Szeleściła dziś liśćmi, udało się, za to dawno nie widziała żadnego żołędzia, chodzi dużo po określonym kwadracie miasta na Wu i omija toczące się kule pomarańczowych dyni, trzymające swoim ciężarem chodniki i straganowe półki, bo jak ktoś je oderwie i kupi i zabierze aby zmielić na placki, tarty, ciasta i zupy, to spadnie więcej liści i skończy się złocista, jeszcze piękna jesień. Tka te dni jak batik, przetyka słońcem i deszczem, nadziewa słodyczą gruszek konferencji i jabłek jonagored na popołudnia i poranki, coraz bardziej zapadające się w ciemną koncówkę roku. Na jej pracowej ulicy pootwierały się nowe sklepy, oczywiście jak zawsze puste, dla wybrańców z pełnym cyfr kontem, dla pań w dużych samochodach i panów w dżinsach, trampkach i budrysówkach. Opodal kościoła z dwoma wejściami, tam, gdzie w podwórku, prostopadle stoi witryna z butami, które cudem ktoś zauważa, zawsze gra na bałałajce starszy pan, jak sztafaż, jak troszkę zepsuta pozytywka grająca jedną melodię, wklejony w wysiadające z autobusu 108 buty na obcasie, torby i teczki z laptopami i z firmowymi, papierowymi torebkami zawierającymi śniadanie i pewnie obiad, bo czasu nie ma, bo je się przed komputerem, bo czas ucieka i miga szybko jak zmiana świateł na Ujazdowskich przy imperium pani w lokach z telewizji.
Tka się ten batik dni, aby niedługo zawiesić się, odłożyć na półkę i czasem zerknąć, jakie są w nim kolory, gdzie jest utkana w pośpiechu dziura a gdzie był należycie wyżyty czas i ścieg jest równy. Pędzi nieustannie, nie wyżywa dni jakby chciała, bo właściwie żyją tylko ich palce i głosy, w pośpiechu stukając po klawiaturze, przepychają na tych klawiaturach godziny i dni, które prowadzą ich wreszcie w swoje skrzydła i potem tylko rytm ich palców i ich rytm trwa ściśle określony, bez fałszu, jak idealnie zagrana harmonia trzyma ich i pomaga przeżyć pozostałe, chłodne jesienne dni.
Ale nieustannie, jak dobrze zapamiętana melodia, gra tęsknienie, więc odsuwa wszystkie najsmutniejsze piosenki, odsuwa szarugi i myśli takie se bo można zwariować, uschnąć jak liść, stracić zieleń i iść sobie o tam, gdzie bardzo wielu ze skrzydłami, ale już po tej innej stronie. Ulicy, która trzyma ją w mieście na Wu po to, żeby jeszcze przez jakiś czas wytrzymać grę na bałałajce i utkać w miarę kolorowy, tegoroczny batik.
Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
18 paź 2012
15 paź 2012
M 127 albo płaszcz:
Kiedyś w świecie wyżywanym przez babcię panowało misterium szycia. Odkąd nastawała jesień i zimna, wilgotna ciemność, z szafy wypadała wiązka kruszącego się bagna na mole i padało stwierdzenie trzeba coś uszyć bo niestety znów pogryzły. Ciężka ciemnozielona jesionka wykończona kołnierzem z karakułów mrużyła oczy, wisząc w przedsionku i szykując się na naprawy. Pachniało naftaliną, lawendą, trzeszczały w butach drewniane prawidła, babcia wyciągała skórzane rękawiczki za duże na nią o pół palca, które teraz są zupełnie dobre bo babcia miała nieduże dłonie takie jak teraz ma ona i sprawdzała czy nie popsuło ich pół roku leżenia w przeczytanych stronach "Kobiety i Życie". Z lewej strony w przedpokoju stał czarny telefon z wykręcaną chrzęstem tarczą, w której dziurkach zanurzała palec i uczyła się melodii cyferek tańczących wokół, ukradkiem spoglądając na zawartość milczącej szafy po prawej stronie, w której mieszkały palta. To była zimowa świątynia, starannie przeglądana w stosownej porze, kiedy świat zaczynał rudzieć i pojawiały się szare renety. Druga babcia nosiła futra, miała nawet dwa i do tego wielki kożuch, którego ona się bała, przerażona wielkością kołnierza, w którym zapadał się nos.
Kiedy padało stwierdzenie iż stała się panienką i trzeba coś uszyć, w czasach domów towarowych i sklepów Społem z prażynkami, octem i oranżadą z rurką nie było łatwe do wykonania. W sklepie z długimi ladami i rzęsistym, jarzeniowym oświetleniem pełnym pajęczyn wiszących po bokach, rzędem leżały wełniane sukna, z ceną wyciśniętą stemplem i przypiętą szpilką po skosie. Lepsze materiały mieszkały w Modzie Polskiej i tam wkraczała z mamą jak do świątyni, słuchając jak pani w butach z dziurkami i bez pięty i palców, w wełnianej spódnicy i sztucznej bluzce z helanko odwijała grubą belę materiału, furcząco wystawiając i krojąc jego długi język na metry. Babcia mierzyła potem i szyła, powstawał fason jak przystało na dziecko noszące białe rajstopy w prążek, przy zakładaniu których trzeba było uważać, żeby dwie kreski były z tyłu a jedna z przodu, które nosiło prążkowaną podkoszulkę i sukienkę z wysokim karczkiem wykończoną bawełnianą koronką albo spódniczkę w szkocką kratkę i bluzkę z koniecznie okrągłym kołnierzykiem, haftem richelieu i przewiązaną na kokardę aksamitką.
