Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
27 cze 2011
M 71:
Więc jak już poukładała, odkurzyła, wlała ajax baking soda i umyła, nalała wody do wanny po szyję, zrobiła peeling twarzy i wtarła L'Oreal ujędrniający w się, zaczęła swój wieczór, koty się zakopały w swoje kłębki podkołdrowe mruczące, kiedy z herbatą calm twiningsa się razem z nimi w tej kołdrze zbratała, stwierdziła, że niedobrze jej samej w takim wieczorze. Wieczorne rytuały, które zawsze trzymały ją w rozkosznym pionie jestestwa, nagle stały się przydługie. Bo nastał on i ona go coraz bardziej kocha, nagle, taszcząc srebrną walizkę po schodach na Marszałkowskiej, podsypiając w pociągu, patrząc na chmurzaste niebo stwierdziła, że już wiele rzeczy bez niego jest nie bardzo. Bo ona ma w sobie znów pogniecenia, zmarszczki, które on cierpliwie i mozolnie i najpiękniej prasuje. Żelazkiem silnych dłoni, na które patrzeć uwielbia. Odkryciem całkowitego oddania w jego oczach, nieziemskiej i silnej więzi, która powrozem się stała, już nie nitką. I ona wie, że co by się nie stało, jak bardzo by się w siebie schowała, jak bardzo zmełła w okopach swoich niedobrych zamyśleń - to on ja zawsze stamtąd wyciągnie. On jest niebywale silny, silniejszy od niej, umie wyprowadzić wszystkie jej linie na prostą, pokazać niebo we właściwym momencie, przyjechać po nią, odebrać i zabrać.On wie, że zachwycą ją chabry w życie za płotem, niebieskość płatków przydrożnych, kiście chmur porozrywanych słońcem na niebie. On jest jak pewnik niebywały, jak drzewo niepokonane, pod którym chce się schronić przed deszczem niedobrych myśli i wypalającym słońcem. Pięknie jest tak znaleźć w ciągu dnia myśl o nim i wpleść w warkocz dnia, a niedawno tak nie było, całkiem niedawno była najsamotniejsza, a wystarczyło naprzeciw wyjść i wezwać anioła i przyszedł.
21 cze 2011
M 70 albo pierwszy dzień lata:
Poranek przywitał odsłoniętym błękitem nieba, lato przyszło i zdjęło ciężką kurtynę deszczu, która wczoraj sowicie opłakiwała odejście wiosny. Niedospana nieco, nielubiąca już rozpuszczalnej kawy, bo pije ją ciągle w pracy i przez to nawet wolniejsze chwile smakują jak biuro, powoli idzie zaczynać dzień. Powinna napisać jeszcze hołd dla 69 bo w poziomie to jak Ryby - jej znak Zodiaku, ale zostawiła to w zapiskach wiośnianych, aby w 70 odcinku zawrzeć kolejne lato. Na sobotniej oazie zieleni w Lanckoronie odkryła magię ukochanych czerwcowych nocy, bo to jest takie miejsce, że jak się tam pojedzie, to zawsze ją znajdzie. W zielonej, gęstej od zapachów nocy, z lekko wilgotną ziemią, podczas słuchania "Sound of Silence" latały robaczki świętojańskie, zwiastując lato. Kwiatowe zakamarki, utulona cisza drewnianej wilii i jego ręce wybijające przezgrabnie i przepięknie rytm na bębęnkach zwiastowały lato, które będą spędzać w swoim rytmie. Bo kocha. Bo w niej rośnie to głęboko i mocno i wie, że warto było budować od dymu. Jest zmęczona trochę, przed nią podróży kilka okołodwugodzinnych, a miała ich przez ostatni rok tak wiele, że każda pociągowa godzina tworzy menisk wypukły na jej czasu znoszeniu, na jej cierpliwości i jak z automatu wsiadaniu do pociągu. Bo tak naprawdę minął rok, odkąd absolutnie zatrzęsła swoim światem, zburzyła wszystko do suchej nitki i na tej nitce pozwoliła przeżyć tamto rozjeżdżone mocno lato i ich poznanie tu i teraz. Więc jak będzie jej się chciało, pospędza sobie lata część w mieście na Wu, z konieczności, i pójdzie na miodowego Ciechana na Powiśle i na drobny przekąs do Rue de Paris na Francuską i do Czułego Barbarzyńcy w szelest i nieodmienny zachwyt nad stronami książkowymi i może dotknie nogą wiślanych piasków, które ogląda tylko z okna pędzącego mostem 507. I wreszcie oswoi tę swoją trójdzielność miastową, chociaż to bardzo trudne mieć trzy domy, trzy różne emocje, które spinają pociągi, szafirowy samochód i srebrna walizka.
