Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
17 paź 2013
M 158:
Poranki zaczyna o świcie, kiedy w brzuchu, zwłaszcza po prawej stronie budzi się mała ona, macha rękami, przekręca się, kopiąc silnie piątą i szóstą godzinę, popychając zegar nie spaniem. Ona wsłuchuje się w jego stabilny oddech, przygląda, jak profil o małym nosie rysuje świt i jak zapalają się światła w dachowych oknach u sąsiadów naprzeciwko. Zanim się przekręci z boku na bok, trochę mija, bo ośmiomiesięczny brzuch żyje własnym życiem, nie bacząc na wygodną poduszkę fasolkę, która zawsze przynosi błogi sen. Świt więc nastaje i tak ona rozpoczyna dzień, rozbudzony znienacka, zaczynając nie wyspany dzień. Potem czeka, sprząta trochę, gotuje, aby zdążyć z nim zjeść obiad, potem on pije szybką kawę i jedzie szafirowym samochodem na drugi koniec miasta, a ona czasem śpi, czyta, idzie na spacer z psem na niebieskiej smyczy, który oszalały z nosem przy ziemi zgłębia kody i wiadomości zostawione na trawnikach i w zaułkach przez inne psy. Brzuch nie pozwala szaleć, zbyt długo iść, bo już się trochę bardziej męczy, już gorzej się z nim oddycha. Pudelki i plotki nie będą śledziły, ile przytyła, czy wyszła umalowana czy nie, w małym mieście jest zupełnie anonimowa, nie ma znaczenia, nie musi się niczym przejmować, bo tu nie spotka koleżanki ze studiów, ani ze szkoły, ani nawet znajomej. Pozdrawiają się z panią z kiosku z gazetami i z paniami z Lewiatana, które sprowadzały dla niej sok z buraka, pity przez nią lata świetlne, aż jego smak umarł na zawsze z przesytu. Chodzi sobie po sklepach wyszukując smaczki, przesuwa czas na suwaku dni, aby szybciej minął, bo ciąża to tak naprawdę i duże, najpiękniejsze na świecie wyciszenie i wielka samotność. Nie czyta głupkowatych forów dla betoniarek, folguje przy Milce z karmelem, ale z umiarem. Brakuje jej pracy, chociaż nie ustaje w planach na po. Rozgrzewa się w kokoniastym płaszczu, podglądając, jak jesień coraz bardziej rdzawi i ogałaca ogród. Wścieka się na psa, który nieustannie chce wejść i wyjść bo coś, bo zjadł i musi, bo coś widzi, bo niespokojny, a ona już nie wstanie w minutę, nie wygrzebie się szybko z fioletowej kanapy. Usiłuje zrobić sobie pedicure najlepiej jak umie, co nie jest łatwe, kiedy manewruje się obok piłki lekarskiej chcąc precyzyjnie dosięgnąć stopy. Ogląda wieczorne seriale i programy kulinarne, czyta gazety bogate w ploty i książki o dzieciach, nie wiedzieć czemu nie mogąc skupić myśli na niczym poważniejszym. Potem w łazience o rozkosznie ciepłej podłodze kąpie się w olejku Eucerin albo żelu pod prysznic Lierac, wciera oliwkę Clarinsa i krem do ciała Tołpa Body Mum, serum Lierac i krem na noc Eris Tokyo Lift, który delikatnie napina jej skórę. Pielęgnuje się póki czas, bo może sobie na to pozwolić, na ten luksus, za którym tęskniła tyle. Rozbija na cząsteczki te dzienne chwile, które spędza w ciepłym, jesiennym domu z pieskotami i wierzgającym brzuchem, którego zawartość kocha nad życie. I tak aż do kolejnego zmrużenia oczu, kiedy świt i brzuch zastukają równocześnie, że już trzeba otworzyć kolejny dzień, śniadaniem z nim, pozaglądaniem tu i tam i podobnym rytmem, który coraz bardziej zbliża ją do tego, co zależy wyłącznie od niej i jest najbardziej nieuniknione na świecie.
9 paź 2013
M 157 albo łatwopalni:
Nie ona wymyśliła to słowo, nie szkodzi, ale jakże ono istotne, jak bardzo na codzień i wszędzie na czasie, łatwopalni są wokół w przyjaźniach, w zaczynaniu i nie kończeniu, w chęciach i rozmytym horyzoncie, w planach i finałach, w związkach i rozstaniach. Ile ona ma za sobą znajomości przelotnych, z pracy, z kolonii, z imprez, polubień na Facebooku ludzi, dla których nieustannie życzliwą jest, ale nie sposób wszystkich ugłaskać, pozdrowić, zapytać co tam, bo zresztą i tak się usłyszy w porządku i nie ma rozwoju kłębka do nici rozmowy. Kończy się pracę i już, pakuje pudełko z materiałami, gubiąc po drodze tysiąc rzeczy i zostawiając pożyczone książki na półkach osób, którym się je pożyczyło, mówi cześć a potem podgląda zaledwie co się u nich dzieje, albo i nie, bo po co, świat jest pojemny na następne wątki. Ona ma tysiące rozplątanych nitek znajomości, nie da się wszystkich uporządkować w kłębki, zresztą po jakimś czasie się plączą, aż głupio zapytać co tam i w tym stanie tkwi się tak aż w nieskończoność, a można by to przerwać jednym słowem. Ale może tamta strona ma tak samo, że nie chce, że nie potrzebuje, że ucięła nitkę i tylko nie odlubiła od znajomych i tak się to wszystko ciągnie bez celu.
