Ona: w połowie lipca, w zapachu malin, zatopiona w świerszczach, radiu i cydrze, w brzęku otępiałej wieczornym, poburzowym powietrzu muchy, obserwuje jak rośnie spokój w szklance z ważką, szczypią ją oczy od dusznego powietrza i roztarła sobie płot rzęs na miazgę tuszu Catrice Baby Doll. Boli ją wystające żebro, które się wygięło bo się mu tak zrobiło, chyba od noszenia małej jej, ale co tam minie, kiedyś. Kiedyś zacznie chodzić w butach na obcasach i kiedyś pójdą w góry i miną wszystkie okołokostne, codzienne zmagania, włączając wstawanie jakby miała sto pięćdziesiąt lat.
On: cierpliwie głaszcze każdy jej niepokój i wycisza miotanie się, szeleszcząc kartkami wieczoru, ma zmęczone oczy.
Ona: maluje ostatnio nieco więcej, kładzie cienkie warstwy kosmetyków na twarz, gładzi, rzeźbi krawędzie i podkreśla brzegi powiek i ust, ujarzmia brwi i rzęsy a potem z miłym zdumieniem patrzy, jak upiększone przez nią dziewczyny prawie płaczą z radości, bo tak im się podoba ta energia i te kolory, które ona kładzie im na twarz. Dobrze, że jeszcze potrafi, że ostatnio ktoś z serca napisał, że pamięta jak malowała, jakie to miłe, że są tacy ludzie, którzy gdzieś w sobie trzymają takie wspomnienia, to jak ciepły koc w chłodny wieczór, jak herbata idealna do picia po ciężkiej podróży, jak przypomnienie, że mimo budowania od nowa, gdzieś te kilowatogodziny spędzane na podłogach perfumerii, kulisów pokazów mody i centrów handlowych, bolących pleców i pięt, uważności i czasu - miały sens. Te kilkadziesiąt pociągnięć pędzla, muśnięć palcami, mieszanie struktur cieni, żal, że ulubiony kosmetyk się kończy, to swoista alchemia, której daje się energię i to jest w tym najpiękniejsze, że to jedyna w sobie sztuka może zniknąć w chwilę po zetknięciu z płynem do demakijażu. A zostają emocje i poczucie piękna i że ona mogła to piękno komuś dać.
On: walczy z pościelą w paski, zatopiony tak jak ona w kołyszącym jazzie, uzależnieni od swoich palców, zasną zaraz spleceni w letnim śnie, kiedy jest jeszcze płytki, odwracają się od siebie, bo lepiej jej dobić do głębszego snu tak bardziej na lewym boku i będą dotykać się ciepłymi stopami rozpieszczonymi lawendowym kremem i szukać się przez całą noc, że jak się odsuną, to się zaraz znajdą i koniecznie razem przepłyną przez ciepłą letnią noc.
Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
18 lip 2015
1 lip 2015
M 200 jubileuszowy:
W zmęczeniu okołokatarowym, w księżycu w pełni okrągłym, w oczekiwaniu na wreszcie upalne lato, czeka. Jaśmin przekwita, znaleziony wreszcie w kilkunastu miejscach, wąchany szybko, bo zimno, bo mała ona, bo. Nienasycenie gwiazdami, głosem żab, widokiem jeża skradającego się do tarasu po smakołyki, nienasycenie zielonością, wygrzaną w słońcu trawą, jak nie podmuchy ostatnie czerwca. Na szczęście pachnie lawenda, pachną wytrwałe w kwieceniu się goździki, gdzieś skrada się suchy i wygrzany zapach lata. Pocięty miesiąc z trzonem spędzonym w mieście na Ł, w wielkim czekaniu na zaklejenie ran w samochodzie, miesiąc polowania na idealne baleriny, znalezione wreszcie w Gino Rossi, na plażową beztroskę i pakowanie piasku do reklamówki, czas spóźnień, zapomnień, szukania i znajdowania, wściekłości i bezsiły, rozczuleń i kołysania. A jakby tak ten świat pełen drobiazgów, konieczności, spacerów po wiktuały, usypiań, komputerowej pracy, zepsutych samochodów i niedobrych nastrojów postawić na tym jednym świecącym kółku, odwrócić je, aby było spodem, to czy to wszystko się zmieści. Jest jakaś wewnętrznie poobijana, zupełnie jak ślady na tym idealnym kole, właściwie nigdy nie przyglądała się, jaki ma