Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
22 mar 2012
M 103 albo gdzieś w marcu:
Stała bardzo wcześnie rano w autobusie, który miał ją zawieźć do jej samolotu i zastanawiała się, jak udźwignie dzień. Naprzeciwko niej wielka słuchawka z harmonijką na końcu, przyłożona do lewego ucha wielkiej twarzy samolotu, wpuszczała ludzi. Tupały obcasy, szorowały kciuki o touch pad Blackerry i HTC, najmodniejsze małe komputerki w bizness-świecie. Jej Blacbkerry - porysowany, bo w torbie zawsze ma takie chochliki co siedzą i rysują szlaczki na ekranie, jako jedyny na wyświetlaczu ma kota rozciągniętego na fioletowej kanapie. Wypada mieć nic, bo to biznes. Regarding...Thank you....Best regards...Unfortunately....Wokoło wprawne kciuki opiłowanych paznokci wstukują klawisze. Ona znów pomiędzy światami. W walizce, której właśnie urwała się rączka i stała się walizką-staruszką, oklejoną kodami lotów, porysowaną przez zęby dwóch zim, z nadgryzionym jabłkiem na honorowym miejscu. Kiedy będzie mogła oprzeć się plecami o własne łóżko...Nie pręt w autobusie, nie samolotowe krzesło-windę, które w godzinę zawozi ją do Pragi, mimowolnie podnosząc i opuszczając, nie poduszkowe królestwo w hotelu oznaczonego kodem dobrze znanego środka do dezynfekcji. Kiedy poczuje, że nie żyje pracując, z przerwą na dom i lot na jego skrzydłach, tylko żyje i fruwa z przerwą na pracową konieczność. O tam będąc, zajrzała wszędzie, doprowadzając do ostatecznych protestów prawe kolano. Chodziła w górę i w dół, poszła bardzo rano na spacer, kiedy nie było ludzi i miasto było wtulone jedynie w stukot i warkot dostawców jedzenia i pudeł po to, aby machina turystyki mogła doskonale funkcjonować nawet późno w noc. Zachód słońca zastała patrząc na kosa, który śpiewał obok delikatnie napęczniałej forsycji, gdzieś na zamkowym zboczu, pachniała ziemia. Tam była z nią wiosna, a już niżej był tylko jeszcze zimowy kamień i wagony włoskich wycieczek, które mijała, wtulając się w swoje tempo i zakamarki murów. Gdzieś z boku, w uliczce po drugiej stronie najbardziej rozdeptanego mostu strzeżonego przez posągi i sprzedawców drucianych kolczyków, napotkała zapach mało uczęszczanego kościoła, który przywitał ją z pustymi i szerokimi ramionami doskonałą ciszą. Kościoły już przestają tak pachnieć, coraz bardziej zachuchane i zapstrykane przez wszystkowidzących ze Wschodu, którzy oglądają ławki, wyrzeźbione lalki, do których ludzie się modlą, ale za nic nie rozumieją, że tam właśnie mieszka najważniejszy na świecie duch. Wyszedłszy z zapachu modlitwy, z objęć niewymownej ciszy, ruszyła w górę, by wnet znaleźć się w kamiennych pasażach, w których idealnie i doskonale można się zgubić, idąc jedynie w stronę światła. Udało się. To, że ono jest, nigdy nie pozwala zabłądzić i do tego wyprowadza za rękę na ulice z tabliczką, która w dodatku istnieje w niedużej mapie wziętej ze zdezynfekowanego hotelu. Poszła w kierunku światła stworzonego przez ludzi, w biżuterię, pamiątki, sklepy, które rzadko kiedy śpią a człowiek od kasy fiskalnej w środku to już bardzo mało, w eleganckie ulice z zachwycającym, secesyjnym deltalem, poubierane w naprawione kostiumy, w okna wystaw, gdzie znane marki wyginają się manekinami i aranżacjami w arcymodne do muszenia posiadania ubrania i dodatki. I gdzieś za rogiem, ważkolubna ona, znalazła sklep pełen tykających zegarków, usiany czasem, cyframi i mechanizmami, a pośród cyferblatów, tarcz i wskazówek, znalazła poduszkę, na której spały ważki-broszki, czekając na jej ręce i oczy i jeszcze nie na możliwości spięcia jej szala, bo im bardziej vintage tym droższe. Powiedziawszy im do widzenia zapewniła, że jeszcze je kiedyś odwiedzi i poszła dalej, myśląc o tym, czego jej zabrakło w jej czasie, że nie może być słynną makijażystką dyktującą trendy, gdzie była, kiedy bił dzwon i zabierali na Stanowiska, żeby teraz mieć wpływ na takie manekiny, kolory, nosić jedwabie i kaszmiry, a przecież jest bardzo pracowita, wie dużo co z czym i przede wszystkim dlaczego. I tak idąc męczyła miękkie buty Hilfigera stukając nimi o twardą nawierzchnię ulic. Kupiła po drodze takie coś z czekoladą i jeszcze w kształcie rury z cukrem i mając o tam wszystkie diety bez węglowodanów, poszła w stronę swojego snu, bo tuż przed nim stał jej anioł z palcami na klawiaturze i pisząc do niego, zakończyła długi spacer z własnymi myślami pod słonecznym niebem.
