Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
22 sty 2014
M 166 albo zima o tu:
Po jednej stronie strzelistego domu ogród zamarł jak z plastiku wygląda nie rusza się żadna gałąź trawa, nic. Po drugiej stronie oblodzony podjazd do bramy ona swoim Twingo nie wyjedzie bo jeszcze nie zmienił butów na zimowe i dopadła go wszechogarniająca białość i stoi tak aż jej go żal. Czy bardziej świat ze szkła czy z plastiku trudno powiedzieć bo ona nie wystawia nosa z ciepłego domu od dni kilku bo jak bo przecież na lodzie nie popchnie wózka z bezcenną nią, niestety. Pomiędzy tym światem milczącego ogrodu i nieco bardziej rozgadanej ulicy w strzelisty dach wbija się płacz małej jej bo nuda bo może dziś akurat nie lubi mamy bo coś jej przeszkadza i nie wiadomo co może jeszcze zły mieszkaniec brzuszka nie wyniósł się na dobre i daje czadu. Nie marzną jej ręce na kość nie pieką z mrozu jak kiedyś w mieście na Wu nie musi wyjeżdżać srebrnym autem w śliskie wstążki dróg i uważać jeszcze bardziej żeby nikt w nią nie wjechał bo ona jest teraz podwójnie bezcenna. Śpiąca. Zatrzymana w czasie. Z dniami podobnymi kiedy czas zwolnił do maksimum kiedy wszystkie jej ukochane mazidła leżą odłogiem kiedy nie maluje za dużo nie czyta kiedy właściwie jest tak jak kiedyś za jej dzieciństwa z wolno płynącym czasem bez telefonów bez fejsbuka z oczekiwaniem na list z czytaniem filipinki z odrabianiem lekcji przy czym jej lekcją jest sześciotygodniowa mała ona która zaczęła się uśmiechać i bawią się w ciemno jasno. A kiedy ona kiedyś wróci do pracy to jak to będzie może jej mózg wyparuje i ludzie pobawią się znów nim jak orzeszkiem bo znów gdzieś przestanie pasować jak zawsze zresztą. Na razie o tym nie myśli na razie zima biała jak przystało skończyły się z wózkiem spacery bo ślisko, trudno. Zamknięta w wieży o grafitowej dachówce łowi pierwsze jej uśmiechy w siatkę minut i godzin czeka na jego brązowe zmarznięte oczy śledzi żywot kominkowego płomienia i roztapia się nad każdym uważnym spojrzeniem jej. Wieczorem w łazience łowią się łakomie spojrzeniami patrzą uważnie na dość wymęczone twarze z troską pytając jak to jak tamto a potem odsuwają wszystko na jutro i zapadają w głęboki należący się im sen.
16 sty 2014
M 165:
Dni splatają się w jeden korowód krótkiego, płytkiego snu, siedzenia w piżamie czasem do popołudnia, zadeszczonego horyzontu, nie dojedzonego, zimnego obiadu, szykowanego między krótkimi drzemkami jej, jedzeniem banana bo najszybciej, myciem butelek, myciem siebie w ekspresowym tempie, w reklamówkach wypełnionych pieluchami do wyrzucenia, jej niemowlęcym gadulstwem i cudowną bliskością karmienia. Dni sączą się podobnie, ona czeka, kiedy on wróci, zaszeleści zakupami, zrobi sobie kawę, założy domową bluzę i weźmie pakunek z bezcennym skarbem, aby ona mogła spokojnie zacząć dzień na sobie. Kochają się spojrzeniami, w przelocie łapiąc słowa, że jest dzielna, że on też, bo dużo pracuje, że zrobiła tysiąc rzeczy z dzieckiem na rękach, a on miał wielu pacjentów i wracają do wspólnego punktu na fioletowej kanapie, sklejając godziny ze swojego dnia właśnie około dwudziestej. Ona z dnia na dzień odsuwa umycie umywalki i poskładanie prania, bo czasem nie może przedrzeć się przez krzyk, ani go zostawić a czasem zwyczajnie nie ma siły. Tak trudno bowiem skleić misternie nadlatujące cząsteczki snu pod delikatnymi powiekami dziecięcia o długich rzęsach. Ona utula każdą tę cząsteczkę odganiając niedobre dźwięki, jakby ten sen był najcieńszą pajęczyną, której za nic nie można rozerwać i w tej pajęczynie mały człowiek powinien się otulić w ciągu dnia, ale tego nie robi. Budowanie mostu, na końcu którego Morfeusz czeka za swoją łódką czasem trwa bardzo długo, a w tej podróży pomaga i smoczek i owca z z bijącym sercem i głaskanie po