Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
17 wrz 2018
M 277 albo o rysopisaniu:
Jak kładzie się wieczorem, zawsze na lewym boku, na skraju łóżka, z widokiem na duże radio po dziadku, to ma wrażenie, że jej mózg ciąży, synapsy strzelają, kładzie głowę jak jakąś ogromną puszkę, ostrożnie, pod wysokim napięciem, jakby miało coś z niej wypaść lub się przepalić. Strzela słowami w papier jak z karabinu, wymyśla tysiąc synonimów do jednego słowa, stuka i szeleści palcami, coraz szybciej i szybciej, szyje ściegi słów na białej, otwartej kartce w komputerze równie szybko, jak kiedyś zapisywała papier równym, wyrazistym pismem, bo w czwartej klasie podstawówki miała lekcje kaligrafii, które znacząco wpłynęły na to, jak naciska długopis, prosto mocniej, z lżejszym zawijasem. Takie czasy zresztą, że ustawia się czcionki w komputerze i telefonie, a nie zna charakterów pisma swoich przyjaciół i czasem jak przyjdzie od nich kartka lub paczka, to nagle się widzi jak ktoś pisze i zazwyczaj drobno, czemu nie mówimy do siebie listami... Ma wiele zapisanych i zarysowanych zeszytów, szkicowników, które przyjmowały jej słowa i zasypiały w szufladzie, aby ponownie się obudzić, lubi do nich zaglądać, bo to naprawdę bardzo duża część jej. Jak nie pisała, najlepiej długopisami BIC w niedużych zeszycikach w kratkę, które można było zmieścić w każdej torebce, to rysowała. W każdy piątek wieczorem do korkowej sporej podkładki, przypinała sztywny karton, rozkładała rosyjskie kostki akwareli, wyciągała smukłe pędzelki, ołówki od 2H do 4B i sobie rysowała takie różnostki, gdzieś tam z zakamarków jej wyciągnięte. Odsychały w akwarelowej lekkości, a potem zwinięte w rulon, mieszkały za szafą, wyjmowane czasem w zależności od nastroju. Nie maluje teraz nic, za to pisze słowami, wyciskając z mózgu ostatnie krople liter. Każdego ranka ma za to za szybą namalowany obrazek ze stawem pośrodku, w zależności od pory roku spowity w oniryczne sfumato albo w wyostrzony kadr mocno namalowany gwaszem, posypany ptasim śpiewem i pewnością, że zawsze jest i będzie.
31 sie 2018
M 276:
Pachnie ten sierpień wygrzanym asfaltem, czymś nieokreślonym w ciepłym polu, pomiędzy kurzem, skoszoną i wypaloną okiem upału trawą a ziołami, których nie zna, a pachną tak tylko w sierpniu. Jabłonie ciężkie od jabłek, których nikt nie zbiera, schylają swoje ramiona ku wciąż soczyście pachnącej trawie. Maliny ułożone w półkilogramowych opakowaniach, kuszą zapachem i słodyczą rozgniataną o podniebienie, ile można ich zjeść na raz, szkoda, że wciąż za mało bo takie pyszne. Biega, bo sierpień tak rozłożył parasol upału, że udało się pobiegać pomiędzy jego drutami. Biega, bo jej się strasznie nie chce, ale potem jak już wejdzie na półkę tempa 6 minut na kilometr i mniej, to jest naprawdę miło. Biega, bo powietrze jest inne, bo w rowach na drodze pożarowej do Wąchocka pachną zioła w takim jednym miejscu i cudownie je się czuje, jak się biega, inaczej, bo płuca są większe. Biega, bo wie, ile to sto metrów i dwieście, do kolejnej kałuży, do sterty z drewnem, do miejsca, w którym można trochę zwolnić, a potem znów ruszy dalej. Zawsze w czapce, bo nie wpadają muchy do oczu, bo jakoś ta czapka jest jak kropka nad i. Biega, bo kiedyś była tak popsuta, że nie mogła kucać i klęczeć przez bardzo długi czas i wciąż tak czasem jest, ale przez to, że porusza w rytmie nogami. Biega, bo lubi obserwować, jak zmienia się jej ciało, jak szczupleją ramiona i nogi, a potem jak wszystko boli, że wstać nie można, kiedy ciało stygnie po tym rytmicznym stukaniu nogami. Bo jest pięknie, kiedy mgły podnoszą wieczór do poziomu oczu, kiedy nigdy się nie wie, co będzie za zakrętem i jak z oddechem i siłą. Bo potem można wrócić, pozbierać mirabelki, przełamać ich kwaśność i aromat słodkimi gruszkami, stać, mieszać, przypalić garnek, zakręcić kilkanaście słoików i zakończyć sierpień mając w nogach około stu pięćdziesięciu kilometrów i ona nie wierzy, kiedy to się podziało a jest. Wciąż się zaskakuje. To cieszy.
