Ona: I wzięło i uciekło zimę, przywołało ptaki i mgły, przez które rano o piątej szóstej, kiedy karmią małą, widać wiecznie włączony ogromny telewizor u sąsiadów, szklana pogoda ciągle. Błota oblepiły drogi i wózek, nie zapominając o butach i błotnikach w aucie i takimi krokami to zbliża się wiosna.
On: nieprzytomny, zmęczony, ciągnie dni kawami i wraca jak najszybciej ze swoich konieczności, wtulając twarz i usta w najbardziej kochane na świecie zawiniątko z małą nią.
Ona: rok temu ciągle czekała, aż taka on/ona pojawi się w jej życiu, posunęła się tak mocno, tak dużo miejsca zrobiła, aby się udało i się udało. Co się wydarzyło przez czas ten, oprócz pojawienia się małej jej. Niektórzy się rozstali i zstali, pozostawiając w niej cień na zawsze, że szkoda. Niezmiennie lubi pierwszy dźwięk nalewanego wina do kieliszka. Z racji bycia połowiczną mleczarnią, wystarczająco stęskniła się za czekoladą i krewetkami. Odrobinę zaokrągliła się, ale tak, że nie wygląda na ilustrację stresu. Polubiła olejek do mycia z Bielendy, balsamy do ciała Garnier, chociaż ostatnim rarytasem i absolutem był silnie nawilżający z linii Prescription Lierac, naprawił wiele. Zdziwiona skutecznością i znakomitym działaniem kremu Hydra Adapt Garnier, właśnie rozpoczęła jego trzecią tubkę. Nadal nie może obyć się bez serum, które regularnie stosuje na noc, tym razem Coherence od Lierac. Ciąża wyprasowała jej lekkie zagniecenia pod oczami, niestety wróciły cienie, które wymiata korektorem w pędzelku Lumi Magique L'Oreal. Nie znosi matujących fluidów, które nawet w tytule będąc lekkimi, dla niej takimi nie są, dlatego też darzy wzajemną miłością Healthy Mix Bourjois nr. 52. Eyeliner zamieniła na kredkę. Zdarzy się jej pomalować usta kolorem z wachlarza odcieni fuksji. Bo trzeba w tę wiosnę wejść z jakąś twarzą, a nie z niespaniem z powodów okołodziecięcych. Kozaki na szpilce zamieniła na motocyklowe botki, wielbi dzianiny i torby-worki, bo z takimi najłatwiej teraz i najbardziej do pary. Dni spędza podobnie, spacerując po okolicy i paradując z czarnym casualplayem, pośród x-landerów, tako i coneco. Zapuszcza się w leśne ścieżki, odwiedza te sklepy, gdzie można wjechać wózkiem i zna wszystkie szczerbate chodniki. Nie maluje paznokci. Odkąd zgubiła gdzieś czereśniowy lakier, jakoś nie ma weny ani możliwości umalowania ich na inny kolor. Bo czas, bo po co. Zapomina o kolczykach, bo może jeszcze zawadzić o rozkoszny mech na małej głowie jej. Jak jest w lesie, to trochę tęskni za rytmem miasta, bo szafa ubrań miastowych pełna i co z nimi. No ma tak czasem, bo wyrosła wśród klekoczących tramwajów i rozpuściła się na kubkach dobrej arabiki na wynos. Wyżywa tak po nowemu dla niej trochę każdy dzień, bez miejsca na rozflaczenie się. Zresztą trzeba robić tak, aby wtorkiczwartkipiątki nie zlepiły się w jedną, taką samą kulę tygodnia. Sukcesem jest nie spanie do dwudziestej trzeciej, zaśnięcie małej jej zaraz po karmieniu, jej śmiech, wymyślenie obiadu i jego zrobienie, zadbanie o dom i robienie tego równocześnie. Powoli się sączy pourodzinowy czas. I niech tak zostanie.
Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
28 lut 2014
9 lut 2014
M 167:
Zima tworzy świat ze szkła, nie pozwalający wyjść nigdzie, zatapia w szkle samochód, płot, kładzie brzozę na lewym boku i targa mrozem. Za moment roztapia wszystko, rozmywa krajobraz, chrzęści grudami śniegu odkrywając uśpioną ziemię. Ona z małą nią pokonuje wzloty i upadki wzgórz, dzielnie radząc sobie z wózkiem idealnym na takie wyboje i rozpadliny i chodzi tak i mówi do śpiącej niej co widzi. Mała ona ma wyjątkową wrażliwość, ma sen cienki jak skorupka jajka, który łatwo przebić światłem, dźwiękiem, niewygodą, a tę wrażliwość trzeba utulić i ponosić, aby stała się twarda niczym jajo strusie. Bycie mamą rozwija się w niej coraz bardziej, uczy się każdego jej krzyku, każdego gestu, aby odgadnąć o co chodzi małej jej, rozmawia z nią nieustannie i napotyka pytające, wielkie oczy, jakby mała ona rozumiała absolutnie wszystko i dziwiła się, że jej mama nie wie, o co jej chodzi. Rytm dnia zlał się w jeden długi, taki sam czas, więc uciekła do Krakowa, aby małej jej pokazać to, za czym tęskni gdzieś po cichu, aby pozaglądać z wózkiem w ulubione kąty, które wciąż są jak narkotyk. Więc zaglądały. Do budek z preclami, ale była taka pora, że się skończyły te z sezamem, więc nie kupiła żadnego. Spieszyła się zresztą do domu, aby nie rozbić uzyskanej strusiej skorupki snu jej. Do Rossmanna na Wiślnej, bo tam można wjechać wózkiem bez problemu. Westchnęła nad Chocoffee, bo jak nikt napiłaby się gorącej czekolady z espresso. Zajrzała do bułek z serem u Hawełki. Obeszła ukochany pierścień Plant. Nasyciła widokiem oblodzonej Wisły w łabędzi wzór. Rozszerzyła nareszcie cztery ściany swojego domu o wspomnienia pierwszego krakowskiego spaceru z małą nią. Bo ją trochę nosi. Bo jak wciąż była w kołowrotku podróży albo mieszkała w walizce, to trudno mimo wszystko tak maksymalnie zwolnić obroty. Ale za to można zrobić tysiąc rzeczy z dzieckiem na ręku, nabywa więc zupełnie nowych umiejętności, do tej pory nie znanych. Bo nie jest łatwo z małym człowiekiem, który wciąż funduje wycieczki w góry płaczu. Bo trzeba znaleźć do nich szlak, wyznaczyć azymut i zapamiętać tę trasę, która co dzień się może zmienić. Ona scaliła się z małą nią w prawie jedno, a on trochę z konieczności obok, dbający o gniazdo, o to, aby temu najdroższemu mu dwupakowi było jak najlepiej. Czas uczenia się człowieka. Czas niewyspania, czułych spojrzeń, wielofunkcyjności. Wspólnych, określonych wieczorów pod dyktando 52 centymetrów i zapadanie się w sen, aby zdążyć wpaść choć na chwilę w fazę REM.
