1 kwi 2015

M 193:

Po co ten wiatr tak wieje i rozwiewa wiosnę, po co. Zimno jest bardzo, pierwszą zieloność podziwia tylko przez wielkie tarasowe okno, wczoraj czyste, dziś już w psim nosie i małej rączce jej bo pokazywała deszcz, że o. Jeszcze nie można na księżycu powiesić swojej wiosennej zadumy, bo na razie się dopełnia, chociaż, że to się dzieje,  można w sumie wierzyć tylko kalendarzom. Niebo pozostaje ciemne. Kiedy pcha w lewo pod górę wózek z małą nią, denerwuje się czasem, że nagle krawężniki wyrastają takie wysokie, urosły od wczoraj, a slalom pomiędzy słupami telegraficznymi boli jeszcze bardziej przez łokieć. Tak to jest czasem, że dopada złośliwość, bo autobus odjeżdża minutę wcześniej, niż się przyszło, jak sobie upatrzyło wypieczony chleb lub bułkę, to zawsze ktoś przed nią już go kupił. Albo jak się zapomniało okularów słonecznych w bardzo mrużący dzień, zabrakło kawy w słoiku, zapomniało się czegoś, co grzecznie leży w drugiej torebce, a jest potrzebne teraz, i co. Są takie bezsilności codzienne, wynikające z roztargnienia, z niezgrania czasu na zegarku na piekarniku, w komórce, radiu i na ręku. Z tego, że się w posprzątanej kuchni nagle wysypie mąka, bo się torebka omsknęła, która się nigdy w ten sposób nie zachowała. I ta mąka zawsze wpada w szpary wymagające odsuwania, przesuwania i zabierania czasu. I na te wszystkie pomyślunki wpada ona, idąc pod górę z wózkiem, bo się trochę szarpie i szarpią ją takie dziwne przypomnienia. A wszystko przez nieokiełznany wiatr.

23 mar 2015

M 192 albo syzyfowa codzienność:

Ona: sznury samochodów przerwane zjazdami w prawo lub w lewo, prują się w prawo zieloną strzałką jak niedbały warkocz w lewo przytrzymują hamulcem tych z tyłu i czasem trąbią, zresztą ona nie znosi testosteronów za kierownicami bmw bo oni muszą natychmiast i jadą 160 i się wściekają że ona za wolno a ona wiezie małą ją i ma auto takie że więcej niż 130 nigdy nie jedzie. Rozjeździły się ostatnio trochę mała ona zostawiła kilka niespokojnych snów w fioletowym podróżnym łóżku a ona to już niewyspana tak, że bardziej nie można, każdego ranka usiłuje nie słyszeć że mała ona wstała i zaczęła dzień wypełniony zdobywaniem umiejętności i rytmem dnia ale wstaje, bo dla małej jej to kolejna tabula rasa i jest fajna.

On: zabiegany jeszcze bardziej, najbardziej jak można, nie ma kiedy roztopić się w niej bo ona uwija się za dnia i potem zasypia tak szybko że ona nawet nie zdąży umyć zębów a ona już jest po tamtej stronie.

Ona: od tygodnia zamierza zatopić się w litery czy to czytania czy pisania, które już tak mocno bolą tak chcą być a nie mogą, bo ona wypełnia wieczory przepychaniem sił aby wystarczyły na rzeczy absolutnie podstawowe, na przykład jak bez przewrócenia się na schodach wejść w wyspany sen z kremem pod oczami i na twarzy. Każdego dnia wyciąga z codzienności creme de la creme aby dzień nie był wypełniony zbijaniem godzin jak z termometru pełnego gorączki bo potem zrobiwszy rachunek sumienia stwierdzi, że minął czas jak fast food, zostawiający posmak glutaminianu sodu czyli nie zrobiła niczego ważnego. Zauważyła krokusy, podcięła sen sierpem księżyca i wcisnęła guziki gwiazd, tak dużych tylko nas ich domem o szarym dachu. Usłyszała nowe ptasie głosy, policzyła pączki na krzaku za oknem, od trzech tygodni nie starła kurzu na meblu z książkami, ale za to trylionowy raz weszła i zeszła po schodach z małą nią i dzielnie pcha wózek pod górę bo spacer bo trzeba. I jak znajdzie chwilę aby ten kurz zetrzeć, to się go pozbędzie. I może to dużo jak na ten czas.