11 sie 2018
M 275:
Ona: szczęście jest wtedy kiedy widzi jak mała ona zasypia w pierwszą noc wtulona w rączkę maleńkiej jej kiedy noc szeleści jak on włącza czajnik o szóstej rano który syczy i mówi że jest a potem on wraca i mówi że przebiegł jakieś gigantyczne ilości interwałów w tempie mistrzyń świata w sztafecie i ona się cieszy od rana bo lubi patrzeć jak ruszają się jego nakrapiane ramiona i nogi w ulubionych Saucony Zealot. Kiedy chodzą sobie i tu i tam w swoim tempie kiedy małe one śpiewają wszystkie znane piosenki i perlistym śmiechem zauważają kilkunastu spacerowiczów. Jak ona widzi że wszystko jest takie samo jak cztery i trzy lata temu tylko urosły kawiarnie i miejsca do jedzenia a zepsuły się te które bardzo lubili bo oprócz cen wiszących pod sufitem to dają chilli i pół torebki tymianku do dania dziecięcego i nie można tego niczym stłumić.
On: szczęście jest wtedy gdy widzi ją po lewej stronie kiedy ich ręce stykają się na poręczy pomieszczenia do biegania Burley i kiedy ze środka wydostają się komendy żądające picia albo śpiewanie głupkowatych piosenek albo fragmenty małych paluszków zamkniętych w srebrnych lub złotych sandałkach.
Ona: kiedy wie że oni gdzieś tam czekają a ona idzie do sklepu po konieczności na dzień następny i mija w kolejce Chanel Egoiste Platinum zapach sprzed miliona lat i ją to uśmiecha że jeszcze ktoś pamięta o takim. Kiedy wie że on zauważy to samo i nic nie mówi że ona pół godziny fotografuje chmury bo są w tym momencie najpiękniejsze a za ten czas się zmienią i nic nie będzie na niebie takie samo a to ważne dla niej. Szczęście jest wtedy kiedy są razem tak bardzo że już bliżej nie można i nie zmieści się tam nic poza nimi chociaż chciałoby. Jest teraz bo jutro będzie zupełnie inne niż sobie wyobrażali albo większe albo mniejsze bo może spaść deszcz na wszystko wokół nich bo może czas przyspieszyć jak chomik w kółku i wtedy nie zdążą pójść na gofra z owocami. Szczęście jest teraz i oni o tym wiedzą i widzą nawet jeśli nie trzeba.
On: szczęście jest wtedy gdy widzi ją po lewej stronie kiedy ich ręce stykają się na poręczy pomieszczenia do biegania Burley i kiedy ze środka wydostają się komendy żądające picia albo śpiewanie głupkowatych piosenek albo fragmenty małych paluszków zamkniętych w srebrnych lub złotych sandałkach.
Ona: kiedy wie że oni gdzieś tam czekają a ona idzie do sklepu po konieczności na dzień następny i mija w kolejce Chanel Egoiste Platinum zapach sprzed miliona lat i ją to uśmiecha że jeszcze ktoś pamięta o takim. Kiedy wie że on zauważy to samo i nic nie mówi że ona pół godziny fotografuje chmury bo są w tym momencie najpiękniejsze a za ten czas się zmienią i nic nie będzie na niebie takie samo a to ważne dla niej. Szczęście jest wtedy kiedy są razem tak bardzo że już bliżej nie można i nie zmieści się tam nic poza nimi chociaż chciałoby. Jest teraz bo jutro będzie zupełnie inne niż sobie wyobrażali albo większe albo mniejsze bo może spaść deszcz na wszystko wokół nich bo może czas przyspieszyć jak chomik w kółku i wtedy nie zdążą pójść na gofra z owocami. Szczęście jest teraz i oni o tym wiedzą i widzą nawet jeśli nie trzeba.