głowie. A tu pies żąda, kot miauczy a ona z zawiniątkiem chodzi, żeby usnęło albo lula i tak całymi dniami, całą dobę odgarniając z małej główki wszystko co niedobre. I nie zawsze się niestety udaje. Podobnie jak wyganianie potwora z brzucha, który tam siedzi i męczy małego człowieka, rozpiera małą buzię w strasznym grymasie płaczu a ona musi to wytrzymać i nie włączać empatii, że człowiek cierpi a to bardzo trudne. Ona łapie pierwsze uśmiechy i badawcze spojrzenia jej wielkich oczu, rozbija na atomy każdy najmniejszy nastrój małej jej, słucha intuicji, czuwa i wycisza małą ją, otula się domem i dobrze jej z tym, choć zamyka się w coraz mniejszej przestrzeni.
3 sty 2014
M 164:
W Nowy Rok wkroczyła z ogromnym spokojem, że spełniło się to, co wypełnić się miało, ale było przez lata odsuwane z powodów pokrętnego Losu, który nareszcie przekręcił kurek na właściwy tor i ustawiła wszystko jak być powinno. W tamtym roku poznała nową, obezwładniającą miłość, która wypełniła połowę grudnia i rozleje się na cały rok kolejny i na każdy następny i nic już nie będzie tak jak samo, i na to nic tak samo czekała tyle tyle. W tamtym roku było dużo śniegu na początku roku, bardzo wielu wspaniałych nowych ludzi, cebularze, potem wiosna, wymarzone dwa milimetry, rozsłonecznione lato, malwy podpierające upalne niebo w Kazimierzu i smak wędzonej ryby na bezkresnych Mazurach. Dni rośnięcia brzucha i tysiąca nowych rozmów, splątanych wątków i nieoczekiwanych, radosnych wiadomości. Dni zaufania i niepokoju, więcej słońca niż chmur, więcej spokoju niż drgań. Ciekawe, ile Los będzie wygładzał i prostował przed nią ścieżki, czy nadal w tym roku będzie układał wszystko, jak na Serafinów przystało, jak na ósme niebo, w którym rośnie ich nieduży dom. Nie kusi, niech tak będzie jak jest, jak coś dużego dobrego się przytrafi, to ucieszy się, doceni jak prezent. Nauczyła się odpuszczać, że coś nie posprzątane czeka na swój sprzątania czas, że trzeba spać jak można, pomimo rzeczy do zrobienia tysiąca. W zeszłym roku nie przybyło zmarszczek, ciało ładnie przeszło przez ciążę, nie pozostawiając żadnych niechcianych pamiątek, chociaż pewnie nie będzie już takie samo. Mogłaby więcej malować, pastele i akwarele czekają, a tu nic, a tu weny nie było, jakby cała jej wyobraźnia, wszystkie kwiaty, którym chciała nadać papierowe życie, skumulowały się w jej brzuchu na kreowaniu małego, idealnego cudu. Mogłaby pamiętać, że nie ma musztardy do parówek, że gdzieś zgubiła malutką skarpetkę i że pralka zjada skarpetki jego i jak to się dzieje, nie wie za nic. Może w tym roku uda się być jeszcze bardziej zorganizowaną. Może nauczy się wyjeżdżać toyotą z garażu. Nie przestanie mieć kultu podłogi i nie polubi nakładania poszewki na kołdrę. Postara się być lepszą i jeszcze bardziej zauważać. Pamiętać o urodzinach przyjaciół i o znajomych w ogóle i dzwonić, a nie wtedy, kiedy jest już późno a potem jest głupio i się milczy i kontakt się urywa jak za cienka nitka do szycia grubej tkaniny. Przestanie się przejmować jak ktoś robi głupoty, bo to są głupoty jego a nie jej i nie ma co wyżywać swojego życia na czyjeś bezpotrzebnie. Pozbędzie się butów, w których nie chodzi i ubrań, których nie założy, bo są za czarne, za mało przydatne albo za małe. Nie zapuści włosów, chociaż bardzo często jej się śni, że ma długie i lśniące. Nauczy się odkładać rzeczy w miejsca im przeznaczone i przez to będzie można znaleźć pompkę do materaca i jego bluzę do biegania, która pobiegła gdzieś za impulsem i się raczej nie znajdzie. Poszuka rękawiczek, które mieszkają wszędzie, tylko nie na jej rękach. Niech ten rok sączy się zdrowo i bezpiecznie. Niech ci, którzy czekają i szukają, którymś z jakiś powodów życie odsuwa złote runo i ósme niebo - niech znajdą. Ona bardzo czuwa, aby tak było.