Ona tak ma, że czasem się martwi, że komuś źle albo dobrze, a ona nie ma odwagi utulić albo uśmiechnąć się razem z tą osobą, bo w sumie zamknęło się jakiś rozdział i po co wracać, nie można z wszystkimi przeżywać trosk i radości, chociaż bardzo by chciała, bo za mała na to wszystko i za mały czas. Łatwopalna w obietnicach jak każdy, obserwuje innych łatwopalnych, którzy są na różnym etapie milczenia i cierpienia, że się w porę nie odezwało, albo nie domówiło, nie dopisało, nie wyjaśniło. A może jest tak, że się po prostu odchodzi, jakby się na swojej linie wspinaczkowej odpadało od ściany i już i szło dalej i nic to, takie życie i już, bez myślenia, że ktoś, od kogo się odpadło, kto był kiedyś wsparciem i ścianą może płakać, może tęsknić, ale nic nie powie bo takie życie przecież. Najważniejsze to zauważyć, że tak jest, chociaż kto tak powiedział, skoro najważniejsi dla ludzi są najczęściej oni sami. Ona tak nie umie, chociaż zostawiła za sobą wiele rozpoczętych wątków wśród znajomych, zawsze o nich myśli, przeżywa samotności, niemożności, potknięcia, milczenia. Ma za sobą jedną przerwaną przyjaźń, której linę musiała odciąć z niezrozumienia, z niedopowiedzenia, która nad nią trochę wisi jak nieczynne wysokie napięcie, ale tak być musiało, takie najwyraźniej było przeznaczenie. Chociaż uwiera.
Patrząc w dół lat przeżytych spotkań, nawiązanych i otwartych obietnic wie, że nie jest jedyną łatwopalną, że tak się dzieje w świecie, szkoda tylko, że czasem tak szybko, że czasem można by odezwać się nieco bardziej i pociągnąć nitkę znajomości bo nie wiadomo, kiedy ona się urwie i co w nas zostawi. To trochę tak, jak z porami roku - zawsze są, mają określone kolory, ale po czasie nie pamięta się jaka była temperatura ani kolory. Kto więc nie jest dziś łatwopalny, kto podtrzymuje wszystkie nawiązane znajomości, zauważa, dba i chroni, kto pyta i rozmawia i się przejmuje, kto się nie obraża, rozumie i czeka i nie zostawia, kiedy ten drugi odpada od ściany?
A najbardziej istotne jest to, że nigdy się nie wie, kiedy widzi się drugą osobę ostatni raz i co ten raz w nas pozostawia.
29 wrz 2013
M 156 albo wsiąkła we wrzesień:
Wrzesień potoczył się jak śliwka, których zatrzęsienie, podobnie jak kropli deszczu i zasnutego nieba. Upalne lato zakończyło się nadmiarem pracy i brakiem w niej liter, dniami rośnięcia brzucha, jego zatroskanych oczu, że ona tyle przed komputerem jak mnich. Ale i tak znaleźli czas na słoneczne krakowienie się, na pokoju dla małej urządzanie, w kremach, ważkach i nastrojowym fiolecie. Podkradająca zieleń jesień sypie gruszkami i plejadą jabłek, które pieczołowicie zjadają, oglądając wieczorne seriale, przez deszcz nieustanny zaniedbując las, bo mokro bo błoto, bo nie chce się. Ona rośnie teraz bardziej niż szybko, ładnie, bez żadnej niechcianej kreseczki na brzuchu, nieco bardziej senna, obolała, bo plecy, bo nogi, bo kolano lewe, bo zjadłaby to i owo, ale w sumie może niepotrzebnie, bo musi uważać, żeby utrzymać się w ryzach i żeby potem było łatwiej i ona tak chce a nie, że musi. Jesieni się coraz bardziej, niebo wykrawa okrągłą foremką księżyca nie przespane noce, z jakiegoś powodu usiane galopującymi myślami. Ostatnie dwa miesiące w dwójkę, toczące się i niespiesznie i jednocześnie szybko, ze zwolnionymi obrotami liter w niej. Popadła w jakieś straszne niepisanie,w jakiś marazm słowny, bo co, bo kochają się niesamowicie z żarem jego ciemnych, palących oczu i z wyrazistością szaroniebieskich jej, z usypianiem w łóżku, ona na rogalowej zbawiennej poduszce, on wtulony całym sobą w jej plecy, z ręką na podrygującym brzuchu, w którym narastający cud wiąże ich ze sobą jeszcze i jeszcze bardziej. Pomiędzy dniami jak kartki z podróży pomięte zmęczeniem, zapisane przejechanymi kilometrami, wrażeniami i tęsknotą za ułożeniem się na lewym boku na fioletowej kanapie, wtyka w te nie pisane dni wizyty w ZUSie ze zwolnieniem, odkrywanie cukierni, w której półfrancuskie drożdżówki o swojskich nazwach i świętokrzyskie kremówki, odkrywa tu i tam to ich miasto na wzgórzach, posiekane blokami, zakreślone rondami i szyldami sześciu Biedronek. Odwiedzili drogie im miasta, jakby żegnając się, że jak ponownie tam wrócą, to już nigdy nie będzie tak samo, tylko przestrzenniej, lepiej, więcej. Ogród jeszcze zielony, z lekka zasnuty, koty z katarem i wiecznie nie opierzony pies, dni, kiedy powinna spać więcej i mniej pić kawy, krótki termin przydatności jej do długich spacerów wchodzą w spokojną kołyskę z jesieni, z której za nic nie chce się wyjść.
