5 gru 2013

M 162:

Tak, to miało być dziś, kiedy spojrzała w marcu w dół kalendarza, miesiące potoczyły się szybko, w dół, aż do samego czwartego grudnia, kiedy w jego okolicy miało nastąpić wielkie wydarzenie, ale nie nastąpi, wybierze sobie moment kiedy indziej.
Oj chodź już tu bądź z nami z tatą który ma świder w ciemnych troskliwych oczach i z mamą która wczoraj biegała po lesie krokiem legionów rzymskich żeby było szybciej żebyś już była bo świetnie się nadal czuje podobnie jak Ty tam. Oj bądź już tu gdzie dwakoty i brązowy pies który boi się sztućców kominkowych i śpi w kocim spaniu i pogryzł ostatnio swoje duże nie do zdarcia i co teraz. Codziennie robi się coraz zimniej świat robi Ci miejsce no chodź już tu mama jeszcze wcina musy czekoladowe orzechy i miód z Mazur przywieziony gryczany bo potem może go jeść nie móc a uwielbia. Gotowa z wszystkim sprząta obiady wymyśla i dziesięć razy przepakowuje torbę bo jeszcze ręcznik ciemny bo część śpiochów wyjęta bo i tak tata je później przywiezie i obładowana książkami herbatą nawet puszką z musli uzbrojona w zalążek domu pojedzie do szpitala i tam będzie na Ciebie czekać grzecznie i najbardziej cierpliwie jak umie obiecuje. Ciekawe czy będziesz lubiła ważki i spacery nad jezioro i robienie muffinek i kolor fioletowy czy uwierzysz w księżniczki i moc niebieskiego koralika jak w Karolci czy będziesz kochała cztery warszawskie pstroczki bała się Karma i Katli, wierzyła w Nangilimę i bała się Muminków. Czy z tatą o piegowatej skórze będziesz wygrzewała się na sośnie gdzie powstanie Twój domek i razem z nim poznasz jaki jest koci nos a jaki psi czy poznasz głos czarnej koty która wmruczała się w maminy brzuch bo wiedziała że tam jesteś jakimś kocim zmysłem nie wiadomo skąd. No bądź - pojawisz się kiedy chcesz nie kiedy farmakologiczne wymysły zmuszą Cię to ruszenia się stamtąd ale bądź. Świat osiwiał od tej ogromnej cierpliwości, na którą ona musi się zdobyć, zamknięta w przestrzeni konieczności szpitalnego pudełka czeka tak cierpliwie na ile ją stać.

13 lis 2013

M 161 albo ona i ona i on:

