Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
20 cze 2013
M 150 albo Daisy:
Horyzont od rana gęstniał i ciemniał w wybuchową burzę, przerażając
pieskoty skulone w domu. Lato rosło powoli w bukiet pękającego zapachem
jaśminu, peonii, rabarbarowego płotu i truskawek, pyszniąc się
nawodnioną zielonością i nie chcianymi chwastami. Ona trochę jeździ,
trochę nie, więcej i więcej odpoczywa, układa, przestawia i rozkoszuje
się ciszą. Nad tarasem unosi się żabi chór, wróble dokazują w krzakach i
czasem odwiedza ich mały, szary kot o zdziwionej minie, lubiący tak jak
i ona tę ciszę. Chrupie młoda kapusta i ogórki gruntowe, koperek,
którego on lubi mniej ona bardzo dużo. Wymyśla obiady, tworząc kulinarne
książki tygodnia, kiedy nawet z pęczaku można zrobić danie warte
gwiazdki Michelina. Wieczorem przypina sobie tysiąc gwiazd, które pękają
na niebie, kiedy razem słuchają jak staje się noc i kołyszą w
przedsennym rytmie.W kolejny upalny dzień, kiedy żar roztapia
obcasy na chodniku, najlepiej siedzi się w domu, pijąc wodę w miodem,
cytryną i lodem, słuchając starego jazzu i wyobrażając sobie, że choć
przez chwilę mogłaby być jak Daisy w Nowym Jorku tylko po to, aby
założyć misterną biżuterię od Rene Lalique i pomieszkać w domu w stylu
Art Deco nie czując się jak w muzeum. Ktoś ją wyrwał stamtąd, ona to
wie, przeniósł w wiek, gdzie o wszystko łatwiej, gdzie się jedynie
stylizuje na to, co było, nie żyjąc tym na codzień. Ale być może wtedy
nie spotkałaby jego, może byłaby znudzoną panną popijającą Moeta, na
five o'clock zagryzając czas makaronikami i rozrywając kieliszkowym
obcasem jedwab sukienki. W czasie, który tak bardzo się zatrzymał, kiedy
jej rolą jest dom i bycie domem, wie, o czym szumią wierzby, bo ma
niejedną chwilę, aby ich posłuchać. Wie, jak smakują najpyszniejsze
lody, nie z włoskiej cukierni gdzieś bardziej na zachód, tylko z Nowej
Słupi z małej kawiarenki, gdzie sztuczne kwiaty, boazeria i
małomiasteczkowy klimat z podnóża Gór Świętokrzyskich powodują zmrużenie
oczu z rozkoszy nad prawdziwie śmietankowo-truskawkowym smakiem
domowych lodów, których jedyną konkurencję stanowią te na Starowiślnej w
Krakowie. Może właśnie bycie Daisy wśród wybujałej zieloności, w
bawełnianej, ciążowej sukience mamy, wyciąganie każdej minuty z dnia i
smaku z wszystkiego, zatapianie się w jej brązowookim Gatsbym, który
dzielnie walczy z kretami, wielka miłość do lewkonii, malw, maków,
irysów, jaśminu i peonii, malowanie obrazków w prezencie akwarelami,
oddalenie od kurzu miasta, nie bycie obtłuczoną walizką z domem
rozwożonym busem i zatopienie się w tym czasie tu i teraz sprawia, że
poczucie szczęścia wielkiego jak czerwcowe niebo jest możliwe.
5 cze 2013
M 149 albo bezczas:
Nieustannie zimny maj i początek czerwca pozwoliły pachnieć konwaliami bardzo krótko. Narcyze widziała raz, odpłynęły w przestworza czasu, zastąpiły je zwinięte piąstki peonii, delikatnie rozpościerające pierzaste wnętrze ku ołowianemu niebu, bardzo rzadko pokazującego rozpromienioną twarz. Chmary szpaków skubały trawnik, krety się kreciły i owa zielona przestrzeń otaczająca ich dom stawała się najważniejszą dla wszelkich okolicznych żyjątek. Ona obserwuje to wszystko z okna, mając czas na krojenie rabarbaru na tartę, na płukanie truskawek, na aromatyczny sos z wołowiny z pomidorami, tymiankiem i czosnkiem. Odsypia czas wielkiego kołowrotu i czyta. Kotwica wspaniale rozwijająca się w jej brzuchu przycisnęła ją do niedużego, zielonego miasta, którego cienie i blaski dopiero odkrywa. W większym mieście wszystko szybciej roztapia się w tłumie i w deszczu i łatwiej dotknąć kogoś pędzlem. Tu, jak się jest nie z tego świata, bez poleceń tysiąca, ciężko wyjmować kolory z kufra. Trudno. Może jak mocniej wrośnie w tkankę miasta, odważy się pójść tu do fryzjera, to może się to zmieni, bez względu na efekt po.