18 sie 2013
M 155 albo w sierpniu:
Wyrwali się znienacka z ich miasta,
pozostawiając konieczności w postaci sprzątania rzeczy w schowku i
ustawiania pokoju dla dziecięcia, zapakowali szafirowy samochód i
pojechali mocno na północ. Zielone drogi przetykane kłaczkami chmur z
waty, prowadziły ich w mazurską, opętaną latem zieloność, w szum drzew
bez ptaków, w zapach wody rozlanej wieki temu, powtulanej soczewkami w
zagłębienia otoczone lasami. Niebywały spokój, zapach lasu taki jak w
dzieciństwie, lekko wilgotny, ziołowy, przypomniany gdzieś w zakamarkach
pamięci - koił i wyciszał. Można tak iść ręka w rękę, jej prawa zawsze w
jego lewej, rozmowa opuszków palców w rytm kroków trwała godzinami.
Warczące samochody z prędkością światła rozjeżdżały mazurską ciszę,
zabijając po drodze borsuka, którego jeszcze ciepłego, zanieśli w
grobowiec zarośli, bo oni są z tych, którzy przystaną i zauważą i
pożałują. Pochyleni nad sobą, nad chwilami, które przepływały po lekko
zasnutym niebie, trwali w to podarowane lato smakiem gryczanego miodu,
placków ziemniaczanych gdzieś na zakręcie spływu kajakowego, wędzonego
jesiotra i pieczonego pstrąga i za nic nie chcieli, aby taka sielanka
kiedykolwiek się skończyła. Pięknie jest znaleźć drogę w lesie na
spacerze i ucieszyć się, że zaprowadzi w pobliże celu. Pięknie jest
zjeść maliny albo jabłka pirosy albo śliwki i poczuć, jak w niej
bombarduje mała istota. Leżeć pod lipą na trawie pełnej koniczyny i
szukać takiej o czterech ramionach, na jeszcze większe szczęście. Sączyć
dzień w przeładowanej knajpie i cieszyć się, że nigdzie się nie
spieszy. Iść w stronę słońca, ku błękitnemu niebu i zatracić się w
jednej chwili w nie skalanej niczym przyrodzie. Tak potrafią, patrzeć w
ogromne niebo, kiedy jego ciemna i ciężka misa, podziurawiona w kropki
gwiazd, przechyla się nas światem tworząc noc. Rano idzie się po rosie
po kubek z herbatą pozostawiony na werandzie. Potem wielka kula palącego
słońca wtacza się na niebo i przegania resztki niechcianych chmur.
Potem robi się nic.
Doskonały czas na jeszcze większe obrotów zwolnienie, na milczenie wspólne i
na wspominanie, jak bardzo jeździła pociągami i wklejała nos w szybę i w
przesuwającą się mozaikę poza. Jak targała walizką, aż urwała się jej rączka, jak biegła
po peronie w Toruniu, na obcasach, z cieknącą sałatką z Salad Story, bo
nastąpił by koniec świata bez tego pociągu, jak gdzieś w hostelach i
hotelach pachnących środkiem dezynfekującym, znajdował ją jedynie
księżyc. Jak później wracała do niedużego pokoju w mieście na Wu i
patrzyła na świat wyznaczony prostokątem okna. Jak mijała w zimne
poranki w poniedziałek zmarznięte gołębie, oblane bułki z lukrem i
Davida Beckhama w majtkach w kampanii dla H&M w miejscu, gdzie wielu
się gubi. Jak później srebrną corsą walczyła z zimą i nieustraszenie wlokła wąsate ślady opon po zaśnieżonych drogach. W takim bezczasie jak pośród mazurskiej zieloności, wszystko to wydało się
jakimś obłędem, kiedy po niecałym roku posiadania prawa jazdy potrafiła
zjeździć zimę wzdłuż i wszerz i nie bać się tak podróżować i pchać się
do przodu w takie życie, bo dzięki temu Los dał jej taki spokój jak
teraz. Że można jeść sobie śliwkę na zielonej łące i pić herbatę z
lawendą i móc robić nic i planować odwiedziny, krótkie podróże dla
ludzi, być dla kogoś i już. Takie lato jak to powstało z marzeń i miliona
wyrzeczeń, walenia się młotkiem pokory po głowie i takie lato -
pachnące, smakowite, piękne, właśnie trwa.
