Była ona i inny on, by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
24 lis 2015
M 208:
Pojawił się niespodziewanie, podkreślany niepełnym księżycem, jakby ten właśnie księżyc celowo spadł blaskiem na pierwszy, bardziej obfity śnieg. U nich gwiazdy są większe niż w ostatnio odwiedzonym mieście na Wu. Miejsce to jest ciągle tym samym nerwowym rytmem, ze zmienną modą na tym razem buraczany hummus i pieczone jak frytki warzywa, z nowymi modelami wózków Maxi Cosi i ergonomicznych nosideł. Ona z walizkowych czasów, posiadania dwóch suszarek do włosów, dwóch szczotek i nieustannego żonglowania ubraniami po dwóch domach ma inaczej w sobie, jak niebywale wtedy napędzał ją stres, turkuć podjadek, który na szczęście nie wyżarł jej do szczętu, bo się nie da. Teraz jest tak, że sobie pojedzie, odwiedzi i wystarczy. Może, ale nie musi. Że w miejscu, gdzie je się zdrowo, na gryczanych talerzach, kiedy mała ona biega pomiędzy książkami i kuchnią dla dzieci, a ona rozkoszuje się rozpustną bezą z granatem, musem z mango i kremem z mascarpone, w domku dla lalek lub opodal zasłony, gdzie robiono jej zdjęcia, można spotkać przyjazne dusze i nawiązać z nimi porozumienie w jednej krótkiej chwili. Może ona właśnie ma takie umiejętności, że niby z pozoru absurdalne miejsca przynoszą nowopoznane dobre dusze i one są sobie w niej będą zawsze miłym uśmiechem witane. Inspiracja Polyanną trwa, zawsze tak miała i to buduje w środku bastion pozytywnego myślenia nie do przebicia. Dobrze, że ma takie chwile, pomimo narastającej i nieustannie przepychanej góry zmęczenia, o którą się kiedyś tak potknie, że nie wstanie i co będzie. Wypuszcza z rąk rzeczy, plami się czymkolwiek nieustannie, starannie wklepuje krem pod oczy wierząc, że pomoże, a nie bardzo to i tak widać. Dba jak może o małego anioła, który w niej cierpliwie rośnie i oczekuje, kiedy wreszcie pojawi się przodu oznaka, że jest podwójną mamą. Chodzi w trzech ubraniach na krzyż, bo tak jej wygodnie, bo tak jej najlepiej. Nie odpuszcza malowania rzęs i kupiła sobie szminkę w jaskrawym kolorze. Wciąż ma ochotę na bułkę z masłem i pad thai, dręczące poczucie tego drugiego smaku pewnie zwiedzie ją wreszcie na restauracyjne manowce, nie w jej mieście, bo się nie da. Wieczorami szukają zachłannie, a potem zasypiają oparci o ciepłe fragmenty siebie. Uspokaja się, powinna, bo rozedrganie nie jest dobre dla małego człowieka w niej. Jest na dobrej drodze. Jest jak jest.