13 cze 2011
M 69:
jak wysiadła z szafirowego samochodu wprost w brzuch pociągu jadącego do miasta to wrócił już bez jej srebrnej walizki i co. Czy czuł zapach Elle YSL, którym powitała poranek bardzo wczesnoporanny, bardzo niewyspany, chociaż on sam spał pod kocem i kotami, oddając jej snom kołdrę, nie chcąc jej budzić, rozsypywać po skórze palczastego drżenia, nie, nawet wina nie dopili, zapadła się w sen w sekundę, wpadła w fazę REM jak do omszałej studni i wyciągnął ją stamtąd miauk kociego głodu i poniedziałkowe rozedrganie a tak bardzo nie chciała. A zanim wpadła,on pozamykał ich noc, poskładał myśli i przywołał kolejne, aby rano dobrze świeciły nad nimi jak anielskie oczy, zrobił wszystko aby pięknie zamknąć ich kolejny wspólny dzień.
Więc czy wsiadłszy do samochodu gdzieś jeszcze mógł czaić się jej zapach, przed chwilą drzemała na fotelu obok i potem obudziwszy się, hamowała całą sobą jak przed nimi jacyś nieumiejętni tańczyli autami wokół rozpiętych na jezdni linii. Czy na kubku po kawie zauważył półksiężyc odbitych ust i czy to był ten błyszczyk gęsty z body shopu, który tak mocno się trzyma a potem on go czuje na ustach swoich długo, czy lekki, mniej klejący, jak mgiełka, która pielęgnuje jej do zacałowania usta. Czy zostawiła papier, butelkę, cokolwiek, czy fotel jeszcze pamięta jej ciężar wieziony przez zieloności pól, żeby chociaż trochę móc jej ulżyć w drodze. Czy oprócz portretu z zamyśleń i rzęs, jedwabiu rąk i drżenia zapiętego suwakiem stresu zostawiła coś jeszcze. Czy on czuje się już na pół, kiedy w obie strony krańce tworzą, obliczając dni do rozmów o dobru i złu, parzenia kawy i dbania, żeby zawsze miała do niej mleko, robienia oczami sowy, przywitań porannych i pożegnań wieczornych, do następnego spotkania warg.
Więc czy wsiadłszy do samochodu gdzieś jeszcze mógł czaić się jej zapach, przed chwilą drzemała na fotelu obok i potem obudziwszy się, hamowała całą sobą jak przed nimi jacyś nieumiejętni tańczyli autami wokół rozpiętych na jezdni linii. Czy na kubku po kawie zauważył półksiężyc odbitych ust i czy to był ten błyszczyk gęsty z body shopu, który tak mocno się trzyma a potem on go czuje na ustach swoich długo, czy lekki, mniej klejący, jak mgiełka, która pielęgnuje jej do zacałowania usta. Czy zostawiła papier, butelkę, cokolwiek, czy fotel jeszcze pamięta jej ciężar wieziony przez zieloności pól, żeby chociaż trochę móc jej ulżyć w drodze. Czy oprócz portretu z zamyśleń i rzęs, jedwabiu rąk i drżenia zapiętego suwakiem stresu zostawiła coś jeszcze. Czy on czuje się już na pół, kiedy w obie strony krańce tworzą, obliczając dni do rozmów o dobru i złu, parzenia kawy i dbania, żeby zawsze miała do niej mleko, robienia oczami sowy, przywitań porannych i pożegnań wieczornych, do następnego spotkania warg.
