Jak już przestało padać, wsączać się w ziemię, wilgotnieć, uciekać przed padadeszczem według małych nich, jak rozkwitło, zakumkało, zapachniało i poszło w maksymalną zieloność, jak ze maleńkich skrzypów zrobiły się choinki, jak się rozślimaczyły paprocie na długość, porosły osty i różne takie, które się ciężko wyrywa, to się zrobiło gorąco. A ona to się zatrzyma, to biegnie, zatrzyma nad przewracanym naleśnikiem, które zjedzą wszystkie natychmiast, nad warzywną orkiestrą, która codziennie gra dopasowując się do tego, na co mają ochotę. A potem biegnie najszybciej jak potrafi, jak w tunelu aerodynamicznym, a potem się cieszy, że mogła że jednak umiała. Ale coś za coś, nie ma, że nie boli, bo kolano daje upust swoim fochom, wymęczyła, za szybko dla niego, za dużo, za mocno i boli i spina się i nie chce współpracować ani po wstaniu ani przy siedzeniu, chociaż masuje, roluje nakłuwa dba. No tak ma, że na zewnątrz pięknie, a wewnątrz nie zawsze. Coś za coś. Spina tę codzienność tak, aby zawsze było jakoś, chociaż dni rozmazują się jak nos kota na szybie i nie wiem kiedy minął już maj, w którym ani razu nie powąchała konwalii a lewkonie widziała zduszone w folii w markecie. Tak się nie robi, podobnie, jak nie ucina się im korzeni, bo umierają tak szybko jak ostatnie godziny wieczoru, na siłę naciągane, że jeszcze może. A nie bardzo. Zapada się w ciężką noc, jakby ktoś ją rzucił na łóżko i nie wie, kiedy nagle staje się rano. Zaskakujące.
Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
31 maj 2019
19 maj 2019
M 292 albo o codzienności:
Kipi w niej jak nasączona deszczem zieloność, przygląda się
czerwonemu klonowi w ogrodzie, jak pochylił głowę z tej wilgoci, bo
czegoś ma za dużo i ona też tak ma. To jest trochę jak chodzenie po
linie, patrzy przed siebie, ale czasem kiwa ją na boki i kiedy właśnie
ma spaść, to pojawia się coś, co nie pozwala, dmuchnie pod skrzydła i
ona idzie sobie dalej. Skąd jej się ta energia bierze, to ona nie wie,
bo zaczyna dzień od rozcierania szóstej dwadzieścia pod powiekami,
rozganiając resztki poplątanych, zawsze filmowych snów, a potem te
obrazy zostają dobite dwoma małymi ciałkami, jedno w piżamie w
kościotrupa zawija się w jej nogach, drugie, o ciepłych, pulchnych
stopkach każe naciągać kołdrę krzycząc przykryj. Całość trwa kilka
chwil, bo potem trzeba przejść przez koncert jęczenia o kawałek kołdry,
wycałować fragmenty wystające spod niej i udać się do pokoju, aby
stoczyć batalię o dopasowanie spinki do wzoru na majtkach i sukience.
Kiedy dom opustoszeje, ona przez chwilę wchłania to, co za oknem, a
potem idzie w konieczności, które podpierają każdy dzień, składające się
z liter nasączonych podwójnym ristretto z dobrej arabiki, z usuwania
resztek dnia z wczoraj, z tego, aby dom był jasny i jak twierdza. I jak
jego nie ma w południe i później, a potem stykają się przedramionami,
ona prawą, on lewą stroną uda na fioletowej kanapie i nie tylko tym, to
jej jest za mało jego, jakby ktoś nie dostarczył energii na czas a
zasoby się wyczerpały. Piękne są takie drobiazgi, które zszywają dzień i
pod którymi kładzie się wieczorem, nawet jeśli dzień do cna
przeładowany jak mały wóz z wielkim sianem. A kiedy pełnia księżyca,
okrągły plaster na niebie, przez który jesteśmy podglądani chciwie,
wprawia ją w dziwny niepokój z tych obserwacji, najlepiej rano pójść na
spacer z psem i popatrzeć, co i gdzie kwitnie, jak pachnie fioletowy
bez w ogrodzie, jak przekwitł pigwowiec i powoli pączkuje jaśmin.