12 mar 2012
M 102:
Beztytułowy. Szarpany walizką. Turkuć podjadek, który zżera. Tasiemiec uzbrojony, ten podobno gorszy. Zepsuty alternator, który nie ładuje prądu. Nie chce jej się być miłą, bezcielesne coś we fioletowym płaszczu i szarych butach zaczęło kolejny tydzień w mieście na Wu, które wtłacza w jej przegrzany mózg tysiące bodźców. Co ucieszy i naładuje to zaraz tego nie ma, to się zeżre, połknie, stanie się bezbarwne i zanim dobierze odpowiednich kolorów, to minie sto tysięcy lat. Dużo płacze, oczyszcza się, nie oczyszcza, nie wiadomo co, najchętniej nie mówiłaby słowa, nic. Coś jej się pozatykało, wlało się niedobre paliwo i szarpie, nie ma siły iść do przodu, chociaż on z całej siły uruchamia katalizator swoich ramion, tłumi, tuli, kołysze i uspokaja a mimo to ona wciąż płacze. Coś jej się wyraźnie popsuło. Ma ochotę i zaraz jej nie ma, na czekoladę, na kawę, na gruszkę, na serek bazyliowy z rukolą i suszonym pomidorem a jak już to zje to co z tego, to tylko jedzenie, niedobrze tak, nie można. Gdzie jest przyczyna. Gdzie jest dziura w całym, gdzie puścił szew w jej idealnym świecie ze światłem, które zachmurzył prawie wiosenny poniedziałek. Nadal odczuwa - ale złe rzeczy. Nadal śni - ale złe sny. Może znajdzie igłę z nitką, zaszyje w książkę, w nicniemówienie, w brak słów, w nieemocjonalność, w czerń, nie fiolet nie granat nie szary nie turkus, w bezsmak, w ciemność. Może trzeba wejść najbardziej w swoją czarną dziurę i wtedy znajdzie się światło od razu. Może trzeba tylko o sobie i z sobą, ale to najtrudniejsze. Może nie trzeba się denerwować na walizkę, którą zaczepia i podrywa dziurawymi zębami chodnik i przez to ciągle ją szarpie za rękę. Może wyczerpie się płyn do spryskiwaczy, nie naleje się nowy, wtedy przestanie przetwarzać wszystko co złe wokół i nie zostanie jej nic innego, jak patrzeć w słońce. Wtedy nie będzie miała wyjścia.
29 lut 2012
M 101:
wpadła w turbulencję miasta na Wu które wygładza słońcem i gładkimi bezśnieżnymi ulicami wszystkie potłuczenia i kanty które nastały dzisiaj w przyklejonym do lutego dniu który zdarza się raz na cztery lata. Rozgnieciona na miazgę wyssana roztelepana rozedrgana przypadkowa chaotyczna nie umiejąca angielskich słów nie czująca smaku nie mająca apetytu na nic miesza się jej śniadanie z kolacją bo tak naprawdę wciąż je to samo czyli płatki orkiszowe z jogurtem albo z mlekiem sojowym albo ser biały z miodem i kromkę chleba z urzępolonym masłem a raczej jego kawałkami przyklejonymi do chleba talar od lubaszki i to samo ma rano i wieczorem bo nie ma weny i smaku i kupuje to co wytrzyma w lodówce bo przecież ciągle jest w biegu ciągle o tam czyli w kołowrotku jak chomik w kółku z którego ostatnio coraz trudniej wysiąść. Poranne rytuały matko jak nie chce mi się wstać włosy odrastają faliście i denerwują bo strasznie ich dużo a ich czas do cięcia dopiero za miesiąc bo Przemek wcześniej nie ma jak potem kawa z zaparzacza z tłoczkiem i fejsbuk i pudel od rana i wiadomości na gazeta.pl i makijaż radically no surgetics givenchy kryje złe sny które narysowały linie na twarzy kredka z art deco strasznie się coś rozmazuje potem tusz który się ciężko zmywa i na koniec lokalny koloryt czyli róż jaki pod ręką ma i obowiązkowy psik perfum bo bez nich nie wyjdzie nigdy. Nie ma siły coś jest nie tak on jest za daleko pieskoty za daleko wiosna za daleko zbliża się tylko ogromny sen który zaraz ją złapie żeby tylko zdążyła zmyć uporczywy tusz zanim nastanie marzec.
25 lut 2012
M 100:
Ma w sumie osiem lat. W połowie trzydziestolecia zatrzymała się na przystanku, na którym spojrzała nieco wstecz, aby rozgryźć i rozplątać nieco to, co już zastygło i co przeszłością się stało. Odkąd przestała mieć męża dawno temu nieoczekiwanie, nauczyła się zapominać rzeczy minione i niewygodne, wyrzucać z siebie wszelkie śmieci nie takie, po co je trzymać, bo co są wspomnienia uwierające, nie pamięta i już, białe plamy, białe kartki, które teraz zapisuje tylko literami wartymi uwagi. Swoisty recykling w duszy, wypracowany latami, pozwalający zwalczać złe chwile wyłącznie dobrymi, jak wycieranie chińską gumką każdego szkicu ołówkiem 4HB. Umiejętność spadania na miękkie podłoże i wspinania się mozolnie co dnia po szczeblach wiary w to, że zawsze się uda, pomogło w osiągnięciu stanu harmonii totalnej. Ale zanim doszła do doskonałych lat ośmiu, było różnie i nie zawsze bardzo. Miała swoje piątki, kiedy wracała z obtłuczenia pociągowego z walizką, kupowała w galerii wino i sałatę, i jadąc do domu, w domu witało ją światło pustej lodówki i dwa mruczące, stęsknione futra. Wchodziła do wanny po czubek nosa wypełnionej pienistym zmywaczem poniedziałkuwtorkuśrodyczwartkuipiątku, a potem w wielkim łóżku wypijała butelkę wina, na siłę starając się wpaść wyłącznie w objęcia Morfeusza broń Boże demaskatorskiego telefonu couciebie. Nie no super, wszystko ok, a rozpadanie się na kawałki, nawet będąc przelotnie z kimś, sklejała kupowanymi ubraniami, tworząc wyklejankę w duszy, patchwork z samotności, z braku końca, braku w ogóle. Ale trzymała ją zawsze jej nitka, niezłomne coś, co sprawia, że pomimo ogromnej ceny, jaką się płaci za każdą dobrą rzecz - pojawia się nagroda. Bo nic nie jest za darmo i nic nie jest wieczne, na każdy uśmiech, udaną randkę, wspinanie się po drabinie pracy, zawsze wymagało u niej odpowiedniego odosobnienia, bycia na pustyni, bycia w samym środku siebie, nawet jak coś bardzo uwiera i boli.