9 cze 2011
M 68:
Truskawki pożera wiadrami i nadziewa na kubki smakowe fasolkowe, lekkosłodkie i kruche patyki. W czerwieni Colour Alike nr 7 zanurzone czubki palców, schną powoli, uważne na niechcące printy z szypułkowych wzorów. Porusza się nieco dalej niż biuro-basen-autobus, oswaja teren, ale tęskni przeraźliwie do własnego łóżka, do wanny, wmruczeń kocich, nieporządku w szafie, lodówki z samym światłem. Ile ją ominęło wschodów i zachodów słońca na Złotej Podkowie, ile dostaw bułek do Lewiatana, ile pająków zamieszkało w nieotwieranym pokoju. Ile megabajtów w ścianie niewykorzystanych i jaka jest za to cena, tego rozdarcia wciąż pomiędzy, przyzwyczajania się do konieczności, do widoku ludzi w koralowych ubrankach na Chmielnej rozdających ulotki o nowym przybytku pani z lokami, która robi z siebie kulinarnego anioła i na pewno jest miła, ale nie wie, bo wyczyściła jej kieszeń niedobrym jedzeniem. Chce zrobić chrupiące placki z truskawkami na maślance, posypane cukrem pudrem, chce w swoim kubku wypić jaśminową zieloną i przespać popołudnie i słuchać jak pada deszcz. Pluszczą krople po krakowsku, rozklepując swoim szumem wygrzany małopolski asfalt, wznoszą zielone trawiaste dywany w którym czai się lato. Ona żyje osiem dni w miesiącu, tak wybrała, ale nie oswoi za nic tego od do, tego rytmu miasta, bo jak wreszcie zupełnie z tęsknoty umrze, to może wreszcie przeniesie się jej serce i będzie mogła przestać dzielić się na pół. Co piątek zawozi przedziałowym Intercity swoją połówkę aby na dwa dni stać się pełnią, a potem rozerwać się jak rzepka w Familiadzie, z której wyskakują pieniądze. Na szczęście truskawki są wszędzie takie same i tak samo upojnie pachną lipy, kiedy idzie pod nimi co rano i rozkłada ich parasol w porannym słońcu.
2 cze 2011
M 67 albo lans:
W mieście na Wu wypada mieć kawę z logo w ręku. Należy mieć okulary Ray Ban, które mają teraz nie tylko wyraziste rogi a la Marylin Monroe, ale pojawiają się bardziej obłe i dostosowane kształty, ważne, żeby napis był oczodostępny. Niektóre posiadaczki Ray Banów szczycą się oprawkami w kolorze turkusu lub pudrowego różu, oczywiście zawsze skrywając wytuszowane rzęsy Collosal Volume za ciemnymi szkłami. Niedbała wiecheć na głowie spięta w coś na kształt kręgla, okulary i pewna nonszalancja zaczyna się od góry. U dołu plastikowe baleriny Marishy albo płócienne koturny Hilfigera, ostatecznie mogą być klapki, ważne, aby miały charakterystyczny kwadracik z boku...Za modą podążają również plastikowe buty od Vivienne Westwood na szpilce, z bąbelkiem lub serduszkiem z przodu, w których ciężko się chodzi bo się wyginają od gumowatości swojej, no ale są na topie bo neonowe kolory i Mołek miała w TVN a ona jak coś założy to wiecie.. Na środku wypada mieć kwiecistą sukienkę lub coś w paski albo rybaczki od Marc'o Polo albo marchewy z cienkiego materiału i jedwabną bluzkę odkrywającą ładnie wyćwiczone przez zimę na siłowni naramienne mięśnie. I wielką torbę, jak od Coccinelle to juz w ogóle łał.
