Wchodziła w żywioł, szum pochłaniał przestrzeń bardzo szybko jedząc niebo chmurami po kawałku. Groźne powietrze gęstniało gdzieś wysoko a chodniki ziewały od kurzu i przesuwały opadłe klonowe liście. Ostatnia fala ciepła nadpłynęła nad wysuszone chodniki, świat westchnął i zaczęło się. Przekładana między mokrymi dłoniami deszczu, wyślizgiwała się z żywiołu, biegnąc do domu prawie na oślep. Omijała naszyjniki ulic, korale po jednej stronie czerwone, po drugiej białe, przesuwające się po wilgotnej szyi miasta na Wu. Dom. Schronienie właściwie, gdzie łóżko, lampa i pozory, że świetnie i niesamotnie, a co noc piszczy dziwnymi snami. Dół brzucha rozsadza cykliczna konieczność, znak, że jeszcze nie czas na bycie domem, na co tak najbardziej, najmocniej czeka. Ciężko nie zauważać wózków, kobiet o wypukłej linii brzucha, wpadać na rogu ulicy na mężczyzn tulących miauczące tobołki. Jej tobołek wisi nad nią blisko i czeka na moment, wyczuwa, kiedy wreszcie stanie się ich osią, napędem, kiedy się rozwinie i stanie się w niej mieszkańcem i będą obserwować po czasie, po kim ma kolor skóry, czy piegowata i ciemna, czy jasna, czy oczy ma ogromne, czy ramiona smukłe, czy włosy faliste i brązowe, czy czarne. To bardzo trudno postarać się o bycie domem, zazdrości wybrańcom, których to spotkało i pewnie jak przestanie, to i jej się uda się wynająć, ale na razie nie umie, a ta nieumiejętność strasznie boli i za nic nie umie jej uporządkować.
W mieście na Wu, gdzie zasiewa te swoje rabatki samotności i zbiera kwiaty i zawozi mu co piątek aby je spalił w ramionach, razem ze swoim bałaganem, nie spotka żadnego znajomego wózka ani wynajętej znajomej kobiety, nie spotka nikogo z poznaną twarzą, oswoić musi po raz kolejny nowe dla niej miasto, włączyć się w sznur korali rozsypanych po wilgotnej i szemrzącej szyi.
I może to na Wu sprawi, że przez te powroty do gdzie indziej rosnącego domu, stanie się mieszkaniem za tyle, ile każda.
Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
29 wrz 2011
22 wrz 2011
M 81 albo pierwszy dzień jesieni:
Lato wsączało krople w ziemię, jak nie lato, ale zdążył zobaczyć przez dni letnich kilka, jak ona mruży oczy w słońcu kiedy słucha świerszczy, kiedy wdycha jak pachnie lipiec, jak sierpień. Przepłynęły niezapamiętale, nie tak jak poprzednie lata, będąc miesiącami deszczu pełnymi, płaczliwymi nadmiernie, kiedy z bronią parasola trzeba było iść na zewnątrz na atak kropli przygotowanym. A teraz nauczy się jak na jej twarzy kładzie się jesienne niskie światło, jak złoto wokół i tak blisko, jak chrzęszczą żołędzie i przyszłe ludziki z kasztanów, które zawsze ma się ochotę zrobić, nawet kiedy się jest dorosłym i kiedy nie można takiego ludzika postawić na telewizorze bo ten jest nowocześnie cienki a nie taki, do którego trzeba było wstać i przełączyć program na drugi wystającym guzikiem. Więc jesień powolutku zadymia przestworza i powietrza, podgryza na rdzawo liście nie będąc szrotówkiem tylko coroczną koniecznością i wybiera sobie te, które najsampierw mają być rdzawe a za ich przykładem pójdzie reszta. Późnoletnia zieloność spektakularnie będzie umierać w swojej corocznej feerii i podziwiać ludzi, którym się będzie chciało trzaskać aparatami chrzęścić w kołdrach liści i nakrywać płotek rzęs ciepłym słońcem powieszonym dużo niżej niż kilka miesięcy temu. Będzie zimniej, herbaty pójdą w ruch otulane pierścieniami złożonych dłoni o starannych paznokciach, mgły nawieje w miejsca, w których trzeba będzie schować śmierć kolejnych traw, kolejnych drzew zapadających w hibernację. Powieszą się garściami korale z jarzębiny, o których się śpiewa od przedszkola do Opola, a w domach, kiedy się więcej spędza czasu z powodu ciemności i szarugi, posypią się niejedne korale palców po aksamitnej skórze w dół i w dół. Ona jak zwykle westchnie do ukochanych fioletowych i szarych swetrów, wyciągnie je z szafy i spędzi w ich towarzystwie kolejne pół roku i będzie owijać wszystko co bardzo marznie wełną i jego zawsze ciepłymi dłońmi. Jesienią przyjdzie melancholia, zasnuje umysł, zaplącze w zamyślenia i zamglenia i taką ją pozostawiwszy, każe istnieć w mieście na Wu i zadeptywać chodniki. Ona smutna nieco, chociaż słońce przez kołnierz chmur wychyla promienistą szyję, tęskni cicho i czeka, czy rozwiąże się pewna tajemnica, zasiana przez niego dwa tygodnie temu.