Zawsze będzie pamiętać moment, kiedy w połowie marca wiedziała, że mała istota, na którą czekali długo a ona jeszcze dłużej, wybrała właściwą chwilę na pojawienie się w niej. Dzieci wybierają sobie rodziców, wpasowują się w jedną czasoprzestrzeń i są. 
Od tamtego marca do tego listopada minęło dziewięć najpiękniejszych miesięcy wypełnionych najpierw okropną sennością, znamienitą zwłaszcza na stacji Shell pod Puławami, a potem słonecznym, ogromnym i radosnym latem, kiedy ściągnęła do domu wszystkie nitki przyjaźni, kiedy zawęziła więzy między stęsknionymi dziewczynami. 
Dla małej jej dni były wypełnione słuchaniem bicia serca, patrzeniem od spodu na rosnący brzuch, jak robi się w nim coraz więcej miejsca i można fikać nogami, słuchaniem, jak mama szumi po nim wtedy prysznicem i robi się ciepło. Niezmienne  podróże ŁódźKrakówWarszawaKazimierzDolnyŁódźKrakówWarszawaNowySącz zmieszały się w jeden radosny ciąg, który mała ona mogła czuć wibracjami ich szafirowych samochodów. Co ona czuje. Co i ile słyszy. Jakie polubiła smaki i czy będzie pamiętać kolację w sierpniowy wieczór w tajskiej knajpce, kiedy jej mała koleżanka, już na zewnątrz, podbijała serca francuskich turystów. Najpierw razem miały fazę na pomarańcze, potem na kiszone ogórki, hot dogi, chili i mleko kokosowe, potem na słodkości, skrzętnie wydzielane rozumem. Przez te miesiące mijały kolejne spodnie, potem zostały już tylko getry, bo nawet ciążowe dżinsy nieprzyjemnie uciskają dół brzucha, zwłaszcza jak siedzi. Poduszek wtedy nigdy dość. Aż urosła trochę ona i bardzo ta druga mała, będąc już na końcu swojej dziewięciomiesięcznej symbiozy. 
No więc jaka ona tam jest. Jak wygląda. Będzie zdrowa. Z oczami jej czy jego. Czy będzie miała piegi po tacie i język geograficzny po mamie. Jak zareaguje na kotę, która tyle czasu nieustannie mruczała w urosłą górę jej brzucha, wywołując ruchy tektoniczne. Co zrobi jak zobaczy śmieszną mordę psa, ustawicznie śpiącego w kocim spaniu. Czy jest ciekawa, jak wyglądają jej mama i tata, chociaż może ich sobie już wcześniej pooglądała gdzieś z góry.
Ona patrzy na górę swojego brzucha, na razie spokojnego i czeka na to, kiedy ta mała, ukochana ona wybierze sobie dzień na urodziny.  Czy będzie to czwartek czy niedziela. Czy ona będzie sama w domu, czy raczej splotą się wszyscy w jeden wspólny wieczór. Czy stanie się to wtedy, kiedy spakuje torbę do szpitala, bo na razie jeszcze nie ma odwagi. Zostało mało czasu, coraz mniej cierpliwości, żeby przesuwać takie same koraliki dni po nitce tygodnia. Kiedy zobaczy małe stopki i ręce, wykrzywioną buzię i ciemne włoski i pochylone nad nimi jego rozpalone, przejęte oczy, kiedy wyłączą te wszystkie lampy i łóżka i zostaną sami w trójkę, rozpadnie się na atomy ze szczęścia, tak wielkiego, że za nic chyba go nie uniesie i wyleje się z niej ta przepastna, ośmioletnia tęsknota, bo tyle na małą nią czekała.

5 lis 2013

M 160 albo rok temu:

Też padał deszcz, a ona zamknięta w molochu na wjeździe do Łodzi, leżała na niewygodnym, skrzypiącym łóżku, na moment wysiadłszy z kołowrotka w mieście na Wu, jeszcze wtedy. Badała teren, czy najbardziej oczekiwana mała ona, może w niej zamieszkać. Po lewej stronie leżała dziewczyna z czwartym dzieckiem w drodze, po prawej taka też z dzieckiem, ale sporo mniejszym i z niepokojącymi objawami, a pośrodku ona z boleśnie pustym brzuchem. Gdzieś tam, w świecie okrągłych białych stołów, fleszy i gwiazd, rozdawano nagrody "Doskonałość Roku" i ona wiedziała, że będzie sukces, bo włożyła w niego całą duszę po sam koniec, a duszę ma przepastną, pojemną i dużą. Nie mogło się nie udać, po raz trzeci i być może ostatni, chyba, że Los znów stworzy okoliczności, w których trzeba będzie zaczarować i z całej siły wierzyć, że się uda. Bo jakby nie wierzyła w wyznaczane cele, to nigdy by się jej nic nie udało. I nie umiałaby się podnieść z żadnej porażki i z tych podnoszeń nie powstałby sukces. Więc rok temu wyłączyła windę z pracą i stanęła miedzy piętrami i odpowiedziami, co tak naprawdę teraz powinno być ważne. Dziewczyny po prawej i po lewej patrzyły na nią trochę jak na zjawisko, które wypadło z czasopisma, z tych wszystkich określeń, z których składał się jej świat w mieście na Wu, sklejał w jeden kawałek - rozumiejąc tylko przyimki. Ona, wpatrzona w służbowe blackberry dostała informację, że się jednak udało. Radość na szpitalnym łóżku, pomieszana z niepewnością, czy uda się i wszystko z tym, co w niej, mieszała nastroje. I tak, jak rok temu padał deszcz, tak i teraz rozdawały się nagrody ponownie, bez udziału jej serca już, ona, będąc w gdzieś hotelu i czytając tę wiadomość, że się ponownie odbył ten prestiżowy spektakl wie, że i ona dostała  najcenniejszą, tegoroczną Doskonałość, która jest ponad wszystkie blichtry i konsumpcje świata, ponad nie docenienia, ponad tytaniczną pracę, cierpliwość i wiarę, ponad wszystkie cienie - ją.