22 sty 2014
M 166 albo zima o tu:
Po jednej stronie strzelistego domu ogród zamarł jak z plastiku wygląda nie rusza się żadna gałąź trawa, nic. Po drugiej stronie oblodzony podjazd do bramy ona swoim Twingo nie wyjedzie bo jeszcze nie zmienił butów na zimowe i dopadła go wszechogarniająca białość i stoi tak aż jej go żal. Czy bardziej świat ze szkła czy z plastiku trudno powiedzieć bo ona nie wystawia nosa z ciepłego domu od dni kilku bo jak bo przecież na lodzie nie popchnie wózka z bezcenną nią, niestety. Pomiędzy tym światem milczącego ogrodu i nieco bardziej rozgadanej ulicy w strzelisty dach wbija się płacz małej jej bo nuda bo może dziś akurat nie lubi mamy bo coś jej przeszkadza i nie wiadomo co może jeszcze zły mieszkaniec brzuszka nie wyniósł się na dobre i daje czadu. Nie marzną jej ręce na kość nie pieką z mrozu jak kiedyś w mieście na Wu nie musi wyjeżdżać srebrnym autem w śliskie wstążki dróg i uważać jeszcze bardziej żeby nikt w nią nie wjechał bo ona jest teraz podwójnie bezcenna. Śpiąca. Zatrzymana w czasie. Z dniami podobnymi kiedy czas zwolnił do maksimum kiedy wszystkie jej ukochane mazidła leżą odłogiem kiedy nie maluje za dużo nie czyta kiedy właściwie jest tak jak kiedyś za jej dzieciństwa z wolno płynącym czasem bez telefonów bez fejsbuka z oczekiwaniem na list z czytaniem filipinki z odrabianiem lekcji przy czym jej lekcją jest sześciotygodniowa mała ona która zaczęła się uśmiechać i bawią się w ciemno jasno. A kiedy ona kiedyś wróci do pracy to jak to będzie może jej mózg wyparuje i ludzie pobawią się znów nim jak orzeszkiem bo znów gdzieś przestanie pasować jak zawsze zresztą. Na razie o tym nie myśli na razie zima biała jak przystało skończyły się z wózkiem spacery bo ślisko, trudno. Zamknięta w wieży o grafitowej dachówce łowi pierwsze jej uśmiechy w siatkę minut i godzin czeka na jego brązowe zmarznięte oczy śledzi żywot kominkowego płomienia i roztapia się nad każdym uważnym spojrzeniem jej. Wieczorem w łazience łowią się łakomie spojrzeniami patrzą uważnie na dość wymęczone twarze z troską pytając jak to jak tamto a potem odsuwają wszystko na jutro i zapadają w głęboki należący się im sen.
16 sty 2014
M 165:
Dni splatają się w jeden korowód krótkiego, płytkiego snu, siedzenia w piżamie czasem do popołudnia, zadeszczonego horyzontu, nie dojedzonego, zimnego obiadu, szykowanego między krótkimi drzemkami jej, jedzeniem banana bo najszybciej, myciem butelek, myciem siebie w ekspresowym tempie, w reklamówkach wypełnionych pieluchami do wyrzucenia, jej niemowlęcym gadulstwem i cudowną bliskością karmienia. Dni sączą się podobnie, ona czeka, kiedy on wróci, zaszeleści zakupami, zrobi sobie kawę, założy domową bluzę i weźmie pakunek z bezcennym skarbem, aby ona mogła spokojnie zacząć dzień na sobie. Kochają się spojrzeniami, w przelocie łapiąc słowa, że jest dzielna, że on też, bo dużo pracuje, że zrobiła tysiąc rzeczy z dzieckiem na rękach, a on miał wielu pacjentów i wracają do wspólnego punktu na fioletowej kanapie, sklejając godziny ze swojego dnia właśnie około dwudziestej. Ona z dnia na dzień odsuwa umycie umywalki i poskładanie prania, bo czasem nie może przedrzeć się przez krzyk, ani go zostawić a czasem zwyczajnie nie ma siły. Tak trudno bowiem skleić misternie nadlatujące cząsteczki snu pod delikatnymi powiekami dziecięcia o długich rzęsach. Ona utula każdą tę cząsteczkę odganiając niedobre dźwięki, jakby ten sen był najcieńszą pajęczyną, której za nic nie można rozerwać i w tej pajęczynie mały człowiek powinien się otulić w ciągu dnia, ale tego nie robi. Budowanie mostu, na końcu którego Morfeusz czeka za swoją łódką czasem trwa bardzo długo, a w tej podróży pomaga i smoczek i owca z z bijącym sercem i głaskanie po głowie. A tu pies żąda, kot miauczy a ona z zawiniątkiem chodzi, żeby usnęło albo lula i tak całymi dniami, całą dobę odgarniając z małej główki wszystko co niedobre. I nie zawsze się niestety udaje. Podobnie jak wyganianie potwora z brzucha, który tam siedzi i męczy małego człowieka, rozpiera małą buzię w strasznym grymasie płaczu a ona musi to wytrzymać i nie włączać empatii, że człowiek cierpi a to bardzo trudne. Ona łapie pierwsze uśmiechy i badawcze spojrzenia jej wielkich oczu, rozbija na atomy każdy najmniejszy nastrój małej jej, słucha intuicji, czuwa i wycisza małą ją, otula się domem i dobrze jej z tym, choć zamyka się w coraz mniejszej przestrzeni.