Jest za to pyszny, żytni chleb od Krawczyka i wiele osób polujących na Biedronki i Lidle. Pomidory lubi kupować w Lewiatanie, podobnie jak masło z Końskich, masłowo aromatyczne. Stała się fanką baru mlecznego "Miś", gdzie podają smakowite naleśniki i ogórkową. Zaniedbany i wyjątkowy klimat starych fabryk po dawnych, najsłynniejszych w Polsce zakładach produkcji wielkich samochodów zachwyca wielkim piecem, rampą, torami prowadzącymi w przeszłość i wspaniałym położeniem, przypadkowa zabudowa budynków, boleśnie wciska się między nieumiejętnie restaurowane, stare i niewysokie kamienice o wygiętych balkonach, ze zdartymi strupami elewacji, ukazującymi czerwone cegły. Pośród tej zieloności pnącej się po wzgórzach, pośród zaniedbanego, pysznego parku miejskiego, skwerów i rond, jak wybryki peerelowskiej konieczności, jak wyrzuty sumienia masy pracującej, wyrastają wysokie bloki, nie pasujące do niczego, psujące swoistą architekturę miasta. Jak klocki domina rozstawione przez przypadek konkurują z wieżami równie przypadkowych kościołów, tworząc architektoniczny kocioł bez ładu i składu.
W mieście na S są piękne stare domy, okaleczone jednak brakiem zainteresowania i własnym, kompletnie bezmyślnie nałożonym kostiumem, przez krawców - gospodarzy, zachowując gdzieniegdzie swoje pierwotne kształty z czasów bardziej doskonałych proporcji.
Ona przemierza powolnie miasto wzdłuż i wszerz szafirowym twingo i coraz bardziej je lubi, zupełnie wysiadłszy z pracowego kołowrotka i aż jej dziwnie, że Los dał jej taki wytęskniony czas, bez konieczności, bez niewyspania, z ochotą na tysiące smaków, których składniki łowi w sklepikach, aby wreszcie dopełnić dionizji w domu, gdzie króluje rozdzierający żabi rechot i leniwe przeciąganie się pieskotów.
Jest za to pyszny, żytni chleb od Krawczyka i wiele osób polujących na Biedronki i Lidle. Pomidory lubi kupować w Lewiatanie, podobnie jak masło z Końskich, masłowo aromatyczne. Stała się fanką baru mlecznego "Miś", gdzie podają smakowite naleśniki i ogórkową. Zaniedbany i wyjątkowy klimat starych fabryk po dawnych, najsłynniejszych w Polsce zakładach produkcji wielkich samochodów zachwyca wielkim piecem, rampą, torami prowadzącymi w przeszłość i wspaniałym położeniem, przypadkowa zabudowa budynków, boleśnie wciska się między nieumiejętnie restaurowane, stare i niewysokie kamienice o wygiętych balkonach, ze zdartymi strupami elewacji, ukazującymi czerwone cegły. Pośród tej zieloności pnącej się po wzgórzach, pośród zaniedbanego, pysznego parku miejskiego, skwerów i rond, jak wybryki peerelowskiej konieczności, jak wyrzuty sumienia masy pracującej, wyrastają wysokie bloki, nie pasujące do niczego, psujące swoistą architekturę miasta. Jak klocki domina rozstawione przez przypadek konkurują z wieżami równie przypadkowych kościołów, tworząc architektoniczny kocioł bez ładu i składu.
W mieście na S są piękne stare domy, okaleczone jednak brakiem zainteresowania i własnym, kompletnie bezmyślnie nałożonym kostiumem, przez krawców - gospodarzy, zachowując gdzieniegdzie swoje pierwotne kształty z czasów bardziej doskonałych proporcji.