Czasami lepiej iść niż ciągle biegać, bo wtedy wielu rzeczy się nie
zauważy.
30 kwi 2019
M 291:
Jak biegła nad Bug pachnącą, wczesnowiosenną łąką, tak po prostu, na
przełaj, to było absolutnie cudownie. Rzeka poszarpana zaroślami i
rosochatymi drzewami, krętą linią wyznaczała gdzie wschód a gdzie nie.
Bo tam, gdzie rosną pałace i dwory, gdzie się ocala i nie ocala od
zapomnienia, gdzie zieloność taka, jak nigdzie indziej, to jest jej
któraś podszewka, może jednak halka z jedwabiu z delikatnym angielskim
haftem, kto zresztą dzisiaj nosi halki pod ubraniem, nikt... Gdzie się
podziały czasy, kiedy prawie każdy umiał jeździć konno, a kobiety w
damskim dosiadzie, jak tak galopować, w sukni, gorsecie, kapeluszu i
rękawiczkach, dzisiaj rzadko kto w ogóle w nakryciach głowy chadza.
Rozdarta pomiędzy międzyczasami, gdzieś z wpojonymi manierami sprzed
wieków, które zanikają, bo się tak do końca nie da im hołdować, ma jakiś
trzepot serca w miejscach, gdzie ocala się od zapomnienia to, co
zostało sprzed stu lat. Pachnie wszystko wokół, rośnie ta wiosna, sypie
płatkami kwiatów, zagląda łapczywie w ogrodową zieloność z fioletowej
kanapy, z której ciągle stuka bo pisze. Podgląda, co się nosi i po co i z
czym i przeniosła by się w czasy "Tygodnika Mód i Powieści" albo
"Bluszczu". Albo francuskiego "Vogue'a". Bo ona kiedyś zamieni te swoje
dresy z Insomni i dzianiny z Massimo Dutti na bycie bardziej chic. Bo
teraz pantery, worki na jedno ramię to nie to co New Look Diora,
chociaż nie da się za bardzo w tym iść na plac zabaw, chociaż do
szafirowego automobilu wsiąść można, lekko naciskając gaz butem na
niezbyt wysokiej szpilce, to akurat potrafi. Gdzie się podziały
jedwabie, perkalowe sukienki i batystowe bluzki, wszędobylski poliester z
akrylem zamienił świat w jeden wielki iskrzący sweter, którego nie ma
ochoty nosić. Jeśli kaszmir i alpaka, to za miliony, podobnie jak jedwab
czy merceryzowana bawełna. Jak tu się pogodzić, że wszystko jest z
plastiku, zawiera cukier i nie jest na zawsze. Taki jej kwiecień.
Materiałoznawczy i wspomnieniowy.