3 sty 2014
M 164:
W Nowy Rok wkroczyła z ogromnym spokojem, że spełniło się to, co wypełnić się miało, ale było przez lata odsuwane z powodów pokrętnego Losu, który nareszcie przekręcił kurek na właściwy tor i ustawiła wszystko jak być powinno. W tamtym roku poznała nową, obezwładniającą miłość, która wypełniła połowę grudnia i rozleje się na cały rok kolejny i na każdy następny i nic już nie będzie tak jak samo, i na to nic tak samo czekała tyle tyle. W tamtym roku było dużo śniegu na początku roku, bardzo wielu wspaniałych nowych ludzi, cebularze, potem wiosna, wymarzone dwa milimetry, rozsłonecznione lato, malwy podpierające upalne niebo w Kazimierzu i smak wędzonej ryby na bezkresnych Mazurach. Dni rośnięcia brzucha i tysiąca nowych rozmów, splątanych wątków i nieoczekiwanych, radosnych wiadomości. Dni zaufania i niepokoju, więcej słońca niż chmur, więcej spokoju niż drgań. Ciekawe, ile Los będzie wygładzał i prostował przed nią ścieżki, czy nadal w tym roku będzie układał wszystko, jak na Serafinów przystało, jak na ósme niebo, w którym rośnie ich nieduży dom. Nie kusi, niech tak będzie jak jest, jak coś dużego dobrego się przytrafi, to ucieszy się, doceni jak prezent. Nauczyła się odpuszczać, że coś nie posprzątane czeka na swój sprzątania czas, że trzeba spać jak można, pomimo rzeczy do zrobienia tysiąca. W zeszłym roku nie przybyło zmarszczek, ciało ładnie przeszło przez ciążę, nie pozostawiając żadnych niechcianych pamiątek, chociaż pewnie nie będzie już takie samo. Mogłaby więcej malować, pastele i akwarele czekają, a tu nic, a tu weny nie było, jakby cała jej wyobraźnia, wszystkie kwiaty, którym chciała nadać papierowe życie, skumulowały się w jej brzuchu na kreowaniu małego, idealnego cudu. Mogłaby pamiętać, że nie ma musztardy do parówek, że gdzieś zgubiła malutką skarpetkę i że pralka zjada skarpetki jego i jak to się dzieje, nie wie za nic. Może w tym roku uda się być jeszcze bardziej zorganizowaną. Może nauczy się wyjeżdżać toyotą z garażu. Nie przestanie mieć kultu podłogi i nie polubi nakładania poszewki na kołdrę. Postara się być lepszą i jeszcze bardziej zauważać. Pamiętać o urodzinach przyjaciół i o znajomych w ogóle i dzwonić, a nie wtedy, kiedy jest już późno a potem jest głupio i się milczy i kontakt się urywa jak za cienka nitka do szycia grubej tkaniny. Przestanie się przejmować jak ktoś robi głupoty, bo to są głupoty jego a nie jej i nie ma co wyżywać swojego życia na czyjeś bezpotrzebnie. Pozbędzie się butów, w których nie chodzi i ubrań, których nie założy, bo są za czarne, za mało przydatne albo za małe. Nie zapuści włosów, chociaż bardzo często jej się śni, że ma długie i lśniące. Nauczy się odkładać rzeczy w miejsca im przeznaczone i przez to będzie można znaleźć pompkę do materaca i jego bluzę do biegania, która pobiegła gdzieś za impulsem i się raczej nie znajdzie. Poszuka rękawiczek, które mieszkają wszędzie, tylko nie na jej rękach. Niech ten rok sączy się zdrowo i bezpiecznie. Niech ci, którzy czekają i szukają, którymś z jakiś powodów życie odsuwa złote runo i ósme niebo - niech znajdą. Ona bardzo czuwa, aby tak było.