W mieście na Wu wciąż na obiad ogarnia się sushi postukując pałeczkami,albo kozi ser ze zdrowymi cosiami, dobrze jak mają w nazwie organic, mango lub kolendra, pije wyciskane soki i wszelakie owocowe papki, albo kawę na chudym mleku i do tego koniecznie ciastko rozpusty pełne, bo co tam, wieczorem idę na gym to sobie teraz zjem. Albo przejadę się moim nowym rowerem albo sprawdzę jak się biega w reebokach kształtujących nieco bardziej to i owo. A te mniej majętne, co ubierają się w H&M albo w pudle u Chińczyka to jedzą drożdżówki, które po ugryzieniu mają dwa milimetry i szczypią w język, ale w promocji są kawą za trzy zeta.
W mieście na Wu popołudniami wychodzą panie w rajstopach w gęsty upał, umierają w sztywności biurowych ubrań jak im nakazuje dress code, pachną w autobusie Aqua di Gioia Armaniego i o obleczone ołówkową spódnicą uda obijają kwiatki siatek z kalarepą i truskawkami. Albo wsiadają w swoje bardzo duże firmowe auta i naciskając sprzęgło butem Aldo na niebotycznej szpilce, mkną przez skrzyżowania rozmawiając przez nokie i iPhony umawiając się na botoks party, przesuwając opiekunki do dzieci na później lub zamawiając dietetyczny katering do domu.
W mieście na Wu panie mknące samochodami, psujące cerę od klimy w aucie i w biurze nie poczują, jak pachnie krecia krzyżówka na Alejach, jak pachnie dźwięk muzyki wygrywanej przez grajków 50 plus zbierających na wesołe życie staruszka. Panie wysmarowane Hydramax Chanel nie czują wiszących w przejściowym powietrzu smużek potu, które rozwiewają zapachy tańszych i droższych perfum.
Ukurzona, otumaniona wsiadam więc do klimatyzowanego 407, uzalezniona od nogi kierowcy jadę tam, gdzie znalazłam pachnące lipy i oglądam kolejne Ray Bany, dzieła warszawskich pedicurzystek włożone w precjoza letnich, najmodniejszych butów i podsłuchuję jakie dźwięki sączą się z iPodów i mp4.
W mieście na Wu wciąż na obiad ogarnia się sushi postukując pałeczkami,albo kozi ser ze zdrowymi cosiami, dobrze jak mają w nazwie organic, mango lub kolendra, pije wyciskane soki i wszelakie owocowe papki, albo kawę na chudym mleku i do tego koniecznie ciastko rozpusty pełne, bo co tam, wieczorem idę na gym to sobie teraz zjem. Albo przejadę się moim nowym rowerem albo sprawdzę jak się biega w reebokach kształtujących nieco bardziej to i owo. A te mniej majętne, co ubierają się w H&M albo w pudle u Chińczyka to jedzą drożdżówki, które po ugryzieniu mają dwa milimetry i szczypią w język, ale w promocji są kawą za trzy zeta.
W mieście na Wu popołudniami wychodzą panie w rajstopach w gęsty upał, umierają w sztywności biurowych ubrań jak im nakazuje dress code, pachną w autobusie Aqua di Gioia Armaniego i o obleczone ołówkową spódnicą uda obijają kwiatki siatek z kalarepą i truskawkami. Albo wsiadają w swoje bardzo duże firmowe auta i naciskając sprzęgło butem Aldo na niebotycznej szpilce, mkną przez skrzyżowania rozmawiając przez nokie i iPhony umawiając się na botoks party, przesuwając opiekunki do dzieci na później lub zamawiając dietetyczny katering do domu.
W mieście na Wu panie mknące samochodami, psujące cerę od klimy w aucie i w biurze nie poczują, jak pachnie krecia krzyżówka na Alejach, jak pachnie dźwięk muzyki wygrywanej przez grajków 50 plus zbierających na wesołe życie staruszka. Panie wysmarowane Hydramax Chanel nie czują wiszących w przejściowym powietrzu smużek potu, które rozwiewają zapachy tańszych i droższych perfum.