deseń na sobie i teraz nawet patrzy przez wycięte okno. Zerknęła za to, co było sto wpisów temu. Trzy lata temu jej świat był pełen butelek z wodą, czerwonego wina, rukoli, perfum, orzechów, zauważania, nieustających wyjazdów i powrotów i wtedy już ten szalony kołowrotek zaczynał zwalniać. Teraz czuje się zupełnie po drugiej stronie, po takiej, o której nie wiedziała, że może zaistnieć, podobnie jak się nie wie, jak z drugiej strony wygląda księżyc. Jest więc w niewygodnym mieście, które codziennie zakłada jak nieco mniej wygodne buty, które po rozchodzeniu dopasowują się do nogi i można w nich iść, ale bez przyjemnej wygody. Jest w miejscu, które przygarnęło przyjaznych ludzi i bycie z nimi to ogromna radość, pomijając specyfikę otoczenia. Tak samo lubi wino, orzechy, kawę arabikę i wlewa mleko do określonego jej koloru. Tak samo nie słodzi. Ma podobne włosy, więcej piegów i tę samą wagę. Przeżyła pogrzeby trzech ukochanych kotów. Ma cudowną małą ją, która właśnie dziś zrobiła fachowe pierwsze kroki. Ma swoje tęsknoty i wpatrzenia w horyzont, który póki co, przynosi status quo. Pomimo rozmaitych cieni ma bardzo dużo. A wszystko ma swój cień, nawet księżyc. Widziała.
14 cze 2015
M 199:
W połowie czerwca jeszcze nie wie, jak pachnie jaśmin w tym roku, na Piaskowej pewnie wybuchł już krzak i sączy się aż do jej Smugowej, ale wciąż tam dotrzeć nie może, bo osiadły na ponadtydzień w jej rodzinnym mieście. Tęskni za nim bardzo, za czujnością brązowych oczu i nakrapianymi ramionami, które władają nią tak, że nie ma miejsca na nic innego, zapada się w nie i nie chce się stamtąd ruszać, nawet po obłędnie pachnące truskawki. Czeka, aż naprawi się samochodowa rana i wtedy pojedzie w te swoje jaśminy i czerwcowe owoce i zobaczy, czy już przekwitły irysy i co teraz zamierza. Tymczasem udało się jej porwać tam, gdzie nieustannie szumi, gdzie horyzont zakończony rozległą, pomarszczoną wodą, styka się z niebem i spotykają się wszyscy w zmrużeniu jej oczu. Pięknie jest poczuć jak wielka woda zalewa wszelkie zmęczenie i niepokój, jak zawsze we wspomnieniach szuka się, kiedy ostatnio widziała morze i na jakim kawałku wybrzeża. Dobrze jest mieć poczucie, że są wokół ludzie, którzy pojawiają się znienacka i stają się bliskimi przyjaciółmi, zajmują wolne miejsca tych, którzy nie wytrwali przez lata, chociaż się czekało na nich żeby byli, może nie chcą, może tak miało być. Są tacy, którzy przez swoje sprawy w środku, swój nieporządek i miotanie się, odrzucają wieloletnią pomoc tych, którzy wokół nich nieustannie łopotali skrzydłami, ale odlecieli chociażby nad morze, bo już nie warto, bo czas płynie i każdy ma swój menisk. Stopy i włosy w piasku, wiatr przewracający kartki książki, zmrużony, nasłoneczniony horyzont, nienasycenie wieczorem i przepychanie żeliwnej kuli snu po piątej rano, retrospekcje co kiedyś było i jak jest teraz, poczucie, że jest się potrzebnym i się uzupełnia, wspólne milczenie i zatrzymanie czasu a potem pośpiech, żeby zdążyć wrócić. Cowieczorne tęsknienie za zatracaniem się się w skrzydle lewym, pragnienie, żeby wtulić opaloną skórę w jego czujne dłonie, żeby sprawdziły, czy na ramionach jest tak samo gładka jak i po wewnętrznej stronie ud. Mając pod powiekami szum słonej wody i widok piasku sypanego niebieską łopatką do reklamówki, żeby małej jej przywieźć piętnaście kilo wspomnień do piaskownicy, tęskni za jaśminem, za tym, żeby wpaść w jego palce, żeby nagrzeszyć a potem rozciągać się we wspomnieniach, jak to się działo. Dwie przyjaźnie usankcjonowane wspólnie spędzonym czasem, w wyrwaniu od codziennych konieczności. Bezcenne.