31 lip 2018
M 274 albo ostatniolipcowy:
W pachnącym wieczorze lipca, kiedy świerszcze rozkruszają ciemność na szeleszczący pył, kiedy najlepszy cydr dobroński nie ugasi rozległego po horyzont upału, myśli sobie, że dobrze, że nie musi, że ma wybór, że może. Dzięki temu omija sprawnie wszystkie mielizny i głębokości, płynie sobie ze swoim prądem, nareszcie jak lubi i chce. Odstała swoje z bólem pięt na niejednej podłodze, z dźwiganiem makijażowego kufra, pochyleniem pleców i skupieniem nad upiększaniem, z pokorą każdego kroku, wracania do krakowskiego mieszkania na wysokim piętrze pomimo bólu kolan, z zaciskaniem zębów i przekonań, że już niedługo będzie inaczej, lepiej, że pchanie tego głazu narzutowego wszystkiego pod górę - kiedyś się skończy, i będzie tak jak ona chce. Teraz, kiedy jest zupełnie inaczej niż kiedyś, odnajduje się w innych miejscach i wydusza mózg w innym kierunku, wciąż w inne litery i brak jej tchu na te, które lubi najbardziej. Jest gorąco i trzeba zamknąć lato w słoikach. Umiera ktoś, kto pięknie pisał i nawlekał słowa na nitki, które na zawsze przyczepiają się do niej i w każdej chwili szeleszczą, że są. Umiera drugi ktoś, kto snuł inne nitki z jazzową, przepiękną nutą, kto z jednego dźwięku potrafił zrobić poemat nie do zasłuchania, kto znał Komedę, a ona właśnie czyta o nim i dlaczego teraz czasy są takie inne. Kiedy liczy się pozycjonowanie, przepychanie między linijkami tego, co wypluwa wyszukiwarka, te najmniej przetrawione strony są na końcu, a na końcu nikt nie chce być. Trochę wciąż nie nadąża za tym, co teraz i nie bardzo umie przyspieszyć. Teraz wszyscy się promują, zdradzają tajniki biznesu, tworzą skomplikowane gałęzie i odnogi drzew, z których wyrastają kolejne tajemniczo brzmiące nazwy, każdy jest wyjątkowy i ma potencjał tylko siedzi w domu albo w nie lubianej pracy i nie umie tego zmienić, a wystarczy się rozejrzeć i można zasadzić kokosy w ogródku przed blokiem, o ile spółdzielnia pozwoli. Każdy jest unikalny i jedyny i słucha jednej i drugiej pani i pana, którzy teraz występują na scenie z mikrofonem i opowiadają o swoim życiu, jakie jest teraz ciekawe i fajne i jak oni wszystko potrafią połączyć ze sobą, mistrzowie synestezji we wszystkim i jeszcze w doskonałym ciele, a tak naprawdę najważniejsza jest po prostu zwyczajna odwaga i działanie, nie, że kiedyś się zbiorę, zrobię, przestanę, zacznę, pomyślę ale jeszcze nie teraz. Kolejnego teraz może nie być, więc dobrze jest z całej siły być w tej chwili, która właśnie jest, móc obserwować, jak wieczór nakrywa się ciemnym kocem burzy od zachodu, jak chłodniejszy oddech nocy wsącza się w nienormalnie rozgrzane wnętrze, jak chrupią słodkie ogórki z ogrodu u sąsiadki, jak pies nieustająco się cieszy z każdego kroku jej, jak łaskocze słodko-cierpki smak borówek na podniebieniu, jak maliny jedzone widelcem, jak perlisty śmiech małych nich i jego ciepłe, nakrapiane plecy podpierające jej noc z drugiej strony, najważniejsze, że razem.