Ona przemierza powolnie miasto wzdłuż i wszerz szafirowym twingo i coraz bardziej je lubi, zupełnie wysiadłszy z pracowego kołowrotka i aż jej dziwnie, że Los dał jej taki wytęskniony czas, bez konieczności, bez niewyspania, z ochotą na tysiące smaków, których składniki łowi w sklepikach, aby wreszcie dopełnić dionizji w domu, gdzie króluje rozdzierający żabi rechot i leniwe przeciąganie się pieskotów.
21 maj 2013
M 148:
W lesie pachniało majem, świeżym, zmokniętym bzem, najbardziej soczystą zielonością. Szli delikatnie na przełaj, omijając krzaki jagód z czerwonymi koralikami owoców, zalążków fioletowej pyszności i małe, jasnozielone perełki konwalii. Pięknie się chodzi po ich bezludnym lesie wdychając ptasie głosy, z szalejącym psem, kiedy jego lewa ręka łączy się z jej prawą idealnie, kiedy on podciąga jej przeszkadzający w tym kontakcie rękaw kurtki i dokładnie przylega ciepłą dłonią do jej ręki. Tak jest dobrze, kiedy są tylko oni podglądani przez drzewa i rośnie maj w kolejne dni tak, jak rośnie w niej drugie serce. Niedługo już pewnie przestanie spędzać kilowatogodziny w samochodzie, przestanie męczyć nieustanna senność, która staje się nieznośną i owocuje bólem głowy, jakby ktoś nałożył jej kłującą czapkę. Doba się liczy od snu do snu, czy wypocznie na tyle, że jazda w srebrnej samochodowej puszce nie stanie się męką, bo głodnieje natychmiast, bo musi się zatrzymać w Zwoleniu parkując jak zawsze umiarkowanie krzywo i kupując w małym sklepiku kefir i ziarnistą bułkę, a potem jadąc, trzyma kierownicę kolanami i ten kefir odkręca. Za Ćmielowem zęby szczękają o butelkę z Bobofrutem, bo dziury straszne, umilone jedynie i aż widokiem kwitnących sadów z dywanem kwitnących mleczy u stóp. Czas w jej brzuchu płynie wolno, poza nim dość szybko, ledwie zaczął się maj a już przekwitają magnolie. Ogród szaleje zielonością jak namalowany przez Moneta i do niego z ulgą wraca, do żabich treli, do zapachu skoszonej trawy pomieszanej z pachnącą po deszczu ziemią. Odwiedziła znajome betony w mieście na Wu, zakurzone, bardzo nie jej, z nieustannymi, uciekającymi tramwajami ludzi nad ziemią i pod ziemią, w mieście, które trochę boli, bo nie ma w nim K., a jakby była, to by się do niej jeszcze bardziej uśmiechnęło. Estetyczne panny z ustami maków mijały ją pod marszałkowskim H&M, wystylizowane włosy wyznaczały kolorową, uliczną modę, tak różną od lubelskiej i kieleckiej, jaką zwykła była oglądać. Więc zostawiwszy pośpiech miasta na Wu, przyjemny smak warszawskich spotkań, dziurę po nieobecności jasnowłosej K, i część swoich włosów u fryzjera, wróciła do swoich zielonych klimatów, do rośnięcia w niej i obok niej, z nieustannym snem, z ładną linią włosów, do psa, który wciąż widzi widma kaczek nad stawem, do jego uważnych, brązowych oczu i do spokoju, który parasolem bujnej wiosny rozpościera nad nią nieustanne, ósme niebo.