31 maj 2015
M 198 albo dlaczego nie lubi niedziel:
Maanam się tłucze w głowie śpiewając o wyjątkowo zimnym maju, bo taki jest, bo nieustannie marznie, co za pogoda, myśli i wyciąga ubrania z poprzedniego życia, na przykład granatowy trencz z Massimo Dutti i znajduje w nich bilety z miasta na Wu z 2013 r. Gdzie wtedy wiozła małą ją w brzuchu to nie pamięta, ale wiozła. W lesie rozkwitły ptaki, pachnie już prawielato, chodzą, opowiadają sobie wzajemnie o szyszkach, leśnych wróżkach, niebieskich kwiatach i migdałach. Jak to wszystko zdążyło urosnąć, kiedy aura nie wiosenna to ona nie wie. Prawie cały maj trzymała się domu, patrząc, jak przy chodnikowych płytach narastają coraz to nowe gniazda mrówek i jak za wielką pryzmą niczyjej ziemi urosły przepiękne maki. I czy ktoś je zauważył oprócz nich. Omawiają każdy mijany płot i samochód, tłumaczy małej jej, dlaczego powstała kałuża i co szumi na drzewie. Idą kupować zielone szparagi i czerwone truskawki. I ma czas na takie rzeczy, ocean czasu za dnia, kiedy stara się, aby każda minuta była wypełniona poznawaniem tego, co wokół. Nie lubi niedziel, bo on wtedy daleko, pod miastem na Wu, za daleko, aby sięgały jego skrzydła i ona się wtedy czuje bardzo sama. Niedziela boleśnie określa jej miejsce, kiedy poza małą nią i pieskotem i wielkim lasem nie zostaje dużo, kiedy miasto staje się puste, z pochowanymi samochodami, kiedy cienka warstwa tutejszych znajomych i rodziny staje się niewidoczna, bo tak ma być. I w tym końcu maja wie, jak dużo jeszcze przed nią takich długich letnich niedziel, kiedy wreszcie wraca on i nareszcie wracają do siebie.
17 maj 2015
M 196 albo o szczęściu:
Szczęście jest wtedy, kiedy patrzy jak rośnie za oknem platan posadzony przez jej tatę kiedy kwitną azalie goździki surfinie, kiedy ogród pęka w szwach od zieloności, staw się zażabił i zaświerszczył i tej wiosny jeszcze zamieszkały mrówki. Trudne ale możliwe szczęście jest nawet wtedy, kiedy umiera jej futrzany przyjaciel, a kiedy zasypiał na wieczność, gładziła go po futerku w kolorze wenge i on wie, że zrobiła wszystko żeby miał jak najlepsze życie, pełne miłości, człowieka i kociej przestrzeni i tej śmierci spodziewanej z choroby robi miejsce w sercu i ma tak, że trzeba się z nią pogodzić i dojść do harmonii, kiedy bez łez w oczach może patrzeć na platan i wspominać to, co po kociemu było najlepsze. I wtedy, kiedy robi jogurtowe placki z bananem i czeka aż jej anioły wrócą ze spaceru i z takim samym świrem w oku będą je jeść i to czekanie na rodzinną pełnię jest cudowne, kiedy tonie w otaczającej zieloności, zapachu konwalii i bzu i ma w sobie spokój, że dom i ktoś do niego chce wracać. Jest wtedy, kiedy rozkrusza się wszystkie uwierające kamyki napotkane na ich drodze a zawsze są i po co je zbierać, potem urosną w wielkie głazy i będą nie do ruszenia. Szczęście jest też wieczorem, kiedy oglądają film pełen retrospekcji i niespiesznej akcji, w którym gubią się obydwoje i ona nagle stwierdza, że urosły mu włosy i zaczyna mu je obcinać a on jej ufa i się poddaje i nawet jej ta fryzura wychodzi. A potem, kiedy się wypełniają sobą jak najszczelniej i nie chcą z siebie wyjść za nic, chociaż kołdra nocy naciągnięta już do granic możliwości, kiedy obejmują się skrzydłami tak mocno i zatracają się w sobie na długie minuty, kiedy w tym ich wtulaniu nie ma już miejsca na nic innego, kiedy nie chcą tego zakończyć, chociaż już dotarli na drugą stronę północy, to też jest szczęście.