Ona i on: pooddychali przestrzenią wypełnioną przyjaciółmi, niebo w mieście na Wu jest mniejsze niż u nich, sprawdziła to wypluta z metra, poza tym za dużo się nie zmieniło na utartych szlakach świetnie się jechało za to szafirowym samochodem bo siódma rano i droga utarta zielonymi światłami i nie trzeba zaplatać warkocza z samochodów.  Za każdym razem kiedy jest w mieście na Wu jest tam inaczej bo ma wokół siebie kolory innych przyjaciół i to jest do zapamiętania na każdy dzień, kiedy jak Syzyf przepycha tę górę codzienności i to właśnie powoduje, że kamień nie spada.

7 mar 2015

M 191 albo opętanie księżycem:

On jest wszędzie, gdziekolwiek się obróci ona, w każdym oknie, w szybie samochodu, z prawej i z lewej. Czeka cały dzień, aż nastanie, ciekawe czy już się na okrągło wypełni, czy to nastąpi jutro i zawsze ją to ciekawi. O szóstej rano sen jest tak cienki, że prześwitują okna sąsiadów z domu naprzeciwko, więc ona wstaje i cicho sprawdza, czy mała ona miętosi już porannie poduszkę i jest gotowa zapisywać nową kartę dnia. Jeśli jeszcze nie, to ona idzie na dół nasycić koty, tupiące od rana na schodach, patrzy, czy siwy przymrozek pomalował ogród chociaż już przedwiośnie i w jakim powietrzu urodził się dzisiaj poranek. Uruchamia czajnik i trzecie radio, wita światło lodówki, zaczyna dzienną rutynę. Boli ją prawa ręka, od trzech miesięcy przypominając, że się żyje swoim innym rytmem niż reszta jej ciała, tak musi na razie być, dopóki mała ona nie stanie na nogi i nie będzie oglądać świata nie tylko z wysokości jej talii. Znów jej się coś zepsuło, ma to wpisane w curriculum vitae, tylko nikt nigdy nie pytał, że to noszenie, stanie kilowatogodziny, kosztowało ją dużo i jak to będzie jak będzie miała sześćdziesiąt lat to nie wie. Wiedziała za to, że jak przetoczy się dzień nareszcie wielkim słońcem mrużącym oczy, wieczorem nastanie tak przenikliwa cisza, że będzie słychać jak rośnie księżyc. Natarczywy, intensywny właściwie tylko przez dwie noce w miesiącu, a tak mocny dla wszystkich, bez litości. Kółko do patrzenia, comiesięczny wizjer. O północy już tak bardzo wystaje z nieba, że potrąca sen i już nie można w niego odpłynąć, jakby wytrącał wiosło Morfeuszowi i przestawiał noc na tryb niespokojny. A potem nastanie niewyspany ranek, znów z żyjącym czajnikiem i rozkoszną małą nią, która też, ale nieświadomie, potyka się o okno z księżycem.

28 lut 2015

M 190 w końcu lutego:

Zmierzcha dzień wypełniony wrażeniami małej jej większymi i jej mniejszymi, z minutami płynących urodzin, miękko zakończonych paletą smaków utopionych w miękkim finiszu gruzińskiego wina, bogatego w nuty jeżyn, czereśni i wanilii. Wyjechali na miasta na Ł, aby zrobić ostatnią operację auta i pójść razem do kina. I nie zrobili sobie razem ani jednego zdjęcia, zaplątani w swoim czasie, w zakup zielonej koszuli za rozkoszne 19,95, tutkę popcornu i nieustanne plątaniny swoich rąk. Ona, trzydziestoośmioletnia, ma małą ją, która potrafi bez mrugnięcia nudą jechać ponad trzy godziny samochodem i nic, uśmiechać się do wszystkich naokoło, być małą kochaną szelmą, uwielbiać zwisy i grzechotanie śmiechem na posłaniu psa. Udało jej się zerwać chwilę dla siebie z napiętych korali czasu i iść nareszcie do fryzjera, bo tam, gdzie chodzi, ostatnio jej włosy strzępią a nie strzygą i to bardzo widać, zwłaszcza, że ma krótkie nadal i chyba w życiu już nie zapuści. W urodzinowym mieście na Ł ma tak samo pogniecioną skórę pod oczami, a nawet bardziej, ale to od uśmiechu i nic na to nie poradzi. Senna codziennie, zaczęła świętować już w jeden z ostatnich piątków, kiedy miękko wieziona białym samochodem po mieście na Wu, zmierzała ku całonocnym rozmowom z przyjaciółkami. Niesamowite jest to, że spotyka się znajomych znajomych i nagle się wie, że narodziła się nowa przyjaźń, że to ta sama energia i przestrzeń, w której chce się być już zawsze, która staje się jak oddychanie.  W mieście na Wu, na ulicy, którą kiedyś rozjeżdżała walizką, pooglądała bransoletki z żywicy za duże na jej nadgarstek i sklepy pozmieniane na jeszcze bardziej niedostępne, z bagietkami za absurdalne 9 zł i kobietami w okularach słonecznych jedzącymi jajka od kur zielononóżek. Nasycona rozmowami, kiedy nastał jej dzień, miała cudowne poczucie, że pomyślało o nie ponad sto osób, że tyle myśli zostało ku niej wysłanych, tyle kalorycznych słów, tyle. Słońce. W końcówce miesiąca śpiewają już nowe ptaki i pojawiają się maleńkie pięści pąków na drzewach, do lekko zamarzniętego stawu przyleciały kaczki, a każda długa niedziela została przez nie narysowana ośmiokilometrową pętlą spaceru wokół zalewu. Otwarci na wiosnę, czekają, co dalej.

15 lut 2015

M189:

Od jego lewego ramienia rozkoszna jest droga do prawego przez pięknie i delikatnie umięśnione plecy, nakrapiane czułością jej ust i piegami, kiedy tak znienacka, w zimowym świetle łazienki, pozwoliła sobie zwiedzić. Tak się skubią w ciągu dnia, szczypią w minuty, wyrywając je dla siebie w naszyjniku godzin i zdarza się, że on się rozerwie i czas inaczej się wtedy potoczy, zostawiając w nich przyjemne drżenie na cały dzień. I ona łapie swoje nieprzytomne odbicie w szybie aż się uśmiecha jakby przed chwilą dopiero co wróciła z przestrzeni gdzie tylko oni wypełnieni po naczynia włosowate sobą, gdzie wspina się w górę i opada już najbardziej razem jak tylko można, a było to już jakiś czas temu.
A potem on wsiada w mniejsze szafirowe auto i jedzie w swoje konieczności, a ona opatula małą ją w czarny wózek i idą sobie uśmiechać się do  utartych ścieżek, z nieustającym poczuciem przyjemnego drżenia. Kiedy on wróci, jak już pożyją razem w wieczór z wypukłymi gwiazdami, jak już wymruczą ich koty, wypiją ocean herbat, poigrają z kominkowym ogniem, jak pies pogra sobie na zabawce małej jej, jak wypakuje zmywarkę, wytrze blat, zjedzą pół karmelowej czekolady z Wedla, on weźmie jej stopy w swoje i delikatnie je masując, zdejmie z nich zmęczenie. A potem pójdą na górę, omijając w sypialni awaryjny stolik z wiktuałami nocnymi małej jej wpasują się w cichy, miarowy oddech siedemdziesięciu czterech centymetrów, okryją kołdrą koraliki palców stopek, delikatnie i powoli wsuną się pod kołdrę koniecznego i biegiem pojawiającego się snu. Ona niezmiennie wtulona w jego lewe skrzydło z policzonymi rankiem piegami, jest na krawędzi, że już wsiada do łódki Morfeusza, zerknie jeszcze na nie przestawiony na zimowy czas zegar i wtedy przewraca się na lewy bok i stamtąd ją zabierają do rana nie wiadomo kiedy.