17 wrz 2011
M 80 albo weekend:
On: podlewa piszczące z pragnienia trawy i drzewa są takie szare, a potem wsiada w szafirowy samochód, który ma pysk ubrudzony muchami i jedzie odebrać ją z pociągu, który ją regularnie wywozi z miasta na Wu każdego piątku o 16.35. Na stacji kupuje kawę na Statoil, latte bez cukru i odebrawszy ją, jedną spośród piętrzących się wysiadających, wyłowiwszy jej zmęczoną, ale szczęśliwą buzię, zdejmując z wysokich schodów jej kolana i walizkę, prowadzi za drobne ręce do samochodu, w którym zdążyło napachnieć kawą i zastać podpaździernikowy zmrok. A potem jadą do ich domu, gdzie czekają pieskoty i zapach jesieni łowiony gwiaździstym durszlakiem nieba.
Ona: jedzie w pociągu czytając raz po raz to książkę, to gazetę, czasem podsypiając nieco aby móc być wieczorem jak najdłużej z nim. Zazwyczaj wsiada do pierwszego wagonu, ale dziś jest w ostatnim, żeby zobaczyć, czy tu też wysiada tyle osób na tej stacji, co i ona. Czy tak samo jak z przodu ludzie dłubią w telefonach zabijając dwie godziny piątku i tak samo bardzo chcą być tam, gdzie rosną ich domy. Wysiadłszy, widzi już jego radość i tak idą do samochodu, a potem jadą miękkim asfaltem ciągnięci przez księżyc, a ona zawsze trzyma mu rękę na prawym udzie, to jej miejsce, ważniejsze od kierownicy. Zmęczeni tygodniem i upojeni sobą, zasypiają w dużym łóżku w pachnącej paczulą sypialni, zaraz po tym, jak roztopi się w jego palcach, które zdejmują z niej każdą pajęczynę warszawskiej samotności, które utulą wszystkie minuty przedsenne, kiedy ich palce istniały tylko na klawiaturach telefonów w komputerów. I kiedy stworzą w mózgu jeden wielki wspólny tumult, po stokroć większy niż każda już milion razy opisana rozkosz, wciąż dla nich nie do uwierzenia, że można jeszcze bardziej.
On: nie umie zasnąć bez niej na lewym ramieniu, wtulonej lewym udem pomiędzy jego nogami. Schowawszy skrzydło lewe, wypuszcza prawe, otulając ją nim aż do poniedziałku do 6.24, kiedy to wielki brzuch pociągu zabierze ją do miasta na Wu.
Ona: zawsze zabiera w drogę jego pióro, jak desygnat, który podniesie z największej tęsknoty, podstawi zawsze autobus do pracy na czas i na którym przeżyje do kolejnego spotkania ich warg.
Ona: jedzie w pociągu czytając raz po raz to książkę, to gazetę, czasem podsypiając nieco aby móc być wieczorem jak najdłużej z nim. Zazwyczaj wsiada do pierwszego wagonu, ale dziś jest w ostatnim, żeby zobaczyć, czy tu też wysiada tyle osób na tej stacji, co i ona. Czy tak samo jak z przodu ludzie dłubią w telefonach zabijając dwie godziny piątku i tak samo bardzo chcą być tam, gdzie rosną ich domy. Wysiadłszy, widzi już jego radość i tak idą do samochodu, a potem jadą miękkim asfaltem ciągnięci przez księżyc, a ona zawsze trzyma mu rękę na prawym udzie, to jej miejsce, ważniejsze od kierownicy. Zmęczeni tygodniem i upojeni sobą, zasypiają w dużym łóżku w pachnącej paczulą sypialni, zaraz po tym, jak roztopi się w jego palcach, które zdejmują z niej każdą pajęczynę warszawskiej samotności, które utulą wszystkie minuty przedsenne, kiedy ich palce istniały tylko na klawiaturach telefonów w komputerów. I kiedy stworzą w mózgu jeden wielki wspólny tumult, po stokroć większy niż każda już milion razy opisana rozkosz, wciąż dla nich nie do uwierzenia, że można jeszcze bardziej.
On: nie umie zasnąć bez niej na lewym ramieniu, wtulonej lewym udem pomiędzy jego nogami. Schowawszy skrzydło lewe, wypuszcza prawe, otulając ją nim aż do poniedziałku do 6.24, kiedy to wielki brzuch pociągu zabierze ją do miasta na Wu.
Ona: zawsze zabiera w drogę jego pióro, jak desygnat, który podniesie z największej tęsknoty, podstawi zawsze autobus do pracy na czas i na którym przeżyje do kolejnego spotkania ich warg.
8 wrz 2011
M 79 albo czwartek
Mokotów zadeszczony i rozmiauczony tutejszym warszawskim kotem, którego języka wciąż się uczy, bo mówi w innym kocim dialekcie niż jej futra. Jej iKot się znalazł, święty Antoni jeszcze niepocieszony bo nie miała czasu, ale myślami po tysiąckroć dziękowała, że mogła w czerwony szlafrok, zeszłej niedzieli wtulić miauczącą kulkę ze zdartymi pazurami. Bo już prawie zbudowała dom, pozbierała te wszystkie książki, sierście i rzeczy i nagle przyszła Próba i zabrała jej kota i po co, żeby sprawdzić, ile jeszcze wytrzyma?.. Płakała strasznie w jego skrzydłach, ale, że jej nie wypuścił ani przez moment, umiała się nie poddać i Próba postawiła jej kota z powrotem na starachowickim tarasie pełnym niedzielnej, porannej kawy.