30 kwi 2015
M 195:
Pięknie wybuchła wiosna, w jednym momencie, więc ona chodzi i ogląda sobie te kwiaty i liście i płatki i trawy i przestrzenie, wiosenne wspaniałości, soczyste kolory utrwalone w tych wszystkich małych i dużych płatkach, na gałązkach, łodyżkach, gałęziach, podziwia dostojne, kruche magnolie i lubi patrzeć jak pysznią się pigwowce, wyjątkowym, jasnokoralowym kolorem. One sobie więc tak oglądają, co już kwitnie, a co jeszcze nie, mała ona zaśmiewa się od spadochronów na dmuchawcach. Nie pamięta wiosny, żeby tak szalało równocześnie wszystko, żółte i białe i różowe, prymule, niezapominajki, forsycja i narcyze. Ogród, zaczarowany ręką taty-ogrodnika, wypuszcza pierwsze pączki po upiększaniu, uśmiecha każdego poranka, kiedy zaprasza motyle i ptaki. Cieszy ta wiosna, dobrze, że jest, dobrze, że jest do czego przykleić wzrok i nalepić plaster kojącej zieloności na myśli wokół niejedzenia i nierośnięcia małej jej, bo to nieustannie ją martwi i jest jej dietą, turkuciem podjadkiem, który sobie teraz wymyślił, o takie coś, będzie ją teraz tym podgryzał w nieskończoność. Cztery lata temu pamięta jego wpatrzone w nią oczy, odbijające się brązowym świdrem po zaułku św. Tomasza w Krakowie, miała wtedy na sobie żakiet w kwiatki i buty na koturnie i była przejęta tak strasznie, jak bardzo oślepiało ją słońce. On, wtłoczony w za dużą marynarkę, zmieścił w niej całe swoje czekanie na nią, takie duże, i pili kawę i wodę i potem on poszedł zapłacić nie do tej kawiarni, gdzie trzeba, wszystko przez to słońce, nic innego, nie to, że ona już w nim jak sekwoja urosła. A potem się potoczyło ich my jak długi, przyjemny dźwięk i teraz doprowadził ją aż do małej jej i kolejnej pięknej wiosny, dużej, że mieszczą się w niej ich wszystkie nasycone i do cna wyżyte wspomnienia, które w czwartym końcu kwietnia wciąż są żywe, jakby to było wczoraj. Wciąż dobrze mieć czas na zauważanie rytmu i tego, co za ogrodzeniem. Niespiesznie.
13 kwi 2015
M 194 albo jej miasto, w którym ciągle szuka:
Niedziele mogłyby nie istnieć, chociaż wczoraj było słońce, które zatrzymało popołudnie na miłą ciepłą chwilę. Akurat patrzyła na zmarszczoną twarz zalewu, więc nie było najgorzej. Nie lubi niedziel, bo on tam a one tu, więc jest mistrzynią w zbijaniu minut. Może sobie pójdą do lasu długą trasą i zobaczą, czy wszechobecne błoto wyschło - wyschło, połowę przyniósł na sobie pies i wytarzał w dom.