4 lis 2015
M 207 albo jak jest teraz wirtualnie:
Udało jej się być w kinie, samej, jak inaczej się jechało przez zaciemnione ulice, jak światła samochodu połykały kolejne pasy, wysepki i studzienki. Pisze dużo innych rzeczy, wystukuje codziennie jesienny rytm, słuchają się jej słowa jak na zawołanie i tęskni do pisania swojego, nareszcie może wsunąć palce w litery jak w ulubione wygodne buty, ma takie, nie wychodzi z nich przez całą zimę. Ostatnie trzy miesiące zakręciły ją przesennie, tyle dróg się splątało, tyle oczekiwań na zielone światło i ciężarówek minęło, nieustannie w podróży z małą dzielną nią. Jak to się dzieje, że ona wciąż nie umie tego świata, który nastał, w którym pojawiają się określenia, na których potyka się, bo brzmią bardzo obco, to brzydkie nie polskie słowa, bez możliwości znalezienia rodzimej alternatywy. Jak to się dzieje, że nie da się już bez tabletu, bez wynalazków, jak się mówi skrótami, jak wszystko kręci się wokół pieniądza, jak się nie zrobi z siebie podnóżka albo nie oferuje gwiazdki z nieba to nawet żaden e-mail nie zostanie z odpowiedzią, tak się nie ma czasu, bezinteresowność idzie do lamusa, do muzeum. Zazdrość o litery, o posiadanie, o umiejętności, może nie dotyka jej tak bardzo, ale wokół jest tyle cienia, że naprawdę trzeba się mocno starać aby wciąż patrzeć w słońce. Na szczęście mimo tego, że świat się po swojemu, nie po jej unowocześnia, nad nią wciąż niebo z kilkoma cumulusami, oby trwało jak najdłużej i nie pękło wielką burzą. Świat jest kruchy, chowa się za szybami domów, samochodów, biur, ulicznego ruchu, świat sobie jeździ i tworzy supły i iluzje po to, aby było coraz trudniej. Ona w ich niedużym domu, pod jego skrzydłami, ze słuchającym ją niebieskim samochodem i perlistym śmiechem małej jej, pomimo, iż mentalnie nie wyszła z epoki walkmana i tego, że na świecie wiele można uzyskać wielkim sercem, wie, że już nigdy nie będzie sama, bo ma w sobie nie dość, że ogromny spokój, to jeszcze kolejne małe skrzydła stworzone z miłości, które późną wiosną zawitają do ich niedużego domu.
18 paź 2015
M 206 albo się sączy:
Odkąd nastał październik, ma jedynie siłę na wspinanie się po jego palcach do ust i po piegowatych plecach, zwiedzają się wieczorami, potem zapadając w ciężki, jesienny sen. Trochę ich naszarpało, ale ustabilizowali trajektorię wspólnego lotu i się udaje.
Ona: niebywale senną się stawszy, walczy codziennie z ogromną górą niewyspania, marząc, by mała ona nareszcie zdrzemnęła się choćby na godzinę w ciągu pochmurnego dnia, a ona padnie wtedy nieżywa i będzie z całej siły spać. Nie ma siły wyjść na spacer nogami, porusza się za pomocą niebieskiego samochodu, jeździ znów nadmiernie wydzierając ostatni bastion wolnego czasu dla siebie.
On: pracuje bez tchu, w południe jedząc wspólny obiad, a wieczorami spotykają się talerzami ze wspólną kolacją, łączy ich gwizd czajnika i opowieści z całego dnia.
Ona: tak sobie myśli, jak inne dają radę, skoro mała ona zupełnie nie skupia uwagi na niczym, przewraca i niszczy wszystko, nie ma czasu jeść, ciągle biega. Może to wiek, może samość w tej opiece, może jesień zadeszczona, może. Podgląda co się dzieje w kosmetycznej, już odległej galaktyce, patrzy na nowe luksusowe cienie i myśli, gdzie ona by się miała nimi umalować, skoro ma jedynie siłę na rzęsy i fluid. Jesienne premiery istnieją dla nie mam, albo dla tych, które mają czas je wykorzystać i opisać, w niej liter tak dużo, a tak przelatują przez zmęczone wieczory, spychając się na następne dni, aż wreszcie ulegną jej palcom. Może ma taki czas, że jest skupiona na minimalizmie, może ograniczyła swoje urodowe działania do minimum, ostatnio zakochuje się w kremie Vis Plantis za trzydzieści złotych, a działa i ją co rano uśmiecha. Przed nią jeszcze kolejne wyzwanie, które pojawi się wiosną i trzeba zebrać siły, aby się udało, aby połączyła wszystko w jedną całość, nieustannie utrzymując się na zawodowej powierzchni, aby tylko nie utonąć w domu. Karkołomny plan być może się uda.
On: martwi się o nią brązowymi, badawczymi oczami.