Urodziny. Pamięta swoje dwudzieste pierwsze, kiedy w pustym, już nie istniejącym mieszkaniu, piła herbatę z bardzo cienkiej i bardzo starej porcelany, po którą trzeba było wchodzić na wielką drabinę i balansując na trzeszczących szczeblach - ostrożnie postawić ją na dębowym parkiecie. Urodziny z kwiatami, z niespodziankami, z zapaleniem płuc, szczęśliwe i bezsilne, samotne i z nieudanymi, dziwnymi imprezami, na których w szarej sukience, z przyklejonymi rzęsami udowadniała światu jak bardzo jej wszystko się udaje jak sobie cudownie radzi z popsutymi kolanami i rozkładem pociągów w głowie. W urodziny zawsze myśli, co mogłaby jeszcze poprawić i co zrobiła dobrze a co źle i co umie, a czego jeszcze nie. Nie rysuje pastelami, kartony milczą, palce nie brudzą się od pasteli od paru lat, prawie zapomniała jaki ma charakter pisma, bo długopis zastąpiły przyciskane klawisze. Nie pisała maili sto milionów lat, nie pamięta kiedy ostatnio rozmawiała z osobami miłymi jej sercu, które kiedyś były ważne, a których kontur rozmył się jak wyblakły rysunek na słońcu. Wciąż jest uzależniona od kreski na oku, od kawy arabiki z zaparzaczki z tłoczkiem, od zielonej herbaty, rukoli, orzechów, nieumiarkowana w piciu czerwonego wina. Wciąż lubi odmóżdżające gazetki, kolor fioletowy, pieskoty, moczy szczotkę z pastą do zębów bo nie umie myć ich na sucho, ma cztery balsamy do ciała wcierane zależnie od nastroju, uwielbia zapach paczuli, peonii, kwiatu pomarańczy i róży, zawsze ma przy sobie butelkę wody bo w kółko ja pije, ma trylion błyszczyków i nie można jej wyciągnąć z kuchni, bo w dwie godzimy potrafi zrobić obiad dla pułku wojska, w dodatku wielodaniowy. Umie spędzać czas w podróży, zauważa, umie zasnąć w milisekundę w każdych warunkach, nie znosi zimna i zimnej wody i zamarza również błyskawicznie. W swoje ósme urodziny lubi miejsce, w które ją życie zaprowadziło, bo nareszcie może wpaść w tor harmonii, w azymut wyznaczony właściwie i to jej się należy po siedmiu latach dryfowania, życia w portach jednak nie tych, zakończonych sztormami o dziesięciostopniowej skali Beauforta.
Urodziny. Pamięta swoje dwudzieste pierwsze, kiedy w pustym, już nie istniejącym mieszkaniu, piła herbatę z bardzo cienkiej i bardzo starej porcelany, po którą trzeba było wchodzić na wielką drabinę i balansując na trzeszczących szczeblach - ostrożnie postawić ją na dębowym parkiecie. Urodziny z kwiatami, z niespodziankami, z zapaleniem płuc, szczęśliwe i bezsilne, samotne i z nieudanymi, dziwnymi imprezami, na których w szarej sukience, z przyklejonymi rzęsami udowadniała światu jak bardzo jej wszystko się udaje jak sobie cudownie radzi z popsutymi kolanami i rozkładem pociągów w głowie. W urodziny zawsze myśli, co mogłaby jeszcze poprawić i co zrobiła dobrze a co źle i co umie, a czego jeszcze nie. Nie rysuje pastelami, kartony milczą, palce nie brudzą się od pasteli od paru lat, prawie zapomniała jaki ma charakter pisma, bo długopis zastąpiły przyciskane klawisze. Nie pisała maili sto milionów lat, nie pamięta kiedy ostatnio rozmawiała z osobami miłymi jej sercu, które kiedyś były ważne, a których kontur rozmył się jak wyblakły rysunek na słońcu. Wciąż jest uzależniona od kreski na oku, od kawy arabiki z zaparzaczki z tłoczkiem, od zielonej herbaty, rukoli, orzechów, nieumiarkowana w piciu czerwonego wina. Wciąż lubi odmóżdżające gazetki, kolor fioletowy, pieskoty, moczy szczotkę z pastą do zębów bo nie umie myć ich na sucho, ma cztery balsamy do ciała wcierane zależnie od nastroju, uwielbia zapach paczuli, peonii, kwiatu pomarańczy i róży, zawsze ma przy sobie butelkę wody bo w kółko ja pije, ma trylion błyszczyków i nie można jej wyciągnąć z kuchni, bo w dwie godzimy potrafi zrobić obiad dla pułku wojska, w dodatku wielodaniowy. Umie spędzać czas w podróży, zauważa, umie zasnąć w milisekundę w każdych warunkach, nie znosi zimna i zimnej wody i zamarza również błyskawicznie. W swoje ósme urodziny lubi miejsce, w które ją życie zaprowadziło, bo nareszcie może wpaść w tor harmonii, w azymut wyznaczony właściwie i to jej się należy po siedmiu latach dryfowania, życia w portach jednak nie tych, zakończonych sztormami o dziesięciostopniowej skali Beauforta.