Albo pójdą w dół i potem wiaduktem ukazującym boleśnie brzydkie miasto, pięknie położone na milionie wzgórz. Ona popatrzy sobie przez kraciastą poręcz na tory kolejowe po lewej i porozrzucane wnętrzności samochodów na wielkim placu, na powtykane w ulice domki, z poprzyklejanymi reklamami, straszącymi estetyką tak, że właściwie jej nie ma. Upstrzone, obolałe od ciężarów reklam domy odpychają ją swoimi nazwami, czasem myśli o tym, jakby te wszystkie budowle pooczyszczać, pomalować na jednolity kolor, aby dom był domem, a nie reklamowym kuriozum, to może wtedy byłoby ładniej. Ale tego nie zmieni, więc musi się przyzwyczaić, chociaż to trochę jak pogryźć kawałek mięsa z żyłą. Na wiadukcie, kiedy wiatr zwiewa jak zawsze jej zamyślenie na drugą stronę, gdzie trochę spokojniej, pójdą dalej, w stronę ślicznego, maleńkiego i starego cmentarza, wtulonego jak wyrzut z ubiegłej epoki pomiędzy potwornie żółty chiński dyskont, rondo i nową galerię zdominowaną przez LPP.
Dobrze, że ma koleżanki blogerki, bo wtedy może sobie pooglądać co na oku modne i co na ustach, te kosmetyczne precjoza, cuda, których można mieć wiele i cieszą bo są. W jej mieście istnieją tylko czarne kredki i czarne linery, czarne brwi i za ciemne, albo mocno matujące podkłady, zakrywające grudkowate cery, bo każdy krem zapycha, uczula i w ogóle strata pieniędzy, więc można zamazać i nie wierzy, że się to kiedykolwiek zmieni, bo odkąd tu jest widzi prawie wszystko odwodnione albo spalone na włosach. Odkąd pamięta, nie zauważyła żadnej jaskrawej szminki, żadnego soczystego matu, jakby usta w twarzy nie istniały, podobnie z różem, jest chyba jedną z niewielu w mieście, która używa kolorów do twarzy. Może jej to zostało z dawnego życia, takie przyzwyczajenie, taka konieczność, jak barwy wojenne, nawet jak idzie do warzywniaka albo na plac zabaw, albo do sklepu na wzgórzu z logo z owadem. Strasznie się patrzy na nijakość, a ze smakiem na smak, który można gdzieniegdzie odnaleźć, patrząc przez jej subiektywną lupę. Więc czasem idzie na spacer szlakiem dostaw do sklepów, gdzie dają kolejne życie ubraniom i czasem coś tam znajdzie. Tak, ma w sobie takie coś, co bardzo ją umalkontentnia, ale w niewielu miejscach można doznać estetyki i to jest nie bardzo. Spacerując tak sobie bez celu, bo ma na to czas, gdzie już rosną fiołki i odkrywając, iż w tym mieście najwięcej jest zygzakowatych schodowych szlaków, powtykanych między czteropiętrowe bloki, dopatruje się miejsc ładnych, nie związanych z urodą lasu i zalewu i naprawdę się dziwi, jak strasznie można wykonać miasto pełne nieharmonijnych kolorów i graciarni szyldów, miasto z opłakanym, acz pięknie położonym parkiem, miasto, w którym odkąd mieszka, usiłuje jej dać, z różnym skutkiem, spokój.
Albo pójdą w dół i potem wiaduktem ukazującym boleśnie brzydkie miasto, pięknie położone na milionie wzgórz. Ona popatrzy sobie przez kraciastą poręcz na tory kolejowe po lewej i porozrzucane wnętrzności samochodów na wielkim placu, na powtykane w ulice domki, z poprzyklejanymi reklamami, straszącymi estetyką tak, że właściwie jej nie ma. Upstrzone, obolałe od ciężarów reklam domy odpychają ją swoimi nazwami, czasem myśli o tym, jakby te wszystkie budowle pooczyszczać, pomalować na jednolity kolor, aby dom był domem, a nie reklamowym kuriozum, to może wtedy byłoby ładniej. Ale tego nie zmieni, więc musi się przyzwyczaić, chociaż to trochę jak pogryźć kawałek mięsa z żyłą. Na wiadukcie, kiedy wiatr zwiewa jak zawsze jej zamyślenie na drugą stronę, gdzie trochę spokojniej, pójdą dalej, w stronę ślicznego, maleńkiego i starego cmentarza, wtulonego jak wyrzut z ubiegłej epoki pomiędzy potwornie żółty chiński dyskont, rondo i nową galerię zdominowaną przez LPP.