Miasto na Wu zamyka tydzień deszczem, ale ją to nie obchodzi, bo właściwie mało rzeczy w nim jeszcze oswoiła. Polubiła małe straganiki warzywne, znalazła kilka serc, które urosły w różnych częściach dużego miasta dla niej i okazały się.
A ostatnio zastanowił ją brak koszy na śmieci na stacjach metra, bo co zrobić z obgryzionym delikatesem w palcach nie sposób go tak gdzieś na manowce wywieźć, bo manowców w mieście na Wu nie ma. Tęskni wiecznie i przeraźliwie, co ją zwolni, co ją ustawi na nowo i pewnie być może, chciałaby najbardziej na świecie, będzie to, co świat uskrzydla, buduje, dla czego się żyje i to właśnie wybierze moment dla którego powie stop muzyka i nastanie cisza bez miasta na Wu, tylko będą jego skrzydła i dach ich domu i dom z niej.
A tymczasem, oderwana, skubie widelcem maliny, smaży w myślach powidła, usypia koty i ustawia fioletową kanapę, zasypia w pachnącej sypialni, pije razem z nim kawę, zawija poranek w czerwony szlafrok, miauczy kotem, chrupie tosterem chleb toskański, zatapia się w sowie w jego oczach, patrzy co przekwitło w ogrodzie, karmi ryby w stawie, maluje szafkę, kupuje paprykę na przetwory i jest cała daleko, pozostawiając w mokotowskim deszczu swoją stusześćdziesięciosiedmiocentymetrową skorupkę o nowoobciętych włosach, która najbardziej na świecie lubi godzinę dwudziestą trzecią, bo ona prowadzi ją przez przełęcz snu bliżej właściwej strony życia.
Miasto na Wu zamyka tydzień deszczem, ale ją to nie obchodzi, bo właściwie mało rzeczy w nim jeszcze oswoiła. Polubiła małe straganiki warzywne, znalazła kilka serc, które urosły w różnych częściach dużego miasta dla niej i okazały się.
A ostatnio zastanowił ją brak koszy na śmieci na stacjach metra, bo co zrobić z obgryzionym delikatesem w palcach nie sposób go tak gdzieś na manowce wywieźć, bo manowców w mieście na Wu nie ma. Tęskni wiecznie i przeraźliwie, co ją zwolni, co ją ustawi na nowo i pewnie być może, chciałaby najbardziej na świecie, będzie to, co świat uskrzydla, buduje, dla czego się żyje i to właśnie wybierze moment dla którego powie stop muzyka i nastanie cisza bez miasta na Wu, tylko będą jego skrzydła i dach ich domu i dom z niej.
A tymczasem, oderwana, skubie widelcem maliny, smaży w myślach powidła, usypia koty i ustawia fioletową kanapę, zasypia w pachnącej sypialni, pije razem z nim kawę, zawija poranek w czerwony szlafrok, miauczy kotem, chrupie tosterem chleb toskański, zatapia się w sowie w jego oczach, patrzy co przekwitło w ogrodzie, karmi ryby w stawie, maluje szafkę, kupuje paprykę na przetwory i jest cała daleko, pozostawiając w mokotowskim deszczu swoją stusześćdziesięciosiedmiocentymetrową skorupkę o nowoobciętych włosach, która najbardziej na świecie lubi godzinę dwudziestą trzecią, bo ona prowadzi ją przez przełęcz snu bliżej właściwej strony życia.
31 sie 2011
M 78: albo post Kraków
Koniec sierpnia zgubił kota i zabrał Kraków. Wrzesień musi kota znaleźć, ale Krakowa już nie odda, bo tak postanowiła. Dusza ją boli w komarowy mokotowski wieczór, gdzie to jej męskie futro miauczące, może się boi, może go ktoś zabrał, może tęskni tak mocno jak jego kocia siostra i jak jego pani w dalekiej i zimnej Warszawie.
Tymczasem pewnej niedzieli zapakowali ciężarówkę po kokardę i zabrali cały jej Kraków, Ajaxem baking soda zacierając wszelkie ślady bytności w mieszkaniu o szczęśliwym numerze 33. Nie miała siły się nawet obejrzeć. Jeszcze nie teraz.
Milion obrazów. Tysiąc rzeczy. Setki odcieni. Więc tęsknić będzie do Kleparza, gdzie w kierunku Sławkowskiej stała pani sprzedająca szczotki, stała tam długo, aż skończyła się jej epoka i pani poszła tam, gdzie szczotek sprzedawać już nie musi. Tęsknić będzie do zapachu warzyw i owoców, do tych stert różnokolorowych, których cząstkę wynosiła do domu w postaci królewskiego chleba od Pawlaka, kresowego od Buczka, bukietów szpinaku, pęczków ziół, malutkich cukinii od pani z prawej strony. I stawiając torby na stole w domu, w słońcu, zawsze dwa kocie łebki buszowały - o przyniosłaśdawajmożemaszcośdlanas.
Wędzony bundz, bardzo twardy od ziaren chleb z Liszek i czosnkowa kiełbasa. Jagody spod Turbacza i szynka z Bidy, chudziutka, najlepsza z chrupiącym ogórkiem małosolnym, dobrym masłem i podpieczonym chlebem kresowym albo świeżą bułką poznańską. Pan od jabłek na środkowym stole zawsze pozwalał gmerać w najładniejszych jabłkowych kulach, a od pani naprzeciwko zawsze kupowała koperkoszczypiorki. I jarzynkę - po krakowsku, nie włoszczyznę, jak ją naszło na bardzo duży gar rosołu, pachnącego w całym domu. Na Kleparzu widziała pigwę, jarmuż, brukiew, sałatę rzymską, orzechy młode wszelakie, groszek cukrowy, malinówki i pomidory o najdziwniejszych kształtach, wszystkie te warzywoowoce, o których czytało się u Ćwierciakiewiczowej. Więc Kleparz... Jedno z cenniejszych kulinarnych trofeów, najpiękniejszy teatr smaków na świecie.