6 sie 2013
M 154:
Od 9 rano, kiedy lunął upał, wciskając się w nawet w najbardziej zacienione zakamarki, właściwie nie ruszyła się z fioletowej kanapy. Zdołała jedynie zatankować szafirowe małe autko, pojechać nim po sok z buraków, must have sezonu do grudnia, kupić mu kawę i odebrać przesyłkę na poczcie, na której wszyscy na świecie robią wpłaty i wypłaty i dojechawszy do domu, padła. Nienormalnie gorące słońce wdarło się w mózg, osaczyło, nie dało zziajanemu psu zjeść ulubionej kości, zabijało na śmierć trawę i rośliny w ogrodzie. Można powiedzieć, że leje słońcem całe dnie, pozostawiając noce na krótki oddech i tak nie przynoszący należytej ulgi. Dni ciągnęły się smakiem dojrzałych, słodkich moreli, których mięsko rozkosznie rozrywa się w palcach, smakiem rozgniatanych na podniebieniu malin jedzonych z miodem spadziowym, z długim dźwiękiem chrupiących ogórków ukiszonych lekko, w doborowym towarzystwie chrzanu, czosnku i patyków kopru. Spacerowali przez kłujący komarami i kurzem las, cud, który powstał z ich dwojga, spokojnie rósł w jej brzuchu, teraz wielkości niedużego bochenka chleba, poruszający się w rytm jej dnia i najbardziej kopiący jego ciepłe ręce, kiedy już wieczorem leżeli w łóżku. Mogłaby coś więcej, ale z upału nie może. Pije białą, chłodną herbatę z lawendą, sok Don Simon z wyciskanych pomarańczy, walczy, aby żelaza było jak najwięcej, aby dziecko było mądre pije tran. Temperatura nie pozwala na dużo, ani na jedzenie, ani na wycieczki, na nic. Tonie za to w troskliwej pielęgnacji skóry i niedługo z żalem pożegna olejek z Clarinsa, który z czułością wcierała w brzuch od czterech miesięcy, przegryzając inne partie ciała ujędrniającym masłem Tołpa Mum. Lekko zaokrągla się. Odkryła ostatnio krem Sylveco do twarzy, z nagietkiem i betuliną, o konsystencji masła, zapachu ziołowym, o tłustości wieczornej dużej, ale efekcie porannym znakomitym, jakby masło się roztrzasło, nawilżyło, wygładziło i wypiękniło nie tylko snem. Roztkliwia się czasem, patrząc na rosnącą stertę rzeczy dla małej, wyobrażając sobie, jak niedługo będą poruszały się w rytm jej rąk i nóg. Taki czas powolnego lata, najbardziej w ich rytmie, wyznaczony jego powrotami na obiad w ciągu dnia, wizytami przyjaciół, ich wizytami tam i tu. W upale czytać tylko, zerkać, jak płowieje ogród, rozwiewać wiatrakiem rzęsy i wpisywać się w początek sierpnia nicnierobieniem z konieczności.
23 lip 2013
M 153 albo o powrotach:
Ona: obserwowała, jak nad betonowym Ursynowem upstrzonym reklamami piętrzyły się dwa nieba, z jednej czysty, wykrojony odpowiednią porą miesiąca, wyraźny plaster księżyca, z drugiej sączący się jeszcze aromat słońca i patchwork z granatowych chmur, zwiastujący noc. Pośrodku oni, wychodzący z kina, schowani wzajemnie w swoje ręce, szli do szafirowego samochodu, aby wrócić.
Nie znosi rozpakowywania walizek, segregowania tego, co do prania a tego co jeszcze nie, rozmieszczenia na powrót kosmetyków, zajrzenia, czy mają mleko w lodówce i coś na śniadanie, ponownego odkurzania, bo się znów nabrudziło, a coraz bardziej jej się nie chce. Powroty są pamiętliwe. Kiedyś w jeden lipcowy dzień Kraków pachniał na Kurdwanowie zakurzonym betonem, kiedy oblepionym przez lato pociągiem wjeżdżała po długiej podróży z Łodzi na peron. Ciągnąc niezmienną walizkę, jej atrybut od lat, nierozłączne małe mieszkanie, w tramwaju oślepionym słońcem, dostała telefon, że Amy Winehouse nie żyje. Dla niej właśnie taki jest lipiec w tym mieście, raz siekany deszczem, raz wypalany bezlitośnie słońcem, z niemiłą wiadomością akurat w tym miejscu i ilekroć tamtędy przejeżdża, to właśnie jej się przypomina. Amy brzmiała w pracy, kiedy w pustym sklepie snuły się między kosmetycznymi półkami nucąc 'Back to black', kiedy cierpła skóra od emocji i kiedy nagle trzeba było spaść na ziemię i znaleźć pani cień do powiek albo iść do kasy.
On: pamięta, jak szafirowym samochodem wracał od niej w pustkę domu, pełen jej i z wysiłkiem godnym Atlasa musiał przeżyć tydzień, aż do kolejnych zbawiennych piątków i jej uśmiechu zgniecionego ustami jeszcze na progu mieszkania.
Ona:
Wracając z wakacji, zazwyczaj spędzanych w Tatrach, na Mazurach lub na obozach harcerskich, zawsze wszystko wydawało jej się małe. Plecak ze stelażem upijał, w wygrzanym mieszkaniu latały osy zwabione słodkimi śliwkami, pachniały kiszone ogórki, tkwił bezczas. Gdzieś istniała obietnica kolejnych spotkań z nowymi znajomymi, w dobie bez telefonu, wisiała z nimi na pisanych listach, których wysyłała tony we wszechświat, wracały bardzo pojedyncze.