Dobrze, że ma koleżanki blogerki, bo wtedy może sobie pooglądać co na oku modne i co na ustach, te kosmetyczne precjoza, cuda, których można mieć wiele i cieszą bo są. W jej mieście istnieją tylko czarne kredki i czarne linery, czarne brwi i za ciemne, albo mocno matujące podkłady, zakrywające grudkowate cery, bo każdy krem zapycha, uczula i w ogóle strata pieniędzy, więc można zamazać i nie wierzy, że się to kiedykolwiek zmieni, bo odkąd tu jest widzi prawie wszystko odwodnione albo spalone na włosach. Odkąd pamięta, nie zauważyła żadnej jaskrawej szminki, żadnego soczystego matu, jakby usta w twarzy nie istniały, podobnie z różem, jest chyba jedną z niewielu w mieście, która używa kolorów do twarzy. Może jej to zostało z dawnego życia, takie przyzwyczajenie, taka konieczność, jak barwy wojenne, nawet jak idzie do warzywniaka albo na plac zabaw, albo do sklepu na wzgórzu z logo z owadem. Strasznie się patrzy na nijakość, a ze smakiem na smak, który można gdzieniegdzie odnaleźć, patrząc przez jej subiektywną lupę. Więc czasem idzie na spacer szlakiem dostaw do sklepów, gdzie dają kolejne życie ubraniom i czasem coś tam znajdzie. Tak, ma w sobie takie coś, co bardzo ją umalkontentnia, ale w niewielu miejscach można doznać estetyki i to jest nie bardzo. Spacerując tak sobie bez celu, bo ma na to czas, gdzie już rosną fiołki i odkrywając, iż w tym mieście najwięcej jest zygzakowatych schodowych szlaków, powtykanych między czteropiętrowe bloki, dopatruje się miejsc ładnych, nie związanych z urodą lasu i zalewu i naprawdę się dziwi, jak strasznie można wykonać miasto pełne nieharmonijnych kolorów i graciarni szyldów, miasto z opłakanym, acz pięknie położonym parkiem, miasto, w którym odkąd mieszka, usiłuje jej dać, z różnym skutkiem, spokój.
1 kwi 2015
M 193:
Po co ten wiatr tak wieje i rozwiewa wiosnę, po co. Zimno jest bardzo, pierwszą zieloność podziwia tylko przez wielkie tarasowe okno, wczoraj czyste, dziś już w psim nosie i małej rączce jej bo pokazywała deszcz, że o. Jeszcze nie można na księżycu powiesić swojej wiosennej zadumy, bo na razie się dopełnia, chociaż, że to się dzieje, można w sumie wierzyć tylko kalendarzom. Niebo pozostaje ciemne. Kiedy pcha w lewo pod górę wózek z małą nią, denerwuje się czasem, że nagle krawężniki wyrastają takie wysokie, urosły od wczoraj, a slalom pomiędzy słupami telegraficznymi boli jeszcze bardziej przez łokieć. Tak to jest czasem, że dopada złośliwość, bo autobus odjeżdża minutę wcześniej, niż się przyszło, jak sobie upatrzyło wypieczony chleb lub bułkę, to zawsze ktoś przed nią już go kupił. Albo jak się zapomniało okularów słonecznych w bardzo mrużący dzień, zabrakło kawy w słoiku, zapomniało się czegoś, co grzecznie leży w drugiej torebce, a jest potrzebne teraz, i co. Są takie bezsilności codzienne, wynikające z roztargnienia, z niezgrania czasu na zegarku na piekarniku, w komórce, radiu i na ręku. Z tego, że się w posprzątanej kuchni nagle wysypie mąka, bo się torebka omsknęła, która się nigdy w ten sposób nie zachowała. I ta mąka zawsze wpada w szpary wymagające odsuwania, przesuwania i zabierania czasu. I na te wszystkie pomyślunki wpada ona, idąc pod górę z wózkiem, bo się trochę szarpie i szarpią ją takie dziwne przypomnienia. A wszystko przez nieokiełznany wiatr.