Ona: w powodzi długiego i zazwyczaj takiego samego w treść dnia, zamyśla się od strony więdnącego ogrodu, jak nadal jednorazowość krąży, jak ludzie się boją nowego i nieznanego i wycofują, bo po co się zmierzyć, jak nie dbają o kontakty, po co, jak można napisać status i wystarczy. Ale pojawiają się odkurzone znajomości, co nieustająco cieszy, bo wtedy daje im się drugie życie. Tak sobie myśląc, rozładowuje przy tym milionową zawartość zmywarki i bierze się za kolejne rzeczy. Życie płynie swoim ustalonym trybem i jest jak jest, świat się poukładał nieco inaczej. Nie kupiła jeszcze wrzosów przed dom, codziennie potyka się o tysiące słów, a wieczorami powłóczy zaledwie palcami tak, że nie wystarczy ich już na pisanie. Za czym oczywiście nieustannie tęskni.
Ona: niebywale senną się stawszy, walczy codziennie z ogromną górą niewyspania, marząc, by mała ona nareszcie zdrzemnęła się choćby na godzinę w ciągu pochmurnego dnia, a ona padnie wtedy nieżywa i będzie z całej siły spać. Nie ma siły wyjść na spacer nogami, porusza się za pomocą niebieskiego samochodu, jeździ znów nadmiernie wydzierając ostatni bastion wolnego czasu dla siebie.
On: pracuje bez tchu, w południe jedząc wspólny obiad, a wieczorami spotykają się talerzami ze wspólną kolacją, łączy ich gwizd czajnika i opowieści z całego dnia.
Ona: tak sobie myśli, jak inne dają radę, skoro mała ona zupełnie nie skupia uwagi na niczym, przewraca i niszczy wszystko, nie ma czasu jeść, ciągle biega. Może to wiek, może samość w tej opiece, może jesień zadeszczona, może. Podgląda co się dzieje w kosmetycznej, już odległej galaktyce, patrzy na nowe luksusowe cienie i myśli, gdzie ona by się miała nimi umalować, skoro ma jedynie siłę na rzęsy i fluid. Jesienne premiery istnieją dla nie mam, albo dla tych, które mają czas je wykorzystać i opisać, w niej liter tak dużo, a tak przelatują przez zmęczone wieczory, spychając się na następne dni, aż wreszcie ulegną jej palcom. Może ma taki czas, że jest skupiona na minimalizmie, może ograniczyła swoje urodowe działania do minimum, ostatnio zakochuje się w kremie Vis Plantis za trzydzieści złotych, a działa i ją co rano uśmiecha. Przed nią jeszcze kolejne wyzwanie, które pojawi się wiosną i trzeba zebrać siły, aby się udało, aby połączyła wszystko w jedną całość, nieustannie utrzymując się na zawodowej powierzchni, aby tylko nie utonąć w domu. Karkołomny plan być może się uda.
On: martwi się o nią brązowymi, badawczymi oczami.
Ona: w powodzi długiego i zazwyczaj takiego samego w treść dnia, zamyśla się od strony więdnącego ogrodu, jak nadal jednorazowość krąży, jak ludzie się boją nowego i nieznanego i wycofują, bo po co się zmierzyć, jak nie dbają o kontakty, po co, jak można napisać status i wystarczy. Ale pojawiają się odkurzone znajomości, co nieustająco cieszy, bo wtedy daje im się drugie życie. Tak sobie myśląc, rozładowuje przy tym milionową zawartość zmywarki i bierze się za kolejne rzeczy. Życie płynie swoim ustalonym trybem i jest jak jest, świat się poukładał nieco inaczej. Nie kupiła jeszcze wrzosów przed dom, codziennie potyka się o tysiące słów, a wieczorami powłóczy zaledwie palcami tak, że nie wystarczy ich już na pisanie. Za czym oczywiście nieustannie tęskni.