Na targu na Lea z kolei zawsze kupowała u pana pod kasztanem jajka, dla którego sprzedaż ta była czymś najważniejszym na świecie. I nigdy nie wie się, kiedy się te jajka po sześćdziesiąt dwa grosze po raz ostatni kupi, a pan mówił ściszonym głosem, że zaprasza, że lubi swoja pracę i jest jak pewnik, że cokolwiek się stanie, a on tam zawsze będzie. Kiedyś jeszcze sprawdzi...
Kraków. Nie do opisania. Litery za małe, ramiona za wątłe na przytulenie, na objęcie, za mała ja. Chrupiące precle pod Bagatelą, dobre na początku Sławkowskiej i na Nowym Kleparzu, nie bułczane i zapychające, tylko takie, jakie mają być, wspaniale smakowały w ramionach Plant, w zielonym magicznym kręgu, kruszone nad książką. Więc tęskni. Do kolejki po lody na Starowiślnej i po zapiekanki w środku nocy i po kiełbasę z bułą i oranżadą. Do kolejki po pączki u Michałka na Krupniczej, po które stała trzy godziny tworząc socjologiczne zjawisko i potem ucieszyła sąsiadów przynosząc pachnące z różą i zawijane, nie szprycowane, szczęśliwa, chociaż ręce jej zsiniały na amen i długo bardzo nie mogła się rozgrzać. Tęskni do małych drożdżówek z owocami sezonowymi z malutkiej pracowni cukierniczej na Długiej, do ciasteczek grylażowych z bliższej Starowiślnej, do bułek z serem od Hawełki, które jadła raz w miesiącu i dlatego ich smak krzyczał na cały Rynek, że jest najlepszy i nie pachnie malizną, tylko drożdżami i twarożkiem z wanilią. Do kawy w Tribece i czekolady na Wiślnej. Do sałatek na św. Anny w Chimerze, o wymyślnych, chrupiących ingrediencjach. Do krewetek - druga porcja gratis - Pod Wawelem, popijanych zimniutkim Paulanerem. Do pierogów i zupy na kościach u cioci Stasi opodal Mikołajskiej. Do krzaków jaśminu, który pachniał na Planty całe wypełniając ją czerwcem i zachwytem, że jego zapach jest oznaką długich nocy i najpiękniejszej pory roku. Do bram zdobionych rzygaczami, żabami, krakowskimi stworami strzegącymi wrót i mieszkańców, kiedy lubiła się tak powłóczyć dla łażenia samego i czucia stuletniego kurzu, zaglądania w zakamarki nieturystyczne i zamyślania po liter wewnętrzne wywołanie. Do jazdy na rolkach po uśpionych Błoniach, kiedy siódma rano skutecznie pobudzała do życia, że właśnie zaczął się dzień i po pustym asfalcie można rozjeździć cień nocy i nitki poranka spleść w warkocz dnia. Tęsknić będzie do spacerów, łazęg bez celu, boso, bo obtarły buty, bez mapy, do ścieżek, których już nie przekroczy, bo nie trafi tam drugi raz. Do aniołów krakowskich, które wciąż tam mieszkają i są na odległość słuchawki i którym świat tak samo zatrzasnął pewien etap - jak i jej.
Kraków żyje w niej śmiechem i obrazami, drżeniem stania przed starowinką Kossakówką, zielonością kopca Kraka i szumem brzóz wokół kopca Piłsudskiego. Nie sposób zebrać w jeden bukiet sześciu lat mieszkania w ukochanym mieście - bo zawsze jakieś trawy i liście powypadają i tylko trzeba je ocalić od jesieni. Nie zapomni ich nigdy. I nic nie będzie miało już takich kolorów, poznajduje sobie inne odcienie.
A kot - wróci. Bo inaczej jej serce pęknie i żadna Wisła tego nie naprawi.
Tymczasem pewnej niedzieli zapakowali ciężarówkę po kokardę i zabrali cały jej Kraków, Ajaxem baking soda zacierając wszelkie ślady bytności w mieszkaniu o szczęśliwym numerze 33. Nie miała siły się nawet obejrzeć. Jeszcze nie teraz.
Milion obrazów. Tysiąc rzeczy. Setki odcieni. Więc tęsknić będzie do Kleparza, gdzie w kierunku Sławkowskiej stała pani sprzedająca szczotki, stała tam długo, aż skończyła się jej epoka i pani poszła tam, gdzie szczotek sprzedawać już nie musi. Tęsknić będzie do zapachu warzyw i owoców, do tych stert różnokolorowych, których cząstkę wynosiła do domu w postaci królewskiego chleba od Pawlaka, kresowego od Buczka, bukietów szpinaku, pęczków ziół, malutkich cukinii od pani z prawej strony. I stawiając torby na stole w domu, w słońcu, zawsze dwa kocie łebki buszowały - o przyniosłaśdawajmożemaszcośdlanas.