Obrazki z powrotów przejawiają się w wypatrywaniu wąsatej twarzy taty, który zawsze stał na peronie gdzieś z boku, zabierał plecak i zadawał mało pytań, widząc, że jest dobrze. Później, w Krakowie i w mieście na Wu, witało ją milczenie pokoju, zachwycone koty, wywleczone z szafy ubrania, w których spały, kiedy tęsknienie osiągało koci sufit.
W dzień taki jak dziś, mijający bez wyraźnego celu, chrupiący palonym zbożem obok domu, spacerem z psem po morele, ze snami toczącymi się w jej głowie aż do dziesiątej, kiedy wreszcie postanowiła wyłączyć ich projektor, wróciwszy do domu po kilku dniach wyjazdów,, nasycona kleparskim czarem sera od baby, szynką z Bidy i cukrowym groszkiem, po spędzeniu czasu na pikniku na parkowym skwerze pod rozpiętym niebem w mieście na Wu, tonie wśród toreb, rzeczy do wyprania, schowania, złożenia, wyprasowania, patrzy, jak rosną niechciane trawy i tak bardzo bardzo dziś jej nic się nie chce.
Nie znosi rozpakowywania walizek, segregowania tego, co do prania a tego co jeszcze nie, rozmieszczenia na powrót kosmetyków, zajrzenia, czy mają mleko w lodówce i coś na śniadanie, ponownego odkurzania, bo się znów nabrudziło, a coraz bardziej jej się nie chce. Powroty są pamiętliwe. Kiedyś w jeden lipcowy dzień Kraków pachniał na Kurdwanowie zakurzonym betonem, kiedy oblepionym przez lato pociągiem wjeżdżała po długiej podróży z Łodzi na peron. Ciągnąc niezmienną walizkę, jej atrybut od lat, nierozłączne małe mieszkanie, w tramwaju oślepionym słońcem, dostała telefon, że Amy Winehouse nie żyje. Dla niej właśnie taki jest lipiec w tym mieście, raz siekany deszczem, raz wypalany bezlitośnie słońcem, z niemiłą wiadomością akurat w tym miejscu i ilekroć tamtędy przejeżdża, to właśnie jej się przypomina. Amy brzmiała w pracy, kiedy w pustym sklepie snuły się między kosmetycznymi półkami nucąc 'Back to black', kiedy cierpła skóra od emocji i kiedy nagle trzeba było spaść na ziemię i znaleźć pani cień do powiek albo iść do kasy.
On: pamięta, jak szafirowym samochodem wracał od niej w pustkę domu, pełen jej i z wysiłkiem godnym Atlasa musiał przeżyć tydzień, aż do kolejnych zbawiennych piątków i jej uśmiechu zgniecionego ustami jeszcze na progu mieszkania.
Ona:
Wracając z wakacji, zazwyczaj spędzanych w Tatrach, na Mazurach lub na obozach harcerskich, zawsze wszystko wydawało jej się małe. Plecak ze stelażem upijał, w wygrzanym mieszkaniu latały osy zwabione słodkimi śliwkami, pachniały kiszone ogórki, tkwił bezczas. Gdzieś istniała obietnica kolejnych spotkań z nowymi znajomymi, w dobie bez telefonu, wisiała z nimi na pisanych listach, których wysyłała tony we wszechświat, wracały bardzo pojedyncze.
Obrazki z powrotów przejawiają się w wypatrywaniu wąsatej twarzy taty, który zawsze stał na peronie gdzieś z boku, zabierał plecak i zadawał mało pytań, widząc, że jest dobrze. Później, w Krakowie i w mieście na Wu, witało ją milczenie pokoju, zachwycone koty, wywleczone z szafy ubrania, w których spały, kiedy tęsknienie osiągało koci sufit.
W dzień taki jak dziś, mijający bez wyraźnego celu, chrupiący palonym zbożem obok domu, spacerem z psem po morele, ze snami toczącymi się w jej głowie aż do dziesiątej, kiedy wreszcie postanowiła wyłączyć ich projektor, wróciwszy do domu po kilku dniach wyjazdów,, nasycona kleparskim czarem sera od baby, szynką z Bidy i cukrowym groszkiem, po spędzeniu czasu na pikniku na parkowym skwerze pod rozpiętym niebem w mieście na Wu, tonie wśród toreb, rzeczy do wyprania, schowania, złożenia, wyprasowania, patrzy, jak rosną niechciane trawy i tak bardzo bardzo dziś jej nic się nie chce.
