16 paź 2011

M 85:

Rozwiązała supeł pracy zawinięty na prawie kość, potrafiła znaleźć nitkę i ją rozciągnąć aż na tydzień. Przepłynęły poranki i wieczory o smaku wina i kominka, aż znaleźli się we mgle na górze i ta mgła nie opuściła ich aż do roziskrzonej niedzieli, kiedy poranne słońce rozjechane kołami rozświetliło siwą trawę, którą już odwiedził dziadek mróz. Jeszcze zieloność przeważa nad euforycznym pomarańczem i żółtością, jeszcze plamy kolorowych drzew malowane pędzlem jesieni nie dominują nad zielonym lasem, jeszcze słońce wisi trochę wyżej niż tuż nad łagodnym zarysem pól. Wjechali we wstęgi dróg miękko posłanych liśćmi, w jesienną, nie dającą rozpoznać się znakom mgłę, w tę ciszę zamkniętych, drewnianych cerkwi o kulistych dachach nie z tej religii, wjechali w miejsce, gdzie drewniane ramiona ścian zamykają w sobie śpiewy i modlitwy, nie wypuszczając ich aż do następnych odwiedzin tych, którzy właśnie w tym miejscu od dziesiątek lat zgodnym chórem otwierają swoje dusze.
Tam, poza miastem, inaczej biega pies, kobiety żyjące odwiecznym rytmem pól niezmiennie noszą chustki, grube swetry i zawsze niebieskie fartuchy, ptaki otwierają sobie kluczem na niebie drzwi do swojej pory roku, ziemia wie, kiedy ma umrzeć, kiedy odpocząć od dawania życia a kiedy pachnieć narodzinami.
Odnaleźli deszcz i pierwszy śnieg siekający bezlitośnie wszystko tak samo, parasole, ubrania, ulice, samochody, siekający zmarszczki ziemi na polach, krótko ostrzyżone łąki, oznajmiając, że teraz nie będzie łatwo a coraz zimniej. Spróbowali jak rozrywa płuca od powietrza w górach, jak wyglądają misterne koronki balkonów drewnianych willi, jak można we mgle się zatracić i jak przez to zbliżyć. Liczyli małe kapliczki urosłe przy drodze, Madonny o niebieskich szatach upstrzone kwiatami, apostołów, Chrystusów stawianych w najbardziej absurdalnych miejscach i kto o te małe świątynie dba i kto zadba jak Czas zabierze tych, którzy się nimi teraz opiekują. Kto pozwala żyć takim kapliczkom, służyć milcząco krętym górskim drogom, kto je tam postawił i kiedy. Odporne na deszcz, mgłę i upał, jak absolutne pewniki, że cokolwiek się na świecie wydarzy, to kapliczki, krzyże, świątki zawsze będą rosły tam, gdzie zasadził je czas.
Zbierając po drodze myśli z kapliczek, wyszeptane zdrowaśki, omijając małe wypchane ludźmi kościółki, wrócili do konieczności, w której Ona w kolejnej podróży do miasta na Wu zatopiona, powoli zawija się w ciasny supeł pracy na kolejny tydzień, mając w sobie obrazy troskliwych oczu przydrożnych świątków i a na sobie odciski jego linii papilarnych, niczym tarczę, odporną na każdy cierń.