8 kwi 2019
M 290 albo guardian angel:
Przeszedł ten marzec niepiśmiennie, jak mogła tego nie zauważyć, jak. Bo kudłaty pies ma złamaną łapę a ten drugi, który był pierwszym świadkiem jej wielu radości i obaw, który utulał, rozumiał i kochał tak, ze bardziej nie można, odszedł za sprawą czarodziejskiej igły, która przeprowadziła go na drugą stronę w miejsce, gdzie już nie ma bólu, psiego cierpienia i oglądania pani, która bez przerwy płacze tuląc jego łeb z sypiącą się od śmierci sierścią. Więc po prostu nie mogła od tego dwudziestego siódmego marca, w dzień słoneczny, kiedy ziemia pachniała wzywając go do siebie, nie mogła pisać, postarać się o chociaż jedną kroplę słowa, bo wszystkie siły skierowała na łzy. A potem ją zabrało nad morze, rozjechała mapę nitką pociągu pachnącego toaletą i mydłem, zapachem z czasów, kiedy właściwie w pociągu mieszkała i wyciągała swoje truchło ostatnimi resztkami sił w czeluść taksówki, a potem topiła w wannie cały tydzień, zmęczona zmęczeniem zmęczeń. Od czasów bycia truchłem minęły lata świetlne, teraz żyje tak, że chyba bardziej nie można i robi wszystko, żeby się to nie przestało. Bo to tak jest, że od kiedy na jej drodze pojawił się on, to jest tak, jak ma być. Miłość jest wtedy, kiedy ona idzie nad morze i wie, że on jest tuz obok, i w rześki poranek i kiedy głaszcze delikatny piasek i kiedy je bajgla z jajkiem od kury zielononóżki z sosem aioli. Jest wtedy, kiedy leży w dużym łóżku na samym brzegu z przyzwyczajenia, bo on obok wejdzie pod kołdrę również jej snu i będzie ją odkrywał palcami. Jest wtedy, kiedy potrzeba podzielić myśl nawet przez przerywający telefon. Kiedy ona wie, że jest czas i rytm między nimi, jak fale, które są mniejsze i większe. Kiedy ma wrażenie, że pośród ludzi, których mija w tempie 5:46, słuchając ze Spotify Alternative 90's i przyspieszając na 5:31 w rytmie "Unfinished symphathy" Massive Attack, spotka jego brązowe oczy. Jest wtedy, kiedy on jest pięćset osiem kilometrów dalej i ona wie, że to nie jest daleko. I bardzo lubi wracać i sprawdzać, że nic się nie zmieniło, oprócz jej włosów pachnących nadmorskim wiatrem. Anioł stróż zawsze to wyczuje.
17 mar 2019
M 289 albo przedwiośnie:
Przez Lol Surprise, gumki do włosów, milion wydłubanych z czeluści nie wie czego plastików, karteczek, misiów, skarpetek, bo teraz trzeba na boso, bluzek do założenia jeszcze na raz, robi się bałagan i ona nie wie, czy istnieją jakieś domy, w których tego nie ma, czy też ona i on biegają co chwilę coś podnosząc, wycierając, układając, chowając, wyciągając i tak w kółko. Jakaś drażliwa jest, tą pachnącą, budzącą się wiosną, ale żeby dobrze poczuć jak pachnie las trzeba pozwiedzać kilometrami to i owo, chociaż niekoniecznie od razu dwadzieścia. Drażni ją to, że ludzie w sklepie wszystko pakują do foliowych torebek, jedno kiwi jedną cytrynę trzy jabłka jednego ogórka, bo przecież bezcenne czeluście ich jeszcze bardziej plastikowych toreb na pewno się pobrudzą a owoce i warzywa zgniotą na miazgę. Że ustawicznie słyszy tydzień czasu, miesiąc czasu, dobrze że nie dzień czasu ale godzina już owszem. Że ten tydzień, miesiąc i godzina są wyznaczane właśnie czasem, nie planem w kalendarzu, który tak naprawdę umownym jest. Drażni ją, że jakieś ciśnienie niskie i nic nie można, i po każdym bieganiu okropnie bolą ją piszczele, wolałaby sobie je zbić młotkiem do szarości byłoby tak samo. Ale lubi i biega, bo nie mam w niej granicy, że nie można, granicą jest jej ciało, lekko nadpsute przez rozmaite nie takie działania dawno temu i teraz to skutkuje i dlatego też raczej nigdy nie przebiegnie maratonu, zresztą nie czuje tego w żadnej części siebie i na pewno nie musi. Milion lat temu nie robiła sobie maseczki, chociaż ma ich z sześć, w tym ulubioną z miodem. Cieszy się, że nareszcie udało jej się dobrać takie coś do twarzy, które zdejmuje wiosenną szarość z twarzy i to jest podkład L'Essentiel Guerlain, który ma wszystko, co ona lubi i cała przyjemność po jego stronie, miękki, jedwabisty, świetlisty, mało kryjący, ale niebywale wygładzający i jeszcze jak nałoży go po nocnej randce z kremem Yonelle, to w ogóle jest bosko i uśmiecha na czas picia kawy, dwa razy ristretto i pianka na 18 sekund. I wiosna ta właśnie taka - stęskniona palcami, boląca tu i ówdzie, zamaskowana kosmetykiem, podziwiająca tulipany i smakująca zapach kawy, w wiecznym niedoczasie z tym, co powinna. Jest jak jest, nie ma co przyspieszać do tempa 5:10, kiedy się nie może.