23 lut 2012
M 99 albo o zmarszczkach:
Luty, pomimo iż niecodziennie dłuższy o dzień, skrócił się niewyobrażalnie i zwyczajnie uciekł. Świat odetchnął od kleszczy mrozu, które niewyobrażalnie mocno zacisnęły się na palcach, nosach, brodach, akumulatorach, koksownikach, ciepłych herbatach i piernikowej latte na sojowym mleku i zimowym, nielubianym przez zmarzniętych, świecie. Wtulona w przestrzeń szarego kaptura, w echo swojego oddechu, ciągnąc przez zaspy obdartą z powodu miliona podróży walizkę z naderwaną rączką, mija reklamy z Beckhamem w majtkach, któremu mróz niestraszny, David będący zalążkiem wiosny, która tuż tuż za progiem, bożyszcze nie jej ale wielbicieli majtek w zimie na pewno, bo ma brzuch w kaloryfer wcale nie ładniejszy od brzucha jej anioła. Potrącają ją stukoty kozaków na szpilkach, strącają z niewyspania zapachy kawy, ciągnące się przez pół podziemi, w których labiryncie gubiła się niezmiennie przez lat kilka, wrzucona w kołowrotek przejść, mieszana jak w ludzkiej betoniarce. Wyszedłszy z tunelu, nie poślizgnąwszy się na schodach zasypanych solą z chlorem, namoczyła rzęsy w wirujących, drobnych śniegu i poszła do pracy, robiąc po drodze zamach na linię i kupując u Lubaszki bułkę z serem bo ją uwielbia i grzeszy przez to przepięknie.
Miasto na Wu w szarobiałych plamach śniegu, w brei o konsystencji rozmoczonej chałwy, kusi wystawami z wiosenną kolekcją i zapowiada pastelowy lans. Na fali będą soczystości rozświetlające ponure marce i nieco bardziej świetliste kwietnie i pojawią się te wiosenne looki w rzeczywistości, nie dostosowawszy się jeszcze do zmiennej polskiej pogody, będą moknąć w butach z odkrytymi palcami, prezentując najnowszy pedicure hybrydowy z kolekcji OPI, zaledwie przysłonięty nie drącą się rajstopą Gatty w kolorze również z najnowszej kolekcji. Tymczasem przez chwilę uczestniczyła w targowisku próżności, gdzie kobiety z nowymi twarzami od igiełek zawierających Tajemnicze Substancje na nowo uczą się marszczyć nosy i czoła co im nie zawsze ładnie wychodzi. Jak bardzo świat kawy w papierowym kubku, szampana z truskawką, dekoltu po mezoterapii, ust z kolagenem, rzęs wklejanych 1:1, doczepianych włosów i hybrydowych paznokci, łososia w sosie i soli w warzywach, trendy biżu i lilou, gołych nóg bez grama żyłki, blizny i nierówności w szpilkach w mróz i śnieg - jest daleki od żółtego domu z ogrodem w pośniegowe plamy, od linii na psiej śnupie, od rozłożonych w kocim rozmemłaniu futer, od jego ciemnych, troskliwych oczu w aureoli kosmatych, kiedyś oparzonych i przez to sterczących brwi, od jego drobnej i naznaczonej kreskami zmarszczek twarzy. Na jej twarzy czas powoli i delikatnie rysuje twardym ołówkiem linie pod oczami, podnoszące się od uśmiechu, wygładza to, co powinno być powoli zmarszczone, ona młodnieje od jego rąk i nie musi uczyć się nowej mimiki jak większość kobiet w mieście na Wu – tych, co prześcigają się z czasem i wygrywają tę walkę co najmniej o dwadzieścia lat. Na targowisku próżności jej paznokcie bez hybrydy, jej rzęsy, krótkie włosy, brak kopertówki, cienie pod oczami nie wypełnione niczym oprócz cienia, waga w normie – nie są dziś na sprzedaż i nie nadają się do żadnego zdjęcia. Ona umie bez iluzji, bez naciągania, bez nowego z tamtą wiosną na sobie przeżyć koniec lutego, pomimo iż jest paskudny wiatrodeszczem i sieka na kawałki wszystko. Nawet jej dobry nastrój, sklejany tygodniowym urlopem na fioletowej kanapie.