Wędzony bundz, bardzo twardy od ziaren chleb z Liszek i czosnkowa kiełbasa. Jagody spod Turbacza i szynka z Bidy, chudziutka, najlepsza z chrupiącym ogórkiem małosolnym, dobrym masłem i podpieczonym chlebem kresowym albo świeżą bułką poznańską. Pan od jabłek na środkowym stole zawsze pozwalał gmerać w najładniejszych jabłkowych kulach, a od pani naprzeciwko zawsze kupowała koperkoszczypiorki. I jarzynkę - po krakowsku, nie włoszczyznę, jak ją naszło na bardzo duży gar rosołu, pachnącego w całym domu. Na Kleparzu widziała pigwę, jarmuż, brukiew, sałatę rzymską, orzechy młode wszelakie, groszek cukrowy, malinówki i pomidory o najdziwniejszych kształtach, wszystkie te warzywoowoce, o których czytało się u Ćwierciakiewiczowej. Więc Kleparz... Jedno z cenniejszych kulinarnych trofeów, najpiękniejszy teatr smaków na świecie.
Na targu na Lea z kolei zawsze kupowała u pana pod kasztanem jajka, dla którego sprzedaż ta była czymś najważniejszym na świecie. I nigdy nie wie się, kiedy się te jajka po sześćdziesiąt dwa grosze po raz ostatni kupi, a pan mówił ściszonym głosem, że zaprasza, że lubi swoja pracę i jest jak pewnik, że cokolwiek się stanie, a on tam zawsze będzie. Kiedyś jeszcze sprawdzi...
Kraków. Nie do opisania. Litery za małe, ramiona za wątłe na przytulenie, na objęcie, za mała ja. Chrupiące precle pod Bagatelą, dobre na początku Sławkowskiej i na Nowym Kleparzu, nie bułczane i zapychające, tylko takie, jakie mają być, wspaniale smakowały w ramionach Plant, w zielonym magicznym kręgu, kruszone nad książką. Więc tęskni. Do kolejki po lody na Starowiślnej i po zapiekanki w środku nocy i po kiełbasę z bułą i oranżadą. Do kolejki po pączki u Michałka na Krupniczej, po które stała trzy godziny tworząc socjologiczne zjawisko i potem ucieszyła sąsiadów przynosząc pachnące z różą i zawijane, nie szprycowane, szczęśliwa, chociaż ręce jej zsiniały na amen i długo bardzo nie mogła się rozgrzać. Tęskni do małych drożdżówek z owocami sezonowymi z malutkiej pracowni cukierniczej na Długiej, do ciasteczek grylażowych z bliższej Starowiślnej, do bułek z serem od Hawełki, które jadła raz w miesiącu i dlatego ich smak krzyczał na cały Rynek, że jest najlepszy i nie pachnie malizną, tylko drożdżami i twarożkiem z wanilią. Do kawy w Tribece i czekolady na Wiślnej. Do sałatek na św. Anny w Chimerze, o wymyślnych, chrupiących ingrediencjach. Do krewetek - druga porcja gratis - Pod Wawelem, popijanych zimniutkim Paulanerem. Do pierogów i zupy na kościach u cioci Stasi opodal Mikołajskiej. Do krzaków jaśminu, który pachniał na Planty całe wypełniając ją czerwcem i zachwytem, że jego zapach jest oznaką długich nocy i najpiękniejszej pory roku. Do bram zdobionych rzygaczami, żabami, krakowskimi stworami strzegącymi wrót i mieszkańców, kiedy lubiła się tak powłóczyć dla łażenia samego i czucia stuletniego kurzu, zaglądania w zakamarki nieturystyczne i zamyślania po liter wewnętrzne wywołanie. Do jazdy na rolkach po uśpionych Błoniach, kiedy siódma rano skutecznie pobudzała do życia, że właśnie zaczął się dzień i po pustym asfalcie można rozjeździć cień nocy i nitki poranka spleść w warkocz dnia. Tęsknić będzie do spacerów, łazęg bez celu, boso, bo obtarły buty, bez mapy, do ścieżek, których już nie przekroczy, bo nie trafi tam drugi raz. Do aniołów krakowskich, które wciąż tam mieszkają i są na odległość słuchawki i którym świat tak samo zatrzasnął pewien etap - jak i jej.
Kraków żyje w niej śmiechem i obrazami, drżeniem stania przed starowinką Kossakówką, zielonością kopca Kraka i szumem brzóz wokół kopca Piłsudskiego. Nie sposób zebrać w jeden bukiet sześciu lat mieszkania w ukochanym mieście - bo zawsze jakieś trawy i liście powypadają i tylko trzeba je ocalić od jesieni. Nie zapomni ich nigdy. I nic nie będzie miało już takich kolorów, poznajduje sobie inne odcienie.
A kot - wróci. Bo inaczej jej serce pęknie i żadna Wisła tego nie naprawi.
25 sie 2011
M 77 albo o siódemkach:
Czas płynie niebywale szybko, odlicza patyczki piątków i poniedziałków, skreślając w sztachetkach tygodnia, łamie te zapałki dni po to i pali, aby w weekend zmienić otoczenie, zmienić powietrze, nauczyć się, co ma w której szafie i być z nim w ich zieloności i kremach i fioletach w domu.