Ukurzona, otumaniona wsiadam więc do klimatyzowanego 407, uzalezniona od nogi kierowcy jadę tam, gdzie znalazłam pachnące lipy i oglądam kolejne Ray Bany, dzieła warszawskich pedicurzystek włożone w precjoza letnich, najmodniejszych butów i podsłuchuję jakie dźwięki sączą się z iPodów i mp4.
31 maj 2011
M 66:
w czerwonej sukience, z czerwonymi paznokciami rozgniata krwistoczerwone truskawki o podniebienie, wgniatając ich smak w szum zasypiającej Warszawy, w pastelowe niebo, które przed chwilą zasnęło i spadło na mosty włączając im światła. Nie pisała tyle, aż od słów zrobiła się cięższa, nosząc w sobie obrazki krakowsko-starachowickie, dosmaczane Warszawą. Nie pisała, nie mogąc z palców strzepnąć słów, pozwolić im być w linijkach, rozpierzchnięte, biegały przez tydzień, wiążąc między nimi najmocniejsze na świecie nitki, jakich jeszcze nikt nie wymyślił, nie doświadczył. Na Kleparzu symfonia zieleni, orkiestra truskawek, wąsów wszelakich szczypiorków, głów młodych kapust o najlepszym na świecie słodkawo-chrupiącym posmaku, mniejszych kul kalarepek i sztachet rabarbarowych, które budują kuchnie i domy całe w smaki i zapachy wczesnego lata, oddają coroczną i cykliczną radość ze swojej niezmienności, cieszą. Zjedzona pierwsza nieduża, aromatycznowaniliowa drożdżówka z rabarbarem, a jej smak doskonale mieści się obok wspomnienia kawy wypitej razem z nim na tarasie, przy akompaniamencie kumkających żab, w świętokrzyskim powietrzu innym, bo bardziej jeszcze szczęśliwym, bo z nim. Więc rozciąga się leniwie i bezwstydnie w jego oczach i palcach i nabrzmiewa słowami, chłonie każdą minutę a potem nie chce jej się wydostać na zewnątrz, niech zostanie w niej, pomieszka, a potem może wreszcie uwierzy, się się dzieje, że wreszcie ani przez chwilę nie jest sama, bo on jest tak bardzo bardzo silny, że nie można o nim nie myśleć, nie dotknąć słowem ani przez sekundę, bo tak ją trzyma. Więc wjechała w Warszawę ciepłowieczorną, truskawkową, energetyczną, pełną wygrzanego, dużego nieba, w miasto podpięte do świateł a kiedy będzie jutro, to już kolejny dzień przeprowadzi ją i jego bliżej w stronę ich słońca.
21 maj 2011
M 65 albo majowa burza:
w Białymstoku zielono, Branicki triumfuje spinając bryłą swojego pałacu, architektonicznymi ramionami centrum miasta a przyjechała podziwiać go po raz drugi. I jak ostatnio była to przesamotnie przepusto przenijak bezksiężycowo z ostrym rysunkiem cerkwi, który witał ją bardzo rano zawiniętą w kołdrę snu jak pewnik. A wysiadłszy z pociągu przykleiła w moment oczy do plasterka księżyca i jego hipnoza pochłonęła ją jak białostocka majowa ciemność, niestraszna już. Przestała się bać, zatrzymała się w swoim pędzie bez końca zatrzymała się w kształcie jego rąk i barwie jego głosu, zawisła w moment i tam zostanie jak najdłużej. Kiedy została zostawiona bardzo dawno temu i na siłę musiała zwinąć skrzydła, upchnąć, posprzątać pióra, zapiąć pasami i nie pozwalać im na ich własne życie - pisała dziennik dla Przyszłego Jego, którego obraz narysowany od zawsze nosiła w sercu. Bo jest tak, że rysuje się sobie miłość, jej kształt, osobowość, cechy, szkicuje miękkim ołówkiem, ze światłocieniem, ładnie i taką