21 gru 2013
M 163 albo jak nie wierzyć w anioły:
I nadszedł wyczekiwany, grudniowy wieczór, kiedy dziać się zaczęło, a tego dnia była bardzo zmęczona i myślała, że nie wytrzyma
długiej, bolesnej nocy, ale się udało, jakby organizm wrzucił piąty
bieg. I było tak jak chciała, jak sobie wymyśliła, jak przewidziała, to magiczne przejście na świat, wielkie tsunami wzruszenia, a potem dwie godziny tylko w trójkę
i oglądanie małych rąk o jej paznokciach i stopek o kształcie stóp jego
i wielkich, zamkniętych oczu i przylegających uszu. Nić, jaka łączy ją z
nią, to mało powiedziane, to powróz niesłychany, z żelazobetonu, nie
potrafi przez niego nawet wyjść na chwilę do sklepu, jest w stanie wytrzymać piętnaście minut bez
tej ślicznej, małej, zgrabnej główki, bez jeszcze granatowych oczu
wpatrzonych w nią, bo może akurat zrobiła się głodna, a tego troskliwy
tata nie utuli. Mamą staje się stopniowo, zapomina się o bólu, bo on
zawsze towarzyszy narodzinom i to jest normalne, więc najpierw jest
oszołomienie, że to już, że się stało, że to maleństwo jest cudem,
połączeniem ich, jakby się niebiosa zmówiły, że ma być właśnie taka i
właśnie teraz, a później się zaczyna. Rośnie to gigantyczne
przywiązanie, zazdrości się innym kolanom, że trzymają zawiniątko z nią,
bo ona przecież i on też utulą najlepiej na świecie i nikt inny nie
głaszcze z czułością małej głowy tak jak oni. Jak cudownie czas zakreśla
swoje pętelki sprawiając, że ona rośnie, z dnia na dzień się zmienia,
jak cudownie, najpiękniej jest obserwować każdą bezcenną w niej zmianę,
która ma swój jeden jedyny moment. Gdzieś tam narastają Święta, a ona po
raz pierwszy w życiu nie dba o leżący kurz, o to, że nie będzie stać w
świątecznej kolejce po świąteczne konieczności, bo ta mała wymija
wszystko i jest wszystkim, prezentem, brylantem, wymarzoną hondą jazz, szczęściem totalnym i rosnącym w niej jak las z sekwojami.
Ma jeszcze zapędy na bycie doskonałą panią domu, ale widok maleńkiej,
wpatrzonej w nią buzi z wielkimi oczami, rąk układanych w opowiadające
co słychać, niemowlęce historie, skutecznie je studzi. Mogłaby tak
siedzieć razem z nim i w trójkę zawiesić się w bezczasie, chociaż
miauczą pieskoty, chociaż trzeba by coś zjeść, nawet suchą bułkę jak
nakazuje bezlaktozowa dieta, jakby za oknem nie istniał świat, jakby w
kalendarzu nie galopowały dni ku Świętom. Niebywałe poczucie, że oto
doszła do pełni, do której prowadziła bardzo długa droga, udało się, tak
bardzo bardzo i teraz będzie z całej siły czuwać, rozłoży skrzydła, aby
jej ukochany mały anioł, najcudowniejsze połączenie ich, rosło pięknie
jak nieujarzmiona, ogromna miłość, z której powstał.
5 gru 2013
M 162:
Tak, to miało być dziś, kiedy spojrzała w marcu w dół kalendarza, miesiące potoczyły się szybko, w dół, aż do samego czwartego grudnia, kiedy w jego okolicy miało nastąpić wielkie wydarzenie, ale nie nastąpi, wybierze sobie moment kiedy indziej.