Sierpniowa burza łamie Mokotów na drzewa, które nie wytrzymują i idą w swoją letnią śmierć pokonanymi gałęziami, niebo przesuwa się z trzaskiem raz w jeden, raz w drugi kąt okna. A ona słucha deszczu i myśli, czy u niego też tak pada, siąpi, moknie, czy też jest tak hałaśliwie wieczorem. Bo wczoraj była ciepła noc, rozgwieżdżona, jego urodzinowa i patrzyli razem w ich niebo, bo ona potrafiła pobardzodługimiciężkimdniu wsiąść w bus i z chilijskim carmenere, muffinką od Lubaszki, świeczką z numerem 7 i biletami na koncert pojawić się w jego zdumionych oczach na progu domu i musiał się uszczypnąć, żeby uwierzyć że to naprawdę jest. Bo ona tak umie - zatrzymać pana na ulicy bo jej się telefon zaciął i nie mogła zadzwonić, że się spóźni, a jej bardzo zależało i w zdumione oczy człowieka poprosiła o zadzwonienie i nawet nie pomyślała, że nieufni ludzie mogą podejrzewać niecne zamiary. A ona miała cne i przez to się udało.
Ona potrafi w t-shircie z takim dziwnym napisem iść do apteki i trzymając w ręku talerz z lunchem dla koleżanki poprosić o kardiamid, bo koleżanka źle się czuje, nie patrząc, że szynka parmeńska może przeszkadzać w świątyni leków.
Chociaż nie jest siódemką, to ma aż dwie w dacie urodzin i jak się doda jej wiek, to też jest siedem i jej on, też ma tyle. Ona się nie zastanawia tylko biegnie, tylko tworzy czas i ruch a potem wtula się w nieduże mokotowskie łóżko i myśli jak bardzo bliżej nieba jest ich sypialnia i łóżko z jego ramion.
Sierpniowa burza łamie Mokotów na drzewa, które nie wytrzymują i idą w swoją letnią śmierć pokonanymi gałęziami, niebo przesuwa się z trzaskiem raz w jeden, raz w drugi kąt okna. A ona słucha deszczu i myśli, czy u niego też tak pada, siąpi, moknie, czy też jest tak hałaśliwie wieczorem. Bo wczoraj była ciepła noc, rozgwieżdżona, jego urodzinowa i patrzyli razem w ich niebo, bo ona potrafiła pobardzodługimiciężkimdniu wsiąść w bus i z chilijskim carmenere, muffinką od Lubaszki, świeczką z numerem 7 i biletami na koncert pojawić się w jego zdumionych oczach na progu domu i musiał się uszczypnąć, żeby uwierzyć że to naprawdę jest. Bo ona tak umie - zatrzymać pana na ulicy bo jej się telefon zaciął i nie mogła zadzwonić, że się spóźni, a jej bardzo zależało i w zdumione oczy człowieka poprosiła o zadzwonienie i nawet nie pomyślała, że nieufni ludzie mogą podejrzewać niecne zamiary. A ona miała cne i przez to się udało.
Ona potrafi w t-shircie z takim dziwnym napisem iść do apteki i trzymając w ręku talerz z lunchem dla koleżanki poprosić o kardiamid, bo koleżanka źle się czuje, nie patrząc, że szynka parmeńska może przeszkadzać w świątyni leków.
Chociaż nie jest siódemką, to ma aż dwie w dacie urodzin i jak się doda jej wiek, to też jest siedem i jej on, też ma tyle. Ona się nie zastanawia tylko biegnie, tylko tworzy czas i ruch a potem wtula się w nieduże mokotowskie łóżko i myśli jak bardzo bliżej nieba jest ich sypialnia i łóżko z jego ramion.
9 sie 2011
M 76 albo o rytmie:
W końcu lipca niebo nie dopisało. W letniej modzie wciąż kolor szary,gdzieniegdzie porozrywany błękitem, a jak się uda w ten błękit wreszcie w całości ubrać i zestawić z zielenią, to wyjątek. Sierpień wreszcie przywołał słońce, ciepło rozlało się po polach, podnosząc delikatnie za brodę namoknięte kłosy zbóż. Na beżowych pagórkach rżysk rozsypały się zbożowe beczułki, jak z pudełka z pralinkami - wziąć w dwa palce i pstryknąć w nasycony błękit... Zielone kule renklod toczyły się słodyczą w wygrzany koncert świerszczy, gdzieś leniwie pachniały lilie i brzęczały osy. Ona w takiej scenerii próbuje złapać rytm, łącząc trzy miasta w jedno ogniwo, rozdzierając się pomiędzy kocie tęsknienie, zieloną oazę ogrodu i wąską nitkę ulicy obsadzoną kamienicami, parkomatami i prastarym spożywczym gdzie dominują białe sery z Garwolina i przeceny. Pociąg nie wypluwa jej tak często jak tysięczną ogryzioną pestkę, ostatnio więcej jej w szafirowym i wygodnym samochodzie i kładąc mu rękę na udzie, jechali tak w swoje odległości, w te wszystkie trzy kąty, do odwiedzenia w czasie krótkim i koniecznym. Trzymanie ręki było niczym aksjomat, szukał niezmiennie palcami jej dłoni i tak trzymając się, wciągali się po drodze w kolejne kilometry, robiąc przerwy na trzymanie kubka z kawą ze Statoil. Wokół kwitło lato, smakowały jagodzianki w Paradyżu, odpust za stacją benzynową, na której zatrzymała ich awaria w hamulcach. Czas pozwolił na nie hamowanie się ich i był pierścionek, lody, wata cukrowa i słońce i wiara jak u dziecka, że pewne rzeczy nigdy nie mijają. A potem, kiedy wracali już z powrotem, on nieustannie i niezmiennie wygrywał rytm na kierownicy swoimi silnymi, piegowatymi dłońmi, bo wszystko jest rytmem, nie tylko sączonym przez jego przedramiona, nie tylko przez godziny. A najpiękniej to złapać ten rytm i tak być sobie w sierpniu nie patrząc jak czas ucieka, jak kończą się kolejne wystukiwane piosenki, jak nieustanny rytm przyrody zapewnia, że zawsze będą śliwki, kurki i morele w sierpniu, a potem pirosy i paularedy a potem jeszcze gruszki i jeszcze większe osy i wtedy się wie, że przyjdzie jesień. A do tego czasu żyją rytmicznie. Wśród swoich palców, dróg i kotów, wśród słów, ulic i zamyśleń w niebo wpatrzonych, kiedy muszą być osobno, pod wspólnym wszakże niebem.