Gorzej było z butami. Lakierki spod lady i chińskie tenisówki kupowało się od tajemniczych cioć, które w domach pełnych pamiątek z podróży parzyły granulowaną herbatę i rozmawiały z mamą, podczas gdy ona, nudząc się, wyobrażała sobie krainy z makatek wiszących na ścianach. Zima obfitowała w plastikowe kozaki, pierwsze były białe z granatowym pingwinkiem, noszone na zmianę z koszmarnymi relaxami, w których czuła się przeraźliwie nieelegancko, podobnie jak w kozakach w jasnoróżowym kolorze z białą podeszwą, niebywale śliskich, w których raz po raz przewracała się uciekając w śniegowej bitwie pod szkołą.
Mama plotła na drutach kilometrowe szaliki i wytwarzała fikuśne czapki, dzięki czemu ona uniknęła zarazy z elanobawełny, która opanowała wszelkie pasmanterie i głowy dzieci w podstawówce nr. 72. Każdy mieszkał w bloku wypełnionym rozlicznymi szafami, w których puchowe kurtki-koszmarki pelisy, futra, jesionki i palta wyłaniały się z napchanych małometrażowych wnętrz, tworząc już od listopada swoisty pochód, za którym ciągnął się zapach naftaliny i zniczy z dymiącym na czarno knotem od producentów prywaciarzy.
Trzydzieści lat później jesień opanował poliester a zimno nie zmalało. Nie ma pań w juniorkach i sklepów z ogłupiającymi jarzeniówkami i nikt nie nosi plastikowych kozaków i kultowych relaxów do kożucha. Pozostały za to wspomnienia czułej ręki babci zapinającej guziki, wzorki na jej futrze z lisa i odpinany kołnierz z karakułów z wytartymi brzegami. Są rzeczy, które przeżywają i wspinają się po drabince lat na pawlacz, na który czasem z sentymentem warto zajrzeć.
Kiedy padało stwierdzenie iż stała się panienką i trzeba coś uszyć, w czasach domów towarowych i sklepów Społem z prażynkami, octem i oranżadą z rurką nie było łatwe do wykonania. W sklepie z długimi ladami i rzęsistym, jarzeniowym oświetleniem pełnym pajęczyn wiszących po bokach, rzędem leżały wełniane sukna, z ceną wyciśniętą stemplem i przypiętą szpilką po skosie. Lepsze materiały mieszkały w Modzie Polskiej i tam wkraczała z mamą jak do świątyni, słuchając jak pani w butach z dziurkami i bez pięty i palców, w wełnianej spódnicy i sztucznej bluzce z helanko odwijała grubą belę materiału, furcząco wystawiając i krojąc jego długi język na metry. Babcia mierzyła potem i szyła, powstawał fason jak przystało na dziecko noszące białe rajstopy w prążek, przy zakładaniu których trzeba było uważać, żeby dwie kreski były z tyłu a jedna z przodu, które nosiło prążkowaną podkoszulkę i sukienkę z wysokim karczkiem wykończoną bawełnianą koronką albo spódniczkę w szkocką kratkę i bluzkę z koniecznie okrągłym kołnierzykiem, haftem richelieu i przewiązaną na kokardę aksamitką.
Gorzej było z butami. Lakierki spod lady i chińskie tenisówki kupowało się od tajemniczych cioć, które w domach pełnych pamiątek z podróży parzyły granulowaną herbatę i rozmawiały z mamą, podczas gdy ona, nudząc się, wyobrażała sobie krainy z makatek wiszących na ścianach. Zima obfitowała w plastikowe kozaki, pierwsze były białe z granatowym pingwinkiem, noszone na zmianę z koszmarnymi relaxami, w których czuła się przeraźliwie nieelegancko, podobnie jak w kozakach w jasnoróżowym kolorze z białą podeszwą, niebywale śliskich, w których raz po raz przewracała się uciekając w śniegowej bitwie pod szkołą.
Mama plotła na drutach kilometrowe szaliki i wytwarzała fikuśne czapki, dzięki czemu ona uniknęła zarazy z elanobawełny, która opanowała wszelkie pasmanterie i głowy dzieci w podstawówce nr. 72. Każdy mieszkał w bloku wypełnionym rozlicznymi szafami, w których puchowe kurtki-koszmarki pelisy, futra, jesionki i palta wyłaniały się z napchanych małometrażowych wnętrz, tworząc już od listopada swoisty pochód, za którym ciągnął się zapach naftaliny i zniczy z dymiącym na czarno knotem od producentów prywaciarzy.
Trzydzieści lat później jesień opanował poliester a zimno nie zmalało. Nie ma pań w juniorkach i sklepów z ogłupiającymi jarzeniówkami i nikt nie nosi plastikowych kozaków i kultowych relaxów do kożucha. Pozostały za to wspomnienia czułej ręki babci zapinającej guziki, wzorki na jej futrze z lisa i odpinany kołnierz z karakułów z wytartymi brzegami. Są rzeczy, które przeżywają i wspinają się po drabince lat na pawlacz, na który czasem z sentymentem warto zajrzeć.
7 paź 2012
126 albo jesień i powrót:
Nie zauważyła. Ani światła, bo jak byli z psem w lesie to jeszcze go nie było, ani zapachu ziemi, przymarzniętej nad ranem. Dziś z samolotowych przestworzy dostrzegła kulki dyni poturlane po prostokątnych polach, jak to tak, że nie zauważa, niedobrze, nie ma czasu takiej dyni zdobyć i ją przetworzyć odpowiednio, właściwie czas nawet ma, tylko nie w tym domu, niestety, bo jej dom wciąż w stanie totalnej tęsknoty, piszczy. Jak wróci ze swoich podróży to sprawdzi, czy ziemia na wstążce pola obok domu pachnie jak tylko jesienią, czy las podbarwia się podszewką kolorów w swojej jeszcze zieloności. To lato, tak ważne dla nich, powoli odchodzi, robiąc miejsce marznieniu rąk i stóp, które on cierpliwie otula, ociepla. Kiedy podczas takiej jesieni ktoś odchodzi, to trzęsie się wyznaczona ziemia i ten ktoś w nią wpada, robiąc miejsce innej, nowej duszy. Trudno utulić pustkę, kiedy kogoś nagle nie ma a się na to nie przygotowało. Czasami odwiedza ich motyl, puka w okno, przelatuje blisko i ona wtedy mówi, że to jego tata, którego już tu nie ma ich odwiedził. Zawsze się to sprawdza, pomimo naciągniętej na niebo jesiennej szarugi.