7 paź 2011

Ona: nie zobaczy, jak on wygląda we wtorek, środę, czwartek, jaka była jego noc, czy spał w ich dużym łóżku bliżej lewej czy prawej strony, czy mówił przez sen, czy trzykoty milczały pod drzwiami, jaki był świt i jaki wieczór. Ona spływa schodami, wciska się w piątek na peronie czwartym w falujący żywy organizm, dołączając swoją srebrną walizkę do potulnych innych małych mieszkań, trzymanych posłusznie przez zaciśnięte pięści, a zaraz po tym wsiądzie w maszynę losującą przedziału i zwolni miejsce na granitowej podłodze peronu na kolejne nogi i wyciągnięte ramię zakończone walizką.
Ona: ciągle w podróży, nieustannie, przykręciła zaledwie nieco przejeżdżany tachometr kilometrów, ciągle w dwóch światach łączonych walizką, przepakowuje dwa życia jest od do. W piątkowym domu myśli o poniedziałkowej Warszawie, widoczną już za oknem tygodnia, a niedziela jest jak kat z wyrokiem na poniedziałkową 6.24, który sama na siebie wydała. Codziennie odsuwa strzępki, okruchy nie widzenia się z nim, zamiata te tęskności gdzieś w zakamarki i jak urosną już w niewyobrażalną górę to ona z nimi zrobi. Nie ma takiego okna ani śmietnika, które je pomieści, nie można ich spalić, może je jedynie utulić i rozpuścić w jego ramionach, w czasie spędzonym razem, którego wciąż za mało na porządki.
Ona: oswaja mozolnie wciąż ryczące zwierzę samotnego zasypiania bez poręczy jego ramion, po których można bardzo łatwo wspiąć się po wtorkuśrodzieczwartku, zlepić je w jeden szczebel i wspiąć się na górę, gdzie króluje piątek, a potem spaść w poniedziałek rano, puścić się jego poręczy wprost w ramiona pociągu. I to czekanie, to podstawianie drabiny pod kolejne tygodnie od lat wyznacza jej rytm życia, teraz wypełnionego świeżo wyrośniętym domem, bez udawania, że jest się dzielnym, że można z łatwością tęsknienie wytrzymać, a nie można.
Ona: jest wybrana do podróży, Los zapisał na jej kartce srebrną walizkę, torbę przez ramię, umiejętność wyżywania czasu, plecenia myśli, nie dostawania cholery w korkach, w zepsutych, zimnych lub gorących pociągach. Ona ma to wpisane w swój genotyp, DNA, to czekanie, tę ponadludzką cierpliwość, to podstawianie drabiny pod czas z którego buduje się tygodnie i miesiące, ona z myśli i tęsknot zbudowana, utkana, a on jedynie potrafi ją złapać tak, że ma wciąż siłę wspinać się po tych szczeblach i budować ich wspólne my.

M 84 albo o wspinaniu:

Ona: nie zobaczy, jak on wygląda we wtorek, środę, czwartek, jaka była jego noc, czy spał w ich dużym łóżku bliżej lewej czy prawej strony, czy mówił przez sen, czy trzykoty milczały pod drzwiami, jaki był świt i jaki wieczór. Ona spływa schodami, wciska się w piątek na peronie czwartym w falujący żywy organizm, dołączając swoją srebrną walizkę do potulnych innych małych mieszkań, trzymanych posłusznie przez zaciśnięte pięści, a zaraz po tym wsiądzie w maszynę losującą przedziału i zwolni miejsce na granitowej podłodze peronu na kolejne nogi i wyciągnięte ramię zakończone walizką.
Ona: ciągle w podróży, nieustannie, przykręciła zaledwie nieco przejeżdżany tachometr kilometrów, ciągle w dwóch światach łączonych walizką, przepakowuje dwa życia jest od do. W piątkowym domu myśli o poniedziałkowej Warszawie, widoczną już za oknem tygodnia, a niedziela jest jak kat z wyrokiem na poniedziałkową 6.24, który sama na siebie wydała. Codziennie odsuwa strzępki, okruchy nie widzenia się z nim, zamiata te tęskności gdzieś w zakamarki i jak urosną już w niewyobrażalną górę to ona z nimi zrobi. Nie ma takiego okna ani śmietnika, które je pomieści, nie można ich spalić, może je jedynie utulić i rozpuścić w jego ramionach, w czasie spędzonym razem, którego wciąż za mało na porządki.
Ona: oswaja mozolnie wciąż ryczące zwierzę samotnego zasypiania bez poręczy jego ramion, po których można bardzo łatwo wspiąć się po wtorkuśrodzieczwartku, zlepić je w jeden szczebel i wspiąć się na górę, gdzie króluje piątek, a potem spaść w poniedziałek rano, puścić się jego poręczy wprost w ramiona pociągu. I to czekanie, to podstawianie drabiny pod kolejne tygodnie od lat wyznacza jej rytm życia, teraz wypełnionego świeżo wyrośniętym domem, bez udawania, że jest się dzielnym, że można z łatwością tęsknienie wytrzymać, a nie można.
Ona: jest wybrana do podróży, Los zapisał na jej kartce srebrną walizkę, torbę przez ramię, umiejętność wyżywania czasu, plecenia myśli, nie dostawania cholery w korkach, w zepsutych, zimnych lub gorących pociagach. Ona ma to wpisane w swój genotyp, DNA, to czekanie, tę ponadludzką cierpliwość, to podstawianie drabiny pod czas z którego buduje się tygodnie i miesiące, ona z myśli i tęsknot zbudowana, utkana, a on jedynie potrafi ja złapać tak, że ma wciąż siłę wspinać się po tych szczeblach i budować ich wspólne my.