31 sty 2015

M 188 albo styczniowy spleen:

Jak smaży kotlety, wrzucając do nich zawsze inne ingrediencje, dolewa trochę wody i wtedy psyczy, a jak wyparuje, to daje masło i wtedy kotlety są bardzo soczyste i miękkie. Jak smaży wątróbkę, to najpierw ją dokładnie suszy, nacina, obtacza w mące kukurydzianej i dopiero wrzuca na patelnię, wkładając okulary słoneczne bo strzela i manewrując pokrywką, bo strzela. I wtedy wątróbka jest chrupiąca, bez tych okularów nie dałoby rady. I mieszając i przewracając to, co trzeba przewrócić, myśli o rajstopach, które ma na sobie, takie zwykłe grube bawełniane, ale kupowała je w H&M na Champs Elysees, bo był czas, kiedy lało i wiało w Paryżu, a ona nie miała nic na swoją obronę i wieczór spędziła szukając jakiegokolwiek sklepu z czymś, co ociepla. Niedobry ten styczeń, nie może się pozbierać, wkurzają ją artykuły o matkach, które mają własny, świetnie prosperujący biznes i są takie szczęśliwe i spełnione i pokazują swoje wyroby w porannej telewizji, dostały się do wrót, świetnie, nie zazdrości. Mogliby tylko pokazać te mamy, które mieszkają w niedużych miastach, w których nie istnieją żadne kawiarnie, spotkania dla mam z dziećmi do magicznej cezury przedszkola, mamy, które mają możliwości, pomysły, chcą, tylko wychowując małe dziecko właściwie w dwójkę, z tatą dużo pracującym nie mają jak i gdzie wrócić do pracy, bo przecież nie te kwalifikacje na ten rynek, mamy, które są od rana do nocy same i zapomniały o sobie już dawno i tylko się czasem pomarzą o wizycie u kosmetyczki, ale gabinetów z miejscem dla dzieci jeszcze nie wymyślono. No co ona zrobi, że ją roznosi, że chodzi na kilometrowe spacery, że pozagląda tu i tam, że musi po prostu codziennie mieć kawałek miasta w sobie, bo inaczej ją rozerwie. Co jest w tym mieście, że tak wciąga, ten gwar, światła, wystawy, mała ona tez bardzo to lubi, bo zawsze dużo mówi jak coś świeci, wokół dużo ludzi i dobrze i inne małe dzieci i to jest dla małej jej bardzo fajne, uśmiecha się promiennie, aż wokół jaśnieje. Bo ona ma w sobie mniej światła, może przez tę niskociśnieniową zimę, jakoś nie może się pozbierać i tak naprawdę czeka na swoisty cios, coś, co ją sieknie i sprawi, że spadnie z mozolnie wypracowanej drabiny i znów będzie musiała się wspinać do celu. Ma jakoś tak, jakieś dziwne przeczucie, że ten nieparzysty rok będzie trudny, że wszystko, co zbuduje, jest chwilowe i zaraz minie, więc najlepiej nie wymagać, nie wychylać się, być sobie z dnia na dzień i ciekawe, ile tak wytrzyma. Że tak sobie będzie obserwować z małą nią ten piękny las i niebrzydką od wczoraj zimę, że będą się cieszyć wspólnymi godzinami i robieniem akuku i czekać na zmiany.