Nastaną dni zimne i wypełnione zmuszaniem się do wstawania. Nastanie w kawałku spełnione marzenie o jesiennych obiadach z dyni, ciast ze śliwek, jabłek i gruszek połączonych nitkami karmelu. Najbardziej i bez końca by chciała siedzieć z nim nad tym ciastem, z herbatą w nowym kubku z ważką, wpatrzona w zielonoszary horyzont podbarwiony różową poświatą zachodu, otoczona pieskotami i kominkowym ciepłem i żeby gdzieś tam, daleko od nich toczyło się wielkomiejskie życie, bez potrzeby uczestniczenia jej w nim. Na razie jesienny spokój, z nostalgią wspomnienia o tych, którzy już tej jesieni nie zobaczą, trzyma ją w wyspanych i ciepłych ramionach domu i niech to popołudnie nie skończy się w żaden poniedziałek.
Nastaną dni zimne i wypełnione zmuszaniem się do wstawania. Nastanie w kawałku spełnione marzenie o jesiennych obiadach z dyni, ciast ze śliwek, jabłek i gruszek połączonych nitkami karmelu. Najbardziej i bez końca by chciała siedzieć z nim nad tym ciastem, z herbatą w nowym kubku z ważką, wpatrzona w zielonoszary horyzont podbarwiony różową poświatą zachodu, otoczona pieskotami i kominkowym ciepłem i żeby gdzieś tam, daleko od nich toczyło się wielkomiejskie życie, bez potrzeby uczestniczenia jej w nim. Na razie jesienny spokój, z nostalgią wspomnienia o tych, którzy już tej jesieni nie zobaczą, trzyma ją w wyspanych i ciepłych ramionach domu i niech to popołudnie nie skończy się w żaden poniedziałek.
25 wrz 2012
M 125:
Ona dla nowopoznanych ludzi piecze muffiny z konfiturą, organizuje, zachwyca się jak się cieszą, obserwuje jak się śmieją, jakby po tej chwili spędzonej razem miał być koniec świata i cudowne jest to, że te, które się nie znały wcześniej, potrafią scementować się w jedną radosną całość i to jest niezwykłe. Ona w podgryzanym jesienią powietrzu wyczuwa mglistość, szeleści kasztanami szybko opadłymi i podziwia botki Clarksa na wystawie w wielkim centrum handlowym. Okruchy jesieni zauważa w militarnej, nieładnej modzie, w pojawiających się swetrach, w chęci na coś słodkiego, czego dniami szuka a nie doszukawszy się, zastanawia co to mogłoby być, co warto ugryźć właśnie teraz. W nadal zielonym lesie nie czuje jeszcze tego chłodu, który przeszywa, który mówi, że trzeba jeść zupę z dyni z oliwą i imbirem i smażyć powidła, oby zdążyła, bo już śliwki węgierki miały w zeszłym tygodniu pomarszczone pupki a ona musi do Pragi i może nie zdążyć. Przez kołowrót pracy znów ma poczucie bezcielesności, niedbałości o siebie, machinalnie wciera balsam Nutrilift i serum Olay jako remedium na poranną, zaspaną twarz porysowaną liniami nzmęczenia i konieczności, jesieni, trzydziestu pięciu lat i żywienia się pomidorami i pośpiechem.
Tymczasem przestała na razie walczyć z miastem na Wu. Oswoiła je - bo tak ma być, bo teraz jest taki czas, kiedy to hałaśliwe, tłumne i konsumpcyjne miasto staje się wartością, bo ona nie musi tak jak większość, bo zawiera ludzi, którzy zauważają tak jak i ona. Czymś, co się dzieje tylko dla niej.
Jak tęskniące pieskoty, które zawsze miauczą o jedzenie, kiedy ona wraca, chociaż przed chwilą jadły. Jak obserwowanie czy szron już nadgryza mały domek z narzędziami. Jak widok jego rozognionych oczu, rozgrzanych dłoni i stóp w skarpetkach i japonkach, kiedy specjalnie przychodzi ją budzić w urwany niedzielny poranek. Jak picie kawy w kubku rano a w szklance po południu. Jak nie zważając na zimno, robi jej masaż pleców, bo tyle się natargała walizek i nasiedziała przed komputerowym ekranem. Jak całkowite i od krańca do krańca wtulanie się i chowanie w namiocie jego ramion, którego za nic nie chce opuścić.
Jak wszystko.
Ona zawsze chciała, aby to, co łączy jego z nią było ponad te mienia i chcenia, ponad to, ile i czy się ma czy nie ma, aby to trwało niezależnie, czy się trochę zranią i zaraz naprawią, czy w lodówce jest pusto czy trochę pełniej, czy są daleko czy blisko, czy tęsknią do nieprzytomności, czy uda im się pojechać w góry czy nie.
I ma.
Tymczasem przestała na razie walczyć z miastem na Wu. Oswoiła je - bo tak ma być, bo teraz jest taki czas, kiedy to hałaśliwe, tłumne i konsumpcyjne miasto staje się wartością, bo ona nie musi tak jak większość, bo zawiera ludzi, którzy zauważają tak jak i ona. Czymś, co się dzieje tylko dla niej.
Jak tęskniące pieskoty, które zawsze miauczą o jedzenie, kiedy ona wraca, chociaż przed chwilą jadły. Jak obserwowanie czy szron już nadgryza mały domek z narzędziami. Jak widok jego rozognionych oczu, rozgrzanych dłoni i stóp w skarpetkach i japonkach, kiedy specjalnie przychodzi ją budzić w urwany niedzielny poranek. Jak picie kawy w kubku rano a w szklance po południu. Jak nie zważając na zimno, robi jej masaż pleców, bo tyle się natargała walizek i nasiedziała przed komputerowym ekranem. Jak całkowite i od krańca do krańca wtulanie się i chowanie w namiocie jego ramion, którego za nic nie chce opuścić.