31 paź 2013

M 159 albo ogród zasycha:

Rdzewieje wszystko wokół stawu, klon już nagi, modrzew zbladł i czeka na wiatr, który zabierze mu resztki ubrania. Pachnie zaorana ziemia, pachnie ostatnie październikowe słońce, a zimowe, nocne godziny nadziewają się na sierp księżyca, który ona obserwuje regularnie wstając w nocy bo musi. Niebo z pozycji fioletowej kanapy wciąż jest bardzo duże i niebieskie, wykrojone półkoliście i odsłonięte, pozwala oglądać gości u sąsiadów i ich duży garaż i mrużyć oczy w jeszcze ciepłym słońcu. Męczy się coraz bardziej, piłka z dzieckiem w środku przeszkadza w oddychaniu, podskakuje samoistnie, nie pozawala na swobodne schylanie się, wiązanie butów i trochę zaczyna nie mieścić się za kierownicą. Rośnie sobie ta mała tam, napawając ich niezmienną radością, rozmawiają sobie z nią pukając palcami w brzuch, a ona zaraz się odzywa, fikając całą sobą. Nie mogą się doczekać oczu, palców, krzyku, uśmiechów, całej jej, która zawładnie nimi do końca życia, niewiarygodny cud, który powstał z dwóch mikrocząsteczek jej i jego, które spotkały się w jednym czasie. Więc ciągle jeszcze czekają, ona dużo w domu, odpoczywa, jeszcze robi zakupy, jeszcze gotuje, sprząta trochę mniej, leży dużo na lewym boku bo tak trzeba, śni o trojaczkach, zasypia szybko i mocno. Czas i zwolnił i przyspieszył w innym wymiarze, odarta z dodatkowych zajęć, z kosmetycznego świata, który gdzieś tam sobie istnieje i ma się dobrze, tęskni trochę za tym swoim ustawicznym podróżowaniem, podglądaniem rytmu miasta, tym, co nowego w starych, znanych miejscach, zjadłaby drożdżówkę z małej cukierni przy Pięknej, albo od Hawełki albo od Dybalskiego, smaki ma rozpięte pomiędzy trzema miastami i ciągle szuka tego w tym czwartym, najmniejszym, tu. Na razie polubiła targ, na który mówi się targowica, nie rynek jak w mieście na Ł, na którym można kupić kółko do taczki, pojedyncze małe pory i selery z nacią, leżące pojedynczo na drewnianych skrzynkach, natkę pietruszki za złotówkę od starszego pana ze sztucznym okiem, marchewkę z ziemią, bo taka najlepsza z pola, rozmaite mięsiwa i swojskie kiełbasy, troskliwie opakowywane w papiery przez sklepowe panie o spracowanych twarzach i rękach. Nie ma białego sera od baby próbowanego na końcu noża jak w mieście na K, nie znalazła regionalnych smaków, oprócz dżemów, troskliwie robionych przez jednego pana z ulicy Miłej, salcesonu nie jada, a podobno świetny, ale może powoli coś jeszcze uda się znaleźć, zwłaszcza, kiedy będzie paradować z wygodnym wózkiem Casualplay S4 o świetnych resorach na te góry i doły. Uwielbia sympatyczne panie w Lewiatanie, które dbają o najlepszy towar i hojnie nakładają śledzia z żurawiną, panie w kiosku, które zawsze starannie pakują gazety i się witają i żegnają, nie znosi mięsnego, w którym nieznośna kolejka i tryliony oczu wpatrzonych w jej brzuch, który musi czekać na swoją kolej nawet pomimo próśb, takie życie. Wzgórza i doliny, zaniedbany park, rynek z popsutą zabudową w ciągłym remoncie, piękny zalew i las, dziwne trochę to jej miasto, kontrastów pełne i pozytywnych zakamarków z dobrymi ludźmi, i w takim mieście właśnie za miesiąc pojawi się mała ona, stworzona z jej miłości do podróżowania i bycia na miejscu jak on i ciekawe co z tego ich połączenia się okaże.