19 lip 2018
M 273:
Ma tak, że zawija się w kokon szlafroka z Oysho, dwa ma takie same, jeden czerwony, a drugi beżowy, kupione w czasach, kiedy wszystko było tak bardzo inne, że nie do wyobrażenia, że takie mogło być. Lubi się wtulić w miękkość i usiąść na fioletowej kanapie, robiąc miejsce na każdy bolący fragment pleców. Czasami czuje się jak Frida Kahlo, bo zawsze ją coś boli, czasem mniej, czasem bardziej, ale uwiera albo na dole, albo pośrodku, bo tam ma tysiąc popsutych rzeczy, że mogłaby obdzielić nimi kilka osób. Bo jak jest już w miarę dobrze, jak poskłada sobie te swoje braki żelaza, domowe konieczności, pięćdziesiąt słoików z nadzieniem porzeczkowo-malinowym, litery płynące nie w kierunku jej pisania, nieokiełznaną senność, jak zaparzy mocną kawę Daymalr, to wlezie w jej plecy koszmarny turkuć podjadek, który ugryzie tak i będzie trzymał, że mało co można z tym zrobić, jakby sztywny pręt wciskał się jej w kręgosłup a ona tańczyłaby wokół niego, dopasowując resztę ciała do tego miejsca, które tak boli, może tak ma być, że jak coś jej się udaje, jak los się uśmiecha, to właśnie wtedy dzieje się tak, że ma boleć. I ona nie może wtedy za nic zebrać myśli, wścieka się, kombinuje, czuje się jak przydeptana jaszczurka, wije, niedobrze, nie. Potoczyły się dni tak szybko, wypełnione trochę nimi a trochę nie, wybębnione grochem kropli deszczu, z nowymi, jaśniejszymi włosami i kremem Nuxe, wieczory mijające nie wiadomo kiedy, bo urządzała pokój małych ich, wyznaczany rytmem, kiedy dziesięciu mężczyzn ugania się za taką jedną i jednym to bardziej wychodzi a drugim mniej. Dużo za nią i jeszcze więcej przed nią, jak lato w pełni i żeby ją wreszcie osiągnęło i lipiec nie kończył się nigdy, bo zieloność w ich ogrodzie jest tak piękna, że żal, jakby juz zasypiała około dziewiątej, a tak się niestety dzieje.
30 cze 2018
M 272 albo owocowy:
Jakby i czym nie malowała, to po dwóch dniach schodzi. strzępi się i nie chce urosnąć. Mała kosmetyczka jeszcze z czasów miasta na Wu i bycia na obcasach obrotów pęka w szwach od ilości pędzelków maczanych w trylionach odcieni amarantu, różu i fioletu, odżywek od a do z na wszystko i szybko działających i wolno i nocą i dniem i jakoś niestety tego nie widać, dzielą się na czworo bardziej niż włos, kruszą i nie chcą współpracować. Te jej paznokcie, bardziej po tacie niż po mamie, z długą płytką, ale nie tak wyjątkową jak u jej mamy, nie wypukły migdał ale po prostu podłużne. Życie odbywa się tu i teraz a one nie rosną, nie chcą być ubrane w te wszystkie kolory, które grzechoczą i zasychają w niemocy bycia użytym. Kończy się czerwiec, jej ulubiony miesiąc rozpoczęty jaśminem a zakończony feerią pachnących owoców, bo właściwie jest już wszystko, a co urośnie później to nie wiadomo, miesiąc z małobieganiem a dużodziałaniem wokół i w domu, na koniec z pierwszą od dwóch lat nocą bez maleńkiej jej obok w łóżku. Litery złożone w słowa, nie użyte na czas, poschły jak za mało podlewana rukola, przeleżały za długo w poczekalni i dlatego znów wyszło małopisanie czerwcowe, podpierane nosem ze zmęczenia, bo wieczór kurczy się nieopatrznie jak wełna z merynosów wyprana w podobny sposób w czterdziestu stopniach , jak pachnące, ostatnie truskawki, które podniosły aromat aż po dach za sprawą ekstraktu z cytrynowej skórki i wanilii. Intensywne jest to jej teraz, jak bardzo owocowy czerwiec, jak pragnienie wieczoru tylko z jego ustami, które rozgniotą się o jej już za tydzień w jedno z piękniejszych ich wspomnień.