24 sty 2015

M 187:

Styczeń starzeje się szybko, za szybko, nagle mijają te wszystkie poniedziałko-czwartki i dalej i coraz dalej czas płynie, a liter nie ma i nie ma. Są w niej, ale wieczory pochłaniane przez komputerowe konieczności zasypiają w tymi słowami w niej i zwołują ciężkie, dziwne sny, bo nie jest oczyszczona. Trochę jeździła, nie nacieszywszy się ulubioną krakowską architekturą, zaledwie raz i to tylko we fragmencie, objęła wieczór pierścieniem Plant. Dawno nie jadła obwarzanka. Dawno nie była na Kleparzu. W ogóle jest bardzo wiele rzeczy, których dawno nie robiła. Nie malowała, ani papieru, ani twarzy. Siebie cieniami. Leżą, czekają, czasem je segreguje i wyrzuca te, które już umarły. W jej szczupłym i wiecznie niewyspanym ciele nie udało się zamieszkać drugiemu ziarenku, które się pojawiło będąc życiem za życie i równie szybko sobie poszło. Wstrząsało ją mocno, bo równocześnie pojawiła się nieoczekiwana śmierć i małe życie, jakby zwolniło się właśnie dla niego miejsce. Zabolało do naczyń włosowatych, do rdzenia, zatrzęsło, ale jest mała ona, która nie pozwala na bycie złamaną, nie pozwala na rozmyślanie, co by było gdyby, trzeba otworzyć nowy dzień jak zawsze i zacząć go oczami małej jej. Pomimo, że bardzo trudno. Że czasem rozpada się na gwiezdny pył i szybko zbiera w całość. Każdy dzień podobny, z urywanymi chwilami, kiedy przemyca siebie, kiedy może przez chwilę robić nic, kiedy nawet posiedzi i pomarzy, że poszłaby tam, gdzie ktoś zadbał by o jej zewnętrze. Na szczęście jest szafirowe auto, które wygodnie wiozą je na środek Polski i tam sobie może trochę ukraść czasu, tam może w niedużym łóżku popłakać w nocy, tam może pooddychać dużym miastem i czekać na zmianę świateł z małą nią z tyłu, a ona to bardzo lubi. W dni bez słońca, kiedy on czule zasypuje ją w minutach do policzenia, kiedy są razem, naprawdę trudno być terminatorem, wyrobem z tytanu, nieważne, że zmęczenie, że boli przetrenowana ręka, że pół dnia robiła tort na urodziny teściowej, bo trzeba wyżyć dzień maksymalnie, z całych sił, bo jej jutro kiedyś powie, że nie zauważyła, nie pomogła, nie wysłuchała, jutro rozliczy ją z tego, że umie się wyciszać, że lubi ich nieduży dom i spacery pod lasem. Bo gdyby jej nagle nie było, jak Ani, to przynajmniej ma poczucie, że zrobiła wszystko, zanim ją zabrali na połoniny niebieskie.

31 gru 2014

M 186 albo koniec i początek:

Ona w już zimowej, śnieżnej aurze ma nieustannie zajęte ręce wszystkim, tylko nie pisaniem. Tak to jakoś jest, że każdy wieczór podsuwa pod nos stos myśli zebranych durszlakiem dnia, coś tam z nich pozostaje i nagle trzeba iść spać, sen jak łom zwala do znieprzytomnienia, bo i tak o 3.30 każdej nocy pora na butlę dla małej jej. Bo ona jeszcze coś zawsze ma do zrobienia, nie tylko dzień wypełniony małą nią, ręce zajęte obieraniem, wykładaniem naczyń ze zmywarki, wkładaniem i wykładaniem prania a potem chowaniem go na miejsce, układaniem, składaniem i rozkładaniem, myciem, wycieraniem i wyciskaniem, polerowaniem, trzymaniem i puszczaniem, pchaniem i wyciąganiem, jej ręce codziennie wykonują tysiąc czynności, pośród których niestety najmniej jest tych związanych z literami. Pojechali do miasta na Ł. i jak dobrze, że jej nie ma już tam, gdzie lampy, stanie, doradzanie i odradzanie, gdzie nieustanny kołowrotek niezależnie od pory dnia. I się zastanawia czasem, po co ludzie kupują tyle rzeczy, że je potem też muszą włożyć i wyjąć, wyczyścić, wyprać i schować i tak naprawdę mają z tym jeszcze więcej pracy a co z rzeczami starymi. Ciekawe jest to, że właściwie każda nowa rzecz jest tak doskonała, że nie można było wyobrazić sobie funkcjonowania bez niej i ciekawe jak długie życie będzie miała, zanim zastąpią ją inne doskonałości. Obejrzawszy zatem gigantyczne kolejki do przymierzalni i mając w głowie dźwięk zamykanej szuflady z pieniędzmi z piosenki Pink Floyd, rannym na silnik autem wraca do cichego domu i ma takie życzenia, żeby kot w kolorze wenge przeżył z nimi kolejny rok i żeby było tak samo, jak jest, bo ma wszystko.