Jak wszystko.
Ona zawsze chciała, aby to, co łączy jego z nią było ponad te mienia i chcenia, ponad to, ile i czy się ma czy nie ma, aby to trwało niezależnie, czy się trochę zranią i zaraz naprawią, czy w lodówce jest pusto czy trochę pełniej, czy są daleko czy blisko, czy tęsknią do nieprzytomności, czy uda im się pojechać w góry czy nie.
I ma.
18 wrz 2012
M 124 albo o przyjaźni:
Ona zagryza już poniedziałkowy wieczór czekoladą, ostatnio dużo jej je, jakoś tak na dokończenie dnia. Już poniedziałkowe miasto na Wu roztelepało beżową walizkę na mokotowskim chodniku, kiedy minęła sklep z butami, który się właśnie tworzy z takimi superekstrafajoskimi na miarę, minęła celebrycki ogródek restauracyjki bogatej w kozi ser, buraki z orzechami, kurki i wysokie ceny, w której to możni tego świata czyhający na otwarcie sklepu z nadzwyczajnymi butami, chowają napełnione kwasem hialuronowym twarze za wielkimi okularami, jedząc wyłącznie dietetyczne i zdrowe rzeczy. On daleko, ustala linię obrony i okopuje się w ich domowym szańcu, gotowy do bitwy o dobrze rozwiązaną przeszłość. Żeby nie zostawić niesmaku jak źle doprawiony obiad, który się bardziej pamięta niż te podniebienne rozkosze, osiągane to tu to tam. Ostateczne rozstanie z osobą, która kiedyś znaczyła i była horyzontem, nie zawsze jest łatwe. Ona z kolei ma tak, że gdzieś daleko na takim jej horyzoncie, czuje niesmak, że stało się jak się stało, że nie wszystkich naraz można lubić, rozumieć i umieć się rozstać jak nie wychodzi. Zakończona przyjaźń, która znaczyła i przestała się z powodów zbytniego narzucania woli, pobolewa jak źle zrosnięta kość - można z nią chodzić, ale czasem uwiera. Obserwuje. Podgląda co i jak. Przekopuje wspomnienia, znajduje rysy, góry i doły. Nie lubi, kiedy ma w sobie gdzieś głęboko nie zakończone sprawy. Nie rozplątane do końca węzły, ale je tak zostawi, bo nie ma sensu wracać do nich, skoro są już tak zaciśnięte od dawna.
Zmieniają się ludzie wokół. Są z nami ich ze względu na porę i stan, w jakim się znajdujemy, bo wypełniają w nas lukę, zalewają sobą to, czego nam w naszym pionie brakuje. A potem jak wyschnie, to często odchodzą bo moduł się wypełnił. Przyjaźń jest związkiem, czasem opartym na braku i dopełnieniu i właśnie wtedy jest najbardziej krucha. Jak misja do spełnienia w danym czasie, z początkiem i końcem. Kiedy nieudana, wtedy wisi w duszy jak nie do wyrzucenia plik, jak kartka z pamiętnika, której się nie można pozbyć.
A w mieście na Wu przyjaźni się z długimi spódnicami, czyta rzeczy z MacBooka, ciamka chleb z oliwą z talerza, krytykuje. Nosi się białe trampki lub mokasyny, podwinięte dżinsy i słuchawki na szyi. W porze lunchu zamawia białe wino, odwiedza Powiśle i kupuje coraz to bardziej wymyślne chleby. Wygala pół głowy.
Nie ona. Ona przyjaźni się z zeszłym sezonem, z życzeniem nowego płaszcza, z włosami, które ujarzmia i pozwala im być sobą. Ona chciałaby zauważyć wszystko i wymazać z siebie każde kogoś zranienie, ale się nie da. Ona za mało jest tam, gdzie powinna, ale inaczej nie może, wciąż wisząc między światami i uwierając się nadmiarem tego, co przynosi tylko ciężki jak kamień sen. Ma wciąż i niezmiennie bezczas na przyjaźń i czas na miłość.
Zmieniają się ludzie wokół. Są z nami ich ze względu na porę i stan, w jakim się znajdujemy, bo wypełniają w nas lukę, zalewają sobą to, czego nam w naszym pionie brakuje. A potem jak wyschnie, to często odchodzą bo moduł się wypełnił. Przyjaźń jest związkiem, czasem opartym na braku i dopełnieniu i właśnie wtedy jest najbardziej krucha. Jak misja do spełnienia w danym czasie, z początkiem i końcem. Kiedy nieudana, wtedy wisi w duszy jak nie do wyrzucenia plik, jak kartka z pamiętnika, której się nie można pozbyć.
A w mieście na Wu przyjaźni się z długimi spódnicami, czyta rzeczy z MacBooka, ciamka chleb z oliwą z talerza, krytykuje. Nosi się białe trampki lub mokasyny, podwinięte dżinsy i słuchawki na szyi. W porze lunchu zamawia białe wino, odwiedza Powiśle i kupuje coraz to bardziej wymyślne chleby. Wygala pół głowy.
Nie ona. Ona przyjaźni się z zeszłym sezonem, z życzeniem nowego płaszcza, z włosami, które ujarzmia i pozwala im być sobą. Ona chciałaby zauważyć wszystko i wymazać z siebie każde kogoś zranienie, ale się nie da. Ona za mało jest tam, gdzie powinna, ale inaczej nie może, wciąż wisząc między światami i uwierając się nadmiarem tego, co przynosi tylko ciężki jak kamień sen. Ma wciąż i niezmiennie bezczas na przyjaźń i czas na miłość.