1 maj 2013
M 147:
Zagonieni dość w czas wiosny, czas odsychania i rośnięcia, w nocy stykają się ciepłymi powierzchniami siebie. Ona wciąż nie zwalnia, chociaż powinna, senność przeraża coraz bardziej, poleżałaby robiąc nic, patrząc na wysuszane pierwszym słońcem pola marzy o kolejce książek do poczytania, marzy, aby poleżeć, zwolnić, pojeździć na maksymalnie 3 a nie 5. Zieloność rośnie, tak silnie jak fasolka w niej, cudownie lekko pozwalając iść w coraz dalsze tygodnie. Masło solone z Lidla, groszek z majonezem, makaron z oliwą, peperoncino, czosnkiem i cheddarem, sałata, suszone figi, bobofrut z dynią, pomarańcze, dużo wody, sen, śnienie, spanie po dziesięć godzin minimum, oliwka bez parabenów, kofeiny i lanoliny, słońce, nagłe ataki jedzeniowe to dywan dni rozkładany na przestrzeni tygodni. Dni są podobne do siebie, cierpliwość rozciąga się w miesiące, bo jeszcze tłumi radość, że na pewno się udało, że wszystko jest idealnie jak być musi. Wreszcie. Ile się musiała odtoksycznić, przemielić w środku to, co zostało z przeszłości. Wie, że każda lekcja pokory, każdy kuks jak nie w jeden bok to w serce - przynosi wreszcie to, co stać się miało już dawno. Niby frazesy, a jak się tego nie przeżyje, to trzeba wykrzyczeć światu, że takie rzeczy się dzieją. Nie pisze dużo, bo zanim zaklika słowem - już zasypia.Nie pisze dużo, bo musi coś zjeść, najlepiej co dwie godziny, a jak już zje, to najlepiej zasnąć na chwilę. Jak wraca wieczorem, to ma dwie godziny na zdążenie przed dopadającym snem, więc z napisanych liter zostają tylko zamiary. Kupuje za to przez godzinę balsam do ciała, bo drażnią ją wszystkie zapachy maseł kakaowych, migdałów, nieokreślonych, mdlących. Mozolni się wiosną w tym pisaniu, powinna więcej i bardziej, ale nie może na razie. Czas się plącze pomiędzy słońcem, deszczem, nowymi kopcami kretów, kotem wtulonym w podbrzusze, urywanymi godzinami razem, wpuszczaniem leszczy do stawu, słuchaniem radia, witaniem i pożegnaniem. Jeszcze dużo pracuje. Jeszcze.
9 kwi 2013
M 146 albo dwa milimetry:
W lesie perłowy śnieg ostatnim podrygiem zimy osłaniał poszarzałą trawę. Zziębnięte ptaki cięły niskie chmury na kawałki odsłaniające błękit, jeszcze nic nie pachniało. Szli noga za nogą, czarne buty Merrel jej, oliwkowo-goreteksowe jego i jasnobrązowe łapy Diesla chrupały rozmięknięty śnieg. Byli we czwórkę, razem, bo nagle świat zaczął się kręcić wokół ziarenka ryżu, dwóch milimetrów z cudownie pulsującą, białą kropką pośrodku, cud, który zdarzył się nieoczekiwanie jak zdarzyć się miał. Trudno się jeszcze ucieszyć, zachłysnąć, na razie dawkuje sobie tę wiadomość jak słabą kawę pitą małymi łykami, jeszcze powoli do nich dociera, że oto się stało. Senna jest bardzo, jadąc bardziej wolno srebrną corsą marzy o drzemce, nagle wszystkie miękkie fioletowe koce świata stają się królestwem, nagle kanapa w salonie staje się największą wartością, niebo świeci w oczy, ale senności nie odgania. Nie można jej zwalczyć kawą, bo nie można, nie można przestać jechać, chociaż w sekundę zatrzymałaby się na poboczu i w jeszcze szybszą sekundę zasnęła. Kiedyś to odeśpi, kiedyś to minie, ale na razie nad sen, nad wdech i wydech, najważniejszy jest książę/księżniczka na ziarenku ryżu, bo maleńkim okiem mruga do nie rozbudzonego świata, wsłuchuje się w świeże ptasie śpiewy i trzaski zeszłorocznych, zaskoczonych nadepnięciem gałązek, rośnie powolutku tak jak świat wokół i będzie coraz większy jak i małe mieszkanie w niej, które późną jesienią osiągnie rozmiary M4.