8 gru 2014

M 185 albo ona i ona i trochę on:

Prawie nie patrzy w lustro bo jest coraz szczuplejsza i  dwie takie chudziny, ona i mała ona, 7,5 kg przy dwunastu miesiącach, ubierają się mozolnie w czapki i swetry i idą we mgłę kupować bułki. Ona się kiedyś dziwiła trochę, że matki z wózkami takie pootulane, a teraz wie, że trzeba, bo marznie niemożebnie, najgorzej w ręce. Ma zazwyczaj niezbyt czyste buty, bo zawsze, kiedy je wyczyści, to i tak kilka razy przejedzie po nich wózkiem i ma buty w szlaczki, trudno. Takie pogody przynoszą czas, że nie wiadomo jak się ubrać i jeszcze się różne wirusy pojawiają i straszą wysypkami i stanami, w których matka śpi na szpitalnej podłodze i ogląda swoje dziecko przez optymistycznie żółte pręty, ale wszystko dobrze się kończy. Noce mijają im nie wiadomo kiedy, sąsiedzi zdjęli firanki i w czystych oknach odbijają się szyby od telewizorów, kiedy on miarowym oddechem wiosłuje po swoim jeziorze snu, które, niekiedy płytkie, wrzuca go na mielizny i wtedy sen nie jest wyspany.
Jak to się stało, że minął miesiąc, postrzępiony słowami, zdaniami, kiedy czas tak bardzo kręci się wokół małej jej, że ona nie pamięta, kiedy się malowała cieniami, ma kilka minut na prysznic, więc na odżywkę do włosów nie wystarcza czasu, bo mała on bardzo szybko potrafi się przesunąć bujając dupką na drugi koniec łazienki, gdzie są skumulowane niedozwolone rzeczy. Ona mozolnie pokazuje, gdzie miś ma oko a lisek nosek i słuchają dużo muzyki nie tylko z plastikowej gąsiennicy i widać, że ta wiedza w małą nią wsiąka po milimetrze. W swoje pierwsze urodziny mała ona zauważa we wszystkich książeczkach psy i koty, ma niebywale ruchliwe rączki, które ciągle opowiadają radość, niepokój albo rozdrażnienie, stopki, na które nijak nie można założyć butów, bo je błyskawicznie prostuje, marszczący się nosek i milion wydawanych dźwięków. Ona gotuje nadal, ale nie zastanawia się za bardzo co, w środku nocy przypomniawszy sobie, że nie wyjęła mięsa z zamrażarki, bo takie są dylematy przepełnionej drobiazgami jej. Mogłaby jeść ciągle pieczone warzywa korzeniowe, posypane grubą solą i chili, z masłem, właściwie zbyt wielu smaków w niej nie ma, bo zmęczenie je usypia. Nie wierzy mamom, które mówią, że same siedzą z dziećmi i mają czas na pracę, relaks i wizyty u kosmetyczki, pewnie te dzieci wożą ze sobą i czekają pod drzwiami, podczas gdy mama poddaje się zabiegom mniej lub bardziej kłującym. Ona przestała malować paznokcie, bo trzeba je potem zmywać, a to wymaga pójścia na górę do łazienki, znalezienia zmywacza, którego zazwyczaj jest resztka i się kombinuje, żeby wystarczyło, bo nie raz chodziła z obdrapanym kciukiem w kolorze malwy, swoją drogą zawsze zmywanie na nim kończy. Lata zbierania się do wyjścia w trzy minuty wyćwiczyły ją na kosmetycznym poligonie i może sobie chodzić z takim paznokciem z poprzedniego wcielenia lakieru, ale za to zawsze musi zastosować balsam do ciała i krem pod oczy, takie pewniki, że jak tego nie zrobi, to będzie z nią już bardzo źle. W pierwsze urodziny małej jej jak zawsze jest nieprzytomna i pełna niewyobrażalnej radości, kiedy przypomni sobie jak mała drobinka otwierała oczy i tak sobie patrzyły na siebie  wiedząc, że nic nigdy nie będzie już takie samo i to jest, pomimo braku sił, niezmiennie najcudniejsze.