29 lip 2011
M 75:
...jak ona strasznie mało pisze a przecież codziennie myśli, słowa maluje, ustawia sobie czcionki i kursywy i boldy, co jest ważne a co nie a tak mało z niej wypływa tu, gdzie powinno. Zakochani po najgłębszy grób, piramidy, grobowce Inków, tęsknią i wyją codziennie wymieniając słowa, litery i myśli ale tak ma być bo ona wreszcie przestała walczyć z miastem na Wu i może dlatego ułożyło się tak jak ułożyło. A może trzeba czekać w kolejce na swój czas, który kieruje na bardzo spokojną taflę wody, po której można płynąć na motyla i żadnych przechyłów, żadnych mielizn, po prostu się dzieje i już.
Może w mieście na Wu, kiedy wejdzie się w kwintesencję lansu, pocmoka w galeriach z solą, pochrumka w sukienkach, które kosztują cztery jej pensje, ale ona umie je tak dotykać jakby nosiła je na codzień i od zarania dziejów, kiedy się po prostu przyzwyczai do plastiku,chinosów, baletek i beżowych szpilek, bransoletek na sznurku z wymyślną blaszką, bon ton dla nadgarstków, do raybanów, które mają jakieś genialne szkła jakby inne okulary na świecie nie istniały, to ten stworzony specyficzny światek nagle staje się normalny. Jakby się dosypało ziarenek smaku, bo wtedy wszystko można zjeść i nawet staje się zjadliwe jak obiad za 4,5 w wymierającym barze mlecznym. Więc bywa sobie wśród ładnych przedmiotów, ale zanim do nich dojdzie, omija bezdrzewne ulice, zagląda w matrix kościoła na planie okręgu, przejdzie krawiecko-etymologiczne knajpy ze śniadaniem za 26 zł złożonym ze złotego jajka na miękko i sałaty frisse, obije się o róg nałogu, czyli latte na soi z dodatkowym espresso a potem pochłonie ją odnoga ulicy, na której jest fajoski stary spożywczy z dobrymi jagodziankami i jak jedną zje, to powie, że nareszcie ogarnia.
A jej anioł z lekka połamałby sobie skrzydła pod takim kątem życia w mieście na Wu, więc tam, gdzie na zielonej trawie rośnie ich dom, maluje ich wspólne kwadratowe my na ich harmonijne kolory, jest dla niej tak bardzo, że te 150 km mija jak oka mgnienie na fali ciągłych myśli, na ciągłej świadomości, że na drugim końcu są ramiona, oczy i miłość.
Może w mieście na Wu, kiedy wejdzie się w kwintesencję lansu, pocmoka w galeriach z solą, pochrumka w sukienkach, które kosztują cztery jej pensje, ale ona umie je tak dotykać jakby nosiła je na codzień i od zarania dziejów, kiedy się po prostu przyzwyczai do plastiku,chinosów, baletek i beżowych szpilek, bransoletek na sznurku z wymyślną blaszką, bon ton dla nadgarstków, do raybanów, które mają jakieś genialne szkła jakby inne okulary na świecie nie istniały, to ten stworzony specyficzny światek nagle staje się normalny. Jakby się dosypało ziarenek smaku, bo wtedy wszystko można zjeść i nawet staje się zjadliwe jak obiad za 4,5 w wymierającym barze mlecznym. Więc bywa sobie wśród ładnych przedmiotów, ale zanim do nich dojdzie, omija bezdrzewne ulice, zagląda w matrix kościoła na planie okręgu, przejdzie krawiecko-etymologiczne knajpy ze śniadaniem za 26 zł złożonym ze złotego jajka na miękko i sałaty frisse, obije się o róg nałogu, czyli latte na soi z dodatkowym espresso a potem pochłonie ją odnoga ulicy, na której jest fajoski stary spożywczy z dobrymi jagodziankami i jak jedną zje, to powie, że nareszcie ogarnia.
A jej anioł z lekka połamałby sobie skrzydła pod takim kątem życia w mieście na Wu, więc tam, gdzie na zielonej trawie rośnie ich dom, maluje ich wspólne kwadratowe my na ich harmonijne kolory, jest dla niej tak bardzo, że te 150 km mija jak oka mgnienie na fali ciągłych myśli, na ciągłej świadomości, że na drugim końcu są ramiona, oczy i miłość.