28 mar 2013
M 145:
Nie ma wiosny, nic się z ziemi nie wyrzyna, śnieżne welony zamieniły się w lodowe połacie, po których nie da się szybko jeździć, ostrożnie, delikatnie, jak po wydmuszce, jakby auto nic nie ważyło. Nieustannie wlewa jeszcze zimowy płyn do spryskiwaczy, marznie w aucie, które nagrzewa się strasznie długo, rozgania na drodze kulki ptaków, które nagle dostają skrzydeł i ulatują w sobie znaną przestrzeń, poranki nakłute ptasimi głosami zwiastują, że już czas na nową zieloność. On zamknięty w kwadraturach książek mruży oczy, przekłada kartki a ona im zazdrości trochę, że są częściej z jego dłońmi niż ona. Ale zawsze gdzieś uda im się zetknąć, łokciem, udem, spojrzeniem, nieustannie razem w prostokącie fioletowej kanapy. Wieczorami okotowani, po kolacji, idą do łóżka uprzednio włączając solną lampkę i trzecie radio. On zawsze smaruje jej stopy kremem, wciera starannie zwinnymi palcami, a potem wtulają się w swoje człowieki w piżamach, najpierw ona w niego, a kiedy przyciśnie ją wielki kamień snu odwraca się na lewy bok i stykają się ciepłymi podeszwami stóp w jeden głęboki sen.
Ona sny ma co noc, fantasmagorie, scenariusze lepsze od "Incepcji", a to długie włosy, schody, sytuacje, reminiscencje z przeszłości, tysiąc napotkanych ludzi, przewala się, pamięta te sceny do południa a potem już nie, półsennym porankiem słyszy jak gwiżdże czerwony czajnik, jak brzęczą kocie chrupki wrzucane do kocich blaszanych misek, jak na dole rozbrzmiewa poranne radio i jak wyskakują grzanki z tostera, bo on wie, że ona lubi takie chrupiące, po których spływa masło. Poranna codzienność jest cudowna, bez bycia na czas, bez wyliczania co do minuty doby, która rozpycha się teraz mniej niż kiedyś. Budują to swoje życie po kawałeczku, nie przekładając bez sensu zapisanych zeszytów dni, niezmiennie uważni na siebie. Jakie to proste mieć taką normalność szytą rytmem niedużego miasta, po raz pierwszy mieszka w miejscu, gdzie nie łomoczą tramwaje ale jest więcej gwiazd, jak dobrze mieć poczucie oczyszczenia, które powoli, w pełni wreszcie dotrze do jej głowy. Świat się świąteczni, rosną drożdże, nie rośnie forsycja, na przełęczy zimy i wiosny ciężko o zdania, mozolni się pisanie, przeszkadza nieustanna senność, a oni wspólne poranki i wieczory przypinają jak kartkę przeżytych dni, klipsami, w dwóch miejscach na sznurze miesiąca.
Ona sny ma co noc, fantasmagorie, scenariusze lepsze od "Incepcji", a to długie włosy, schody, sytuacje, reminiscencje z przeszłości, tysiąc napotkanych ludzi, przewala się, pamięta te sceny do południa a potem już nie, półsennym porankiem słyszy jak gwiżdże czerwony czajnik, jak brzęczą kocie chrupki wrzucane do kocich blaszanych misek, jak na dole rozbrzmiewa poranne radio i jak wyskakują grzanki z tostera, bo on wie, że ona lubi takie chrupiące, po których spływa masło. Poranna codzienność jest cudowna, bez bycia na czas, bez wyliczania co do minuty doby, która rozpycha się teraz mniej niż kiedyś. Budują to swoje życie po kawałeczku, nie przekładając bez sensu zapisanych zeszytów dni, niezmiennie uważni na siebie. Jakie to proste mieć taką normalność szytą rytmem niedużego miasta, po raz pierwszy mieszka w miejscu, gdzie nie łomoczą tramwaje ale jest więcej gwiazd, jak dobrze mieć poczucie oczyszczenia, które powoli, w pełni wreszcie dotrze do jej głowy. Świat się świąteczni, rosną drożdże, nie rośnie forsycja, na przełęczy zimy i wiosny ciężko o zdania, mozolni się pisanie, przeszkadza nieustanna senność, a oni wspólne poranki i wieczory przypinają jak kartkę przeżytych dni, klipsami, w dwóch miejscach na sznurze miesiąca.