28 lut 2019
M 288:
Rozdeptała luty trochę Sauconami a trochę Brooksami na całe sto dwadzieścia dwa kilometry i ma z lekka dosyć, niech już będzie ten koniec marca, kiedy wreszcie nie będzie musiała zbijać sekund jak gorączki, bo trzeba tak, żeby potem sobie powiesić na szyi wieniec laurowy, że wyznaczyła sobie taki cel i oto jest. Gdzieś pomiędzy krokami majaczy las i zapach wiosny, ziemi nieśmiało trzymającej ramionami resztki zimy, czy to już się zacznie, czy jeszcze trzeba będzie poczekać i jakiś agonalny dźwięk mrozu skuje na biało to, co już przytuliło się do ciepłego. Koniec lutego to też jej urodziny, spokój i oczekiwanie na to, co będzie, cisza w środku, jak smak kremowego sosu z nerkowców, jak mascarpone roztapiające się na chrupkiej bezie z wyrwą na borówkę amerykańską, jak mleczna czekolada z Belgii w słoiku trzymana na czarną godzinę jak w latach jej dzieciństwa, kiedy coś słodkiego zza granicy leżało do czasów aż spleśniało, zmurszało i okryło się niesławą, bo szkoda było zjeść bo drugi raz mógł nie nastąpić. Więc jest w niej miękko jak w pierzynie u babci, leżąca na łóżku w ostatnim pokoju w amfiladzie, w którym zawsze było chłodno, tykał zegar i wisiało zdjęcie taty od komunii i to pamięta jakby to było wczoraj, ale tego pokoju już nie ma, bo dom babci już nie istnieje.
Zanim on dojdzie do ich łóżka w sypialni, zanim go wciągnie cienkie światło sączące się z małej lampy, zanim pozamyka drzwi, psi sen, dźwięki w radiu, popstryka srebrnym kontaktem, to ona już śpi tak, że bardziej nie można, bo trafiła ją kula snu tak skutecznie, że wpadła w sen i się w nim utopiła. Zawsze na lewym boku, z gałęzią cienkiego nadgarstka powieszoną na kołdrze w paski, na samym brzegu łóżka, odpływa w swoje sny, zawsze barwne i duże i do zapamiętania rano.
Jest zatem dobrze, nie trzeba więcej, bo ma tyle, że dziękuje za to co jest w każdej minucie. Więc trzyma to jak dmuchawiec swoje spadochrony. Kiedyś może polecą i zasieją dalej i to też dobrze.
Zanim on dojdzie do ich łóżka w sypialni, zanim go wciągnie cienkie światło sączące się z małej lampy, zanim pozamyka drzwi, psi sen, dźwięki w radiu, popstryka srebrnym kontaktem, to ona już śpi tak, że bardziej nie można, bo trafiła ją kula snu tak skutecznie, że wpadła w sen i się w nim utopiła. Zawsze na lewym boku, z gałęzią cienkiego nadgarstka powieszoną na kołdrze w paski, na samym brzegu łóżka, odpływa w swoje sny, zawsze barwne i duże i do zapamiętania rano.