21 gru 2013
M 163 albo jak nie wierzyć w anioły:
I nadszedł wyczekiwany, grudniowy wieczór, kiedy dziać się zaczęło, a tego dnia była bardzo zmęczona i myślała, że nie wytrzyma
długiej, bolesnej nocy, ale się udało, jakby organizm wrzucił piąty
bieg. I było tak jak chciała, jak sobie wymyśliła, jak przewidziała, to magiczne przejście na świat, wielkie tsunami wzruszenia, a potem dwie godziny tylko w trójkę
i oglądanie małych rąk o jej paznokciach i stopek o kształcie stóp jego
i wielkich, zamkniętych oczu i przylegających uszu. Nić, jaka łączy ją z
nią, to mało powiedziane, to powróz niesłychany, z żelazobetonu, nie
potrafi przez niego nawet wyjść na chwilę do sklepu, jest w stanie wytrzymać piętnaście minut bez
tej ślicznej, małej, zgrabnej główki, bez jeszcze granatowych oczu
wpatrzonych w nią, bo może akurat zrobiła się głodna, a tego troskliwy
tata nie utuli. Mamą staje się stopniowo, zapomina się o bólu, bo on
zawsze towarzyszy narodzinom i to jest normalne, więc najpierw jest
oszołomienie, że to już, że się stało, że to maleństwo jest cudem,
połączeniem ich, jakby się niebiosa zmówiły, że ma być właśnie taka i
właśnie teraz, a później się zaczyna. Rośnie to gigantyczne
przywiązanie, zazdrości się innym kolanom, że trzymają zawiniątko z nią,
bo ona przecież i on też utulą najlepiej na świecie i nikt inny nie
głaszcze z czułością małej głowy tak jak oni. Jak cudownie czas zakreśla
swoje pętelki sprawiając, że ona rośnie, z dnia na dzień się zmienia,
jak cudownie, najpiękniej jest obserwować każdą bezcenną w niej zmianę,
która ma swój jeden jedyny moment. Gdzieś tam narastają Święta, a ona po
raz pierwszy w życiu nie dba o leżący kurz, o to, że nie będzie stać w
świątecznej kolejce po świąteczne konieczności, bo ta mała wymija
wszystko i jest wszystkim, prezentem, brylantem, wymarzoną hondą jazz, szczęściem totalnym i rosnącym w niej jak las z sekwojami.
Ma jeszcze zapędy na bycie doskonałą panią domu, ale widok maleńkiej,
wpatrzonej w nią buzi z wielkimi oczami, rąk układanych w opowiadające
co słychać, niemowlęce historie, skutecznie je studzi. Mogłaby tak
siedzieć razem z nim i w trójkę zawiesić się w bezczasie, chociaż
miauczą pieskoty, chociaż trzeba by coś zjeść, nawet suchą bułkę jak
nakazuje bezlaktozowa dieta, jakby za oknem nie istniał świat, jakby w
kalendarzu nie galopowały dni ku Świętom. Niebywałe poczucie, że oto
doszła do pełni, do której prowadziła bardzo długa droga, udało się, tak
bardzo bardzo i teraz będzie z całej siły czuwać, rozłoży skrzydła, aby
jej ukochany mały anioł, najcudowniejsze połączenie ich, rosło pięknie
jak nieujarzmiona, ogromna miłość, z której powstał.