10 wrz 2012
M 123:
Gdyby to wszystko było proste jak 123 to świetnie. Kołowrót dni pędzi tak, że trudno się zatrzymać i tylko jego ręce są w stanie ją złapać. Coraz trudniej. Miłość rośnie wraz z rudziejącą trawą i rześkim zapachem pól, znak, że idzie jesień. Rozmyty horyzont w jeszcze ciepłym słońcu jest tak samo rozmyty jak każdy wieczór w mieście na Wu, wyostrza się tylko w piątek, kiedy wraca o tam, gdzie ona potrafi wszystko. Wkurza się, że nie pamięta. Nie dzwoni, nie składa życzeń, otacza się w poczekalni kobietami, które są wszystkie młodsze i wszystkie w ciąży i ta atakująca ją armia rozmów, dźwięków ktg, planowań, wyborów imion i rozmów o imbirze i migdałach jest nie do wytrzymania. Pęka w szwach jest zdolność mieszkania w walizce. Może umiałaby znaleźć alternatywę, ale na razie boi się o niej powiedzieć. On z miłości przesunąłby całe wielkie miasto na Wu, wraz z ulicami, meblami, kawkami, piwkami, serami kozimi i bagietkami, autobusami - bliżej. Ona usiłuje być dzielna, ale coraz częściej rozpada się na atomy, nie tylko z tęsknienia powodu. Ranowieczory są zimne i nieutulone, właściwie tylko jeden w miarę utulony w dni powszednie, kiedy on wstaje i wygania kota spod samochodu a potem zawozi ją odparowując szyby na przystanek, skąd biały bus, darując jej tylko w poniedziałek dwie dodatkowe godziny snu, zawozi ją tam, gdzie jest niemoc i konieczność.
Tak, była w Paryżu, oglądając roześmiane, słoneczne niebo z okna biurowca. Wróciła bez smaku. Czas na niego nie pozwolił.
Marznie. Zasypia. Automatycznie pracuje. Odwraca role zupełnie już, że żyje tylko w weekendy a w resztę tygodnia usiłuje przetrwać. Survival. Czasem jest tak, że nie zdąży napisać o czymś, co było intensywne w kolorze i minęło i potem już ma inny odcień. I się denerwuje, że nie zdążyła. Że nie ma czasu na spotkania. Czasem ochoty. Że zupełnie automatycznie już porusza się po mieście na Wu, nie zauważając niczego, czy już ulice zapełniają się jesiennymi modnisiami spowitymi w ciemnozielone, modne kolory. Nie chodzi po sklepach. Od głodu ratują ją pomidory, kalarepa i cukinia. Nie ma ochoty na wiele, chociaż on ostatnio smażył dla niej frytki i to było coś. Za duża dusza na za małe, wymęczone ciało. Za dużo prędkości, za mało poczucia celu. Za mało lata, za dużo zimnych poranków, odganiających wilgotnym, lodowatym powietrzem możliwość jedzenia razem śniadania na tarasie. Tak, ona ciągle o tym samym. O nieustanne nierównowadze, którą już bardzo niedługo trzeba będzie zmienić. Ona wie. On też, tylko jak zawsze, cierpliwie czeka, co wieczór w łóżku zagarniając ramionami miejsce po swojej lewej stronie, gdzie zawsze śpi ona.
Tak, była w Paryżu, oglądając roześmiane, słoneczne niebo z okna biurowca. Wróciła bez smaku. Czas na niego nie pozwolił.
Marznie. Zasypia. Automatycznie pracuje. Odwraca role zupełnie już, że żyje tylko w weekendy a w resztę tygodnia usiłuje przetrwać. Survival. Czasem jest tak, że nie zdąży napisać o czymś, co było intensywne w kolorze i minęło i potem już ma inny odcień. I się denerwuje, że nie zdążyła. Że nie ma czasu na spotkania. Czasem ochoty. Że zupełnie automatycznie już porusza się po mieście na Wu, nie zauważając niczego, czy już ulice zapełniają się jesiennymi modnisiami spowitymi w ciemnozielone, modne kolory. Nie chodzi po sklepach. Od głodu ratują ją pomidory, kalarepa i cukinia. Nie ma ochoty na wiele, chociaż on ostatnio smażył dla niej frytki i to było coś. Za duża dusza na za małe, wymęczone ciało. Za dużo prędkości, za mało poczucia celu. Za mało lata, za dużo zimnych poranków, odganiających wilgotnym, lodowatym powietrzem możliwość jedzenia razem śniadania na tarasie. Tak, ona ciągle o tym samym. O nieustanne nierównowadze, którą już bardzo niedługo trzeba będzie zmienić. Ona wie. On też, tylko jak zawsze, cierpliwie czeka, co wieczór w łóżku zagarniając ramionami miejsce po swojej lewej stronie, gdzie zawsze śpi ona.
30 sie 2012
M 122 albo przyzwyczajenie:
Ona ma dwie suszarki, dwie zaparzaczki do kawy, dwa kubki, ulubiony nóż, ulubioną pościel, żel do mycia i zestaw kolczyków, które zawsze wozi ze sobą w małej szafirowej portmonetce. Przedmioty, ulubione rzeczy do jedzenia zawsze trzymają w pionie, ustawiają plan na dzień, uśmiechają.
Ona nie może bez płatków owsianych w papierowej torebce, bez spinaczy, którymi natychmiast po przyjściu do domu każe trzymać grzywkę, bez makaronu rurki, tagliatelle albo conchiglioni i za nic nie zje innych, bo jej nie będą smakować, bez jabłek, kawy i to zawsze ma w każdym domu. Jak ją najdzie, to je kabanosy z ketchupem. Albo kalarepę z tymże, wyłącznie marki Heinz. Uwielbia cukinię i czosnek, tańczą pięknie na oliwie a potem smakują jeszcze lepiej. Ona nie umie bez zielonej, jaśminowej herbaty, maczania pełnoziarnistej bagietki w oliwie, bez białego sera z miodem i orzechami i do tego kawałek czegoś posmarowanego masłem, o bez masła tez nie może.