Miasto na Wu w szarobiałych plamach śniegu, w brei o konsystencji rozmoczonej chałwy, kusi wystawami z wiosenną kolekcją i zapowiada pastelowy lans. Na fali będą soczystości rozświetlające ponure marce i nieco bardziej świetliste kwietnie i pojawią się te wiosenne looki w rzeczywistości, nie dostosowawszy się jeszcze do zmiennej polskiej pogody, będą moknąć w butach z odkrytymi palcami, prezentując najnowszy pedicure hybrydowy z kolekcji OPI, zaledwie przysłonięty nie drącą się rajstopą Gatty w kolorze również z najnowszej kolekcji. Tymczasem przez chwilę uczestniczyła w targowisku próżności, gdzie kobiety z nowymi twarzami od igiełek zawierających Tajemnicze Substancje na nowo uczą się marszczyć nosy i czoła co im nie zawsze ładnie wychodzi. Jak bardzo świat kawy w papierowym kubku, szampana z truskawką, dekoltu po mezoterapii, ust z kolagenem, rzęs wklejanych 1:1, doczepianych włosów i hybrydowych paznokci, łososia w sosie i soli w warzywach, trendy biżu i lilou, gołych nóg bez grama żyłki, blizny i nierówności w szpilkach w mróz i śnieg - jest daleki od żółtego domu z ogrodem w pośniegowe plamy, od linii na psiej śnupie, od rozłożonych w kocim rozmemłaniu futer, od jego ciemnych, troskliwych oczu w aureoli kosmatych, kiedyś oparzonych i przez to sterczących brwi, od jego drobnej i naznaczonej kreskami zmarszczek twarzy. Na jej twarzy czas powoli i delikatnie rysuje twardym ołówkiem linie pod oczami, podnoszące się od uśmiechu, wygładza to, co powinno być powoli zmarszczone, ona młodnieje od jego rąk i nie musi uczyć się nowej mimiki jak większość kobiet w mieście na Wu – tych, co prześcigają się z czasem i wygrywają tę walkę co najmniej o dwadzieścia lat. Na targowisku próżności jej paznokcie bez hybrydy, jej rzęsy, krótkie włosy, brak kopertówki, cienie pod oczami nie wypełnione niczym oprócz cienia, waga w normie – nie są dziś na sprzedaż i nie nadają się do żadnego zdjęcia. Ona umie bez iluzji, bez naciągania, bez nowego z tamtą wiosną na sobie przeżyć koniec lutego, pomimo iż jest paskudny wiatrodeszczem i sieka na kawałki wszystko. Nawet jej dobry nastrój, sklejany tygodniowym urlopem na fioletowej kanapie.
6 lut 2012
M 98:
Zimno ją zemdliło kiedy wysiadła skostniała z autobusu ała ręce ała stopy idzie i huczy kółkami walizki i tupie zamarzniętymi na kość piętami tylko dotrzeć do pracy jak ręce mogą z mrozu boleć strasznie ała. Uzależniona od zielonej jaśminowej herbaty os wszystkich stożkowo-płócienno torebkowych herbat świata wypija je litrami podobnie jak arabikę najlepiej smakuje w Coffee Costa a w Heaven flat white. Uwielbia nie jeść sztućcami nabiera serek waniliowy o smaku dzieciństwa taki w płaskim pudełku nie żadne homo Danio ciastkiem owsianym najlepiej kruszy gdzie popadnie i się zakrztusza ale stara się nie jeść w łóżku bo potem włażą te paprochy nakruszone i nigdy nie ma czasu ich sprzątnąć. Uwielbia kabanosami ponadstuprocentowymi od Tarczyńskiego gmerać w butelce z ketchupem Heinz albo w musztardzie kieleckiej albo w majonezie kieleckim a potem zjeść jeszcze do tego popcorn w domu robiony i piwo Paulaner pszeniczne zimne i wpatrzona w kominek w którym ciągle trwa płomieniste życie wraz z zapatrzonym piesem zastygnąć w zamyśleniu w nicnierobieniu. Uzależniona od płatków owsianych z młyna w Stoisławiu robi je i tak i siak na tysiąc sposobów ważne aby nie przypominały rozmemłanej papki ale były jędrne. Uwielbia śledzie w suszonych pomidorach jedzone z chrupiącą bułką poznańską i bagietki z rozmaitymi dżemami i omlety z powidłami a umie je robić że ho ho. I gubi ciągle rzeczy na liście ostatnio zgubionych a potrzebnych znajdują się czarne kolczyki pasujące do Tajemniczego Medalionu którego nie nosi bo nie ma kolczyków i przydałby się strasznie pasek czarny cienki z kokardką do zapięcia tak o w talii ale nie zapnie się bo pewnie pasek spoczywa w złośliwych odmętach niemocy do znalezienia od dawna. Gubi kolczyki nałogowo do których jest przywiązana psychicznie a potem znajduje je w podszewkach zapomnianych torebek podobnie jak trzydzieści błyszczyków które zatonęły w Titanicach niezliczonych torebkowych kieszeni z podziałem na błyszczyki letnie i zimowe bo przecież to duża różnica w kleistości kolorze i sposobie aplikacji. Gubi buty chowa w jakiś pudłach a potem nagle szuka a znalazłszy dziwi się jak można chodzić na obcasach de mode. Uzależniona od starannego wklepania kremu na dzień teraz Physiogel a na noc liftingującego a w ciało balsamu do bardzo suchej skóry bo przecież musi mieć perfekcyjnie wszędzie nawet gdy jest ekstremalnie zimno bo tak ma bo jest z tych co mają arsenał wszystkiego i toną nieustannie w okruchach skasowanych biletów zgubionych kolczykach zaginionych wynikach badań nie dokończonych tubkach mazidłach kremach i balsamach cieniach do powiek błyszczykach czterech używanych naraz podkładach pędzelkach do cieni i pięciu flakonach perfum nigdy nie mogąc się zdecydować które będą odpowiednie w danej chwili tak jest bardzo bardzo kobietą i w dodatku jego.
5 lut 2012
M 97 albo o smaku:
Na plecach w okolicach łopatek wyrastają jej skrzydła, bo pojawiły się tam czerwone znaki i nie chcą stamtąd zniknąć. Być może, kiedy jest rozpostarta w jego palcach, kiedy on dba o jej kręgosłup, natrafił na tajemnicze zalążki i je obudził...A potem w każdej wspólnej chwili będą odlatywać w swoje tam, gdzie tylko on i ona i ona i on. Ciągle jej zimno i ciągle blada snuje się po przezimowych dniach, kiedy mróz potężny nie daje ruszać palcom i ustom, maluje lasy na białoniebiesko i stwarza bajki na świecie, w których ciepłym ubraniem walczy się z zamarznięciem. W białej ciszy słońce iskrzy śnieżne poduszki i trzepie z nich puch na ramiona drzew, które przyjmą każdy ciężar. A potem biały świat pozuje do zdjęć i z cichej zimy w lesie tworzy niezliczone pocztówki do wspominania.