5 gru 2013
M 162:
Tak, to miało być dziś, kiedy spojrzała w marcu w dół kalendarza, miesiące potoczyły się szybko, w dół, aż do samego czwartego grudnia, kiedy w jego okolicy miało nastąpić wielkie wydarzenie, ale nie nastąpi, wybierze sobie moment kiedy indziej.
Oj chodź już tu bądź z nami z tatą który ma świder w ciemnych troskliwych oczach i z mamą która wczoraj biegała po lesie krokiem legionów rzymskich żeby było szybciej żebyś już była bo świetnie się nadal czuje podobnie jak Ty tam. Oj bądź już tu gdzie dwakoty i brązowy pies który boi się sztućców kominkowych i śpi w kocim spaniu i pogryzł ostatnio swoje duże nie do zdarcia i co teraz. Codziennie robi się coraz zimniej świat robi Ci miejsce no chodź już tu mama jeszcze wcina musy czekoladowe orzechy i miód z Mazur przywieziony gryczany bo potem może go jeść nie móc a uwielbia. Gotowa z wszystkim sprząta obiady wymyśla i dziesięć razy przepakowuje torbę bo jeszcze ręcznik ciemny bo część śpiochów wyjęta bo i tak tata je później przywiezie i obładowana książkami herbatą nawet puszką z musli uzbrojona w zalążek domu pojedzie do szpitala i tam będzie na Ciebie czekać grzecznie i najbardziej cierpliwie jak umie obiecuje. Ciekawe czy będziesz lubiła ważki i spacery nad jezioro i robienie muffinek i kolor fioletowy czy uwierzysz w księżniczki i moc niebieskiego koralika jak w Karolci czy będziesz kochała cztery warszawskie pstroczki bała się Karma i Katli, wierzyła w Nangilimę i bała się Muminków. Czy z tatą o piegowatej skórze będziesz wygrzewała się na sośnie gdzie powstanie Twój domek i razem z nim poznasz jaki jest koci nos a jaki psi czy poznasz głos czarnej koty która wmruczała się w maminy brzuch bo wiedziała że tam jesteś jakimś kocim zmysłem nie wiadomo skąd. No bądź - pojawisz się kiedy chcesz nie kiedy farmakologiczne wymysły zmuszą Cię to ruszenia się stamtąd ale bądź. Świat osiwiał od tej ogromnej cierpliwości, na którą ona musi się zdobyć, zamknięta w przestrzeni konieczności szpitalnego pudełka czeka tak cierpliwie na ile ją stać.
13 lis 2013
M 161 albo ona i ona i on:
Zawsze będzie pamiętać moment, kiedy w połowie marca wiedziała, że mała istota, na którą czekali długo a ona jeszcze dłużej, wybrała właściwą chwilę na pojawienie się w niej. Dzieci wybierają sobie rodziców, wpasowują się w jedną czasoprzestrzeń i są.
Od tamtego marca do tego listopada minęło dziewięć najpiękniejszych miesięcy wypełnionych najpierw okropną sennością, znamienitą zwłaszcza na stacji Shell pod Puławami, a potem słonecznym, ogromnym i radosnym latem, kiedy ściągnęła do domu wszystkie nitki przyjaźni, kiedy zawęziła więzy między stęsknionymi dziewczynami.
Dla małej jej dni były wypełnione słuchaniem bicia serca, patrzeniem od spodu na rosnący brzuch, jak robi się w nim coraz więcej miejsca i można fikać nogami, słuchaniem, jak mama szumi po nim wtedy prysznicem i robi się ciepło. Niezmienne podróże ŁódźKrakówWarszawaKazimierzDolnyŁódźKrakówWarszawaNowySącz zmieszały się w jeden radosny ciąg, który mała ona mogła czuć wibracjami ich szafirowych samochodów. Co ona czuje. Co i ile słyszy. Jakie polubiła smaki i czy będzie pamiętać kolację w sierpniowy wieczór w tajskiej knajpce, kiedy jej mała koleżanka, już na zewnątrz, podbijała serca francuskich turystów. Najpierw razem miały fazę na pomarańcze, potem na kiszone ogórki, hot dogi, chili i mleko kokosowe, potem na słodkości, skrzętnie wydzielane rozumem. Przez te miesiące mijały kolejne spodnie, potem zostały już tylko getry, bo nawet ciążowe dżinsy nieprzyjemnie uciskają dół brzucha, zwłaszcza jak siedzi. Poduszek wtedy nigdy dość. Aż urosła trochę ona i bardzo ta druga mała, będąc już na końcu swojej dziewięciomiesięcznej symbiozy.