6 paź 2011

M 83 albo o przypomnieniu:

Praga w słońcu, w bursztynowej barwie piwa i rohlików, z wygiętymi półkami krawężników, z brukiem w różne szlaczki, łapie za niskie obcasy granatowych butów z czerwona wyściółką i nie lubi jej kolan. Nagle świat i jego odległość sprowadził się do jednego miejsca, przypomniał, ze tam właśnie zaczyna się jej mozolna walka z czasem, ile jeszcze wytrzyma, kiedy się rozleci i poluzuje, kiedy wprzęgnie jej ramiona w metalowo-plastikowe podpórki udające nogi, kiedy ja unieruchomi, zamieni w kukiełkę i zacznie sprowadzać nogi do pojemników na kości i skórę. Kolano nie rozmawia z nią od jakiegoś czasu, a że wywiozła je dość daleko od jego ciepłych dłoni prowadzących cowieczorny dialog z jej mięśniami,stawami, całym wszystkim co ją w ruch wprawia, teraz protestuje, nie chce się prostować,wykrzywia bólem słońce, liczy schody i kroki, dawkuje przejdzie od do, nie pozwoli już nigdy na siadanie po turecku, na bieganie i częstszą smukłość łydki umieszczonej w butach na szpilce, przypomni sobie, że boleć zachciało w najbardziej nieodpowiednim momencie, kiedy jej najbardziej chce się żyć. On będzie robił wszystko, kiedy wróci z niemiłej kolanom Pragi, będzie naprawiał to, co się zepsuło z całego siebie, ale oboje wiedzą, że po kawałku, tak po prostu, zjada się jej zdolność do pochłaniania krokami każdej zachcianej ulicy, że coraz częściej trzeba będzie poruszać się pod dyktando schodów, wind, zejść i wejść i być może już nie będzie im dane zamieszkanie wzrokiem choć na chwilę w górach, do których obydwoje tęsknią. Tymczasem walczy dzielnie, nie poddaje się ani przez moment i ani przez moment nikt by nie pomyślał, że każdy krok wiąże się z bólemjeszczedowytrzymania.

29 wrz 2011

M 82:

Wchodziła w żywioł, szum pochłaniał przestrzeń bardzo szybko jedząc niebo chmurami po kawałku. Groźne powietrze gęstniało gdzieś wysoko a chodniki ziewały od kurzu i przesuwały opadłe klonowe liście. Ostatnia fala ciepła nadpłynęła nad wysuszone chodniki, świat westchnął i zaczęło się. Przekładana między mokrymi dłoniami deszczu, wyślizgiwała się z żywiołu, biegnąc do domu prawie na oślep. Omijała naszyjniki ulic, korale po jednej stronie czerwone, po drugiej białe, przesuwające się po wilgotnej szyi miasta na Wu. Dom. Schronienie właściwie, gdzie łóżko, lampa i pozory, że świetnie i niesamotnie, a co noc piszczy dziwnymi snami. Dół brzucha rozsadza cykliczna konieczność, znak, że jeszcze nie czas na bycie domem, na co tak najbardziej, najmocniej czeka. Ciężko nie zauważać wózków, kobiet o wypukłej linii brzucha, wpadać na rogu ulicy na mężczyzn tulących miauczące tobołki. Jej tobołek wisi nad nią blisko i czeka na moment, wyczuwa, kiedy wreszcie stanie się ich osią, napędem, kiedy się rozwinie i stanie się w niej mieszkańcem i będą obserwować po czasie, po kim ma kolor skóry, czy piegowata i ciemna, czy jasna, czy oczy ma ogromne, czy ramiona smukłe, czy włosy faliste i brązowe, czy czarne. To bardzo trudno postarać się o bycie domem, zazdrości wybrańcom, których to spotkało i pewnie jak przestanie, to i jej się uda się wynająć, ale na razie nie umie, a ta nieumiejętność strasznie boli i za nic nie umie jej uporządkować.