Ogromne mrozy ściskające świat nieustającą i bezlitosną obręczą, wywiodły ją w świat francuskich smaków. Wyśmienite i cytrusowe Chablis, pite w otoczeniu szesnastowiecznego zamku, wzmagało apetyt przed kolacją. Chrupiąca sakiewka zrobiona z naleśnika i ułożona na posłaniu z rukoli, skrywała mały ciepły krążek wyśmienitego koziego sera, przełamanego suszonym, dojrzałym pomidorem i słodkością figi. Prawie zemdlawszy z doznań smakowych, sięgnęła po halibuta pieczonego w pergaminie, który namaszczony gałązką rozmarynu, leżał na soczewicy duszonej w ciemnym sosie. Rześkie Chablis podkreśliło również smak niewielkiego ciastka, podanego z malinowym musem, które po rozpołowieniu dużą srebrną łyżką, ukazało ciepłe wnętrze z rozpływającej się w pyszną drogę ku zatraceniu – czekolady. Po osiągniętym błogostanie, jak przystało na zakończenie kolacji, skubnęła kilka gatunków serów, od przyjemnie kremowych z ciemną skórką, do gryzących i ostrych z niebieską pleśnią. I w tym momencie przesiadła się na czerwone Bordeaux, wybornie podkreślające kremową rozkosz...
Nazajutrz zanurzyła się w kolejnym oceanie smaków. Chrupiące bagietki z lawendowym miodem, cebulowy chleb z długodojrzewającą szynką. Omlet z grzybami, pieczarki z wyraźną nutą octu winnego i pietruszki, chrupiąca zielona fasolka z czosnkiem i podsuszonymi pomidorami. Tiramisu o piernikowym posmaku, creme brulee z kropkami wanilii, ciasto francuskie z jabłkami i figami. Jagnięcina posypana grubą ostrą solą i wianek cukinii z czoskiem, brokuły zapiekane w śmietance z wąsami ostrego sera, musztarda z Dijon, płaty łososia i plastry świeżego ananasa dopełniały wizerunku codziennych smakowych uczt odprawianych dla smakowej ekstazy.
Trudno wrócić z kuchennych niebios w nieustanny mróz, ale kiedy po powrocie do pieskotów i jego troskliwych skrzydeł, znalazła przed domem niebieski samochód, prezent od jej anioła, wszystkie smaki zatarły się w krążące gdzieś wokół głowy miłe zapomnienie, bo zawsze najpiękniejszy smak ma miłość i rozrywająca radość z ogromnej niespodzianki, dla której każde, najbardziej niebieskie i mroźne niebo staje się za małe.
Ogromne mrozy ściskające świat nieustającą i bezlitosną obręczą, wywiodły ją w świat francuskich smaków. Wyśmienite i cytrusowe Chablis, pite w otoczeniu szesnastowiecznego zamku, wzmagało apetyt przed kolacją. Chrupiąca sakiewka zrobiona z naleśnika i ułożona na posłaniu z rukoli, skrywała mały ciepły krążek wyśmienitego koziego sera, przełamanego suszonym, dojrzałym pomidorem i słodkością figi. Prawie zemdlawszy z doznań smakowych, sięgnęła po halibuta pieczonego w pergaminie, który namaszczony gałązką rozmarynu, leżał na soczewicy duszonej w ciemnym sosie. Rześkie Chablis podkreśliło również smak niewielkiego ciastka, podanego z malinowym musem, które po rozpołowieniu dużą srebrną łyżką, ukazało ciepłe wnętrze z rozpływającej się w pyszną drogę ku zatraceniu – czekolady. Po osiągniętym błogostanie, jak przystało na zakończenie kolacji, skubnęła kilka gatunków serów, od przyjemnie kremowych z ciemną skórką, do gryzących i ostrych z niebieską pleśnią. I w tym momencie przesiadła się na czerwone Bordeaux, wybornie podkreślające kremową rozkosz...
Nazajutrz zanurzyła się w kolejnym oceanie smaków. Chrupiące bagietki z lawendowym miodem, cebulowy chleb z długodojrzewającą szynką. Omlet z grzybami, pieczarki z wyraźną nutą octu winnego i pietruszki, chrupiąca zielona fasolka z czosnkiem i podsuszonymi pomidorami. Tiramisu o piernikowym posmaku, creme brulee z kropkami wanilii, ciasto francuskie z jabłkami i figami. Jagnięcina posypana grubą ostrą solą i wianek cukinii z czoskiem, brokuły zapiekane w śmietance z wąsami ostrego sera, musztarda z Dijon, płaty łososia i plastry świeżego ananasa dopełniały wizerunku codziennych smakowych uczt odprawianych dla smakowej ekstazy.
Trudno wrócić z kuchennych niebios w nieustanny mróz, ale kiedy po powrocie do pieskotów i jego troskliwych skrzydeł, znalazła przed domem niebieski samochód, prezent od jej anioła, wszystkie smaki zatarły się w krążące gdzieś wokół głowy miłe zapomnienie, bo zawsze najpiękniejszy smak ma miłość i rozrywająca radość z ogromnej niespodzianki, dla której każde, najbardziej niebieskie i mroźne niebo staje się za małe.