No więc jaka ona tam jest. Jak wygląda. Będzie zdrowa. Z oczami jej czy jego. Czy będzie miała piegi po tacie i język geograficzny po mamie. Jak zareaguje na kotę, która tyle czasu nieustannie mruczała w urosłą górę jej brzucha, wywołując ruchy tektoniczne. Co zrobi jak zobaczy śmieszną mordę psa, ustawicznie śpiącego w kocim spaniu. Czy jest ciekawa, jak wyglądają jej mama i tata, chociaż może ich sobie już wcześniej pooglądała gdzieś z góry.
Ona patrzy na górę swojego brzucha, na razie spokojnego i czeka na to, kiedy ta mała, ukochana ona wybierze sobie dzień na urodziny. Czy będzie to czwartek czy niedziela. Czy ona będzie sama w domu, czy raczej splotą się wszyscy w jeden wspólny wieczór. Czy stanie się to wtedy, kiedy spakuje torbę do szpitala, bo na razie jeszcze nie ma odwagi. Zostało mało czasu, coraz mniej cierpliwości, żeby przesuwać takie same koraliki dni po nitce tygodnia. Kiedy zobaczy małe stopki i ręce, wykrzywioną buzię i ciemne włoski i pochylone nad nimi jego rozpalone, przejęte oczy, kiedy wyłączą te wszystkie lampy i łóżka i zostaną sami w trójkę, rozpadnie się na atomy ze szczęścia, tak wielkiego, że za nic chyba go nie uniesie i wyleje się z niej ta przepastna, ośmioletnia tęsknota, bo tyle na małą nią czekała.
5 lis 2013
M 160 albo rok temu:
Też padał deszcz, a ona zamknięta w molochu na wjeździe do Łodzi, leżała na niewygodnym, skrzypiącym łóżku, na moment wysiadłszy z kołowrotka w mieście na Wu, jeszcze wtedy. Badała teren, czy najbardziej oczekiwana mała ona, może w niej zamieszkać. Po lewej stronie leżała dziewczyna z czwartym dzieckiem w drodze, po prawej taka też z dzieckiem, ale sporo mniejszym i z niepokojącymi objawami, a pośrodku ona z boleśnie pustym brzuchem. Gdzieś tam, w świecie okrągłych białych stołów, fleszy i gwiazd, rozdawano nagrody "Doskonałość Roku" i ona wiedziała, że będzie sukces, bo włożyła w niego całą duszę po sam koniec, a duszę ma przepastną, pojemną i dużą. Nie mogło się nie udać, po raz trzeci i być może ostatni, chyba, że Los znów stworzy okoliczności, w których trzeba będzie zaczarować i z całej siły wierzyć, że się uda. Bo jakby nie wierzyła w wyznaczane cele, to nigdy by się jej nic nie udało. I nie umiałaby się podnieść z żadnej porażki i z tych podnoszeń nie powstałby sukces. Więc rok temu wyłączyła windę z pracą i stanęła miedzy piętrami i odpowiedziami, co tak naprawdę teraz powinno być ważne. Dziewczyny po prawej i po lewej patrzyły na nią trochę jak na zjawisko, które wypadło z czasopisma, z tych wszystkich określeń, z których składał się jej świat w mieście na Wu, sklejał w jeden kawałek - rozumiejąc tylko przyimki. Ona, wpatrzona w służbowe blackberry dostała informację, że się jednak udało. Radość na szpitalnym łóżku, pomieszana z niepewnością, czy uda się i wszystko z tym, co w niej, mieszała nastroje. I tak, jak rok temu padał deszcz, tak i teraz rozdawały się nagrody ponownie, bez udziału jej serca już, ona, będąc w gdzieś hotelu i czytając tę wiadomość, że się ponownie odbył ten prestiżowy spektakl wie, że i ona dostała najcenniejszą, tegoroczną Doskonałość, która jest ponad wszystkie blichtry i konsumpcje świata, ponad nie docenienia, ponad tytaniczną pracę, cierpliwość i wiarę, ponad wszystkie cienie - ją.