17 mar 2013
M 144:
W sobotę po południu, kiedy wróciła z przyjaznego miasta na L, kiedy pokonała welony śniegu dmuchane wiatrem z pól, lód na zakrętach, kierowców w audi i bmw, którzy nigdy nie jeżdżą normalnie, zjadła pół tabliczki Milki z gorzkim nadzieniem, kiedy mróz, sól i bycie na drodze i w drodze pokryły jej samochód siwym werniksem, wypakowawszy kufry, paki i skrzynie, utonęła w jego cierpliwie czekających oczach, talerzu białego barszczu zrobionego przez niego i wyciągnęła wentyl, który trzymał ją w ryzach tygodnia tym samym wypuściwszy całe wielkie zmęczenie. Wiosna nie chce przyjść, męczą ją szaliki, swetry, rękawiczki, kozaki i niełatwo rozgrzewający się samochód, pola jeszcze nie pachną zwiastunami nowego życia, świat wciąż zbielał jak ręce na nieustannym mrozie. Czuje się potrzebna, kiedy odwiedza kolejne pary oczu w sklepach, które wiedzą, że ona jest po to, aby im pomóc, aby sprawdzić i przestawić, roztacza srebrnym samochodem sieć powiązań, aby wszystko działało i wraca, zawsze wraca do domu. Miasto na Wu odwiedzone ostatnio porannym czwartkiem przypomniało jak szybko w nim się żyje, przegryza zaspaną kawę muffinem z mrożonki, jak zmieniły się sklepy w podziemiach pod dworcem, jak daleko jest do zakątka na Ursynowie i jakie nazwy nowych knajpek rozmaśliły się na podniebieniu. I jak dobrze, że pomimo kilku aniołów otulających to miasto dobrą energią - jej już tam nie ma. Ostatnie tygodnie toczą się kulami wkurzających brzuchów w wąskim korytarzu przychodni, podróżami do drogich zastrzyków, które może sprawią cud, ale jedynie może, brzuchów, którym się udało zapełnić i są najważniejsze na świecie a wcale nieprawda bo ona jest ciągle przed i przez to jest jeszcze ważniejsza. O tym, że nie można, że trzeba być na zastrzykach nie na językach o błogosławionym stanie, że mówi się szeptem jak o chorobie zakaźnej, że jedyną wyrocznią są fora takich jak ona, uzależnione od obserwacji i nie myślenia o niemyśleniu. Dlatego piękne są wieczory kiedy ogień płonie w kominku usypiając ciepłem futra pieskotów, kiedy jest zupełnie normalnie, kiedy ogląda programy dla śpiewających przyszłych gwiazd, pije zieloną herbatę, jedzą razem czerwone sycylijskie pomarańcze, a gdzieś ponad tym ich światem toczą się hormony, zamykają restauracje, szaleje mróz i zaczyna kolejny tydzień w samochodzie.
10 mar 2013
M 143:
Nie cierpi śniegu, brudnych, zmiętych ścierek leżących wzdłuż drogi, na parkingach, brei, która zabiela buty i nie da się tego niczym usunąć, nie cierpi już szalików, swetrów, wszelakich otulaczy i owijaczy, wyprzedzania w żółtawych koleinach, kiedy telepie autem, skrobania szyb, całej tej niefajnej zimy, która nie przynosi niczego dobrego oprócz smęcenia się. Wciąż jeździ dużo, jest mistrzynią cofania bez żadnej widoczności z tyłu, trzymania kierownicy jedną ręką i odkręcania wielkiej butelki drugą, czytania smsów, poprawiania makijażu (nowy puder Bobbi Brown Pale Yellow w kompakcie), przełączania ciepłego nawiewu bo jej wciąż marzną nogi, grzebania w torbie w poszukiwaniu błyszczyka, jabłka, suszonych owoców z Rosmanna bo nagle osłabła. Na zakrętach nie cierpi wielkich, chlapiących ciężarówek, które swoim cielskiem telepią jej autem, więc kiedy je mija często zamyka oczy na sekundę, kuli się, ale dzielnie jedzie dalej. Czasem śpiewa, obserwuje ptaki, które czarnymi przecinkami opanowują przedwiosenne niebo, obserwuje małe miasteczka delikatnie porozjeżdżane babuleńkami w chustkach na rowerach, zamyśli się nad założeniem pałacowo-parkowym w Końskowoli, rytmem niskiej zabudowy w Ćmielowie, precyzyjnie omija dziury w drodze jak w ementalerze, z którym ma kanapkę. A nad tym wszystkim, nad serpentynami parkingów, pochmurnym niebem, powrotami do domu do jego ciepłych rąk i rozognionych oczu, wciąż wisi przeświadczenie, że kiedyś się wreszcie uda, że przestaną ją wkurzać kobiety w ciąży w poczekalni, że i ona znajdzie się po ich stronie, że będzie mogła sobie ot tak kupić zieloną spódnicę z asos.com bez konieczności ciułania na zastrzyki kosztujące tyle ile para dobrych butów, że przestanie ją boleć codziennie coś i nastanie błogi spokój, że przestaną ją wkurzać reklamy leków i deserów dla dzieci i alejki w Tesco z dziecioubraniami i pieluchami, które mija po drodze po bagietkę wiejską , że wreszcie skończy się ten cały kocioł, wizyty u lekarza 160 km stąd, monitorowanie, obserwowanie, mierzenie, oczekiwanie i nieznośny ból, który trudny do uciszenia wciąż nie ustaje.