22 sty 2012
M 96:
Nareszcie znaleziony czas na pisanie. Nareszcie zdany kolejny egzamin, kiedy doskonale oswoiła linie, pieszych, Los zesłał łaskawy śnieg, pozwolił jeździć wolno i wymyślił ferie, a wtedy stało się to i wreszcie może być kierowcą, co bardzo bardzo lubi. Kot i jego ugryzienie przez kota konkurenta. Wyścig z każdą minutą wieczoru czyonaczyja. Zawieszenie nad każdą sekundą, która ucieka i przepycha ją do kolejnego dnia, wypełnionego po wręby koniecznością. Nierównowaga. Pośpiech. Tęsknota za kotletem z ziemniakami, jedzonego przy stole a nigdy nie ma czasu na zrobienie tych kotletów. Nie makaron nie sałatka nie substytut jedzony przy komputerze nie bezczas na herbatę. Podłączenie do telefonu jak do kroplówki i załamanie świata jak nie działa. Jest dziewczyną przybyłą do miasta na Wu. Powtulaną jak miliony innych w swoje wynajęte pokoje, mieszkania, mające podwójne suszarki, balsamy do ciała, pianki do włosów, szczotki do zębów. Jak zostawi ulubiony tusz do rzęs w jednym domu, to w drugim jest zła że go nie ma i co wtedy. W dwóch szafkach ubrania, pomieszane skarpetki, jedna w jednym domu, druga w drugim. Spięte odległością, walizką, czasem, wytrzymaniem, żeby się nie rozpaść na atomy. Dziewczyny z miasta na Wu. Zasypiające w towarzystwie szklanki, ułożone z maseczką na twarzy dla lepszej jędrności skóry w swoich powynajmowanych mieszkaniach, w substytutach domów, w myśleniu, że tak się długo wytrzyma, że są dzielne nade wszystko. Dwa życia, przed weekendem i w weekend. Dwa dni jak kroplówka podtrzymująca wolę życia na wyjeździe. Co rano zbieranie kawałków siebie, picie kawy otwierając oczy na wypełniony pracą dzień i potłuczone fragmenty pustych wieczorów spędzonych na klikaniu opowieści o dniu, malowanie oczu, czesanie włosów, zakładanie szpilek, wiara, że będzie dobrze, by potem znów rozpaść się na kawałki zbierane poduszką na sen, rozbijanie myśli czego nie zrobiły a mogły budowanie swoich światów z nadzieją że wysiądą z karuzeli i będą madonnami.
Gdzieś tam daleko tęsknią ich prawdziwe łóżka, tęsknią jedyne wybrane skrzydła, które można znaleźć w nocy i zatonąć w nich w długi wspólny sen, kubki, z których pije się zieloną herbatę i popołudniową kawę, rozsiane kolczyki, pieskoty, które poczwórnie dostają szału kiedy ona wreszcie się pojawi w domu, nie dokończone wieczory z nim i pomysły jeszcze nie zaczętych dni i ciągle tyle przed nimi tyle a karuzela się kręci i trzeba wyśmienitej równowagi aby z niej nie wypaść na niewiadomy koniec świata. A gdzieś w głębi, kotłuje się jedno wielkie słowo dość.
Gdzieś tam daleko tęsknią ich prawdziwe łóżka, tęsknią jedyne wybrane skrzydła, które można znaleźć w nocy i zatonąć w nich w długi wspólny sen, kubki, z których pije się zieloną herbatę i popołudniową kawę, rozsiane kolczyki, pieskoty, które poczwórnie dostają szału kiedy ona wreszcie się pojawi w domu, nie dokończone wieczory z nim i pomysły jeszcze nie zaczętych dni i ciągle tyle przed nimi tyle a karuzela się kręci i trzeba wyśmienitej równowagi aby z niej nie wypaść na niewiadomy koniec świata. A gdzieś w głębi, kotłuje się jedno wielkie słowo dość.
9 sty 2012
M 95 albo puzzle na Wu:
Styczeń stacza się ze swojej góry przewidzianych w kalendarzu dni, odkreśla środy, czwartki i wtorki, wyżywa weekendy, targa wiatrem, nie wkłada czapki, a jak włoży to od razu marudzi, że za gorąco. Obwarszawiła się trochę, stworzyła smycz, dzięki której nie zabłądzi w mieście na Wu, ułożyła sobie całkiem ładne puzzle i czasami wyjmuje jeden klocek i dopełnia kolejny, aby układanka powstawała coraz większa. Kiedy była mała, tata zawsze przywoził jej z podróży puzzle z rysunkami dzieci z UNICEF-u, pamięta, iż czekała w beżowym przedpokoju z wielkim lustrem, tata wchodził z wiatrem na kurtce i z torby wyjmował białe pudełko z rysunkiem na wierzchu, który układała cały wieczór, czasami we dwójkę z siostrą, pijąc herbatę z cytryną w szklance. Miasto na Wu nie ma taty, ani białego pudełka z puzzlami, ale ma tramwajowe brzuchy, z których wysypują się klocki ludzi i wpasowują w swój cel, do którego mają dotrzeć. Wypluje taką ją, w szarej kurtce, czarnych wysokich kozakach, z nieodłączną szarą walizką, nieco bardziej porysowaną, poobijaną przez przejechane odległości i wpasuje ją w nitkę Mokotowskiej, prowadząc do pracowego biurka, gdzie wtopi się w biały fotel jak idealnie pasujący klocek. Szorując kołami walizki o pseudozimowy chodnik, minie kultową Charlotte, gdzie podają bardzo chrupiące bagietki dla ludzi z dobrymi zębami i dziąsłami, bo jak się czasami taki kęs chrupkiej bułki omsknie po dziąśle, to aż oczy łzawią i nic nie pomoże, nawet szybki okład ze słodkiej domowej konfitury. A potem apteka na rogu i dalej concept store'y czyli sklepy o przerośniętej formie nad treścią dla ludzi z bogatą treścią portfela i z cyframi na karcie. A potem po prawej minie wtopioną w placyk cukiernię, gdzie zażywne panie w opaskach ze sztucznej koronki na zaondulowanych włosach sprzedają starannie wyprodukowane ciastka z pracowni cukierniczej z prawie dziada pradziada bo z powojnia. Szorując walizką, minie grono tupiących w kaloszach młodych kobiet, które zmierzają do swoich przeszklonych komnat - układanek, w których zamienią owe bardzodrogiekalosze na czółenka lub szpilki z przeceny w sklepie Bagatt.