31 paź 2013
M 159 albo ogród zasycha:
Rdzewieje wszystko wokół stawu, klon już nagi, modrzew zbladł i czeka na wiatr, który zabierze mu resztki ubrania. Pachnie zaorana ziemia, pachnie ostatnie październikowe słońce, a zimowe, nocne godziny nadziewają się na sierp księżyca, który ona obserwuje regularnie wstając w nocy bo musi. Niebo z pozycji fioletowej kanapy wciąż jest bardzo duże i niebieskie, wykrojone półkoliście i odsłonięte, pozwala oglądać gości u sąsiadów i ich duży garaż i mrużyć oczy w jeszcze ciepłym słońcu. Męczy się coraz bardziej, piłka z dzieckiem w środku przeszkadza w oddychaniu, podskakuje samoistnie, nie pozawala na swobodne schylanie się, wiązanie butów i trochę zaczyna nie mieścić się za kierownicą. Rośnie sobie ta mała tam, napawając ich niezmienną radością, rozmawiają sobie z nią pukając palcami w brzuch, a ona zaraz się odzywa, fikając całą sobą. Nie mogą się doczekać oczu, palców, krzyku, uśmiechów, całej jej, która zawładnie nimi do końca życia, niewiarygodny cud, który powstał z dwóch mikrocząsteczek jej i jego, które spotkały się w jednym czasie. Więc ciągle jeszcze czekają, ona dużo w domu, odpoczywa, jeszcze robi zakupy, jeszcze gotuje, sprząta trochę mniej, leży dużo na lewym boku bo tak trzeba, śni o trojaczkach, zasypia szybko i mocno. Czas i zwolnił i przyspieszył w innym wymiarze, odarta z dodatkowych zajęć, z kosmetycznego świata, który gdzieś tam sobie istnieje i ma się dobrze, tęskni trochę za tym swoim ustawicznym podróżowaniem, podglądaniem rytmu miasta, tym, co nowego w starych, znanych miejscach, zjadłaby drożdżówkę z małej cukierni przy Pięknej, albo od Hawełki albo od Dybalskiego, smaki ma rozpięte pomiędzy trzema miastami i ciągle szuka tego w tym czwartym, najmniejszym, tu. Na razie polubiła targ, na który mówi się targowica, nie rynek jak w mieście na Ł, na którym można kupić kółko do taczki, pojedyncze małe pory i selery z nacią, leżące pojedynczo na drewnianych skrzynkach, natkę pietruszki za złotówkę od starszego pana ze sztucznym okiem, marchewkę z ziemią, bo taka najlepsza z pola, rozmaite mięsiwa i swojskie kiełbasy, troskliwie opakowywane w papiery przez sklepowe panie o spracowanych twarzach i rękach. Nie ma białego sera od baby próbowanego na końcu noża jak w mieście na K, nie znalazła regionalnych smaków, oprócz dżemów, troskliwie robionych przez jednego pana z ulicy Miłej, salcesonu nie jada, a podobno świetny, ale może powoli coś jeszcze uda się znaleźć, zwłaszcza, kiedy będzie paradować z wygodnym wózkiem Casualplay S4 o świetnych resorach na te góry i doły. Uwielbia sympatyczne panie w Lewiatanie, które dbają o najlepszy towar i hojnie nakładają śledzia z żurawiną, panie w kiosku, które zawsze starannie pakują gazety i się witają i żegnają, nie znosi mięsnego, w którym nieznośna kolejka i tryliony oczu wpatrzonych w jej brzuch, który musi czekać na swoją kolej nawet pomimo próśb, takie życie. Wzgórza i doliny, zaniedbany park, rynek z popsutą zabudową w ciągłym remoncie, piękny zalew i las, dziwne trochę to jej miasto, kontrastów pełne i pozytywnych zakamarków z dobrymi ludźmi, i w takim mieście właśnie za miesiąc pojawi się mała ona, stworzona z jej miłości do podróżowania i bycia na miejscu jak on i ciekawe co z tego ich połączenia się okaże.