12 lip 2013
M 152:
Już jutro ponownie zaręczy się krakowskim obwarzankiem z Plantami, spajającymi wygrzane i wydeptane kratki ulic ulubionego miasta. Odwiedzi czas zatrzymany wszędzie tam, gdzie tyle jej nie było, trzymając go prawą ręką za jego lewą, bo on inaczej nie umie iść. Zajrzą tu i tam, potem ona zostanie i sama pozagląda dalej. W elastycznych getrach z Calzedonii, w luźnych bluzkach z Unisono, pomiędzy jej kośćmi biodrowymi usadowił się na razie jeszcze niewielki, ale codziennie rosnący melon, wieczorami kopiący go w ucho, ktoś, kto wyznacza jej rytm dnia i sprawia, że dba o siebie najbardziej na świecie, chcąc być najlepszym domem. Wokół rośnie lato, wraz z nią , podając coraz to nowe owoce i kwiaty, wypalając miasto upałem i chłodząc je deszczem. Coraz jej trudniej malować paznokcie u nóg na kolor jagodowego koktajlu, coraz trudniej spać na prawym boku tam, gdzie zawsze czeka na nią jego lewe skrzydło, coraz piękniej wypatrywać kolory mikroskopijnych ubrań, bo ona za nic nie chce samych różowych, gustując w intensywnych barwach. Tymczasem za oknem coraz bardziej płowiało zboże, na polu, przed ogromnym, luksusowym domem sąsiada na górce, koń z broną odwalali skiby pachnącej ziemi, pies spał w łóżku kota, a kot w wózku z kocykiem czekającym na swojego mieszkańca. Pod tarasem rosła pachnąca lawenda, a chmury piętrzyły się w niepowtarzalne sterty, tworząc burzowe zagrożenie. Dzieciak od jagód, który w zeszłym roku uzbierał sobie na skuter podsuwał fioletowymi palcami kolejny słoik pod nos, pan od jajek trąbił, że już jest, dwie staruszki obok krawcowej sprzedawały ziemniaki o różowej skórce, podobno działkowe. Nieduże miasto żyło swoim rytmem pisków dzieci, robót drogowych, zwiększającymi się cenami benzyny na stacji Statoil, a ona już czuła smak bundza z Kleparza, zobaczy, czy jeszcze jest tam siwiuteńka staruszka od warzyw, przypomni, jak chrupie groszek cukrowy, jak chleb od Pawlaka a jak od Buczka. Nieprzerwane lato, dostrzeżone w każdym kolorze i godzinie, będzie zapamiętane jako oaza spokoju, nicniemuszenia, bez konieczności i pogoni, kołowrotek odstawiony dawno temu zakurzył się i zepsuł, a ona po prostu bardzo kocha i dba i taka jej najpiękniejsza na teraz misja.
7 lip 2013
M 151 albo malwy:
Rok temu upał zaciskał słoneczne ramiona tak samo jak dziś. Rok temu, przejęci, zmierzali do miasta na K, aby połączyć się w rodzinę zielonej sukienki i grafitowego garnituru, aby w pełni zamieszkać w domu z fioletowymi wyłogami, z pieskotami i niedużym stawem. Wszystko się udało, rok niósł ich na fali tego, co dyktował im Los, odsuwając z orbity ich wspólnej planety miasto na Wu, potem zimę w srebrnej corsie a potem obdarowując ich na razie prawie trzynastocentymetrową córeczką, słodko nakrytą nogami gdzieś w jej mało widocznym jeszcze brzuchu, rozpromieniając tym samym to wspólne szczęście na cały wszechświat.
Tymczasem cała trójka patrzyła na soczyste malwy za płotem podpierające drewniane boki domów, goniąc komary i obezwładniające słońce, w niedużym miasteczku na Lubelszczyźnie, kołyszącym widokiem drewnianych dachów, ruin zamku i okładziny z piaskowca. Przemykali chyłkiem tam, gdzie jeszcze nie wstali niedzielni turyści, rozciągając się w uśmiechach jak widoki na zakole Wisły ze wzgórza w Męćmierzu, racząc się po drodze bułką z serem od Sarzyńskiego i wdychając ostatnie podrygi zapachu kwitnącej lipy. Na roztopionym z upału, kamiennym progu gdzieś w kazimierskiej bramie potrafili po tysiąckroć umrzeć ze śmiechu, bo on znalazł w gobelinowej torbie w koty, rzepowy wałek do włosów, a ona zupełnie nie pamięta, jakim cudem on się tam znalazł. Przeganiając ogromne słońce z prawej do lewej, sączyli dzień przez słomkę jak mrożoną kawę przynoszącą ulgę, nieustannie polując na swoje spojrzenia i przydrożne kwiaty. Dużo zresztą robią wspólnie, zaciskając krąg z siebie coraz bardziej, a to, co rośnie między nimi i w niej, łączy każdy wspólny dzień w węzeł gordyjski. Lubią tak mieć bezczas i korzystać z niego, póki można. Więc ona mało pisze, dużo myśli, fascynuje się dzieciowymi gadżetami z Elodie Details, łowi maty edukacyjne i leżaczki, gotuje to i owo, cierpliwie łyka tran Moellers i żelazo, robiąc przy tym malownicze błee i tak właśnie sączą się dni, małymi łykami, jak te, pite w Kazimierzu, co do milisekundy spędzone razem i niech czas mija jak ma mijać, bez konieczności i niemocy.