Jak to jest, że rano ona z nim piją kawę w kubku o fioletowym gardle a po południu w grubej szklance i ona moc kawy określa po kolorze, jaki zostawia wlane mleko. I słucha się zawsze Trójki, bo innej się nie może. I czyta po raz tysięczny te same książki, chociaż zna się je na pamięć prawie do połowy i słucha muzyki tak doskonale znanej.
Jak to jest, że jeden nóż się lubi bardziej od drugiego i właściwie można wszystko jednym, chociaż w szufladzie armia cała. I można ciągle chodzić w jednym zestawie ubrań, i jak się coś nowego kupi to sobie nie wyobrażała życia właśnie bez tej rzeczy, jak mogła funkcjonować przed, skoro ta właśnie rzecz tak bardzo do wszystkiego pasuje.
Jak to jest, że trudno jest wyjść poza wiktuały, które się zawsze kupuje i nie ma odwagi spróbować czegoś nowego bo właściwie to po co, skoro tamte są takie pyszne. I to, że się chodzi jedną stroną ulicy, bo drugą jest bardzo niewygodnie bo tam pewnie jest balkon, z którego zawsze kapie. Mało jest rzeczy obojętnych. Właściwie rodzaj mleka i płynu do demakijażu nie ma znaczenia, a tak to większość jest męcząco i skrupulatnie przemyślana, bo jak inaczej.
Takie codzienności, które przyzwyczajają, trzymają w pionie jak gorset, który zaledwie czasem się rozsznurowuje po to, aby zaraz udowodnić, że właściwie to, co sprawdzone przez tryliony wydeptanych codziennych ścieżek znacznie ładniej będzie kończyć lub zaczynać dzień.
Jedyne co, to nie może przyzwyczajać się za długo do jego rąk, zwłaszcza w popołudniową niedzielę, bo potem strasznie trudno zasznurować się w trzymający w pionie gorset maili, smsów i telefonów, który pozwala przetrwać i nie zgiąć się w pół, nie złamać pod naporem toczącej się od poniedziałku do czwartku wielkiej kuli tęsknienia.
Ona nie może bez płatków owsianych w papierowej torebce, bez spinaczy, którymi natychmiast po przyjściu do domu każe trzymać grzywkę, bez makaronu rurki, tagliatelle albo conchiglioni i za nic nie zje innych, bo jej nie będą smakować, bez jabłek, kawy i to zawsze ma w każdym domu. Jak ją najdzie, to je kabanosy z ketchupem. Albo kalarepę z tymże, wyłącznie marki Heinz. Uwielbia cukinię i czosnek, tańczą pięknie na oliwie a potem smakują jeszcze lepiej. Ona nie umie bez zielonej, jaśminowej herbaty, maczania pełnoziarnistej bagietki w oliwie, bez białego sera z miodem i orzechami i do tego kawałek czegoś posmarowanego masłem, o bez masła tez nie może.
Jak to jest, że rano ona z nim piją kawę w kubku o fioletowym gardle a po południu w grubej szklance i ona moc kawy określa po kolorze, jaki zostawia wlane mleko. I słucha się zawsze Trójki, bo innej się nie może. I czyta po raz tysięczny te same książki, chociaż zna się je na pamięć prawie do połowy i słucha muzyki tak doskonale znanej.
Jak to jest, że jeden nóż się lubi bardziej od drugiego i właściwie można wszystko jednym, chociaż w szufladzie armia cała. I można ciągle chodzić w jednym zestawie ubrań, i jak się coś nowego kupi to sobie nie wyobrażała życia właśnie bez tej rzeczy, jak mogła funkcjonować przed, skoro ta właśnie rzecz tak bardzo do wszystkiego pasuje.
Jak to jest, że trudno jest wyjść poza wiktuały, które się zawsze kupuje i nie ma odwagi spróbować czegoś nowego bo właściwie to po co, skoro tamte są takie pyszne. I to, że się chodzi jedną stroną ulicy, bo drugą jest bardzo niewygodnie bo tam pewnie jest balkon, z którego zawsze kapie. Mało jest rzeczy obojętnych. Właściwie rodzaj mleka i płynu do demakijażu nie ma znaczenia, a tak to większość jest męcząco i skrupulatnie przemyślana, bo jak inaczej.
Takie codzienności, które przyzwyczajają, trzymają w pionie jak gorset, który zaledwie czasem się rozsznurowuje po to, aby zaraz udowodnić, że właściwie to, co sprawdzone przez tryliony wydeptanych codziennych ścieżek znacznie ładniej będzie kończyć lub zaczynać dzień.
Jedyne co, to nie może przyzwyczajać się za długo do jego rąk, zwłaszcza w popołudniową niedzielę, bo potem strasznie trudno zasznurować się w trzymający w pionie gorset maili, smsów i telefonów, który pozwala przetrwać i nie zgiąć się w pół, nie złamać pod naporem toczącej się od poniedziałku do czwartku wielkiej kuli tęsknienia.