25 wrz 2015
M 205 albo o kredensie:
Jak strasznie zwolniło tu, a przyspieszyło tam, jak szybko spadły mirabelki, które mała ona pomagała zbierać a potem ona tonęła w szesnastu słoikach jasnopomarańczowej, aromatycznej toni z nutą cynamonu. Jeździ tu i tam, coś ma dla siebie i wraca do domu i rozpakowuje te rozliczne torby z rzeczami z podróży. I chowa te słoiki, które na nią czekają i sprząta, bo jak inaczej, kiedy dom właśnie czeka na jej ręce. Najbardziej lubi otwierać stary kredens po babci, który jest z nią od zawsze, pachnie drewnem i wewnętrznym kurzem, zawsze tak samo, odkąd pamięta. Babcie trzymała w nim kryształowe kieliszki na górnej półce, a na dolnej, bardziej stabilnej, równie mocno kryształowa miska skrywała jej ulubiony groszek z majonezem, którego mogła zjadać tony. W domu babci, w którym pokoje szły amfiladą, nie bardzo pamięta, gdzie stał kredens, ale później, już w mniejszym mieszkaniu, na honorowym miejscu przy okrągłym stole. Być może był w posiadaniu siostry babci, w bardzo mało pamiętanym przez nią mieszkaniu. W większym domu babci, na wprost wejścia wisiało lustro, pod którym pierwszy raz usiadła na nocnik, co wnikliwie pamięta, bo przewodził nim krzyk zniecierpliwionego dziadka. Pod lustrem pierwszy raz zawiązała buty, padało wtedy. Lustro jest z nią do tej pory, ogląda teraz śliczną główkę jej prawnuczki, codziennie kilkakrotnie liczy kroki, jak ona idzie z małą nią na górę. Kredens ze starości pozbawił się dostępu do prawej witryny, jakby na zawsze zostawiając energię z domu babci. Zamknął się na zawsze. Ona uwielbia otwierać mu pozostałe skrzydła z głuchym pogłosem w środku, lubi jak trzeszczą otwierane szuflady, kredens to aksjomat, stała rzecz w jej każdym domu. Pasuje do kieliszków i do słoików z mirabelkami, mieści wspomnienia wszystkich obiadów, które odbywały się na kredensowej porcelanie, milczącej niestety już od dawna. Tak ma, że się zamyśla nad przedmiotami, jak żyły dawniej, a jak teraz. Zamyśla się, bo znów się być może zmieni, znów się włączy nomadyczne życie, może tak a może nie. Tej jesieni, we wrześniu, w zamyśleniu nad kredensem, zbiera myśli, a za oknem deszcz i pachnie już inaczej. Zmianami.
31 sie 2015
M 204 albo okołodomowy:
Poszczypana świerszczami, pomarańczowa twarz księżyca przyczepiła się do okna, hipnotyzuje, jak rano ona otworzy oczy to będzie znów tak strasznie upalnie, wszędzie, w każdym przegrzanym zakamarku jej ciała, ciężko nawet nałożyć balsam, olejek jedynie olejek Sensorielle wieczorem daje radę, potem pościel ładnie pachnie cytrusami. Wysuszone owoce na zwiędniętych łodygach, staw głęboki na trzydzieści centymetrów z wystającymi rybimi plecami, susza wszędzie, obezwładniające, straszne, palące słońce zabierające powoli lato z drzew, zwijające liście w rurki, ucierpiał zwłaszcza bez, spalona okolica, spalone myśli, grzechot zgniatanych pustych butelek po wodzie. Ciężkie sny przeganiane kawą z kawiarki, czujna mała ona, ich codzienności, kiedy mała ona wyjada ser z kanapki, zmęczone przedramiona i oczy jego, wieczory bez ulgi w powietrzu, zapadające się snem jak piasek na wydmach. Kolejny dzień i widok małej jej maszerującej ogrodową ścieżką, na końcu której rosną poziomki i jak je już zje wszystkie to po godzinie ponownie wraca w ten sam koniec ścieżki, niosąc wielkie zdziwienie, że poziomki jeszcze nie urosły. Mała rączka podnosząca wielką konewkę aby podlać ogromną donicę z surfiniami, radość z ucieczki za róg domu, skubanie przekwitłych i żywych pączków goździków, rozgniatanie mirabelek w szalonym słońcu, z upadku otrzepywanie nie zdartych kolan, a rączek oblepionych rzeczami z ziemi, koniec wakacji. Sączą się takie dni okołodomowe, ze smakiem porzeczkowo-waniliowych lodów z automatu z miasteczka, w którym rządzi Emeryk, maliny nabijane widelcem, dni małokosmetyczne, bo gorąco, kiedy w siano włosów wtapia się Mythic Oil L'Oreal, w twarz upływające jak letni czas serum Hydragenist i Creme Rouge Lierac, kiedy cierpliwie nakłada przed snem maskę na stopy a potem jej sen ślizga się po omacku, kiedy idzie napić się wody, a jak wraca, to wtula się w jego ciepłe piegowate, miarowo płynące oddechem ramię. I tylko nieprzewidywalnie szczekający pies sąsiadów może doprowadzić ją do szału.