Oj chodź już tu bądź z nami z tatą który ma świder w ciemnych troskliwych oczach i z mamą która wczoraj biegała po lesie krokiem legionów rzymskich żeby było szybciej żebyś już była bo świetnie się nadal czuje podobnie jak Ty tam. Oj bądź już tu gdzie dwakoty i brązowy pies który boi się sztućców kominkowych i śpi w kocim spaniu i pogryzł ostatnio swoje duże nie do zdarcia i co teraz. Codziennie robi się coraz zimniej świat robi Ci miejsce no chodź już tu mama jeszcze wcina musy czekoladowe orzechy i miód z Mazur przywieziony gryczany bo potem może go jeść nie móc a uwielbia. Gotowa z wszystkim sprząta obiady wymyśla i dziesięć razy przepakowuje torbę bo jeszcze ręcznik ciemny bo część śpiochów wyjęta bo i tak tata je później przywiezie i obładowana książkami herbatą nawet puszką z musli uzbrojona w zalążek domu pojedzie do szpitala i tam będzie na Ciebie czekać grzecznie i najbardziej cierpliwie jak umie obiecuje. Ciekawe czy będziesz lubiła ważki i spacery nad jezioro i robienie muffinek i kolor fioletowy czy uwierzysz w księżniczki i moc niebieskiego koralika jak w Karolci czy będziesz kochała cztery warszawskie pstroczki bała się Karma i Katli, wierzyła w Nangilimę i bała się Muminków. Czy z tatą o piegowatej skórze będziesz wygrzewała się na sośnie gdzie powstanie Twój domek i razem z nim poznasz jaki jest koci nos a jaki psi czy poznasz głos czarnej koty która wmruczała się w maminy brzuch bo wiedziała że tam jesteś jakimś kocim zmysłem nie wiadomo skąd. No bądź - pojawisz się kiedy chcesz nie kiedy farmakologiczne wymysły zmuszą Cię to ruszenia się stamtąd ale bądź. Świat osiwiał od tej ogromnej cierpliwości, na którą ona musi się zdobyć, zamknięta w przestrzeni konieczności szpitalnego pudełka czeka tak cierpliwie na ile ją stać.
13 lis 2013
M 161 albo ona i ona i on:
Zawsze będzie pamiętać moment, kiedy w połowie marca wiedziała, że mała istota, na którą czekali długo a ona jeszcze dłużej, wybrała właściwą chwilę na pojawienie się w niej. Dzieci wybierają sobie rodziców, wpasowują się w jedną czasoprzestrzeń i są.
Od tamtego marca do tego listopada minęło dziewięć najpiękniejszych miesięcy wypełnionych najpierw okropną sennością, znamienitą zwłaszcza na stacji Shell pod Puławami, a potem słonecznym, ogromnym i radosnym latem, kiedy ściągnęła do domu wszystkie nitki przyjaźni, kiedy zawęziła więzy między stęsknionymi dziewczynami.
Dla małej jej dni były wypełnione słuchaniem bicia serca, patrzeniem od spodu na rosnący brzuch, jak robi się w nim coraz więcej miejsca i można fikać nogami, słuchaniem, jak mama szumi po nim wtedy prysznicem i robi się ciepło. Niezmienne podróże ŁódźKrakówWarszawaKazimierzDolnyŁódźKrakówWarszawaNowySącz zmieszały się w jeden radosny ciąg, który mała ona mogła czuć wibracjami ich szafirowych samochodów. Co ona czuje. Co i ile słyszy. Jakie polubiła smaki i czy będzie pamiętać kolację w sierpniowy wieczór w tajskiej knajpce, kiedy jej mała koleżanka, już na zewnątrz, podbijała serca francuskich turystów. Najpierw razem miały fazę na pomarańcze, potem na kiszone ogórki, hot dogi, chili i mleko kokosowe, potem na słodkości, skrzętnie wydzielane rozumem. Przez te miesiące mijały kolejne spodnie, potem zostały już tylko getry, bo nawet ciążowe dżinsy nieprzyjemnie uciskają dół brzucha, zwłaszcza jak siedzi. Poduszek wtedy nigdy dość. Aż urosła trochę ona i bardzo ta druga mała, będąc już na końcu swojej dziewięciomiesięcznej symbiozy.