17 paź 2013

M 158:

Poranki zaczyna o świcie, kiedy w brzuchu, zwłaszcza po prawej stronie budzi się mała ona, macha rękami, przekręca się, kopiąc silnie piątą i szóstą godzinę, popychając zegar nie spaniem. Ona wsłuchuje się w jego stabilny oddech, przygląda, jak profil o małym nosie rysuje świt i jak zapalają się światła w dachowych oknach u sąsiadów naprzeciwko. Zanim się przekręci z boku na bok, trochę mija, bo ośmiomiesięczny brzuch żyje własnym życiem, nie bacząc na wygodną poduszkę fasolkę, która zawsze przynosi błogi sen. Świt więc nastaje i tak ona rozpoczyna dzień, rozbudzony znienacka, zaczynając nie wyspany dzień. Potem czeka, sprząta trochę, gotuje, aby zdążyć z nim zjeść obiad, potem on pije szybką kawę i jedzie szafirowym samochodem na drugi koniec miasta, a ona czasem śpi, czyta, idzie na spacer z psem na niebieskiej smyczy, który oszalały z nosem przy ziemi zgłębia kody i wiadomości zostawione na trawnikach i w zaułkach przez inne psy. Brzuch nie pozwala szaleć, zbyt długo iść, bo już się trochę bardziej męczy, już gorzej się z nim oddycha. Pudelki i plotki nie będą śledziły, ile przytyła, czy wyszła umalowana czy nie, w małym mieście jest zupełnie anonimowa, nie ma znaczenia, nie musi się niczym przejmować, bo tu nie spotka koleżanki ze studiów, ani ze szkoły, ani nawet znajomej. Pozdrawiają się z panią z kiosku z gazetami i z paniami z Lewiatana, które sprowadzały dla niej sok z buraka, pity przez nią lata świetlne, aż jego smak umarł na zawsze z przesytu. Chodzi sobie po sklepach wyszukując smaczki, przesuwa czas na suwaku dni, aby szybciej minął, bo ciąża to tak naprawdę i duże, najpiękniejsze na świecie wyciszenie i wielka samotność. Nie czyta głupkowatych forów dla betoniarek, folguje przy Milce z karmelem, ale z umiarem. Brakuje jej pracy, chociaż nie ustaje w planach na po. Rozgrzewa się w kokoniastym płaszczu, podglądając, jak jesień coraz bardziej rdzawi i ogałaca ogród. Wścieka się na psa, który nieustannie chce wejść i wyjść bo coś, bo zjadł i musi, bo coś widzi, bo niespokojny, a ona już nie wstanie w minutę, nie wygrzebie się szybko z fioletowej kanapy. Usiłuje zrobić sobie pedicure najlepiej jak umie, co nie jest łatwe, kiedy manewruje się obok piłki lekarskiej chcąc precyzyjnie dosięgnąć stopy. Ogląda wieczorne seriale i programy kulinarne, czyta gazety bogate w ploty i książki o dzieciach, nie wiedzieć czemu nie mogąc skupić myśli na niczym poważniejszym. Potem w łazience o rozkosznie ciepłej podłodze kąpie się w olejku Eucerin albo żelu pod prysznic Lierac, wciera oliwkę Clarinsa i krem do ciała Tołpa Body Mum, serum Lierac i krem na noc Eris Tokyo Lift, który delikatnie napina jej skórę. Pielęgnuje się póki czas, bo może sobie na to pozwolić, na ten luksus, za którym tęskniła tyle. Rozbija na cząsteczki te dzienne chwile, które spędza w ciepłym, jesiennym domu z pieskotami i wierzgającym brzuchem, którego zawartość kocha nad życie.  I tak aż do kolejnego zmrużenia oczu, kiedy świt i brzuch zastukają równocześnie, że już trzeba otworzyć kolejny dzień, śniadaniem z nim, pozaglądaniem tu i tam i podobnym rytmem, który coraz bardziej zbliża ją do tego, co zależy wyłącznie od niej i jest najbardziej nieuniknione na świecie.

9 paź 2013

M 157 albo łatwopalni:

Nie ona wymyśliła to słowo, nie szkodzi, ale jakże ono istotne, jak bardzo na codzień i wszędzie na czasie, łatwopalni są wokół w przyjaźniach, w zaczynaniu i nie kończeniu, w chęciach i rozmytym horyzoncie, w planach i finałach, w związkach i rozstaniach. Ile ona ma za sobą znajomości przelotnych, z pracy, z kolonii, z imprez, polubień na Facebooku ludzi, dla których nieustannie życzliwą jest, ale nie sposób wszystkich ugłaskać, pozdrowić, zapytać co tam, bo zresztą i tak się usłyszy w porządku i nie ma rozwoju kłębka do nici rozmowy. Kończy się pracę i już, pakuje pudełko z materiałami, gubiąc po drodze tysiąc rzeczy i zostawiając pożyczone książki na półkach osób, którym się je pożyczyło, mówi cześć a potem podgląda zaledwie co się u nich dzieje, albo i nie, bo po co, świat jest pojemny na następne wątki. Ona ma tysiące rozplątanych nitek znajomości, nie da się wszystkich uporządkować w kłębki, zresztą po jakimś czasie się plączą, aż głupio zapytać co tam i w tym stanie tkwi się tak aż w nieskończoność, a można by to przerwać jednym słowem. Ale może tamta strona ma tak samo, że nie chce, że nie potrzebuje, że ucięła nitkę i tylko nie odlubiła od znajomych i tak się to wszystko ciągnie bez celu.
Ona tak ma, że czasem się martwi, że komuś źle albo dobrze, a ona nie ma odwagi utulić albo uśmiechnąć się razem z tą osobą, bo w sumie zamknęło się jakiś rozdział i po co wracać, nie można z wszystkimi przeżywać trosk i radości, chociaż bardzo by chciała, bo za mała na to wszystko i za mały czas. Łatwopalna w obietnicach jak każdy, obserwuje innych łatwopalnych, którzy są na różnym etapie milczenia i cierpienia, że się w porę nie odezwało, albo nie domówiło, nie dopisało, nie wyjaśniło. A może jest tak, że się po prostu odchodzi, jakby się na swojej linie wspinaczkowej odpadało od ściany i już i szło dalej i nic to, takie życie i już, bez myślenia, że ktoś, od kogo się odpadło, kto był kiedyś wsparciem i ścianą może płakać, może tęsknić, ale nic nie powie bo takie życie przecież. Najważniejsze to zauważyć, że tak jest, chociaż kto tak powiedział, skoro najważniejsi dla ludzi są najczęściej oni sami. Ona tak nie umie, chociaż zostawiła za sobą wiele rozpoczętych wątków wśród znajomych, zawsze o nich myśli, przeżywa samotności, niemożności, potknięcia, milczenia. Ma za sobą jedną przerwaną przyjaźń, której linę musiała odciąć z niezrozumienia, z niedopowiedzenia, która nad nią trochę wisi jak nieczynne wysokie napięcie, ale tak być musiało, takie najwyraźniej było przeznaczenie. Chociaż uwiera. 
Patrząc w dół lat przeżytych spotkań, nawiązanych i otwartych obietnic wie, że nie jest jedyną łatwopalną, że tak się dzieje w świecie, szkoda tylko, że czasem tak szybko, że czasem można by odezwać się nieco bardziej i pociągnąć nitkę znajomości bo nie wiadomo, kiedy ona się urwie i co w nas zostawi. To trochę tak, jak z porami roku - zawsze są, mają określone kolory, ale po czasie nie pamięta się jaka była temperatura ani kolory. Kto więc nie jest dziś łatwopalny, kto podtrzymuje wszystkie nawiązane znajomości, zauważa, dba i chroni, kto pyta i rozmawia i się przejmuje, kto się nie obraża, rozumie i czeka i nie zostawia, kiedy ten drugi odpada od ściany?
A najbardziej istotne jest to, że nigdy się nie wie, kiedy widzi się drugą osobę ostatni raz i co ten raz w nas pozostawia.

29 wrz 2013

M 156 albo wsiąkła we wrzesień:

Wrzesień potoczył się jak śliwka, których zatrzęsienie, podobnie jak kropli deszczu i zasnutego nieba. Upalne lato zakończyło się nadmiarem pracy i brakiem w niej liter, dniami rośnięcia brzucha, jego zatroskanych oczu, że ona tyle przed komputerem jak mnich. Ale i tak znaleźli czas na słoneczne krakowienie się, na pokoju dla małej urządzanie, w kremach, ważkach i nastrojowym fiolecie. Podkradająca zieleń jesień sypie gruszkami i plejadą jabłek, które pieczołowicie zjadają, oglądając wieczorne seriale, przez deszcz nieustanny zaniedbując las, bo mokro bo błoto, bo nie chce się. Ona rośnie teraz bardziej niż szybko, ładnie, bez żadnej niechcianej kreseczki na brzuchu, nieco bardziej senna, obolała, bo plecy, bo nogi, bo kolano lewe, bo zjadłaby to i owo, ale w sumie może niepotrzebnie, bo musi uważać, żeby utrzymać się w ryzach i żeby potem było łatwiej i ona tak chce a nie, że musi. Jesieni się coraz bardziej, niebo wykrawa okrągłą foremką księżyca nie przespane noce, z jakiegoś powodu usiane galopującymi myślami. Ostatnie dwa miesiące w dwójkę, toczące się i niespiesznie i jednocześnie szybko, ze zwolnionymi obrotami liter w niej. Popadła w jakieś straszne niepisanie,w jakiś marazm słowny, bo co, bo kochają się niesamowicie z żarem jego ciemnych, palących oczu i z wyrazistością szaroniebieskich jej, z usypianiem w łóżku, ona na rogalowej zbawiennej poduszce, on wtulony całym sobą w jej plecy, z ręką na podrygującym brzuchu, w którym narastający cud wiąże ich ze sobą jeszcze i jeszcze bardziej. Pomiędzy dniami jak kartki z podróży pomięte zmęczeniem, zapisane przejechanymi kilometrami, wrażeniami i tęsknotą za ułożeniem się na lewym boku na fioletowej kanapie, wtyka w te nie pisane dni wizyty w ZUSie ze zwolnieniem, odkrywanie cukierni, w której półfrancuskie drożdżówki o swojskich nazwach i świętokrzyskie kremówki, odkrywa tu i tam to ich miasto na wzgórzach, posiekane blokami, zakreślone rondami i szyldami sześciu Biedronek. Odwiedzili drogie im miasta, jakby żegnając się, że jak ponownie tam wrócą, to już nigdy nie będzie tak samo, tylko przestrzenniej, lepiej, więcej. Ogród jeszcze zielony, z lekka zasnuty, koty z katarem i wiecznie nie opierzony pies, dni, kiedy powinna spać więcej i mniej pić kawy, krótki termin przydatności jej do długich spacerów wchodzą w spokojną kołyskę z jesieni, z której za nic nie chce się wyjść.

18 sie 2013

M 155 albo w sierpniu:

Wyrwali się znienacka z ich miasta, pozostawiając konieczności w postaci sprzątania rzeczy w schowku i ustawiania pokoju dla dziecięcia, zapakowali szafirowy samochód i pojechali mocno na północ. Zielone drogi przetykane kłaczkami chmur z waty, prowadziły ich w mazurską, opętaną latem zieloność, w szum drzew bez ptaków, w zapach wody rozlanej wieki temu, powtulanej soczewkami w zagłębienia otoczone lasami. Niebywały spokój, zapach lasu taki jak w dzieciństwie, lekko wilgotny, ziołowy, przypomniany gdzieś w zakamarkach pamięci - koił i wyciszał. Można tak iść ręka w rękę, jej prawa zawsze w jego lewej, rozmowa opuszków palców w rytm kroków trwała godzinami. Warczące samochody z prędkością światła rozjeżdżały mazurską ciszę, zabijając po drodze borsuka, którego jeszcze ciepłego, zanieśli w grobowiec zarośli, bo oni są z tych, którzy przystaną i zauważą i pożałują. Pochyleni nad sobą, nad chwilami, które przepływały po lekko zasnutym niebie, trwali w to podarowane lato smakiem gryczanego miodu, placków ziemniaczanych gdzieś na zakręcie spływu kajakowego, wędzonego jesiotra i pieczonego pstrąga i za nic nie chcieli, aby taka sielanka kiedykolwiek się skończyła. Pięknie jest znaleźć drogę w lesie na spacerze i ucieszyć się, że zaprowadzi w pobliże celu. Pięknie jest zjeść maliny albo jabłka pirosy albo śliwki i poczuć, jak w niej bombarduje mała istota. Leżeć pod lipą na trawie pełnej koniczyny i szukać takiej o czterech ramionach, na jeszcze większe szczęście. Sączyć dzień w przeładowanej knajpie i cieszyć się, że nigdzie się nie spieszy. Iść w stronę słońca, ku błękitnemu niebu i zatracić się w jednej chwili w nie skalanej niczym przyrodzie. Tak potrafią, patrzeć w ogromne niebo, kiedy jego ciemna i ciężka misa, podziurawiona w kropki gwiazd, przechyla się nas światem tworząc noc. Rano idzie się po rosie po kubek z herbatą pozostawiony na werandzie. Potem wielka kula palącego słońca wtacza się na niebo i przegania resztki niechcianych chmur. Potem robi się nic.
Doskonały czas na jeszcze większe obrotów zwolnienie, na milczenie wspólne i na wspominanie, jak bardzo jeździła pociągami i wklejała nos w szybę i w przesuwającą się mozaikę poza. Jak targała walizką, aż urwała się jej rączka, jak biegła po peronie w Toruniu, na obcasach, z cieknącą sałatką z Salad Story, bo nastąpił by koniec świata bez tego pociągu, jak gdzieś w hostelach i hotelach pachnących środkiem dezynfekującym, znajdował ją jedynie księżyc. Jak później wracała do niedużego pokoju w mieście na Wu i patrzyła na świat wyznaczony prostokątem okna. Jak mijała w zimne poranki w poniedziałek zmarznięte gołębie, oblane bułki z lukrem i Davida Beckhama w majtkach w kampanii dla H&M w miejscu, gdzie wielu się gubi. Jak później srebrną corsą walczyła z zimą i nieustraszenie wlokła wąsate ślady opon po zaśnieżonych drogach. W takim bezczasie jak pośród mazurskiej zieloności, wszystko to wydało się jakimś obłędem, kiedy po niecałym roku posiadania prawa jazdy potrafiła zjeździć zimę wzdłuż i wszerz i nie bać się tak podróżować i pchać się do przodu w takie życie, bo dzięki temu Los dał jej taki spokój jak teraz. Że można jeść sobie śliwkę na zielonej łące i pić herbatę z lawendą i móc robić nic i planować odwiedziny, krótkie podróże dla ludzi, być dla kogoś i już. Takie lato jak to powstało z marzeń i miliona wyrzeczeń, walenia się młotkiem pokory po głowie i takie lato - pachnące, smakowite, piękne, właśnie trwa.