...szorując walizką, minie a la paryskie butiki z czapkami po 900 złotych, a potem minie kolejny fascynujący concept store, w którym smutny pan z charcikiem na ręku ogląda filmy na cienkim laptopie Sony Vaio, otoczony chyba specjalnie źle uszytymi ubraniami, w bardzo smutnym sklepie, w którym nigdy nie widziała innej duszy niż tego pana i tego charta. A potem mija galerię z solami i biżuterią, kolejną wymyślną fanaberię dla wydawania pieniędzy, by na chwilę przystanąć w warzywnym po sałatkę do obiadu i gruszkę konferencję, które zawsze leżą po prawej stronie. I już zaraz wpasuje się w swój fotel w pracy jak w doskonałą układankę, otworzy okno z widokiem na sklep ze sznurkiem i złotem i pomyśli, że jeszcze są ładne miejsca w tym mieście, wcale nie tak już nieoswojonym i wierzgającym jak niedawno. Miejsca, które porannie autobusowo rozjeżdża drażnią mile nutę fanatyczki starych parków i pałaców, nawet z konieczności odbudowanych. Jak już pseudozima się skończy i nastanie pachnąca, nieokiełzana zieloność, to przyfrunie jej on i pójdą w parku pod drzewem mocno tuląc się patrzeć, czy na plecach im obojgu już wyrastają skrzydła.
...szorując walizką, minie a la paryskie butiki z czapkami po 900 złotych, a potem minie kolejny fascynujący concept store, w którym smutny pan z charcikiem na ręku ogląda filmy na cienkim laptopie Sony Vaio, otoczony chyba specjalnie źle uszytymi ubraniami, w bardzo smutnym sklepie, w którym nigdy nie widziała innej duszy niż tego pana i tego charta. A potem mija galerię z solami i biżuterią, kolejną wymyślną fanaberię dla wydawania pieniędzy, by na chwilę przystanąć w warzywnym po sałatkę do obiadu i gruszkę konferencję, które zawsze leżą po prawej stronie. I już zaraz wpasuje się w swój fotel w pracy jak w doskonałą układankę, otworzy okno z widokiem na sklep ze sznurkiem i złotem i pomyśli, że jeszcze są ładne miejsca w tym mieście, wcale nie tak już nieoswojonym i wierzgającym jak niedawno. Miejsca, które porannie autobusowo rozjeżdża drażnią mile nutę fanatyczki starych parków i pałaców, nawet z konieczności odbudowanych. Jak już pseudozima się skończy i nastanie pachnąca, nieokiełzana zieloność, to przyfrunie jej on i pójdą w parku pod drzewem mocno tuląc się patrzeć, czy na plecach im obojgu już wyrastają skrzydła.
1 sty 2012
M 94 albo noworoczna cisza:
ogień w kominku pełga liże drewno rozdaje cienie i blaski, przyciąga domową ciszę, kiedy wszyscy wokół popołudniowo drzemią oprócz niej i radia, pieskoty w kłębki swoich snów drzemią odsypiając noworoczną noc, czarnymi kłębkami stając na straży i jego popołudniowego snu za oknem bezśnieżnie szarawo brunatno zima jest o tam, daleko, nie tu, właściwie nikt w przestrzeni między miastem na Wu a korzeniami ich domu jej nie widział. Cisza. Nowy Rok, umówiona przekroczona granica przywitana Veuve Clicquot Brut otwiera kolejny tom do zapisania tamten już odstawiony na półkę już podsumowany już podliczony podczas ich porannej inwentaryzacji w łóżku zanim przyjechali ci z którymi przywitali ich kolejny rok kolejne kartki do zapisania. Soczyste lato pozostawiło owoce wspomnień do których uśmiechali się wracając w nocy z miasta na Wu wioząc niebieski samochód po poziomych liniach padającego śniegu który wciągał ich na drogę na aleję drzew na których była tylko noc liny z płatków i długie światła. Wjechali w kolejny rok z radością wspólnych wspomnień bo w zeszłe powitanie noworoczne nikt by się nie spodziewał, że spotkają się w najbardziej banalny sposób, że zauważą nie przegapią poczekają nie zrażą będzie im się chciało chcieć będzie im się chciało nie udawać nie bać się nie trwożyć słowami tylko mówić pisać wiedzieć trwać być razem tak intensywnie że bardziej nie można.
będą w literach w palcach zamykać swoje wieczory, będą tęsknić ona zaśnie na jego lewym ramieniu a potem odwinie się z lewego skrzydła w sen, będą jeść śniadanie przy okrągłym stole pić herbatę z samowara myć zęby stojąc na ciepłej podłodze w łazience jego pies będzie bardziej uwielbiał ją a jej koty jego i taki będzie ich rok bardzo najbardziej najpełniej ich.
będą w literach w palcach zamykać swoje wieczory, będą tęsknić ona zaśnie na jego lewym ramieniu a potem odwinie się z lewego skrzydła w sen, będą jeść śniadanie przy okrągłym stole pić herbatę z samowara myć zęby stojąc na ciepłej podłodze w łazience jego pies będzie bardziej uwielbiał ją a jej koty jego i taki będzie ich rok bardzo najbardziej najpełniej ich.
Subskrybuj:
Posty (Atom)