No więc jaka ona tam jest. Jak wygląda. Będzie zdrowa. Z oczami jej czy jego. Czy będzie miała piegi po tacie i język geograficzny po mamie. Jak zareaguje na kotę, która tyle czasu nieustannie mruczała w urosłą górę jej brzucha, wywołując ruchy tektoniczne. Co zrobi jak zobaczy śmieszną mordę psa, ustawicznie śpiącego w kocim spaniu. Czy jest ciekawa, jak wyglądają jej mama i tata, chociaż może ich sobie już wcześniej pooglądała gdzieś z góry.
Ona patrzy na górę swojego brzucha, na razie spokojnego i czeka na to, kiedy ta mała, ukochana ona wybierze sobie dzień na urodziny. Czy będzie to czwartek czy niedziela. Czy ona będzie sama w domu, czy raczej splotą się wszyscy w jeden wspólny wieczór. Czy stanie się to wtedy, kiedy spakuje torbę do szpitala, bo na razie jeszcze nie ma odwagi. Zostało mało czasu, coraz mniej cierpliwości, żeby przesuwać takie same koraliki dni po nitce tygodnia. Kiedy zobaczy małe stopki i ręce, wykrzywioną buzię i ciemne włoski i pochylone nad nimi jego rozpalone, przejęte oczy, kiedy wyłączą te wszystkie lampy i łóżka i zostaną sami w trójkę, rozpadnie się na atomy ze szczęścia, tak wielkiego, że za nic chyba go nie uniesie i wyleje się z niej ta przepastna, ośmioletnia tęsknota, bo tyle na małą nią czekała.
5 lis 2013
M 160 albo rok temu:
Też padał deszcz, a ona zamknięta w molochu na wjeździe do Łodzi, leżała na niewygodnym, skrzypiącym łóżku, na moment wysiadłszy z kołowrotka w mieście na Wu, jeszcze wtedy. Badała teren, czy najbardziej oczekiwana mała ona, może w niej zamieszkać. Po lewej stronie leżała dziewczyna z czwartym dzieckiem w drodze, po prawej taka też z dzieckiem, ale sporo mniejszym i z niepokojącymi objawami, a pośrodku ona z boleśnie pustym brzuchem. Gdzieś tam, w świecie okrągłych białych stołów, fleszy i gwiazd, rozdawano nagrody "Doskonałość Roku" i ona wiedziała, że będzie sukces, bo włożyła w niego całą duszę po sam koniec, a duszę ma przepastną, pojemną i dużą. Nie mogło się nie udać, po raz trzeci i być może ostatni, chyba, że Los znów stworzy okoliczności, w których trzeba będzie zaczarować i z całej siły wierzyć, że się uda. Bo jakby nie wierzyła w wyznaczane cele, to nigdy by się jej nic nie udało. I nie umiałaby się podnieść z żadnej porażki i z tych podnoszeń nie powstałby sukces. Więc rok temu wyłączyła windę z pracą i stanęła miedzy piętrami i odpowiedziami, co tak naprawdę teraz powinno być ważne. Dziewczyny po prawej i po lewej patrzyły na nią trochę jak na zjawisko, które wypadło z czasopisma, z tych wszystkich określeń, z których składał się jej świat w mieście na Wu, sklejał w jeden kawałek - rozumiejąc tylko przyimki. Ona, wpatrzona w służbowe blackberry dostała informację, że się jednak udało. Radość na szpitalnym łóżku, pomieszana z niepewnością, czy uda się i wszystko z tym, co w niej, mieszała nastroje. I tak, jak rok temu padał deszcz, tak i teraz rozdawały się nagrody ponownie, bez udziału jej serca już, ona, będąc w gdzieś hotelu i czytając tę wiadomość, że się ponownie odbył ten prestiżowy spektakl wie, że i ona dostała najcenniejszą, tegoroczną Doskonałość, która jest ponad wszystkie blichtry i konsumpcje świata, ponad nie docenienia, ponad tytaniczną pracę, cierpliwość i wiarę, ponad wszystkie cienie - ją.