20 sie 2012
M 121 albo tęskność:
On między jeziorami, z zakochanym w nim kotem i zbombardowany gwiazdami, tęskni. Ona, w mieście na Wu, z nowymi, ładnymi brwiami, tęskni nie mniej. Jak to się dzieje, że kiedy jego konieczność wyrywa z domu, odczuwanie tej pustki i niemocy jest jeszcze silniejsze. Dom ładnie sobie rośnie pod opieką mamy, a ona się czuje jak rzucona marionetka, bo tak. On o tam, dom daleko, rodzice w innym mieście wraz z garstką przyjaciół, jeszcze inna ich garść rozsiana w Krakowie, a w mieście na Wu już totalne resztki, które rozjadą się niedługo w swoje nowe strony z powodu miłości lub pracy. Nieobecność jest jak wisząca w próżni kotwica i to najbardziej denerwuje, że nie można się przyczepić, zaczepić, to drąży, boli, piecze i uprzykrza codzienność. Tęskność przejaskrawia, rozpierzcha myśli. Daje siłę. Wierzy, że kiedyś się skończy i nie da się do siebie przyzwyczaić. Zbija czas popołudniami, co z tego, że świerszcze za oknem, że noc ładnie pachnie, że woda strasznie szumi w rurach w pokoju w mieście na Wu, kiedy nic nie smakuje, nie podoba się, uwiera, byle nastał poranek i kawa z kawiarki z tłoczkiem i makijaż o 8.10, złożony z kreski fioletowym linerem w żelu Bobbi Brown, tuszu do rzęs They're Real, kredki Chanel w odcieniu czekoladowego brązu, którą muska dolną powiekę, korektora MUFE, różu MAC, bronzera Benefit, pudru Dior, błyszczyka nakładanego już na schodach. Potem autobus 107, 108 lub 159 i mokotowskie wystawy, koniec przeceny w sklepie Bagatt i praca a potem powrót i gdzie by tu myśli włożyć, w co, żeby jak najszybciej pofrunęły ku ciemnej nocy, naciągnęły roletę ciemności, która w sierpniu zapada jak przysłowiowa klamka. Tęskność szarpie. Obtłukuje dni w ciężkiej głowie, kusi aby jeść coś słodkiego, a bo co, bo jej tak o, to sobie pofolguje i kupi małą słodką drożdżówkę z serem i jeszcze coś czekoladowego a potem powyrzuca z sumienia śmieci, że być może jak on wróci to będzie ważyła tonę i powinna iść na basen i poćwiczyć ale jej się nie chce za nic, zastygnąć w bezruchu, przeżyć dzień i dalej. W mieście na Wu nie pachną łąki, nie spadają gwiazdy, nie ma wróbli, nie ryją krety, trzyma ją kurczowo konieczność, tęskni, zna ze słyszenia słynne knajpiane smaki, porusza się po dobrze znanej trampolinie ulic, aby przypadkiem nie odbić się dalej. W mieście na Wu kiedy zapada się w swoją kilkudniową skorupę, podbarwione tęsknieniem dni urastają do rangi gigantycznej, niestrawnej kuli, którą toczy przed sobą. Dlaczego nie potrafi się odnaleźć akurat w tej siatce ulic, a może w innej umiałaby, bo bardziej oswojona. Nie poznaje nowych ludzi, nie zwiedza, nie ma ochoty odezwać się, że jest. Dlaczego organicznie nastawiona do wszystkiego i wiecznie czuje się jak nie u siebie i jak stworzy to już u siebie to nagle tego nie ma, bo musi tęsknić. Dlaczego tęsknienie odbiera siłę, tak mozolnie zbieraną z każdą godziną. Dobrze, że już noc. I jutro.
18 sie 2012
M 120 albo weekend bez niego:
Dzień ciemniał bardzo szybko, jakby nagle przykręcono światło i zaciągnięto zasłonę, skrywając pieskoty, zółwia i ranną kaczkę, nową mieszkankę stawu. Lato pachnie świeżością, nie wygrzaną, ciepłą nocą, z delikatną nutą skoszonej trawy, która niczym szczypta przyprawy kotłuje się w ciemnym tyglu nocy.
On tam, wśród jezior, ona tu, w ich domu, po raz pierwszy sama w wielkim łóżku, z wystawionym radarem tęsknienia nastawionym na długie fale. Z wyciszoną burzą w jej brzuchu, kiedy po raz kolejny przez chwilę uwierzyła, że sny, że pies kładący się na udach, który nigdy się tam nie kładzie, że może wreszcie Los ześle jej ową pełnię, na którą tyle czeka. Nie będzie łatwo. Wszystko, co osiągnęła, zmieniła, do czego doszła, wydarła pazurami i okupiła potworną cierpliwością i tu nie będzie inaczej. Na razie o tym nie myśli, bo ją to paraliżuje i tylko czasem poszarpie ją płacz, w samotności, w swoim kłębku, nie do dotarcie przez nikogo, do rozwiązania tylko przez nią. Dobrze, że mija.
Na fioletowej kanapie zjada dzień po kawałku. Pójdzie pod prysznic i z oceanem wody spłucze jego poranne, żegnające ją usta i palce, osiadłe na szyi. Umyje skórę żelem Tołpy, pachnącym jak ich Toskania, na włosy nałoży odżywkę Dove. Zrobi peeling całego ciała, starannie wygładzając każdy fragment skóry, myśląc o jego ciepłych i silnych dłoniach, które jak wrócą, to sprawdzą czy jej skóra jest nieustannie miękka. Zrobi peeling twarzy i maseczkę Kleopatra z zielonej glinki, przypominając, jak ostatnio robili razem maseczkowe miny. Nałoży balsam Gosh o cytrusowym zapachu, na stopy i ręce coś w tubce od Eveline, ulubienie fioletowej. Nowy krem z ziół, cały po rosyjsku, przywita pojedynczą noc i obudzi wyspany dzień. Może poczyta. Napisze smsa. Posłucha jak brzmi ciemność. Zaśnie na poduszce w paski, pachnącą czarnym Silanem.
Rano na tarasie, w czerwonym szlafroku wypije kawę z kubka o fioletowym wnętrzu, zje ser biały 0% Mazurski smak z miodem lawendowym i malinami, poczyta i zmruży oczy w horyzont smagany wierzbą na wietrze. Posączy przedpołudnie. A potem spakuje nową, kremową walizkę w rzeczy niezbędne do życia w mieście na Wu i pojedzie w nowy tydzień, zakończony czekaniem, aż on przyfrunie.