Jest zatem dobrze, nie trzeba więcej, bo ma tyle, że dziękuje za to co jest w każdej minucie. Więc trzyma to jak dmuchawiec swoje spadochrony. Kiedyś może polecą i zasieją dalej i to też dobrze.
19 lut 2019
M 287:
Zagubiła się gdzieś pomiędzy spadającymi lutowymi dniami, jakoś tak zupełnie bez ładu i składu, nie pamięta, kiedy sobie robiła peeling, wciąż stawia na to samo serum The Ordinary z miedzią i krem z napisami po japońsku i nie ma weny na więcej, chociaż na półce więcej ma. Niby mieli urlop, ale nie od wszystkiego, bo od wszystkiego się nie da, ale głowa wciąż wciągnięta w echo wyrzutów sumienia, bo nie pisała konieczności, a potem, jak już musiała, to małe one chorowały na jej rękach i nie można było i kupa liter leży do rozładowania a jest tak rozmemłana, że nie jest w stanie w porę ich rozplątać jak powinna, zawsze ma opóźnienie, zawsze. Bo nagle szuka tego, co nie trzeba, bo on lubi drop 4 mm i takich butów do biegania jest mało i ona musi poszukać, czy na pewno. Świat stanął na dropie i trudno pisać, jak trzeba szukać. Jakoś jej niekonkretnie w niczym, jakby nie szła do przodu ani do tyłu, jakby coś miało smak, a zaraz je traciło, chociaż gotuje z rozmachem i dobrze, tak sobie miesza i doprawia, bawi się w kuchni, co uwielbia. Z pisaniem ma tak, jak z robieniem na szydełku, czasem słowa ułożą się w ścieg, ale trzeba je spruć i ułożyć na nowo, czasem wyjdą krzywo i wtedy trzeba jeszcze raz. Niekiedy jest ich tak dużo, że nie można o ani jedno więcej, tak, jakby jadło się wiele ulubionych rzeczy, na przykład sushi, a po przekroczeniu menisku wypukłego pojawiły by się california maki z pieczonym łososiem lub krewetką w tempurze albo sernik nowojorski, albo wirtuozerskie eklerki z takiej cukierni w Gdańsku i wtedy jest ten moment, że naprawdę nie można. Tak jak ze słowami.
31 sty 2019
M 286 albo najgorzej:
22 sty 2019
M 285 albo jak pachnie tu i teraz:
Nie pamięta, kiedy używała cieni do powiek, a kiedyś bez cienia nie było jej oczu. Dzisiaj cienie ma pod, czasami zduszone korektorem Max Factor, wokół podeptane śmiechem ścieżki, zaczynające płynąć aż do skroni. Pamięta, że dziesięć lat temu używała Vitalumiere Chanel i Pamplelune Guerlaina, zapach, który musi mieć zawsze a teraz nie ma, więc nie ma nic na zawsze. Tak samo lubiła zapach mielonej kawy i siarki jak się zapala zapałkę, rozmarzniętej wiosną ziemi i pomidorów tuż przy zielonym ogonku. Pamięta jak pachniał pies babci i wnętrze jej drugiego samochodu, niezwykły zapach paczuli, nie do odtworzenia. Gdzieś przepycha te zapachy przez cały dzień, od samego rana, kiedy wtula nos w ich małe szyje a potem i w jego pachnącą Bottega Veneta. Zapach ten zostaje gdzieś na krawędzi nosa przez całe przedpołudnie i nie zmąci go nawet arabika cudownie rozgryzana ekspresem Jura. Litery nie spływały, bo nie mogły, bo obezwładniona tym, co się dzieje na zewnątrz, musiała z całej siły trzymać się krawędzi siebie, żeby nie wpaść jak we śnie. Bo śniło jej się, że siedzi w długiej sukience na krawędzi szerokiego parapetu wypełnionego spokojną, dość czystą wodą i nagle odchyliła się do tyłu, chcąc lekko powisieć na krawędzi i nagle wpadła do tej wody, lecąc plecami w dół i w dół zimnej toni i woda zaklejała jej usta ale mimo to oddychała i ktoś w tym śnie powiedział, że jeszcze nie czas, taki kształt wody jakiś i wtedy się obudziła. Bo ona jedno skończyła i znów zaczyna kolejne i to niezmiernie cieszy. Dziesięć lat temu nie wiedziała gdzie jest, w jakimś miejscu w Krakowie, a przed nią było tak dużo, że nie wie, jak to w sobie zmieściła, a dało się. Jakby skoczyła w tę wielką toń i dała radę nie utopić się w tym, co było potem. Księżyc ją poplątał, konieczności słowne odsunęły od tego, co najbardziej jej, ale wszystko płynie w swoim rytmie jak ostatnie pięćdziesiąt osiem czterdzieści osiem na dziesięć kilometrów. Jest jak jest na tu i teraz. I pachnie For Her Narcisio Rodriguez, róża, gardenia, piżmo, przyprawione cedrem i wetiwerem, ale z chęcią wróciłaby do swoim pierwszych perfum Dune Diora, cudownie ponadczasowych jak lubi, gdzie na posłaniu z ambry leży peonia, goździki i lilia.