23 sie 2015
M 203 albo o tłumieniu:
Nie padało od miliona lat świetlnych, cmentarz z trawy chrupie pod nogami i żółtym samochodzikiem małej jej, próżno wypatrywać deszczu, nigdy nie spadnie, bo nie ma z czego się podnieść. Zamknęła lato w słoikach ogórków i moreli, sprawdzając, aby te zielone miały odpowiednią jędrność i chropowatość, zapadając w słony sen zimowy pod kołdrą z kopru. Rozjeździła litery niebieskim samochodem i wypaliła je słońcem, nie ułożyły się w porę przez prawie cały sierpień i o, każde narastające słowo musiała stłumić, bo akurat nie było jak go złożyć w zdanie. Przez wielkie chmury i wysypane z butów ziarna piasku, przez zmęczone upałem noce, jak burza, której dawno nie było, przetaczało się to, że właściwie radości i poczucie pełni są chwilami, które zdarzają się w oceanie tłumień. Bo zazwyczaj tak jest, że jak się czegoś bardzo chce, to tylko w niewielkim stopniu się to udaje, kiedy już ręce opadają z ogromnej cierpliwości, kiedy już się wydaje, że zrobiło się wszystko i ciągle czeka, kiedy na bluzce siada biedronka i przynosi wreszcie upragnione szczęście, wtedy łaskawie spełnia się to, na co się czeka. Są tacy, którzy nawet nie muszą chcieć i mają, i właściwie nie tłumią tego, co by bardzo chcieli, bo i tak im się udaje, ot, tak. Niestety, cała reszta zaciska zęby z tłumienia tego, by chcieli, aby się zdarzyło, a nie zdarzy, bo nie jest to możliwe. Jak zgrabnie uciec od tego, co tak goni, ta nierealna potrzeba, jak daleko ją zepchnąć do osobistego Mordoru, ile ma ona tam leżeć, aby nie wyszła nigdy, to trudne bardzo bo i tak raz po raz się ją przywołuje. Bo czasem trzeba spotkać akurat odpowiednie okoliczności, które stoją jak drogowskazy, pstrykają różdżkami i nie trzeba wtedy niczego tłumić, bo się to spełnia. To jest właśnie szczęście, kiedy nie ma się w sobie całej ciemnej piwnicy wypełnionej tłumieniami, które wyłażą w niestosownej chwili, kiedy jeden błysk sytuacji u kogoś innego wywołuje to wycie z piwnicy, że kiedyś się też tak chciało. Czasami dlatego tylko ciężko się oddycha, że się w danej chwili, kiedy akurat był na nią czas, coś nie spełniło i już się drugi raz nie wydarzy. Kto nie ma całej wytłumionej piwnicy w sobie, albo choćby części, ten jest wypełniony powietrzem i potrafi latać. Ma ona zatem w sobie wysuszone upałem myśli, refleksyjne od słonecznych powidoków, wytulona nim i przyjaciółmi, czeka na to, aby nie pojawiło się więcej stłumień, bo w jej piwnicy już mało zostało wolnego miejsca, chyba, że coś się dobuduje.