kartkę wiesza się na drzwiach do siebie. I jeśli znajdzie się ten, który idealnie pasuje do narysowanego konturu to wtedy jest na całe życie. Jeśli jakieś rogi nie do końca spełniają oczekiwania to się tłumaczy, że najwyżej się je zmieni, on zmieni, ona zmieni, wszystko jedno, byle się udało ułożyć w kontur, byle w miarę dopasować. A po latach wychodzi ta miara, że jednak ten kontur się rozmywa, coś wystaje, co nigdy się nie mogło być inne i co nie jest dobre, bo wtedy na siłę się tnie aż boli. I staje się ściana, że już dalej nie można, że już same drzazgi i nigdzie się nie wejdzie i nici z rysunku, trzeba wyrzucić, bo inaczej się straci siebie. Są tacy, którzy tkwią w nie takich konturach, którzy-nie potrafiąc rysować-na siłę wpychają się w wymarzony kształt i wymuszają decyzję na tak.A ona tak nie umie. A ona znalazła swoje puzzle, swój ołówek i kontur, niewiarygodne, bo trudno było, bo strasznie długa, kręta i bolesna była droga do jego ramion. W których chce spędzać burze i upały, wjeżdżać z impetem ust w największe błyskawice i nie boi się za nic ani ani.
Opętana majową pyszną zielenią, kiedy wszystko wybucha, pnie się, krzyczy, pachnie, obsypana perłami konwalii i oszołomiona zapachem kwitnącej akacji, wieziona deszczem w pociągu, wraca wiedząc, że maj oszalał z miłości.
Opętana majową pyszną zielenią, kiedy wszystko wybucha, pnie się, krzyczy, pachnie, obsypana perłami konwalii i oszołomiona zapachem kwitnącej akacji, wieziona deszczem w pociągu, wraca wiedząc, że maj oszalał z miłości.
15 maj 2011
M 64 okołomiejski:
Są miejsca, nad które nie ma wpływu, nad którymi nie panuje i do nich należą samoloty, których ona nie lubi bo bolą w nich uszy szumi ale za to płynie się chmur oceanem, na miękkiej poduszce z białej waty a powyżej nie ma nic i ta świadomość jest bardzo duża. A potem pojawia się Londyn o smaku Pad Thai Jay, cydru, kawy w Starbucksie z extra shotem i na mleku sojowym, wody Evian, sukienek w kwiatki, pełen rzeczy pod tytułem chciałabym mieć, tysiące przedmiotów, które sterują krokami po Oxford Street – zajrzyj tu – a mnie – znajdziesz. I gna i obserwuje jak się w metropolii życie miesza i w poszukiwanie sukienki w kolorze atramentu rusza. A potem wiezie znów obolałe swoje stopy na wysokości jedenastu tysięcy innych stóp i tymi szybkimi krokami zmierza do wytęsknionych trzydziestu ośmiu metrów. Zaklina zmęczone słowa w klucz liter, odlecą w przestrzeń zamieszkają pod eM którymś. Parzy hektolitry zielonej jaśminowej herbaty albo którejś z Twiningsa, którym znalazła mieszkanie w herbacianej szafce. Upojona Sanctuary Spa i paczulą z pomarańczą szlifuje peelengiem ciało, aby wygładzone czekało na dźwięki jego palców. Rozbiera walizkę i wkłada ją do pralki, aby wyprać Londyn z ubrań. Układa dwutygodniowy niebyt. Czeka. On przyjeżdża znienacka a ona wciąż nie wierzy, że chciała z całej siły i chyba znalazła swój koniec mostu w Awignion. Po którym przechadza się z nim słowami i wie, że w jego brązowych oczach nie boi się już niczego. Na złotej podkowie w siódmym niebie pije z nim prawie trzy butelki wina, kot roztopił się w jego palcach a potem to samo stało się z nią i kto tam teraz będzie mieszkał.