16 lis 2014

M 184 albo jednorazowo:

wróciły z wyjazdów, rozwlekły je do połowy listopada rozwałkowały kołami szafirowego samochodu ponad tysiąc kilometrów dróg wypalając tony benzyny pijąc niezliczone kawy na Statoil walcząc z wieczorną kurzą ślepotą. Ziemia się postarzała jakby wyłysiała naciągając na siebie gruby kożuch siąpiących chmur i po złotych ciepłych dniach nastały te najgorsze szare kiedy by się spało i spało a nie ma jak i wyspana noc staje się wydarzeniem jednorazowym. Dużo rzeczy jest jednorazowych mniej trwałych niż reklamówka jednorazowa ze sklepu bo ta może się utrzymać dłużej jeśli nie ma dziur i się nie pokruszy, dłużej niż tysiąc obietnic rzucanych co roku. Fantastycznie prowadzi pani szkolenia co za przekaz jak będziemy mieć kolejne do poprowadzenia to się odezwiemy tak sprzedażowe było wyjątkowe ciekawe zabawy integracyjne dobre tempo warto świetny kontakt z grupą tak mogę przyjechać nie ma problemu i potem nic cisza, jednorazówka, ona przywykła. Kiedyś byli mężczyźni obiecujący że się odezwą tak jesteś świetna w życiu mi się tak dobrze nie rozmawiało ładnie tańczysz masz ładne oczy i drobne ręce i co z tego nic to do jakiejkolwiek stałości nie wnosi. Kobiety do malowania do rewolucji przed i po do stylizacji do makijaży ślubnych do szkoleń makijażowych wszyscy są jednorazowi po tej samej stronie obietnicy tak jakby po wydarzeniu przechodzili na drugą stronę w miejsce gdzie tak naprawdę jest pusto. Jednorazówką są spotkania po latach jakby na siłę odbudowywane wspomnienia a potem nagle nie ma czasu na chociaż jedną wiadomość przez długie miesiące. Codzienność zabija takie jednorazówki pozostawiając je tam gdzie zostały stworzone skleja się coś co było ale nie bardzo udolnie i pewnych rzeczy się nie da naprawić w końcu unika ucieka i zostaje tylko dym. Jednorazówką są dania na obiad, które powtórzyć trudno zwłaszcza w gotowaniu "na oko" restauracje przydrożne albo gdzieś w miastach w którym się nie bywa i pamięta się je właśnie z tego jednego razu. Dlaczego się więc nie wraca do tego co było dobre dlaczego połowa z rzeczy i wydarzeń staje się nietoksyczną przysłowiową jednorazówką chwilą z zostawianiem kredytu na później może się przyda. Jak jazda autem z salonu nie kupię ale się raz przejadę jak bluzka na imprezę znów jednorazową a potem nie ma jej gdzie założyć jak skok na bungee raz jeden wystarczy jak łyk nieznanego alkoholu bo nie smakuje. Może właśnie jest tak że po chwili po rozważeniu nie wraca się powtórnie do tego samego szuka nowości kolejnej jednorazówki która wypełni dzień i być może nigdy się nie powtórzy tak złota i pełna światła jesień i nie powtórzy się pierwsze wrażenie i nie przeczyta się czegoś chociaż się kiedyś czytało bo każdy następny raz jest pochłonięty przez czas.