31 lip 2015
M 202:
Złagodniało lato ale nie jego palce, cudownie natarczywe, aż trzeba było opuścić kremową roletę. Każdego ranka szuka tego kubka z nadrukiem jabłka, który zazwyczaj stoi w szafce po prawej stronie, bo on pije w nim mleko, nastawione na prawie dwie minuty w mikrofalówce, a do niego koniecznie bułka z miodem, od miodu są uzależnieni, włączając małą ją. Ona uwielbia zatapiać się w pudełko z malinami, delikatnie bierze omszałą słodkość i rozgniata po podniebieniu, tak trwa lato, kulistymi owocami, bo i śliwki i morele i właśnie maliny, z małych kulek zrobione, roztapiają się w słodkości i upale i nic więcej wtedy nie potrzeba. Jak już zjedzą okruszki bułki i chleba z Ostrowca, takiego z pieca, ciężkiego i bardzo razowego, wypiją kawę, on z łyżeczką cukru, ona z mlekiem dolewanym do określanego koloru całości, ona włoży rzęsy w tusz, bo maluje je zawsze, on jeszcze sprawdzi, co w wirtualnej przestrzeni, przedyskutują szafę, czy polo w kropki czy koszula w parasolki, ona jeszcze zażyje Baby Doll YSL, perlisty śmiech małej jej przypomni, że już trzeba iść i wtedy będą razem w trójkę, z brązowym psem i boku, którego prowadzi tak naprawdę mała, wszystkowidząca ręka małej jej. Znów na swojej chmurze, prowadzą się za łodygi nadgarstków, milczą razem i słuchają, jak świerszcze szczypią lipcowe powietrze, milczą, jak pachną lilie i wygrzane igliwie w lesie. A ona ma jeszcze w głowie wciąż ten czas, kiedy bez wahania powiedziała, że zamieszka z nim o tu, pod lasem, kiedy pakowali małą ciężarówkę babcinymi meblami, nie dzieliła kartki na pół, wypisując za i przeciw, bo po prostu otworzyła serce, horyzont, zapaliła księżyc i bez wahania zatonęła w jego brązowych oczach. To właśnie jest miłość. Jak światło.
18 lip 2015
M 201:
Ona: w połowie lipca, w zapachu malin, zatopiona w świerszczach, radiu i cydrze, w brzęku otępiałej wieczornym, poburzowym powietrzu muchy, obserwuje jak rośnie spokój w szklance z ważką, szczypią ją oczy od dusznego powietrza i roztarła sobie płot rzęs na miazgę tuszu Catrice Baby Doll. Boli ją wystające żebro, które się wygięło bo się mu tak zrobiło, chyba od noszenia małej jej, ale co tam minie, kiedyś. Kiedyś zacznie chodzić w butach na obcasach i kiedyś pójdą w góry i miną wszystkie okołokostne, codzienne zmagania, włączając wstawanie jakby miała sto pięćdziesiąt lat.
On: cierpliwie głaszcze każdy jej niepokój i wycisza miotanie się, szeleszcząc kartkami wieczoru, ma zmęczone oczy.
Ona: maluje ostatnio nieco więcej, kładzie cienkie warstwy kosmetyków na twarz, gładzi, rzeźbi krawędzie i podkreśla brzegi powiek i ust, ujarzmia brwi i rzęsy a potem z miłym zdumieniem patrzy, jak upiększone przez nią dziewczyny prawie płaczą z radości, bo tak im się podoba ta energia i te kolory, które ona kładzie im na twarz. Dobrze, że jeszcze potrafi, że ostatnio ktoś z serca napisał, że pamięta jak malowała, jakie to miłe, że są tacy ludzie, którzy gdzieś w sobie trzymają takie wspomnienia, to jak ciepły koc w chłodny wieczór, jak herbata idealna do picia po ciężkiej podróży, jak przypomnienie, że mimo budowania od nowa, gdzieś te kilowatogodziny spędzane na podłogach perfumerii, kulisów pokazów mody i centrów handlowych, bolących pleców i pięt, uważności i czasu - miały sens. Te kilkadziesiąt pociągnięć pędzla, muśnięć palcami, mieszanie struktur cieni, żal, że ulubiony kosmetyk się kończy, to swoista alchemia, której daje się energię i to jest w tym najpiękniejsze, że to jedyna w sobie sztuka może zniknąć w chwilę po zetknięciu z płynem do demakijażu. A zostają emocje i poczucie piękna i że ona mogła to piękno komuś dać.
On: walczy z pościelą w paski, zatopiony tak jak ona w kołyszącym jazzie, uzależnieni od swoich palców, zasną zaraz spleceni w letnim śnie, kiedy jest jeszcze płytki, odwracają się od siebie, bo lepiej jej dobić do głębszego snu tak bardziej na lewym boku i będą dotykać się ciepłymi stopami rozpieszczonymi lawendowym kremem i szukać się przez całą noc, że jak się odsuną, to się zaraz znajdą i koniecznie razem przepłyną przez ciepłą letnią noc.
