymś spalonym i emocjami bo cały dzień taki dzisiaj ma rozgrzebali nawierzchnię  na jej ulicy od rana straszny huk zjadanego asfaltu zjedli go właśnie koło domu. Pachnie ten sierpień drogimi śliwkami wspomnieniami letnich w temperaturze znajomości które czas rozwleka po sznurku miesięcy nie mogą się jakoś zebrać w jeden konkretny naszyjnik trochę uwiera ale co zrobić. Wszystko więdnie od czasu i temperatury i jak nie przyjdzie uśmiech wiadomość deszcz to tak będzie.

On: gdyby nie podlewał tyle ogród byłby rudym zeschniętym bukietem, preludium do jesieni. Codziennie starannie odkręca i szumi i zakręca a potem mówi że jeszcze tu i te w doniczkach i musi a rybom w stawie już prawie plecy wystają.

Ona: wścieka się rozpacza przeżywa jest smutna i zamyślona bo jak nie być kiedy ze wschodniej strony szaleją i wycinają prastary las a z drugiej strony szaleje tornado i łamie i niszczy tak strasznie dużo żeby odwrócić uwagę od tego co na wschodzie niech sobie więc ci co tną zabiorą to co natura wzięła w odwecie tak strasznie okaleczona, nie ma już tej arkadii do której jeździła na obozy harcerskie zrobiła się dziura nie do zapomnienia. Świat robi swoje wszędzie pieniądz warczenie głupota Paweł Nowacki dawno stworzył A w Patafii nie bardzo i ta książka jest coraz bardziej aktualna.

On: pracuje dużo do utraty tchu rąk i pleców ale lubi bo jest potrzebny bo go potrzebują chodzi z małą nią po ogrodzie i oglądają jak wreszcie pada padadeszcz i ślimaki chodzą po ścieżkach i kaloszach i dwa parasole jak dwa wielkie kwiaty unoszą się pomiędzy soczystą zielonością, pięknie.

Ona: nie może się zebrać ucina i rozwija myśli trochę tu a trochę tam nie bardzo wyspana nie bardzo posprzątana w środku trochę bałagan ma. I ma swój krzyż bolący od góry do dołu kręgosłup sztywnieje odmawia współpracy co będzie za kilka lat jak teraz już jego ręce mówią że jest źle musi być zatem równowaga nie można mieć wszystkiego. Dużo wyschło i zwiędło marchewki i śliwki mało soczyste jak pada to albo od razu kataklizm albo jak z cebra nie ma półśrodka albo jest zło albo dobro. Pokrążyła po targu kupiła co trzeba u starszego pana i małżeństwa które z pasji hoduje warzywa i obowiązkowo bukiet nieco rachitycznych cynii od staruszki z ogródka babina się nastoi a trzy złote zawsze się jej dołożą do tego co ona tam chce jest trochę tu trochę tam. Pachnie ziemia wygrzanym latem świt podnosi pokrywę świetlistego nieba widziała przedwczoraj było jasnopomarańczowe a potem zapadła jeszcze w płytki sen póki nie było trzeba natychmiast do kawy.




3 sie 2017

M 252 albo szumi:

Szumi, niezmiennie, niebieszczy się i szarzy, styka z niebem w zmrużeniu oczu, wyrzuca na brzeg muszle i meduzy, głaszcze brzeg wachlarzem fal, jest. Pytają o nie ci, którzy nie potrafią z centrum trafić do morza, pytają, co to jest molo, są jeszcze ludzie na świecie, dla których jest wiele niewiadomych, do zdziwienia u niej, ale cóż, można nie wiedzieć i nie trafić, chociaż to tak oczywiste, chociaż w telefonie nie napisali. Słońce brązowi ramiona, plącze nitki jej nadgarstków z przedramionami jego , głosy mew podrywają brodę w górę, bardzo duże chmury dzisiaj patrzą na nią, okruchy muszli wyglądają jak pokruszone bezy na falbankach fal. Idą i idą, mijając ludzi w ubraniach o rozmiarach, które chcieliby nosić, ale które nie zawsze pasują, ludzi, którzy patrzą tylko w ekrany smartfonów, którzy rozmawiają ze sobą kciukami na messengerze, bo w słowach nie ma emotikonów, gifów i słownika, bo trzeba się wysilić a tu się samo pisze. Po co słuchać morza, skoro można zagłuszyć je rąbanką, która zaledwie leżała obok muzyki, nie ma wakacji bez hitów, które są fast foodem dla ucha, frytkami z mrożonki smażonymi w starym tłuszczu ciągnącymi się przez pół wybrzeża. Jak to zresztą jest z tą muzyką, że rzadko już teraz zdarzają się wielowarstwowe aranżacje, które rozgryza się uchem raz po raz, nuci bez przerwy, pamięta, podziwia ich złożoność, aranżacje, które są podporą dekady, kiedy aż nie wiadomo, czy bardziej zachwycać się melodią czy słowami, piosenki, które można zanucić o trzeciej w nocy obudziwszy się nawet z nerwowego snu. Już niewielu ma tak piękną dykcję jak ci, którzy już odeszli, kto oswaja tak pięknie słowa, potrafi dotknąć nimi tam, gdzie zazwyczaj zamknięte bo boli, bo tęskni, bo nie chce, bo nie umie. Może ona, wychowana na winylowych płytach taty, nauczyła się wchodzić w muzykę jak w "Bolero" Ravela, gdzie raz po raz pojawiają się kolejne dźwięki, potem szarpała się z trąbką Milesa, zawsze lubiła muzykę z podszewką, z porwanym rytmem, ze słowem, które zostaje w pamięci jak niecodzienny widok księżyca w zaćmieniu, potrafi zamyśleć i jeszcze to nie raz powtórzyć. Słucha uważnie odgłosów ulicy, w restauracji, szumu ekspresu do kawy, szycia świtu przez delikatny głos słowika, nerwowego szczekania psa sąsiada, dudnienia ciężarówki z ciężkimi rurami, płaczu dziecka, które się boi, albo jest śpiące, albo nie chce tego, czego chce rodzic, dysonansu między tym, co stałe i niezmienne i tym, co narasta i nie jest takie samo, pana z kukurydzą dla tych, którzy gromadzą witaminę D i brązowieją na akord. Dobrze jest wsunąć się w dźwięki ulubionej muzyki, obejrzeć niełatwy film, który nie jest głupią i głupszą komedią, iść ulicą i zauważać coś więcej niż kilka cali na ekranie telefonu, podziwiać starszego pana w amarantowych skarpetkach, karmelowych lordsach, taliowanej, zielonej marynarce i poszetce w grochy. Ten pan raczej nie słucha muzyki do wyrzucenia z ucha, nie takiej jak za słony popcorn i słaba kawa z przewagą robusty, którą się chce zapomnieć tak szybko, jak to możliwe.  Dobrze jest więc iść z i słuchać tego, co lubi najbardziej, czyli ich wspólnego, tego samego rytmu.