31 paź 2013
M 159 albo ogród zasycha:
Rdzewieje wszystko wokół stawu, klon już nagi, modrzew zbladł i czeka na wiatr, który zabierze mu resztki ubrania. Pachnie zaorana ziemia, pachnie ostatnie październikowe słońce, a zimowe, nocne godziny nadziewają się na sierp księżyca, który ona obserwuje regularnie wstając w nocy bo musi. Niebo z pozycji fioletowej kanapy wciąż jest bardzo duże i niebieskie, wykrojone półkoliście i odsłonięte, pozwala oglądać gości u sąsiadów i ich duży garaż i mrużyć oczy w jeszcze ciepłym słońcu. Męczy się coraz bardziej, piłka z dzieckiem w środku przeszkadza w oddychaniu, podskakuje samoistnie, nie pozawala na swobodne schylanie się, wiązanie butów i trochę zaczyna nie mieścić się za kierownicą. Rośnie sobie ta mała tam, napawając ich niezmienną radością, rozmawiają sobie z nią pukając palcami w brzuch, a ona zaraz się odzywa, fikając całą sobą. Nie mogą się doczekać oczu, palców, krzyku, uśmiechów, całej jej, która zawładnie nimi do końca życia, niewiarygodny cud, który powstał z dwóch mikrocząsteczek jej i jego, które spotkały się w jednym czasie. Więc ciągle jeszcze czekają, ona dużo w domu, odpoczywa, jeszcze robi zakupy, jeszcze gotuje, sprząta trochę mniej, leży dużo na lewym boku bo tak trzeba, śni o trojaczkach, zasypia szybko i mocno. Czas i zwolnił i przyspieszył w innym wymiarze, odarta z dodatkowych zajęć, z kosmetycznego świata, który gdzieś tam sobie istnieje i ma się dobrze, tęskni trochę za tym swoim ustawicznym podróżowaniem, podglądaniem rytmu miasta, tym, co nowego w starych, znanych miejscach, zjadłaby drożdżówkę z małej cukierni przy Pięknej, albo od Hawełki albo od Dybalskiego, smaki ma rozpięte pomiędzy trzema miastami i ciągle szuka tego w tym czwartym, najmniejszym, tu. Na razie polubiła targ, na który mówi się targowica, nie rynek jak w mieście na Ł, na którym można kupić kółko do taczki, pojedyncze małe pory i selery z nacią, leżące pojedynczo na drewnianych skrzynkach, natkę pietruszki za złotówkę od starszego pana ze sztucznym okiem, marchewkę z ziemią, bo taka najlepsza z pola, rozmaite mięsiwa i swojskie kiełbasy, troskliwie opakowywane w papiery przez sklepowe panie o spracowanych twarzach i rękach. Nie ma białego sera od baby próbowanego na końcu noża jak w mieście na K, nie znalazła regionalnych smaków, oprócz dżemów, troskliwie robionych przez jednego pana z ulicy Miłej, salcesonu nie jada, a podobno świetny, ale może powoli coś jeszcze uda się znaleźć, zwłaszcza, kiedy będzie paradować z wygodnym wózkiem Casualplay S4 o świetnych resorach na te góry i doły. Uwielbia sympatyczne panie w Lewiatanie, które dbają o najlepszy towar i hojnie nakładają śledzia z żurawiną, panie w kiosku, które zawsze starannie pakują gazety i się witają i żegnają, nie znosi mięsnego, w którym nieznośna kolejka i tryliony oczu wpatrzonych w jej brzuch, który musi czekać na swoją kolej nawet pomimo próśb, takie życie. Wzgórza i doliny, zaniedbany park, rynek z popsutą zabudową w ciągłym remoncie, piękny zalew i las, dziwne trochę to jej miasto, kontrastów pełne i pozytywnych zakamarków z dobrymi ludźmi, i w takim mieście właśnie za miesiąc pojawi się mała ona, stworzona z jej miłości do podróżowania i bycia na miejscu jak on i ciekawe co z tego ich połączenia się okaże.
Subskrybuj:
Posty (Atom)