W mieście na Wu, gdzie zasiewa te swoje rabatki samotności i zbiera kwiaty i zawozi mu co piątek aby je spalił w ramionach, razem ze swoim bałaganem, nie spotka żadnego znajomego wózka ani wynajętej znajomej kobiety, nie spotka nikogo z poznaną twarzą, oswoić musi po raz kolejny nowe dla niej miasto, włączyć się w sznur korali rozsypanych po wilgotnej i szemrzącej szyi.

I może to na Wu sprawi, że przez te powroty do gdzie indziej rosnącego domu, stanie się mieszkaniem za tyle, ile każda.

22 wrz 2011

M 81 albo pierwszy dzień jesieni:

Lato wsączało krople w ziemię, jak nie lato, ale zdążył zobaczyć przez dni letnich kilka, jak ona mruży oczy w słońcu kiedy słucha świerszczy, kiedy wdycha jak pachnie lipiec, jak sierpień. Przepłynęły niezapamiętale, nie tak jak poprzednie lata, będąc miesiącami deszczu pełnymi, płaczliwymi nadmiernie, kiedy z bronią parasola trzeba było iść na zewnątrz na atak kropli przygotowanym. A teraz nauczy się jak na jej twarzy kładzie się jesienne niskie światło, jak złoto wokół i tak blisko, jak chrzęszczą żołędzie i przyszłe ludziki z kasztanów, które zawsze ma się ochotę zrobić, nawet kiedy się jest dorosłym i kiedy nie można takiego ludzika postawić na telewizorze bo ten jest nowocześnie cienki a nie taki, do którego trzeba było wstać i przełączyć program na drugi wystającym guzikiem. Więc jesień powolutku zadymia przestworza i powietrza, podgryza na rdzawo liście nie będąc szrotówkiem tylko coroczną koniecznością i wybiera sobie te, które najsampierw mają być rdzawe a za ich przykładem pójdzie reszta. Późnoletnia zieloność spektakularnie będzie umierać w swojej corocznej feerii i podziwiać ludzi, którym się będzie chciało trzaskać aparatami chrzęścić w kołdrach liści i nakrywać płotek rzęs ciepłym słońcem powieszonym dużo niżej niż kilka miesięcy temu. Będzie zimniej, herbaty pójdą w ruch otulane pierścieniami złożonych dłoni o starannych paznokciach, mgły nawieje w miejsca, w których trzeba będzie schować śmierć kolejnych traw, kolejnych drzew zapadających w hibernację. Powieszą się garściami korale z jarzębiny, o których się śpiewa od przedszkola do Opola, a w domach, kiedy się więcej spędza czasu z powodu ciemności i szarugi, posypią się niejedne korale palców po aksamitnej skórze w dół i w dół. Ona jak zwykle westchnie do ukochanych fioletowych i szarych swetrów, wyciągnie je z szafy i spędzi w ich towarzystwie kolejne pół roku i będzie owijać wszystko co bardzo marznie wełną i jego zawsze ciepłymi dłońmi. Jesienią przyjdzie melancholia, zasnuje umysł, zaplącze w zamyślenia i zamglenia i taką ją pozostawiwszy, każe istnieć w mieście na Wu i zadeptywać chodniki. Ona smutna nieco, chociaż słońce przez kołnierz chmur wychyla promienistą szyję, tęskni cicho i czeka, czy rozwiąże się pewna tajemnica, zasiana przez niego dwa tygodnie temu.

17 wrz 2011

M 80 albo weekend:

On: podlewa piszczące z pragnienia trawy i drzewa są takie szare, a potem wsiada w szafirowy samochód, który ma pysk ubrudzony muchami i jedzie odebrać ją z pociągu, który ją regularnie wywozi z miasta na Wu każdego piątku o 16.35. Na stacji kupuje kawę na Statoil, latte bez cukru i odebrawszy ją, jedną spośród piętrzących się wysiadających, wyłowiwszy jej zmęczoną, ale szczęśliwą buzię, zdejmując z wysokich schodów jej kolana i walizkę, prowadzi za drobne ręce do samochodu, w którym zdążyło napachnieć kawą i zastać podpaździernikowy zmrok. A potem jadą do ich domu, gdzie czekają pieskoty i zapach jesieni łowiony gwiaździstym durszlakiem nieba.