23 mar 2015
M 192 albo syzyfowa codzienność:
Ona: sznury samochodów przerwane zjazdami w prawo lub w lewo, prują się w prawo zieloną strzałką jak niedbały warkocz w lewo przytrzymują hamulcem tych z tyłu i czasem trąbią, zresztą ona nie znosi testosteronów za kierownicami bmw bo oni muszą natychmiast i jadą 160 i się wściekają że ona za wolno a ona wiezie małą ją i ma auto takie że więcej niż 130 nigdy nie jedzie. Rozjeździły się ostatnio trochę mała ona zostawiła kilka niespokojnych snów w fioletowym podróżnym łóżku a ona to już niewyspana tak, że bardziej nie można, każdego ranka usiłuje nie słyszeć że mała ona wstała i zaczęła dzień wypełniony zdobywaniem umiejętności i rytmem dnia ale wstaje, bo dla małej jej to kolejna tabula rasa i jest fajna.
On: zabiegany jeszcze bardziej, najbardziej jak można, nie ma kiedy roztopić się w niej bo ona uwija się za dnia i potem zasypia tak szybko że ona nawet nie zdąży umyć zębów a ona już jest po tamtej stronie.
Ona: od tygodnia zamierza zatopić się w litery czy to czytania czy pisania, które już tak mocno bolą tak chcą być a nie mogą, bo ona wypełnia wieczory przepychaniem sił aby wystarczyły na rzeczy absolutnie podstawowe, na przykład jak bez przewrócenia się na schodach wejść w wyspany sen z kremem pod oczami i na twarzy. Każdego dnia wyciąga z codzienności creme de la creme aby dzień nie był wypełniony zbijaniem godzin jak z termometru pełnego gorączki bo potem zrobiwszy rachunek sumienia stwierdzi, że minął czas jak fast food, zostawiający posmak glutaminianu sodu czyli nie zrobiła niczego ważnego. Zauważyła krokusy, podcięła sen sierpem księżyca i wcisnęła guziki gwiazd, tak dużych tylko nas ich domem o szarym dachu. Usłyszała nowe ptasie głosy, policzyła pączki na krzaku za oknem, od trzech tygodni nie starła kurzu na meblu z książkami, ale za to trylionowy raz weszła i zeszła po schodach z małą nią i dzielnie pcha wózek pod górę bo spacer bo trzeba. I jak znajdzie chwilę aby ten kurz zetrzeć, to się go pozbędzie. I może to dużo jak na ten czas.
Ona i on: pooddychali przestrzenią wypełnioną przyjaciółmi, niebo w mieście na Wu jest mniejsze niż u nich, sprawdziła to wypluta z metra, poza tym za dużo się nie zmieniło na utartych szlakach świetnie się jechało za to szafirowym samochodem bo siódma rano i droga utarta zielonymi światłami i nie trzeba zaplatać warkocza z samochodów. Za każdym razem kiedy jest w mieście na Wu jest tam inaczej bo ma wokół siebie kolory innych przyjaciół i to jest do zapamiętania na każdy dzień, kiedy jak Syzyf przepycha tę górę codzienności i to właśnie powoduje, że kamień nie spada.
On: zabiegany jeszcze bardziej, najbardziej jak można, nie ma kiedy roztopić się w niej bo ona uwija się za dnia i potem zasypia tak szybko że ona nawet nie zdąży umyć zębów a ona już jest po tamtej stronie.