On: cierpliwie głaszcze każdy jej niepokój i wycisza miotanie się, szeleszcząc kartkami wieczoru, ma zmęczone oczy.
Ona: maluje ostatnio nieco więcej, kładzie cienkie warstwy kosmetyków na twarz, gładzi, rzeźbi krawędzie i podkreśla brzegi powiek i ust, ujarzmia brwi i rzęsy a potem z miłym zdumieniem patrzy, jak upiększone przez nią dziewczyny prawie płaczą z radości, bo tak im się podoba ta energia i te kolory, które ona kładzie im na twarz. Dobrze, że jeszcze potrafi, że ostatnio ktoś z serca napisał, że pamięta jak malowała, jakie to miłe, że są tacy ludzie, którzy gdzieś w sobie trzymają takie wspomnienia, to jak ciepły koc w chłodny wieczór, jak herbata idealna do picia po ciężkiej podróży, jak przypomnienie, że mimo budowania od nowa, gdzieś te kilowatogodziny spędzane na podłogach perfumerii, kulisów pokazów mody i centrów handlowych, bolących pleców i pięt, uważności i czasu - miały sens. Te kilkadziesiąt pociągnięć pędzla, muśnięć palcami, mieszanie struktur cieni, żal, że ulubiony kosmetyk się kończy, to swoista alchemia, której daje się energię i to jest w tym najpiękniejsze, że to jedyna w sobie sztuka może zniknąć w chwilę po zetknięciu z płynem do demakijażu. A zostają emocje i poczucie piękna i że ona mogła to piękno komuś dać.
On: walczy z pościelą w paski, zatopiony tak jak ona w kołyszącym jazzie, uzależnieni od swoich palców, zasną zaraz spleceni w letnim śnie, kiedy jest jeszcze płytki, odwracają się od siebie, bo lepiej jej dobić do głębszego snu tak bardziej na lewym boku i będą dotykać się ciepłymi stopami rozpieszczonymi lawendowym kremem i szukać się przez całą noc, że jak się odsuną, to się zaraz znajdą i koniecznie razem przepłyną przez ciepłą letnią noc.
1 lip 2015
M 200 jubileuszowy:
W zmęczeniu okołokatarowym, w księżycu w pełni okrągłym, w oczekiwaniu na wreszcie upalne lato, czeka. Jaśmin przekwita, znaleziony wreszcie w kilkunastu miejscach, wąchany szybko, bo zimno, bo mała ona, bo. Nienasycenie gwiazdami, głosem żab, widokiem jeża skradającego się do tarasu po smakołyki, nienasycenie zielonością, wygrzaną w słońcu trawą, jak nie podmuchy ostatnie czerwca. Na szczęście pachnie lawenda, pachną wytrwałe w kwieceniu się goździki, gdzieś skrada się suchy i wygrzany zapach lata. Pocięty miesiąc z trzonem spędzonym w mieście na Ł, w wielkim czekaniu na zaklejenie ran w samochodzie, miesiąc polowania na idealne baleriny, znalezione wreszcie w Gino Rossi, na plażową beztroskę i pakowanie piasku do reklamówki, czas spóźnień, zapomnień, szukania i znajdowania, wściekłości i bezsiły, rozczuleń i kołysania. A jakby tak ten świat pełen drobiazgów, konieczności, spacerów po wiktuały, usypiań, komputerowej pracy, zepsutych samochodów i niedobrych nastrojów postawić na tym jednym świecącym kółku, odwrócić je, aby było spodem, to czy to wszystko się zmieści. Jest jakaś wewnętrznie poobijana, zupełnie jak ślady na tym idealnym kole, właściwie nigdy nie przyglądała się, jaki ma deseń na sobie i teraz nawet patrzy przez wycięte okno. Zerknęła za to, co było sto wpisów temu. Trzy lata temu jej świat był pełen butelek z wodą, czerwonego wina, rukoli, perfum, orzechów, zauważania, nieustających wyjazdów i powrotów i wtedy już ten szalony kołowrotek zaczynał zwalniać. Teraz czuje się zupełnie po drugiej stronie, po takiej, o której nie wiedziała, że może zaistnieć, podobnie jak się nie wie, jak z drugiej strony wygląda księżyc. Jest więc w niewygodnym mieście, które codziennie zakłada jak nieco mniej wygodne buty, które po rozchodzeniu dopasowują się do nogi i można w nich iść, ale bez przyjemnej wygody. Jest w miejscu, które przygarnęło przyjaznych ludzi i bycie z nimi to ogromna radość, pomijając specyfikę otoczenia. Tak samo lubi wino, orzechy, kawę arabikę i wlewa mleko do określonego jej koloru. Tak samo nie słodzi. Ma podobne włosy, więcej piegów i tę samą wagę. Przeżyła pogrzeby trzech ukochanych kotów. Ma cudowną małą ją, która właśnie dziś zrobiła fachowe pierwsze kroki. Ma swoje tęsknoty i wpatrzenia w horyzont, który póki co, przynosi status quo. Pomimo rozmaitych cieni ma bardzo dużo. A wszystko ma swój cień, nawet księżyc. Widziała.