6 sie 2013

M 154:

Od 9 rano, kiedy lunął upał, wciskając się w nawet w najbardziej zacienione zakamarki, właściwie nie ruszyła się z fioletowej kanapy. Zdołała jedynie zatankować szafirowe małe autko, pojechać nim po sok z buraków, must have sezonu do grudnia, kupić mu kawę i odebrać przesyłkę na poczcie, na której wszyscy na świecie robią wpłaty i wypłaty i dojechawszy do domu, padła. Nienormalnie gorące słońce wdarło się w mózg, osaczyło, nie dało zziajanemu psu zjeść ulubionej kości, zabijało na śmierć trawę i rośliny w ogrodzie. Można powiedzieć, że leje słońcem całe dnie, pozostawiając noce na krótki oddech i tak nie przynoszący należytej ulgi. Dni ciągnęły się smakiem dojrzałych, słodkich moreli, których mięsko rozkosznie rozrywa się w palcach, smakiem rozgniatanych na podniebieniu malin jedzonych z miodem spadziowym, z długim dźwiękiem chrupiących ogórków ukiszonych lekko, w doborowym towarzystwie chrzanu, czosnku i patyków kopru. Spacerowali przez kłujący komarami i kurzem las, cud, który powstał z ich dwojga, spokojnie rósł w jej brzuchu, teraz wielkości niedużego bochenka chleba, poruszający się w rytm jej dnia i najbardziej kopiący jego ciepłe ręce, kiedy już wieczorem leżeli w łóżku. Mogłaby coś więcej, ale z upału nie może. Pije białą, chłodną herbatę z lawendą, sok Don Simon z wyciskanych pomarańczy, walczy, aby żelaza było jak najwięcej, aby dziecko było mądre pije tran. Temperatura nie pozwala na dużo, ani na jedzenie, ani na wycieczki, na nic. Tonie za to w troskliwej pielęgnacji skóry i  niedługo z żalem pożegna olejek z Clarinsa, który z czułością wcierała w brzuch od czterech miesięcy, przegryzając inne partie ciała ujędrniającym masłem Tołpa Mum. Lekko zaokrągla się. Odkryła ostatnio krem Sylveco do twarzy, z nagietkiem i betuliną, o konsystencji masła, zapachu ziołowym, o tłustości wieczornej dużej, ale efekcie porannym znakomitym, jakby masło się roztrzasło, nawilżyło, wygładziło i wypiękniło nie tylko snem.  Roztkliwia się czasem, patrząc na rosnącą stertę rzeczy dla małej, wyobrażając sobie, jak niedługo będą poruszały się w rytm jej rąk i nóg. Taki czas powolnego lata, najbardziej w ich rytmie, wyznaczony jego powrotami na obiad w ciągu dnia, wizytami przyjaciół, ich wizytami tam i tu. W upale czytać tylko, zerkać, jak płowieje ogród, rozwiewać wiatrakiem rzęsy i wpisywać się w początek sierpnia nicnierobieniem z konieczności.