17 paź 2013
M 158:
Poranki zaczyna o świcie, kiedy w brzuchu, zwłaszcza po prawej stronie budzi się mała ona, macha rękami, przekręca się, kopiąc silnie piątą i szóstą godzinę, popychając zegar nie spaniem. Ona wsłuchuje się w jego stabilny oddech, przygląda, jak profil o małym nosie rysuje świt i jak zapalają się światła w dachowych oknach u sąsiadów naprzeciwko. Zanim się przekręci z boku na bok, trochę mija, bo ośmiomiesięczny brzuch żyje własnym życiem, nie bacząc na wygodną poduszkę fasolkę, która zawsze przynosi błogi sen. Świt więc nastaje i tak ona rozpoczyna dzień, rozbudzony znienacka, zaczynając nie wyspany dzień. Potem czeka, sprząta trochę, gotuje, aby zdążyć z nim zjeść obiad, potem on pije szybką kawę i jedzie szafirowym samochodem na drugi koniec miasta, a ona czasem śpi, czyta, idzie na spacer z psem na niebieskiej smyczy, który oszalały z nosem przy ziemi zgłębia kody i wiadomości zostawione na trawnikach i w zaułkach przez inne psy. Brzuch nie pozwala szaleć, zbyt długo iść, bo już się trochę bardziej męczy, już gorzej się z nim oddycha. Pudelki i plotki nie będą śledziły, ile przytyła, czy wyszła umalowana czy nie, w małym mieście jest zupełnie anonimowa, nie ma znaczenia, nie musi się niczym przejmować, bo tu nie spotka koleżanki ze studiów, ani ze szkoły, ani nawet znajomej. Pozdrawiają się z panią z kiosku z gazetami i z paniami z Lewiatana, które sprowadzały dla niej sok z buraka, pity przez nią lata świetlne, aż jego smak umarł na zawsze z przesytu. Chodzi sobie po sklepach wyszukując smaczki, przesuwa czas na suwaku dni, aby szybciej minął, bo ciąża to tak naprawdę i duże, najpiękniejsze na świecie wyciszenie i wielka samotność. Nie czyta głupkowatych forów dla betoniarek, folguje przy Milce z karmelem, ale z umiarem. Brakuje jej pracy, chociaż nie ustaje w planach na po. Rozgrzewa się w kokoniastym płaszczu, podglądając, jak jesień coraz bardziej rdzawi i ogałaca ogród. Wścieka się na psa, który nieustannie chce wejść i wyjść bo coś, bo zjadł i musi, bo coś widzi, bo niespokojny, a ona już nie wstanie w minutę, nie wygrzebie się szybko z fioletowej kanapy. Usiłuje zrobić sobie pedicure najlepiej jak umie, co nie jest łatwe, kiedy manewruje się obok piłki lekarskiej chcąc precyzyjnie dosięgnąć stopy. Ogląda wieczorne seriale i programy kulinarne, czyta gazety bogate w ploty i książki o dzieciach, nie wiedzieć czemu nie mogąc skupić myśli na niczym poważniejszym. Potem w łazience o rozkosznie ciepłej podłodze kąpie się w olejku Eucerin albo żelu pod prysznic Lierac, wciera oliwkę Clarinsa i krem do ciała Tołpa Body Mum, serum Lierac i krem na noc Eris Tokyo Lift, który delikatnie napina jej skórę. Pielęgnuje się póki czas, bo może sobie na to pozwolić, na ten luksus, za którym tęskniła tyle. Rozbija na cząsteczki te dzienne chwile, które spędza w ciepłym, jesiennym domu z pieskotami i wierzgającym brzuchem, którego zawartość kocha nad życie. I tak aż do kolejnego zmrużenia oczu, kiedy świt i brzuch zastukają równocześnie, że już trzeba otworzyć kolejny dzień, śniadaniem z nim, pozaglądaniem tu i tam i podobnym rytmem, który coraz bardziej zbliża ją do tego, co zależy wyłącznie od niej i jest najbardziej nieuniknione na świecie.