Ona: jedzie w pociągu czytając raz po raz to książkę, to gazetę, czasem podsypiając nieco aby móc być wieczorem jak najdłużej z nim. Zazwyczaj wsiada do pierwszego wagonu, ale dziś jest w ostatnim, żeby zobaczyć, czy tu też wysiada tyle osób na tej stacji, co i ona. Czy tak samo jak z przodu ludzie dłubią w telefonach zabijając dwie godziny piątku i tak samo bardzo chcą być tam, gdzie rosną ich domy. Wysiadłszy, widzi już jego radość i tak idą do samochodu, a potem jadą miękkim asfaltem ciągnięci przez księżyc, a ona zawsze trzyma mu rękę na prawym udzie, to jej miejsce, ważniejsze od kierownicy. Zmęczeni tygodniem i upojeni sobą, zasypiają w dużym łóżku w pachnącej paczulą sypialni, zaraz po tym, jak roztopi się w jego palcach, które zdejmują z niej każdą pajęczynę warszawskiej samotności, które utulą wszystkie minuty przedsenne, kiedy ich palce istniały tylko na klawiaturach telefonów w komputerów. I kiedy stworzą w mózgu jeden wielki wspólny tumult, po stokroć większy niż każda już milion razy opisana rozkosz, wciąż dla nich nie do uwierzenia, że można jeszcze bardziej.

On: nie umie zasnąć bez niej na lewym ramieniu, wtulonej lewym udem pomiędzy jego nogami. Schowawszy skrzydło lewe, wypuszcza prawe, otulając ją nim aż do poniedziałku do 6.24, kiedy to wielki brzuch pociągu zabierze ją do miasta na Wu.

Ona: zawsze zabiera w drogę jego pióro, jak desygnat, który podniesie z największej tęsknoty, podstawi zawsze autobus do pracy na czas i na którym przeżyje do kolejnego spotkania ich warg.

8 wrz 2011

M 79 albo czwartek

Mokotów zadeszczony i rozmiauczony tutejszym warszawskim kotem, którego języka wciąż się uczy, bo mówi w innym kocim dialekcie niż jej futra. Jej iKot się znalazł, święty Antoni jeszcze niepocieszony bo nie miała czasu, ale myślami po tysiąckroć dziękowała, że mogła w czerwony szlafrok, zeszłej niedzieli wtulić miauczącą kulkę ze zdartymi pazurami. Bo już prawie zbudowała dom, pozbierała te wszystkie książki, sierście i rzeczy i nagle przyszła Próba i zabrała jej kota i po co, żeby sprawdzić, ile jeszcze wytrzyma?.. Płakała strasznie w jego skrzydłach, ale, że jej nie wypuścił ani przez moment, umiała się nie poddać i Próba postawiła jej kota z powrotem na starachowickim tarasie pełnym niedzielnej, porannej kawy.
Miasto na Wu zamyka tydzień deszczem, ale ją to nie obchodzi, bo właściwie mało rzeczy w nim jeszcze oswoiła. Polubiła małe straganiki warzywne, znalazła kilka serc, które urosły w różnych częściach dużego miasta dla niej i okazały się.
A ostatnio zastanowił ją brak koszy na śmieci na stacjach metra, bo co zrobić z obgryzionym delikatesem w palcach nie sposób go tak gdzieś na manowce wywieźć, bo manowców w mieście na Wu nie ma. Tęskni wiecznie i przeraźliwie, co ją zwolni, co ją ustawi na nowo i pewnie być może, chciałaby najbardziej na świecie, będzie to, co świat uskrzydla, buduje, dla czego się żyje i to właśnie wybierze moment dla którego powie stop muzyka i nastanie cisza bez miasta na Wu, tylko będą jego skrzydła i dach ich domu i dom z niej.
A tymczasem, oderwana, skubie widelcem maliny, smaży w myślach powidła, usypia koty i ustawia fioletową kanapę, zasypia w pachnącej sypialni, pije razem z nim kawę, zawija poranek w czerwony szlafrok, miauczy kotem, chrupie tosterem chleb toskański, zatapia się w sowie w jego oczach, patrzy co przekwitło w ogrodzie, karmi ryby w stawie, maluje szafkę, kupuje paprykę na przetwory i jest cała daleko, pozostawiając w mokotowskim deszczu swoją stusześćdziesięciosiedmiocentymetrową skorupkę o nowoobciętych włosach, która najbardziej na świecie lubi godzinę dwudziestą trzecią, bo ona prowadzi ją przez przełęcz snu bliżej właściwej strony życia.