Tymczasem cała trójka patrzyła na soczyste malwy za płotem podpierające drewniane boki domów, goniąc komary i obezwładniające słońce, w niedużym miasteczku na Lubelszczyźnie, kołyszącym widokiem drewnianych dachów, ruin zamku i okładziny z piaskowca. Przemykali chyłkiem tam, gdzie jeszcze nie wstali niedzielni turyści, rozciągając się w uśmiechach jak widoki na zakole Wisły ze wzgórza w Męćmierzu, racząc się po drodze bułką z serem od Sarzyńskiego i wdychając ostatnie podrygi zapachu kwitnącej lipy. Na roztopionym z upału, kamiennym progu gdzieś w kazimierskiej bramie potrafili po tysiąckroć umrzeć ze śmiechu, bo on znalazł w gobelinowej torbie w koty, rzepowy wałek do włosów, a ona zupełnie nie pamięta, jakim cudem on się tam znalazł. Przeganiając ogromne słońce z prawej do lewej, sączyli dzień przez słomkę jak mrożoną kawę przynoszącą ulgę, nieustannie polując na swoje spojrzenia i przydrożne kwiaty. Dużo zresztą robią wspólnie, zaciskając krąg z siebie coraz bardziej, a to, co rośnie między nimi i w niej, łączy każdy wspólny dzień w węzeł gordyjski. Lubią tak mieć bezczas i korzystać z niego, póki można. Więc ona mało pisze, dużo myśli, fascynuje się dzieciowymi gadżetami z Elodie Details, łowi maty edukacyjne i leżaczki, gotuje to i owo, cierpliwie łyka tran Moellers i żelazo, robiąc przy tym malownicze błee i tak właśnie sączą się dni, małymi łykami, jak te, pite w Kazimierzu, co do milisekundy spędzone razem i niech czas mija jak ma mijać, bez konieczności i niemocy.
20 cze 2013
M 150 albo Daisy:
Horyzont od rana gęstniał i ciemniał w wybuchową burzę, przerażając
pieskoty skulone w domu. Lato rosło powoli w bukiet pękającego zapachem
jaśminu, peonii, rabarbarowego płotu i truskawek, pyszniąc się
nawodnioną zielonością i nie chcianymi chwastami. Ona trochę jeździ,
trochę nie, więcej i więcej odpoczywa, układa, przestawia i rozkoszuje
się ciszą. Nad tarasem unosi się żabi chór, wróble dokazują w krzakach i
czasem odwiedza ich mały, szary kot o zdziwionej minie, lubiący tak jak
i ona tę ciszę. Chrupie młoda kapusta i ogórki gruntowe, koperek,
którego on lubi mniej ona bardzo dużo. Wymyśla obiady, tworząc kulinarne
książki tygodnia, kiedy nawet z pęczaku można zrobić danie warte
gwiazdki Michelina. Wieczorem przypina sobie tysiąc gwiazd, które pękają
na niebie, kiedy razem słuchają jak staje się noc i kołyszą w
przedsennym rytmie.W kolejny upalny dzień, kiedy żar roztapia
obcasy na chodniku, najlepiej siedzi się w domu, pijąc wodę w miodem,
cytryną i lodem, słuchając starego jazzu i wyobrażając sobie, że choć
przez chwilę mogłaby być jak Daisy w Nowym Jorku tylko po to, aby
założyć misterną biżuterię od Rene Lalique i pomieszkać w domu w stylu
Art Deco nie czując się jak w muzeum. Ktoś ją wyrwał stamtąd, ona to
wie, przeniósł w wiek, gdzie o wszystko łatwiej, gdzie się jedynie
stylizuje na to, co było, nie żyjąc tym na codzień. Ale być może wtedy
nie spotkałaby jego, może byłaby znudzoną panną popijającą Moeta, na
five o'clock zagryzając czas makaronikami i rozrywając kieliszkowym
obcasem jedwab sukienki. W czasie, który tak bardzo się zatrzymał, kiedy
jej rolą jest dom i bycie domem, wie, o czym szumią wierzby, bo ma
niejedną chwilę, aby ich posłuchać. Wie, jak smakują najpyszniejsze
lody, nie z włoskiej cukierni gdzieś bardziej na zachód, tylko z Nowej
Słupi z małej kawiarenki, gdzie sztuczne kwiaty, boazeria i
małomiasteczkowy klimat z podnóża Gór Świętokrzyskich powodują zmrużenie
oczu z rozkoszy nad prawdziwie śmietankowo-truskawkowym smakiem
domowych lodów, których jedyną konkurencję stanowią te na Starowiślnej w
Krakowie. Może właśnie bycie Daisy wśród wybujałej zieloności, w
bawełnianej, ciążowej sukience mamy, wyciąganie każdej minuty z dnia i
smaku z wszystkiego, zatapianie się w jej brązowookim Gatsbym, który
dzielnie walczy z kretami, wielka miłość do lewkonii, malw, maków,
irysów, jaśminu i peonii, malowanie obrazków w prezencie akwarelami,
oddalenie od kurzu miasta, nie bycie obtłuczoną walizką z domem
rozwożonym busem i zatopienie się w tym czasie tu i teraz sprawia, że
poczucie szczęścia wielkiego jak czerwcowe niebo jest możliwe.