9 paź 2013
M 157 albo łatwopalni:
Nie ona wymyśliła to słowo, nie szkodzi, ale jakże ono istotne, jak bardzo na codzień i wszędzie na czasie, łatwopalni są wokół w przyjaźniach, w zaczynaniu i nie kończeniu, w chęciach i rozmytym horyzoncie, w planach i finałach, w związkach i rozstaniach. Ile ona ma za sobą znajomości przelotnych, z pracy, z kolonii, z imprez, polubień na Facebooku ludzi, dla których nieustannie życzliwą jest, ale nie sposób wszystkich ugłaskać, pozdrowić, zapytać co tam, bo zresztą i tak się usłyszy w porządku i nie ma rozwoju kłębka do nici rozmowy. Kończy się pracę i już, pakuje pudełko z materiałami, gubiąc po drodze tysiąc rzeczy i zostawiając pożyczone książki na półkach osób, którym się je pożyczyło, mówi cześć a potem podgląda zaledwie co się u nich dzieje, albo i nie, bo po co, świat jest pojemny na następne wątki. Ona ma tysiące rozplątanych nitek znajomości, nie da się wszystkich uporządkować w kłębki, zresztą po jakimś czasie się plączą, aż głupio zapytać co tam i w tym stanie tkwi się tak aż w nieskończoność, a można by to przerwać jednym słowem. Ale może tamta strona ma tak samo, że nie chce, że nie potrzebuje, że ucięła nitkę i tylko nie odlubiła od znajomych i tak się to wszystko ciągnie bez celu.
Ona tak ma, że czasem się martwi, że komuś źle albo dobrze, a ona nie ma odwagi utulić albo uśmiechnąć się razem z tą osobą, bo w sumie zamknęło się jakiś rozdział i po co wracać, nie można z wszystkimi przeżywać trosk i radości, chociaż bardzo by chciała, bo za mała na to wszystko i za mały czas. Łatwopalna w obietnicach jak każdy, obserwuje innych łatwopalnych, którzy są na różnym etapie milczenia i cierpienia, że się w porę nie odezwało, albo nie domówiło, nie dopisało, nie wyjaśniło. A może jest tak, że się po prostu odchodzi, jakby się na swojej linie wspinaczkowej odpadało od ściany i już i szło dalej i nic to, takie życie i już, bez myślenia, że ktoś, od kogo się odpadło, kto był kiedyś wsparciem i ścianą może płakać, może tęsknić, ale nic nie powie bo takie życie przecież. Najważniejsze to zauważyć, że tak jest, chociaż kto tak powiedział, skoro najważniejsi dla ludzi są najczęściej oni sami. Ona tak nie umie, chociaż zostawiła za sobą wiele rozpoczętych wątków wśród znajomych, zawsze o nich myśli, przeżywa samotności, niemożności, potknięcia, milczenia. Ma za sobą jedną przerwaną przyjaźń, której linę musiała odciąć z niezrozumienia, z niedopowiedzenia, która nad nią trochę wisi jak nieczynne wysokie napięcie, ale tak być musiało, takie najwyraźniej było przeznaczenie. Chociaż uwiera.
Patrząc w dół lat przeżytych spotkań, nawiązanych i otwartych obietnic wie, że nie jest jedyną łatwopalną, że tak się dzieje w świecie, szkoda tylko, że czasem tak szybko, że czasem można by odezwać się nieco bardziej i pociągnąć nitkę znajomości bo nie wiadomo, kiedy ona się urwie i co w nas zostawi. To trochę tak, jak z porami roku - zawsze są, mają określone kolory, ale po czasie nie pamięta się jaka była temperatura ani kolory. Kto więc nie jest dziś łatwopalny, kto podtrzymuje wszystkie nawiązane znajomości, zauważa, dba i chroni, kto pyta i rozmawia i się przejmuje, kto się nie obraża, rozumie i czeka i nie zostawia, kiedy ten drugi odpada od ściany?
A najbardziej istotne jest to, że nigdy się nie wie, kiedy widzi się drugą osobę ostatni raz i co ten raz w nas pozostawia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)