11 cze 2018
M 271 albo o okruchach:
Bo to jest chyba tak, że w dniu, w którym się urodziła, ktoś rozkruszył milion rzeczy do zauważania, do zbierania wzrokiem, do przytrzaskiwania aparatem, do nadeptywania, żeby zapamiętać, i tak chodzi cały czas i nie może przestać, jest tyle rzeczy na świecie, które trzeba tak czy inaczej zebrać w całość i ulepić z nich jej świat. Jak biega nawet w najgorszym kurzu i upale, jakby ktoś za pierwszą linią zielonkawej pszenicy nakrapianej czerwonymi makami, kręcił młynkiem stopnie Celsjusza, to i tak zauważa wiele, bo dobrze jest wtopić wzrok w aksamitny dywan ze skrzypu, gdzieś wyłowić pojedyncze kaczeńce, nie zatrzymywać się, bo komary są wszędzie i nie znają litości. Bo gdzieś na pajęczynie zawisły krople wody i jak podlewała pachnące gramofony surfinii, to zauważyła i musiała od razu zebrać ten okruch aparatem i go ma. Bo jak on przejdzie obok niej, to musi na chwilę zawisnąć na jego nakrapianej szyi, tam gdzie się powiesił jej wzrok i tam jest ciepło i pachnie i ona to uwielbia. Gdzie indziej opadły płatki pachnącego jaśminu, dlaczego w tym roku nie wtulała twarzy w pachnące kiście to nie wie, miała nadzieję, że jeszcze ten czerwiec przedłuży życie białym gałązkom, a tu nie wyszło, bo młynek z temperaturą wykręcił swoje i opadło. Więc jak nie zauważa, to dzień stracony. Jak nie złoży jakiegoś smaku w przyjemną całość, jak nie zobaczy, że już są bób i maliny a co będzie za miesiąc, że zamknęli jedne sklep z pieczywem, bo pomimo starań wychodziło im drewniane, że obok jej rytmicznych kroków na asfalcie wtórują jej mrówki i ona im nie przeszkadza w tym ich zabieganiu, że z jednej strony pachnie coś ładnie, a z drugiej powoli wystawiają swoje czułki pomarańczowe lilie. Codziennie jest coś do zauważenia, inaczej nie potrafi, tak ma. I ciekawe, ile już tych okruchów zebrała i ile jeszcze przed nią. Jak mało, to może przejmie to ktoś inny, to zbieranie. Jak dużo, to żeby znalazła wszystkie.
20 maj 2018
M 270:
to nie księżyc ją w niewyspaniu trzyma szarpie nocą szarpie snem, budzi,
włącza wirówkę myśli unosi nad łóżkiem nad ziemią podbija staccato
serca rozszerza malachitowe źrenice uśmiecha od rana do nocy, nie
księżyc nie. kto dzień kołuje i nie pozwala na rzeczy konieczność na
pisanie inne niż to najbardziej w jej kolorach. bardzo powoli baardzo
ale jednak tak jest tego pewna bo rok mija odkąd umarła odkąd przestała
oddychać żyła dzięki respiratorom przyjaciół swojej woli pociągom które
rozjeżdżały we wszystkie strony niedobre myśli i nie zostawało z nich
nic. tak jest pewna że gdzieś w głębi w brzuchu pojawiły się larwy
motyli czekają na swoje życie na to czy się obudzą a ona jest pewna że
zaczną wkrótce latać ze rozwiną skrzydła a ona wtedy uniesie się nad
ziemią i zacznie wraz z nimi wirować aż uwierzy że się nareszcie spełnia
to naprzeciw czemu wyszła
17 maj 2018
M 269 albo o obudzeniu:
Ona:
bezcielesną się stawszy, trzyma cienkie nadgarstki, miękkie usta i
linię talii dla tego, który ją po raz kolejny obudzi, z którym zacznie
budować od dymu to, co się zawaliło od fundamentów po dwóch
trzęsieniach jej ziemi. Pamięta doskonale, kto ją obudził, kto wywołał w
niej kobietę, kto rysował ją nagą w przestrzeni milimetr od skóry, a w
niej topniał cały wstyd, całe chowanie się i nijakość i chciała potem
być tylko w jego oczach, palcach i ustach. I potem już zawsze
uwielbiała ten moment, kiedy mężczyzna patrzy na nią pierwszym swoim
zachwytem nowości, łapczywie, zachłannie, kiedy nagle staje się cała
jego i mogą baletem palców wzajemnie tańczyć po skórze i ona może
spalić się w jego oczach i być z nim blisko, w świetle, w muzyce, w
pościeli, w trawie, gdziekolwiek, gdzie tylko można otworzyć oczy i
pozwolić palcom rysować się wzajemnie a ustom pragnąć i kołysać się,
oddawać, bez myślenia, dawać dawać dawać.