25 lut 2013
M 142 albo urodziny:
Wieczór zastukał smakiem czerwonego wina i czekoladowego tortu z malinami, nasączonego pigwówką, zawiany i zadeszczony nijaką pogodą. Jej urodziny, dzień, jak każdy, kiedy na świecie jest i konieczność i katarowa niemoc, która nieustannie przeszkadza w jakiejkolwiek percepcji. Ma 36 lat i lekko pogniecione miejsca pod oczami, które szczególnie widać, kiedy jest zmęczona lub niewyspana. Ma włosy ciemne i krótkie, z kilkunastoma siwymi, które skrzętnie tuszuje castingiem L'Oreala w odcieniu brązu i te włosy spina najczęściej w dobierany warkocz lub w takie zaplątane coś, bo ciągle nie może trafić na fryzjera idealnego, a takowy jest jedynie w mieście na Wu. Kiedyś malowała się mocniej, teraz najczęściej wystarczy kreska fioletowym eyelinerem Bobbi Brown, bakłażanowym L'Oreal, czarnym Kanebo lub Guerlain. Czasami poszaleje z cieniem na mokro, ale czeka na zielone, letnie tło, które doskonale wpasuje się w turkusowy rysunek na oku. Ma dwa tusze do rzęs, słabość do róży i korektorów, nadmiar błyszczyków, z których i tak używa zazwyczaj jednego, w tubce. Gdzieś się zgubiła świetlistość cery, częściej musi walczyć z tym, żeby wyglądać jak nie po tej stronie trzydziestki. Mogłaby więcej ćwiczyć, ale nie jest źle. Powinna, bo lubi, ale nie bardzo ma gdzie, bo nieustanna pogoń pracowa i zwyczajny brak stosownych miejsc odsuwa ją od tego. Jest najszczęśliwsza bo otoczona ludźmi, którzy są na wyciągnięcie litery, słowa i ręki. Ma najpiękniejsze domowe ciepło, witane codziennie trzykotami, psem i jego troskliwe ręce, które co rano przestawiają jej samochód, aby wyjazd był prosto w udany dzień. Nie umie żyć bez fioletowego koloru, kawy, malin, truskawek, kremu pod oczy, ulubionego ręcznika, zasypiania na jego lewym skrzydle a jak śpią do siebie plecami, to stykają się stopami w jeden ciepły krąg, kolczyków zależnych od nastroju, butelek z wodą, które rozsiewa wszędzie, czerwonego wytrawnego wina, sera cheddar i gorgonzola, czekolady, Krakowa, Trójki, nie umie nie zauważać i często zapomina, zwłaszcza to, co złe, bo po co trzymać takie kosze pełne śmieci w sobie. Jak w zeszłym roku tak i teraz jest roztargniona, zapomina wziąć zakupy ze sklepu, zapomina zabrać telefon z miejsca A i potem musi jechać kawał z miasta B po niego, rozsiewa spinacze do włosów, gubi łyżeczki, jest absolutnie ciepłolubna, nienawidzi demakijażu jak Morfeusz jej już jedną nogę wkłada do swojej łódki a tu trzeba jeszcze tyle zrobić, nie znosi wyjmować prania z pralki i zakładać poszwy na kołdrę bo się w niej regularnie gubi, nie cierpi monotonii i brudnych butów, ma w szafie kilkanaście par, które ma bo ma i nie wiadomo kiedy i gdzie wszystkie założy, ale zawsze znajdzie się odpowiednia do butów chwila.