31 sie 2011

M 78: albo post Kraków

Koniec sierpnia zgubił kota i zabrał Kraków. Wrzesień musi kota znaleźć, ale Krakowa już nie odda, bo tak postanowiła. Dusza ją boli w komarowy mokotowski wieczór, gdzie to jej męskie futro miauczące, może się boi, może go ktoś zabrał, może tęskni tak mocno jak jego kocia siostra i jak jego pani w dalekiej i zimnej Warszawie.
Tymczasem pewnej niedzieli zapakowali ciężarówkę po kokardę i zabrali cały jej Kraków, Ajaxem baking soda zacierając wszelkie ślady bytności w mieszkaniu o szczęśliwym numerze 33. Nie miała siły się nawet obejrzeć. Jeszcze nie teraz.
Milion obrazów. Tysiąc rzeczy. Setki odcieni. Więc tęsknić będzie do Kleparza, gdzie w kierunku Sławkowskiej stała pani sprzedająca szczotki, stała tam długo, aż skończyła się jej epoka i pani poszła tam, gdzie szczotek sprzedawać już nie musi. Tęsknić będzie do zapachu warzyw i owoców, do tych stert różnokolorowych, których cząstkę wynosiła do domu w postaci królewskiego chleba od Pawlaka, kresowego od Buczka, bukietów szpinaku, pęczków ziół, malutkich cukinii od pani z prawej strony. I stawiając torby na stole w domu, w słońcu, zawsze dwa kocie łebki buszowały - o przyniosłaśdawajmożemaszcośdlanas.
Wędzony bundz, bardzo twardy od ziaren chleb z Liszek i czosnkowa kiełbasa. Jagody spod Turbacza i szynka z Bidy, chudziutka, najlepsza z chrupiącym ogórkiem małosolnym, dobrym masłem i podpieczonym chlebem kresowym albo świeżą bułką poznańską. Pan od jabłek na środkowym stole zawsze pozwalał gmerać w najładniejszych jabłkowych kulach, a od pani naprzeciwko zawsze kupowała koperkoszczypiorki. I jarzynkę - po krakowsku, nie włoszczyznę, jak ją naszło na bardzo duży gar rosołu, pachnącego w całym domu. Na Kleparzu widziała pigwę, jarmuż, brukiew, sałatę rzymską, orzechy młode wszelakie, groszek cukrowy, malinówki i pomidory o najdziwniejszych kształtach, wszystkie te warzywoowoce, o których czytało się u Ćwierciakiewiczowej. Więc Kleparz... Jedno z cenniejszych kulinarnych trofeów, najpiękniejszy teatr smaków na świecie.
Na targu na Lea z kolei zawsze kupowała u pana pod kasztanem jajka, dla którego sprzedaż ta była czymś najważniejszym na świecie. I nigdy nie wie się, kiedy się te jajka po sześćdziesiąt dwa grosze po raz ostatni kupi, a pan mówił ściszonym głosem, że zaprasza, że lubi swoja pracę i jest jak pewnik, że cokolwiek się stanie, a on tam zawsze będzie. Kiedyś jeszcze sprawdzi...
Kraków. Nie do opisania. Litery za małe, ramiona za wątłe na przytulenie, na objęcie, za mała ja. Chrupiące precle pod Bagatelą, dobre na początku Sławkowskiej i na Nowym Kleparzu, nie bułczane i zapychające, tylko takie, jakie mają być, wspaniale smakowały w ramionach Plant, w zielonym magicznym kręgu, kruszone nad książką. Więc tęskni. Do kolejki po lody na Starowiślnej i po zapiekanki w środku nocy i po kiełbasę z bułą i oranżadą. Do kolejki po pączki u Michałka na Krupniczej, po które stała trzy godziny tworząc socjologiczne zjawisko i potem ucieszyła sąsiadów przynosząc pachnące z różą i zawijane, nie szprycowane, szczęśliwa, chociaż ręce jej zsiniały na amen i długo bardzo nie mogła się rozgrzać. Tęskni do małych drożdżówek z owocami sezonowymi z malutkiej pracowni cukierniczej na Długiej, do ciasteczek grylażowych z bliższej Starowiślnej, do bułek z serem od Hawełki, które jadła raz w miesiącu i dlatego ich smak krzyczał na cały Rynek, że jest najlepszy i nie pachnie malizną, tylko drożdżami i twarożkiem z wanilią. Do kawy w Tribece i czekolady na Wiślnej. Do sałatek na św. Anny w Chimerze, o wymyślnych, chrupiących ingrediencjach. Do krewetek - druga porcja gratis - Pod Wawelem, popijanych zimniutkim Paulanerem. Do pierogów i zupy na kościach u cioci Stasi opodal Mikołajskiej. Do krzaków jaśminu, który pachniał na Planty całe wypełniając ją czerwcem i zachwytem, że jego zapach jest oznaką długich nocy i najpiękniejszej pory roku. Do bram zdobionych rzygaczami, żabami, krakowskimi stworami strzegącymi wrót i mieszkańców, kiedy lubiła się tak powłóczyć dla łażenia samego i czucia stuletniego kurzu, zaglądania w zakamarki nieturystyczne i zamyślania po liter wewnętrzne wywołanie. Do jazdy na rolkach po uśpionych Błoniach, kiedy siódma rano skutecznie pobudzała do życia, że właśnie zaczął się dzień i po pustym asfalcie można rozjeździć cień nocy i nitki poranka spleść w warkocz dnia. Tęsknić będzie do spacerów, łazęg bez celu, boso, bo obtarły buty, bez mapy, do ścieżek, których już nie przekroczy, bo nie trafi tam drugi raz. Do aniołów krakowskich, które wciąż tam mieszkają i są na odległość słuchawki i którym świat tak samo zatrzasnął pewien etap - jak i jej.
Kraków żyje w niej śmiechem i obrazami, drżeniem stania przed starowinką Kossakówką, zielonością kopca Kraka i szumem brzóz wokół kopca Piłsudskiego. Nie sposób zebrać w jeden bukiet sześciu lat mieszkania w ukochanym mieście - bo zawsze jakieś trawy i liście powypadają i tylko trzeba je ocalić od jesieni. Nie zapomni ich nigdy. I nic nie będzie miało już takich kolorów, poznajduje sobie inne odcienie.