5 cze 2013
M 149 albo bezczas:
Nieustannie zimny maj i początek czerwca pozwoliły pachnieć konwaliami bardzo krótko. Narcyze widziała raz, odpłynęły w przestworza czasu, zastąpiły je zwinięte piąstki peonii, delikatnie rozpościerające pierzaste wnętrze ku ołowianemu niebu, bardzo rzadko pokazującego rozpromienioną twarz. Chmary szpaków skubały trawnik, krety się kreciły i owa zielona przestrzeń otaczająca ich dom stawała się najważniejszą dla wszelkich okolicznych żyjątek. Ona obserwuje to wszystko z okna, mając czas na krojenie rabarbaru na tartę, na płukanie truskawek, na aromatyczny sos z wołowiny z pomidorami, tymiankiem i czosnkiem. Odsypia czas wielkiego kołowrotu i czyta. Kotwica wspaniale rozwijająca się w jej brzuchu przycisnęła ją do niedużego, zielonego miasta, którego cienie i blaski dopiero odkrywa. W większym mieście wszystko szybciej roztapia się w tłumie i w deszczu i łatwiej dotknąć kogoś pędzlem. Tu, jak się jest nie z tego świata, bez poleceń tysiąca, ciężko wyjmować kolory z kufra. Trudno. Może jak mocniej wrośnie w tkankę miasta, odważy się pójść tu do fryzjera, to może się to zmieni, bez względu na efekt po.
Jest za to pyszny, żytni chleb od Krawczyka i wiele osób polujących na Biedronki i Lidle. Pomidory lubi kupować w Lewiatanie, podobnie jak masło z Końskich, masłowo aromatyczne. Stała się fanką baru mlecznego "Miś", gdzie podają smakowite naleśniki i ogórkową. Zaniedbany i wyjątkowy klimat starych fabryk po dawnych, najsłynniejszych w Polsce zakładach produkcji wielkich samochodów zachwyca wielkim piecem, rampą, torami prowadzącymi w przeszłość i wspaniałym położeniem, przypadkowa zabudowa budynków, boleśnie wciska się między nieumiejętnie restaurowane, stare i niewysokie kamienice o wygiętych balkonach, ze zdartymi strupami elewacji, ukazującymi czerwone cegły. Pośród tej zieloności pnącej się po wzgórzach, pośród zaniedbanego, pysznego parku miejskiego, skwerów i rond, jak wybryki peerelowskiej konieczności, jak wyrzuty sumienia masy pracującej, wyrastają wysokie bloki, nie pasujące do niczego, psujące swoistą architekturę miasta. Jak klocki domina rozstawione przez przypadek konkurują z wieżami równie przypadkowych kościołów, tworząc architektoniczny kocioł bez ładu i składu.
W mieście na S są piękne stare domy, okaleczone jednak brakiem zainteresowania i własnym, kompletnie bezmyślnie nałożonym kostiumem, przez krawców - gospodarzy, zachowując gdzieniegdzie swoje pierwotne kształty z czasów bardziej doskonałych proporcji.
Ona przemierza powolnie miasto wzdłuż i wszerz szafirowym twingo i coraz bardziej je lubi, zupełnie wysiadłszy z pracowego kołowrotka i aż jej dziwnie, że Los dał jej taki wytęskniony czas, bez konieczności, bez niewyspania, z ochotą na tysiące smaków, których składniki łowi w sklepikach, aby wreszcie dopełnić dionizji w domu, gdzie króluje rozdzierający żabi rechot i leniwe przeciąganie się pieskotów.
Jest za to pyszny, żytni chleb od Krawczyka i wiele osób polujących na Biedronki i Lidle. Pomidory lubi kupować w Lewiatanie, podobnie jak masło z Końskich, masłowo aromatyczne. Stała się fanką baru mlecznego "Miś", gdzie podają smakowite naleśniki i ogórkową. Zaniedbany i wyjątkowy klimat starych fabryk po dawnych, najsłynniejszych w Polsce zakładach produkcji wielkich samochodów zachwyca wielkim piecem, rampą, torami prowadzącymi w przeszłość i wspaniałym położeniem, przypadkowa zabudowa budynków, boleśnie wciska się między nieumiejętnie restaurowane, stare i niewysokie kamienice o wygiętych balkonach, ze zdartymi strupami elewacji, ukazującymi czerwone cegły. Pośród tej zieloności pnącej się po wzgórzach, pośród zaniedbanego, pysznego parku miejskiego, skwerów i rond, jak wybryki peerelowskiej konieczności, jak wyrzuty sumienia masy pracującej, wyrastają wysokie bloki, nie pasujące do niczego, psujące swoistą architekturę miasta. Jak klocki domina rozstawione przez przypadek konkurują z wieżami równie przypadkowych kościołów, tworząc architektoniczny kocioł bez ładu i składu.
W mieście na S są piękne stare domy, okaleczone jednak brakiem zainteresowania i własnym, kompletnie bezmyślnie nałożonym kostiumem, przez krawców - gospodarzy, zachowując gdzieniegdzie swoje pierwotne kształty z czasów bardziej doskonałych proporcji.
Ona przemierza powolnie miasto wzdłuż i wszerz szafirowym twingo i coraz bardziej je lubi, zupełnie wysiadłszy z pracowego kołowrotka i aż jej dziwnie, że Los dał jej taki wytęskniony czas, bez konieczności, bez niewyspania, z ochotą na tysiące smaków, których składniki łowi w sklepikach, aby wreszcie dopełnić dionizji w domu, gdzie króluje rozdzierający żabi rechot i leniwe przeciąganie się pieskotów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)