On tam, wśród jezior, ona tu, w ich domu, po raz pierwszy sama w wielkim łóżku, z wystawionym radarem tęsknienia nastawionym na długie fale. Z wyciszoną burzą w jej brzuchu, kiedy po raz kolejny przez chwilę uwierzyła, że sny, że pies kładący się na udach, który nigdy się tam nie kładzie, że może wreszcie Los ześle jej ową pełnię, na którą tyle czeka. Nie będzie łatwo. Wszystko, co osiągnęła, zmieniła, do czego doszła, wydarła pazurami i okupiła potworną cierpliwością i tu nie będzie inaczej. Na razie o tym nie myśli, bo ją to paraliżuje i tylko czasem poszarpie ją płacz, w samotności, w swoim kłębku, nie do dotarcie przez nikogo, do rozwiązania tylko przez nią. Dobrze, że mija.
Na fioletowej kanapie zjada dzień po kawałku. Pójdzie pod prysznic i z oceanem wody spłucze jego poranne, żegnające ją usta i palce, osiadłe na szyi. Umyje skórę żelem Tołpy, pachnącym jak ich Toskania, na włosy nałoży odżywkę Dove. Zrobi peeling całego ciała, starannie wygładzając każdy fragment skóry, myśląc o jego ciepłych i silnych dłoniach, które jak wrócą, to sprawdzą czy jej skóra jest nieustannie miękka. Zrobi peeling twarzy i maseczkę Kleopatra z zielonej glinki, przypominając, jak ostatnio robili razem maseczkowe miny. Nałoży balsam Gosh o cytrusowym zapachu, na stopy i ręce coś w tubce od Eveline, ulubienie fioletowej. Nowy krem z ziół, cały po rosyjsku, przywita pojedynczą noc i obudzi wyspany dzień. Może poczyta. Napisze smsa. Posłucha jak brzmi ciemność. Zaśnie na poduszce w paski, pachnącą czarnym Silanem.
Rano na tarasie, w czerwonym szlafroku wypije kawę z kubka o fioletowym wnętrzu, zje ser biały 0% Mazurski smak z miodem lawendowym i malinami, poczyta i zmruży oczy w horyzont smagany wierzbą na wietrze. Posączy przedpołudnie. A potem spakuje nową, kremową walizkę w rzeczy niezbędne do życia w mieście na Wu i pojedzie w nowy tydzień, zakończony czekaniem, aż on przyfrunie.
10 sie 2012
M 119:
Lato zaczynało pachnieć gdzieś za Mazowszanami, wpadając cienką, zapachową strużką przez otwarte okno w dachu busa. Miasto na Wu, ściśnięte w węzeł gordyjski ulic, pomoczone deszczem, pachnie spalinami, kurzem, gdzieniegdzie zielonością, która co prawda pachnie jak kolor zielony, ale zduszenie nieco, jak na miasto na Wu przystało. Od za Radomiem chmury robią się większe, bo mają więcej miejsca na niebie, aby pokazać swoją feerię kolorów i strzępiastość kształtów. Ona uwielbia wypatrywać, aż w pewnym momencie płaski horyzont wypiętrzy się w poszarpaną linię, zwiastującą bliskość domu i inne województwo. Za fotelem w busie chrapie studencki czosnek i ona nie ma jak przesiąść tej wyjątkowej woni, zmieszanej ze strużką lata z dachu. Czyta. Wzrusza się jak nie wiem co, czytając artykuły w pismach, które mogą jej wystarczyć na dwuipółgodzinną podróż. Łzy napływają do oczu i wtedy musi spojrzeć gdzieś na zieloności za oknem, na pola, żeby włożyć i rozjechać w nich wzruszenie, które trzyma. Ona w ogóle rozklepana jakaś. Mijają ją w kolejce, bo się nie umie odezwać w porę, będąc na krawędzi niezdecydowania w kwestii wybory sałatki w Salad Story. Zawsze zamawia Healthy Halsę z gęstym balsamico z kurczakiem w ziołach, a tym razem zaatakowała ją nicejska. I zajęło jej dobre pięć minut przyzwyczajania się do smaku nicejskiej, w tym czasie popchnęły ją tryliony spragnionych sałat kobiet, a ona się powściekała na swoje niezdecydowanie. Bo ma tak, że upatrzy sobie jakąś małą drożdżówkę, którą je raz na tydzień i jak pani da jej inną, nie o tą, z której apetycznie wystaje ser to już ma nos na kwintę. Gorzej jest z malinami - jak upatrzy sobie odpowiedni pojemnik i maszyna losująca poda jej ten z innego brzegu albo skądś indziej, to ją aż zatyka, że się nie może odezwać, że chciała ten inny. To jest choroba. Dotyczy kawałków ciasta za szybą, kanapek z ciabatki, pomidorów, malin, truskawek, jabłek, dotyczy wielkości cukinii, wypieczoności bułki lub chleba. W marketach zawsze wybiera płyny lub cokolwiek, co jest w pudełku z końca kolejki czekających na zakupowy los. Wystawia rzędy obmacanych i poodkręcanych przez rzesze, aż dopadnie nie naruszony i nie otwarty egzemplarz. Ale nie jest aż tak roztargniona jak jej mama, która nie radzi sobie z otwarciem mleka w kartonie i zawsze otwiera je w najbardziej absurdalnym miejscu, wydłubując dolny róg i siłując się z wielkim nożem. Mam potrafi kupić czarną herbatę, bo ktoś jej wmówi, że to na pewno zielona, nigdy nie dokręca słoików i ma manię kupowania kefirów, których nie dopita armia stoi w rzędzie z datą ważności marzec. To jest genetyczne. To niezdecydowanie, niejednokrotnie irytujące po wręby, po menisk wypukły, po pachy.
Ale podróże, godziny, kilowatogodziny jakie przemieściła już, ciągnąc za sobą walizkę, to już ma z siebie. Nikt z rodziny by tego nie wytrzymał.
Ale podróże, godziny, kilowatogodziny jakie przemieściła już, ciągnąc za sobą walizkę, to już ma z siebie. Nikt z rodziny by tego nie wytrzymał.
Subskrybuj:
Posty (Atom)