9 maj 2011
M 63:
W mieście fabrykanckich pałaców, wąskich torów tramwajowych, bazarków i mody, na słonecznej ulicy, wśród poobijanych czasem kamienic, wyfrunęły z niej motyle. Całymi stadami, trzepocząc skrzydłami, niecierpliwie pchając się do słońca-lecą. Ona unosi się nad ziemią, czasem na nią spada, ale raczej fruwa z nimi, a wąsaty motorniczy ze zdumieniem patrzy, że jednak tak można. On zginął i zatracił się w miękkości jej ręki rozkwitłej w pąku jego dłoni. Prawie nie wrócił, bo tylko swoje opakowanie mógł wsadzić do autobusu, całym wnętrzem zostając przy niej i taką wydmuszką stanie się do kolejnego spotkania ich oczu. Ona rozjeżdżona przez pociągi, metro, tramwaje, cała w smugach, cała we wstążkach myśli myśli co dalej, wożąc go wszędzie ze sobą. Nadziewa się na inne uśmiechy, na inne skupione oczy, daje się czasem pospoglądać, zaczepić słowem jak miłym dźwiękiem. Połaskotać. Tęskni delikatnie skupiona na dzisiejszości. W upalnym wiosennym dniu kwitnie malachitowymi oczami. Przepisana od słów. Z nagle urosłą kulą niewyspania przepychaną americaną w rytmach Age of Aquarius w miejscu gdzie handel udaje taras. W będzie-dobrze. W samolotowym jutrze, które zawiezie ją w wyspiarską przestrzeń, gdzie trzeba nie przegrzać karty i chłonąć. W nowych, perfekcyjnie obciętych włosach, które strzygł ich dyrygent o przejrzystych bursztynowych tęczówkach. Tęskni cicho i daleko.
2 maj 2011
M 62 albo długość dźwięku:
W rozedrganiu weszła w maj, posypała się konwaliami palców po całym popołudniu,po całym mieszkaniu, po długości trzech godzin, napinając jak bardzo długi dźwięk, jak westchnienie, potrafiąca brzmieć w jego melodii znienacka zagranej. Gdzieś padał deszcz, gdzieś oczy pod parasolami dachów śledziły bardzo ważne dla świata rzeczy a jej rzeczy leżały wokół, pozdejmowane jak kolejne dźwięki, które grały wprawiając ją w nieustanny rezonans. Gdzieś zdobywano wolny dzień w górach, odpoczywano tak, jak tylko w maju można, gdzieś maiła się zieleń a nawet wszędzie, rozpychając zielone pięści, pozując do tegorocznych zdjęć, strojąc się w deszczowe krople, w diamenty w perły w naszyjniki całe zieleń tę malując jeszcze intensywniej. Koty uciekły zamykać złote oczy w yin i yang gdzieś w majowy kąt a ona zamykała się w yin i yang tuż obok w dźwięku rozpostarta. W melodii napisanej na nowo i chociaż postały już setki kilometrów piosenek na jej skórze, to jeszcze takiej nie usłyszała.
On:
Bo cudownie proste miał wyobrażenie tego, co będzie i było... I jeszcze prostszym było to, co nastąpić niezamierzenie musiało...
Czyż trudnym dla niego było zbieranie smyczkami palców tych nut rozsianych, gładkich z jej ciała..? Słuchać i obserwować jak drżą, dźwięczą w melodii prze niego wygrywanej? Jak w jazzowym zaśpiewie wibracją na koniec się poddają. To jest w nim dla niej więc zadrży on wszystko to, i wszystko tam, gdzie usadowiła się choćby najmniejsza jej nutka.
On:
Bo cudownie proste miał wyobrażenie tego, co będzie i było... I jeszcze prostszym było to, co nastąpić niezamierzenie musiało...
Czyż trudnym dla niego było zbieranie smyczkami palców tych nut rozsianych, gładkich z jej ciała..? Słuchać i obserwować jak drżą, dźwięczą w melodii prze niego wygrywanej? Jak w jazzowym zaśpiewie wibracją na koniec się poddają. To jest w nim dla niej więc zadrży on wszystko to, i wszystko tam, gdzie usadowiła się choćby najmniejsza jej nutka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)