Ona taka - rozmemłana wieczornie, wkładająca w najmniejszą rzecz całe serce jak w dziurkę od klucza, do której pasuje tylko ten jeden, zaśnie zaraz w ciszy ich kremowo-fioletowego domu i nastanie kolejny dzień, w którym będzie tyci tylko starsza i to zauważy jedynie kalendarz.
Ona taka - rozmemłana wieczornie, wkładająca w najmniejszą rzecz całe serce jak w dziurkę od klucza, do której pasuje tylko ten jeden, zaśnie zaraz w ciszy ich kremowo-fioletowego domu i nastanie kolejny dzień, w którym będzie tyci tylko starsza i to zauważy jedynie kalendarz.
17 lut 2013
M 141:
Kota wtula się w wieczór pachnący wątróbką z cebulą, do której dodała majeranku, a dodatkiem był szpinak baby z musztardowo-miodowym sosem i borówki. Zasada kocia i niezmienna - człowiek służy do leżenia, wmruczeć się więc należy i poubijać łapkami pozaciągany sweter. W przededniu wiosny, w oczekiwaniu na zmianę powietrza, w smętnym, zagubionym pośród pól lutym, w nabijanych nieustannie kilometrach, jest dużo miejsca na smak, na rozbijanie go na atomy, bo co może być ważniejsze w nijaki lutowy wieczór, niż spędzane razem chwile.
Krewetki, takie duże, z chrzęstem wrzuciła na rozgrzaną oliwą i czosnkiem patelnię, aż skurczyły się w białawe pierścionki nabijane na palec smaku. Podlane półwytrawnym, białym winem z nutką brzoskwini i masłem, gdzieś w dalekim tle pobrzmiewały wyrazistą nutą chili, stając się daniem wyśmienitym do jedzenia palcami i maczania kromek bagietki chłopskiej w aromatycznym, absolutnie rozkosznym sosie. Dziś dokończyli podany w dużym kieliszku mus z mlecznej czekolady, śmietanki i pigwówki w tle. Bo co innego jest ważne, kiedy dni na pozór podobne, liczone weekendami i znalezionym smakiem, tęskniły do kosmetycznych nowinek, które kusiły ze wszech stron, dawały bezsłońce i nijakość, watę cukrową śniegu na słupkach bramy i pomarszczoną białość z zeszłego tygodnia niczym skóra na czole boksera. Kiedy nastaną dni pełne zapachu obudzonej ziemi, kiedy zniknie szarobiałość i ruszy wielka i najwspanialsza wiosenna machina, te wszystkie zapowiadane kolory i smaki znajdą wspólny rytm. Małopisanie i nijakie, lutowe dni zbudują drabinę, po której wspiąwszy się, wystawi twarz do świeżego, nareszcie cieplejszego słońca.
Krewetki, takie duże, z chrzęstem wrzuciła na rozgrzaną oliwą i czosnkiem patelnię, aż skurczyły się w białawe pierścionki nabijane na palec smaku. Podlane półwytrawnym, białym winem z nutką brzoskwini i masłem, gdzieś w dalekim tle pobrzmiewały wyrazistą nutą chili, stając się daniem wyśmienitym do jedzenia palcami i maczania kromek bagietki chłopskiej w aromatycznym, absolutnie rozkosznym sosie. Dziś dokończyli podany w dużym kieliszku mus z mlecznej czekolady, śmietanki i pigwówki w tle. Bo co innego jest ważne, kiedy dni na pozór podobne, liczone weekendami i znalezionym smakiem, tęskniły do kosmetycznych nowinek, które kusiły ze wszech stron, dawały bezsłońce i nijakość, watę cukrową śniegu na słupkach bramy i pomarszczoną białość z zeszłego tygodnia niczym skóra na czole boksera. Kiedy nastaną dni pełne zapachu obudzonej ziemi, kiedy zniknie szarobiałość i ruszy wielka i najwspanialsza wiosenna machina, te wszystkie zapowiadane kolory i smaki znajdą wspólny rytm. Małopisanie i nijakie, lutowe dni zbudują drabinę, po której wspiąwszy się, wystawi twarz do świeżego, nareszcie cieplejszego słońca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)