Ona: wypuszczała nitki po wielekroć i w usta niejedne i palce niejedne splątana, rozszerzała źrenice w momentach nagłego znieprzytomnienia i obudzona bardzo już zasnąć nie może, jak kobieta, która była zostawiona i zostawiała, która po raz kolejny nieustannie wierzy, że dawanie jest największą radością energią prezentem.
I teraz, w swoim kokonie, z tysiąca wypuszczonych nitek powiązanych na siłę, na supły, czeka, aż rozplącze obudzi ją ten, który rozkruszy ją w palcach na gwiazdy
15 maj 2018
M 268 albo y:
Wróciła z miejsca smaganego kaszlem i gorączką, z niemocy takiej, że
zastanawiała się, na którym cmentarzu ma postawić siebie w urnie, bo jak
może być inaczej, scenariusz przemyślany, tak się czuła chora,
wtapiając się w poduszkę i zbierając rękami granat tuż przed
wyciągnięciem zawleczki w głowie. Ma w sobie taki czas, niepokojący że
chciałaby być w pełni wypoczęta, wyspana, naczytana i bogatsza chociażby
w biografię Komedy, wypełniona dobrą i ciepłą kawą, chciałaby w pełni
poczuć wyspanie, nie na trzy godziny lub pół dnia, nie czuć bezsiły
podpieranej z jednej strony kawą a z drugiej imitacją drzemki pomiędzy
pisaniem, opiekowaniem się nimi, konieczności smażonego kotleta z kaszy
jaglanej, selera, pietruszki, pociętego lubczyku i czosnku, złocistego
od mielonego lnu, bo tak samo chrupiąco jak w bułce tartej a jakoś
według niej lepiej. Zmęczona, nieposklejana, z jakimś niepokojem w
środku, może że ta wiosnalato wybuchła do nieprzytomności kolorów, do
zapachu pierwszego deszczu od niepamiętnych czasów, do niebiegania,
które śni jej się po nocach bo tęskni za tym rytmem i cyframi, które
wyliczają jej nogi. Patrzy na to, co do tej pory robiła tu i tam i tak
strasznie nie umie się wpasować w ramki cyberprzestrzeni, nie potrafi
zgrać filmu z telefonu do komputera, bo ją zalewają jakieś pliki, które
nie chcą ze sobą rozmawiać, dlaczego nie można po prostu nagrać na
kasetę i wysłać, albo napisać listu na kartce jak się kiedyś robiło,
wszystko musi być teraz w plikach, nośnikach, których ona nie rozumie,
nie wie jak skompresować, poupychać, żeby się zmieściło, jest
człowiekiem kartki i długopisu i to się nie zmieni i wcale nie chce
inaczej, chociaż powinna. Nie bardzo też przyswaja czas, w którym
wszystkiego można nauczyć się z filmików na y, po co malować jak za
dawnych lat po prostu intuicyjnie, z wprawą nabraną na akwarelach, tuszu
i pastelach, teraz wszystko musi być nazwane, określone i ten, kto to
podobno wymyślił to święci triumfy, a tak się malowało już naprawdę
wieki temu, tylko kto to pamięta, garstka. Więc teraz można zrobić kurs
makijażu na y, nauczyć się gotować, pisać, zgrywać i kompresować pliki,
szyć, prowadzić samochód, wydać książkę, można prawie wszystko, potem to
upiększyć filtrami, programami graficznymi i stworzyć obraz, jaki to
się ma talent, ile potrafi, jak świetnie nazywa po angielsku i jeszcze
odpowiednim skrótem. Więc ona w tej latowiośnie, krucha i zmęczona
zatrzymała się na poziomie jego dłoni i obsadki do stalówki po babci, bo
w czwartej klasie podstawówki miała kaligrafię, zatrzymała się na
włączaniu filmów na y dla dzieci, na tym, że statystyki są w jej pamięci
i nie tej RAM i giga, na tym, że umie trochę i więcej nie chce i że
coraz mniej maluje bo i tak wszystko można sobie dorobić szablonem i
pooglądać o tam na y. Tyle, że ona nie pasuje do żadnego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)