14 cze 2015
M 199:
W połowie czerwca jeszcze nie wie, jak pachnie jaśmin w tym roku, na Piaskowej pewnie wybuchł już krzak i sączy się aż do jej Smugowej, ale wciąż tam dotrzeć nie może, bo osiadły na ponadtydzień w jej rodzinnym mieście. Tęskni za nim bardzo, za czujnością brązowych oczu i nakrapianymi ramionami, które władają nią tak, że nie ma miejsca na nic innego, zapada się w nie i nie chce się stamtąd ruszać, nawet po obłędnie pachnące truskawki. Czeka, aż naprawi się samochodowa rana i wtedy pojedzie w te swoje jaśminy i czerwcowe owoce i zobaczy, czy już przekwitły irysy i co teraz zamierza. Tymczasem udało się jej porwać tam, gdzie nieustannie szumi, gdzie horyzont zakończony rozległą, pomarszczoną wodą, styka się z niebem i spotykają się wszyscy w zmrużeniu jej oczu. Pięknie jest poczuć jak wielka woda zalewa wszelkie zmęczenie i niepokój, jak zawsze we wspomnieniach szuka się, kiedy ostatnio widziała morze i na jakim kawałku wybrzeża. Dobrze jest mieć poczucie, że są wokół ludzie, którzy pojawiają się znienacka i stają się bliskimi przyjaciółmi, zajmują wolne miejsca tych, którzy nie wytrwali przez lata, chociaż się czekało na nich żeby byli, może nie chcą, może tak miało być. Są tacy, którzy przez swoje sprawy w środku, swój nieporządek i miotanie się, odrzucają wieloletnią pomoc tych, którzy wokół nich nieustannie łopotali skrzydłami, ale odlecieli chociażby nad morze, bo już nie warto, bo czas płynie i każdy ma swój menisk. Stopy i włosy w piasku, wiatr przewracający kartki książki, zmrużony, nasłoneczniony horyzont, nienasycenie wieczorem i przepychanie żeliwnej kuli snu po piątej rano, retrospekcje co kiedyś było i jak jest teraz, poczucie, że jest się potrzebnym i się uzupełnia, wspólne milczenie i zatrzymanie czasu a potem pośpiech, żeby zdążyć wrócić. Cowieczorne tęsknienie za zatracaniem się się w skrzydle lewym, pragnienie, żeby wtulić opaloną skórę w jego czujne dłonie, żeby sprawdziły, czy na ramionach jest tak samo gładka jak i po wewnętrznej stronie ud. Mając pod powiekami szum słonej wody i widok piasku sypanego niebieską łopatką do reklamówki, żeby małej jej przywieźć piętnaście kilo wspomnień do piaskownicy, tęskni za jaśminem, za tym, żeby wpaść w jego palce, żeby nagrzeszyć a potem rozciągać się we wspomnieniach, jak to się działo. Dwie przyjaźnie usankcjonowane wspólnie spędzonym czasem, w wyrwaniu od codziennych konieczności. Bezcenne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)