1 sty 2019
M 284 albo pod palcami:
Zamiast literami, palce jej były zajęte siekaniem, rozdrabnianiem, nurzaniem się w różnych konsystencjach, chrupkościach i pyłach, różnych fakturach i sprzętach. Od sypkości mąki tortowej, poprzez drobne grudki brązowego cukru, chrzęst rozbijanych jajek, zdejmowanie pierścionka z ametystem i diamentami, żeby nie wgryźć w niego zbyt wielu okruchów maślanej toni, która po chwili będzie kulą a za moment ciastkiem. Zajęte sztywnym obrzeżem foremki w kształcie gwiazdki, przekładające delikatnie rozmaite kształty w czeluść stu osiemdziesięciu stopni i trzymające łopatkę do wyjmowania już takich, jakie być powinny. O zapachu śledzia, obowiązkowo cebuli, kardamonu i kiszonej kapusty. Stęsknione do liter, zmęczone na tyle, że zasypiały gdzieś w drodze do jego szyi. Głaszczące gładką sierść psa staruszka, który coraz bardziej biegnie wreszcie zdrowymi łapami na niebieskiej połoninie i szare futro pręgowanej kotki. Zimnawe, bo ciągle nosi rękawiczki nie tam, gdzie powinna, czyli poza palcami, rozgrzane w rękawiczkach tych biegających razem z nią i w mig schładzane kiedy je zdejmie. Czeszące gęste włosy małej jej i bardziej puszyste i jaśniejsze mniejszej jej. Wydłubujące osiem potężnych dziadów z psiej sierści drugiego psa. Ostrożnie trzymające kryształowy kieliszek z pachnącym, białym winem Solaris z winnicy Turnau, obejmujące go czerwonozłotymi paznokciami, dzięki którym czuje się jakaś taka dorosła. Chciałaby, żeby te palce i w tym roku wciąż miały kogo głaskać i mieścić się w całej jego dłoni. Aby mogły obierać owoce i potem wkładać je w słoiki, parząc się gorącymi nakrętkami. Aby wciąż były pracowite jak są, aby współgrały z głową i z oczami i tworzyły jeszcze więcej słów do zamyślenia. Aby mogła wiązać buty przed bieganiem i rozwiązywać po z myślą, że dobrze poszło. Czuć stabilność kierownicy jej ulubionego auta. Rozpakowywać w minutę lizaki w kulkach, które są skomplikowanie zawiązane na białym patyczku. Z żalem ten patyczek wyrzucić do grafitowego kosza z myślą, co się z nim dalej stanie i co z tym plastikiem. Chciałaby, aby jak najdłużej były wszystkie i nic nie bolało. Aby czuła ten swój świat pod palcami i potrafiła go opisać. Żeby był. Żeby była.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