21 lip 2011
M 74 albo o parasolu:
Zawirowało, szybko się podziało, czas umknął między morze a Poznań, między nowe a stare i to że wciąż są razem i wciąż im mało. Zawsze kiedy padał deszcz i było nijako, chowała się pod czyimś parasolem, ale nie było dość wygodnie. Można się przyzwyczaić, że ręka wystaje i moknie, że z prętów parasolowych czasem kapie na szyję. Że torba mokra i się nie mieści w arenie parasolowej przestrzeni, że moknie takim kółkiem wokół, a w środku nie zawsze jest bezpiecznie niedeszczowo. Normalne, że pada, że nie zawsze uda się w całości schować, że czasem nie w porę się parasol rozłoży albo zapomni albo zgubi i nie ma jak się schować, schronić i kapie, ziębi i pada. A lipiec deszczowy, burzowy straszliwie, nawleka nitki błyskawic na krople igieł i nie ma spokoju, nie ma. Gdzie się podziały ciepłe letnie noce, może czekają na sierpień, może wybuchną całą pachnącą mocą, może. Ale parasol nad nią rozłożony nie pozwoli, aby zmokła, aby cokolwiek się jej się stało, aby najmniejsza kropla zakłóciła suchość jej rękawów i gzyms torebki. On ją otulił parasolem siebie, dużym, wygodnym, rozpostartym na sto pięćdziesiąt kilometrów i ona nie boi się przez to żadnych burz ani ulew, nie boi się, że parasol się złoży w nieoczekiwanym momencie, albo zepsuje albo będzie miał niestabilny uchwyt. Ona wie, że tak będzie zawsze i pod tym parasolem interesuje ją jedynie arena jego źrenic i siła rąk trzymających parasol nad nimi. A pod takim niebem mogą do woli karmić się lipcowymi rozpustnie rozdzielanymi na pół morelami, łowić ustami omszałość malin i chrupać jabłkowe premiery o nazwie wistabela i genewa.
12 lip 2011
M 73 albo o dróżniku:
Pomiędzy pasami brązowordzawych szyn, pomiędzy alejami maków, łopianów, powtulane w małe ogródki, stoją domki dróżników. Panie w białych bluzkach i granatowych lub czarnych spódnicach, z pewną dumą stając na baczność, obserwują przepływające pociągi, wystawiając chorągiewki. Panowie, niekiedy bardziej w cywilu, w beżowych koszulach i krótkich spodniach, wyznaczają pociągom kierunek, że można jechać w stronę lata, w stronę morza lub gór. Świerszcze nakręcają zegarek popołudnia, powietrze drży. Leniwe cielsko pociągu przepłynie obok dróżnikowej budki i kto zauważy, że na cieście drożdżowym na fajansowym talerzu siedzą osy.Kot lub pies, takim samym wzrokiem zarejestrują żelazne duże coś, z którego czuje się kanapki z kiełbasą, zapach coli i spoconych, zmęczonych od siedzenia, ciał. Lipcowe popołudnie obiecuje słodkie czereśnie, rosnące tuż za torami. Tylko czy będzie kiedy je zebrać.
Co robi dróżnik, kiedy nie macha chorągiewką, czy ma swojego zmiennika? Gdzie się można nauczyć tego zawodu i czy ta praca jest rozwojowa. Czy w gałęziach torów można odnaleźć swoją zawodową drogę. Ile zależy od machnięcia chorągiewką, która potrafi tyle samochodów zatrzymać, a oczom maszynisty pozwolić przeprowadzić pociągowe tony przez tory. Czy trzeba się ubrać odpowiednio do pracy, wytrzymać to lato deszczowe lub słoneczne, stworzyć namiastkę domu w huczącym pociągowym życiu?
Czy pani stojąca na progu swojego drugiego domu wie, że codziennie widzi ją tyle osób ile panią w telewizji? Czy ktoś robił wywiad z dróżnikiem i pytał go, czy lubi machanie chorągiewką? A jakby się komunikacja torów posprzeczała, to co będzie?
Chciałabym kiedyś wysiąść z pociągu i zapytać. Pani w wyprasowanej białej bluzce poczęstuje kompotem a powietrze zadrży bo zbliża się kolejna fala upałów i intercity z Poznania, a wie pani, taki to przejedzie szybko w swoją siną dal, na którą ktoś inny będzie miał wpływ. Ja robię swoje.
Co robi dróżnik, kiedy nie macha chorągiewką, czy ma swojego zmiennika? Gdzie się można nauczyć tego zawodu i czy ta praca jest rozwojowa. Czy w gałęziach torów można odnaleźć swoją zawodową drogę. Ile zależy od machnięcia chorągiewką, która potrafi tyle samochodów zatrzymać, a oczom maszynisty pozwolić przeprowadzić pociągowe tony przez tory. Czy trzeba się ubrać odpowiednio do pracy, wytrzymać to lato deszczowe lub słoneczne, stworzyć namiastkę domu w huczącym pociągowym życiu?
Czy pani stojąca na progu swojego drugiego domu wie, że codziennie widzi ją tyle osób ile panią w telewizji? Czy ktoś robił wywiad z dróżnikiem i pytał go, czy lubi machanie chorągiewką? A jakby się komunikacja torów posprzeczała, to co będzie?
Chciałabym kiedyś wysiąść z pociągu i zapytać. Pani w wyprasowanej białej bluzce poczęstuje kompotem a powietrze zadrży bo zbliża się kolejna fala upałów i intercity z Poznania, a wie pani, taki to przejedzie szybko w swoją siną dal, na którą ktoś inny będzie miał wpływ. Ja robię swoje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)