23 lip 2013

M 153 albo o powrotach:

Ona: obserwowała, jak nad betonowym Ursynowem upstrzonym reklamami piętrzyły się dwa nieba, z jednej czysty, wykrojony odpowiednią porą miesiąca, wyraźny plaster księżyca, z drugiej sączący się jeszcze aromat słońca i patchwork z granatowych chmur, zwiastujący noc. Pośrodku oni, wychodzący z kina, schowani wzajemnie w swoje ręce, szli do szafirowego samochodu, aby wrócić.
Nie znosi rozpakowywania walizek, segregowania tego, co do prania a tego co jeszcze nie, rozmieszczenia na powrót kosmetyków, zajrzenia, czy mają mleko w lodówce i coś na śniadanie, ponownego odkurzania, bo się znów nabrudziło, a coraz bardziej jej się nie chce. Powroty są pamiętliwe. Kiedyś w jeden lipcowy dzień Kraków pachniał na Kurdwanowie zakurzonym betonem, kiedy oblepionym przez lato pociągiem wjeżdżała po długiej podróży z Łodzi na peron. Ciągnąc niezmienną walizkę, jej atrybut od lat, nierozłączne małe mieszkanie, w tramwaju oślepionym słońcem, dostała telefon, że Amy Winehouse nie żyje. Dla niej właśnie taki jest lipiec w tym mieście, raz siekany deszczem, raz wypalany bezlitośnie słońcem, z niemiłą wiadomością akurat w tym miejscu i ilekroć tamtędy przejeżdża, to właśnie jej się przypomina. Amy brzmiała w pracy, kiedy w pustym sklepie snuły się między kosmetycznymi półkami nucąc 'Back to black', kiedy cierpła skóra od emocji i kiedy nagle trzeba było spaść na ziemię i znaleźć pani cień do powiek albo iść do kasy.

On: pamięta, jak szafirowym samochodem wracał od niej w pustkę domu, pełen jej i z wysiłkiem godnym Atlasa musiał przeżyć tydzień, aż do kolejnych zbawiennych piątków i jej uśmiechu zgniecionego ustami jeszcze na progu mieszkania.

Ona:
Wracając z wakacji, zazwyczaj spędzanych w Tatrach, na Mazurach lub na obozach harcerskich, zawsze wszystko wydawało jej się małe. Plecak ze stelażem upijał, w wygrzanym mieszkaniu latały osy zwabione słodkimi śliwkami, pachniały kiszone ogórki, tkwił bezczas. Gdzieś istniała obietnica kolejnych spotkań z nowymi znajomymi, w dobie bez telefonu, wisiała z nimi na pisanych listach, których wysyłała tony we wszechświat, wracały bardzo pojedyncze.
Obrazki z powrotów przejawiają się w wypatrywaniu wąsatej twarzy taty, który zawsze stał na peronie gdzieś z boku, zabierał plecak i zadawał mało pytań, widząc, że jest dobrze. Później, w Krakowie i w mieście na Wu, witało ją milczenie pokoju, zachwycone koty, wywleczone z szafy ubrania, w których spały, kiedy tęsknienie osiągało koci sufit.
W dzień taki jak dziś, mijający bez wyraźnego celu, chrupiący palonym zbożem obok domu, spacerem z psem po morele, ze snami toczącymi się w jej głowie aż do dziesiątej, kiedy wreszcie postanowiła wyłączyć ich projektor, wróciwszy do domu po kilku dniach wyjazdów,, nasycona kleparskim czarem sera od baby, szynką z Bidy i cukrowym groszkiem, po spędzeniu czasu na pikniku na parkowym skwerze pod rozpiętym niebem w mieście na Wu, tonie wśród toreb, rzeczy do wyprania, schowania, złożenia, wyprasowania, patrzy, jak rosną niechciane trawy i tak bardzo bardzo dziś jej nic się nie chce.