Ona: od tygodnia zamierza zatopić się w litery czy to czytania czy pisania, które już tak mocno bolą tak chcą być a nie mogą, bo ona wypełnia wieczory przepychaniem sił aby wystarczyły na rzeczy absolutnie podstawowe, na przykład jak bez przewrócenia się na schodach wejść w wyspany sen z kremem pod oczami i na twarzy. Każdego dnia wyciąga z codzienności creme de la creme aby dzień nie był wypełniony zbijaniem godzin jak z termometru pełnego gorączki bo potem zrobiwszy rachunek sumienia stwierdzi, że minął czas jak fast food, zostawiający posmak glutaminianu sodu czyli nie zrobiła niczego ważnego. Zauważyła krokusy, podcięła sen sierpem księżyca i wcisnęła guziki gwiazd, tak dużych tylko nas ich domem o szarym dachu. Usłyszała nowe ptasie głosy, policzyła pączki na krzaku za oknem, od trzech tygodni nie starła kurzu na meblu z książkami, ale za to trylionowy raz weszła i zeszła po schodach z małą nią i dzielnie pcha wózek pod górę bo spacer bo trzeba. I jak znajdzie chwilę aby ten kurz zetrzeć, to się go pozbędzie. I może to dużo jak na ten czas.
Ona i on: pooddychali przestrzenią wypełnioną przyjaciółmi, niebo w mieście na Wu jest mniejsze niż u nich, sprawdziła to wypluta z metra, poza tym za dużo się nie zmieniło na utartych szlakach świetnie się jechało za to szafirowym samochodem bo siódma rano i droga utarta zielonymi światłami i nie trzeba zaplatać warkocza z samochodów. Za każdym razem kiedy jest w mieście na Wu jest tam inaczej bo ma wokół siebie kolory innych przyjaciół i to jest do zapamiętania na każdy dzień, kiedy jak Syzyf przepycha tę górę codzienności i to właśnie powoduje, że kamień nie spada.
7 mar 2015
M 191 albo opętanie księżycem:
On jest wszędzie, gdziekolwiek się obróci ona, w każdym oknie, w szybie samochodu, z prawej i z lewej. Czeka cały dzień, aż nastanie, ciekawe czy już się na okrągło wypełni, czy to nastąpi jutro i zawsze ją to ciekawi. O szóstej rano sen jest tak cienki, że prześwitują okna sąsiadów z domu naprzeciwko, więc ona wstaje i cicho sprawdza, czy mała ona miętosi już porannie poduszkę i jest gotowa zapisywać nową kartę dnia. Jeśli jeszcze nie, to ona idzie na dół nasycić koty, tupiące od rana na schodach, patrzy, czy siwy przymrozek pomalował ogród chociaż już przedwiośnie i w jakim powietrzu urodził się dzisiaj poranek. Uruchamia czajnik i trzecie radio, wita światło lodówki, zaczyna dzienną rutynę. Boli ją prawa ręka, od trzech miesięcy przypominając, że się żyje swoim innym rytmem niż reszta jej ciała, tak musi na razie być, dopóki mała ona nie stanie na nogi i nie będzie oglądać świata nie tylko z wysokości jej talii. Znów jej się coś zepsuło, ma to wpisane w curriculum vitae, tylko nikt nigdy nie pytał, że to noszenie, stanie kilowatogodziny, kosztowało ją dużo i jak to będzie jak będzie miała sześćdziesiąt lat to nie wie. Wiedziała za to, że jak przetoczy się dzień nareszcie wielkim słońcem mrużącym oczy, wieczorem nastanie tak przenikliwa cisza, że będzie słychać jak rośnie księżyc. Natarczywy, intensywny właściwie tylko przez dwie noce w miesiącu, a tak mocny dla wszystkich, bez litości. Kółko do patrzenia, comiesięczny wizjer. O północy już tak bardzo wystaje z nieba, że potrąca sen i już nie można w niego odpłynąć, jakby wytrącał wiosło Morfeuszowi i przestawiał noc na tryb niespokojny. A potem nastanie niewyspany ranek, znów z żyjącym czajnikiem i rozkoszną małą nią, która też, ale nieświadomie, potyka się o okno z księżycem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)