A kot - wróci. Bo inaczej jej serce pęknie i żadna Wisła tego nie naprawi.

25 sie 2011

M 77 albo o siódemkach:

Czas płynie niebywale szybko, odlicza patyczki piątków i poniedziałków, skreślając w sztachetkach tygodnia, łamie te zapałki dni po to i pali, aby w weekend zmienić otoczenie, zmienić powietrze, nauczyć się, co ma w której szafie i być z nim w ich zieloności i kremach i fioletach w domu.
Sierpniowa burza łamie Mokotów na drzewa, które nie wytrzymują i idą w swoją letnią śmierć pokonanymi gałęziami, niebo przesuwa się z trzaskiem raz w jeden, raz w drugi kąt okna. A ona słucha deszczu i myśli, czy u niego też tak pada, siąpi, moknie, czy też jest tak hałaśliwie wieczorem. Bo wczoraj była ciepła noc, rozgwieżdżona, jego urodzinowa i patrzyli razem w ich niebo, bo ona potrafiła pobardzodługimiciężkimdniu wsiąść w bus i z chilijskim carmenere, muffinką od Lubaszki, świeczką z numerem 7 i biletami na koncert pojawić się w jego zdumionych oczach na progu domu i musiał się uszczypnąć, żeby uwierzyć że to naprawdę jest. Bo ona tak umie - zatrzymać pana na ulicy bo jej się telefon zaciął i nie mogła zadzwonić, że się spóźni, a jej bardzo zależało i w zdumione oczy człowieka poprosiła o zadzwonienie i nawet nie pomyślała, że nieufni ludzie mogą podejrzewać niecne zamiary. A ona miała cne i przez to się udało.
Ona potrafi w t-shircie z takim dziwnym napisem iść do apteki i trzymając w ręku talerz z lunchem dla koleżanki poprosić o kardiamid, bo koleżanka źle się czuje, nie patrząc, że szynka parmeńska może przeszkadzać w świątyni leków.
Chociaż nie jest siódemką, to ma aż dwie w dacie urodzin i jak się doda jej wiek, to też jest siedem i jej on, też ma tyle. Ona się nie zastanawia tylko biegnie, tylko tworzy czas i ruch a potem wtula się w nieduże mokotowskie łóżko i myśli jak bardzo bliżej nieba jest ich sypialnia i łóżko z jego ramion.