9 kwi 2013

M 146 albo dwa milimetry:

W lesie perłowy śnieg ostatnim podrygiem zimy osłaniał poszarzałą trawę. Zziębnięte ptaki cięły niskie chmury na kawałki odsłaniające błękit, jeszcze nic nie pachniało. Szli noga za nogą, czarne buty Merrel jej, oliwkowo-goreteksowe jego i jasnobrązowe łapy Diesla chrupały rozmięknięty śnieg. Byli we czwórkę, razem, bo nagle świat zaczął się kręcić wokół ziarenka ryżu, dwóch milimetrów z cudownie pulsującą, białą kropką pośrodku, cud, który zdarzył się nieoczekiwanie jak zdarzyć się miał. Trudno się jeszcze ucieszyć, zachłysnąć, na razie dawkuje sobie tę wiadomość jak słabą kawę pitą małymi łykami, jeszcze powoli do nich dociera, że oto się stało. Senna jest bardzo, jadąc bardziej wolno srebrną corsą marzy o drzemce, nagle wszystkie miękkie fioletowe koce świata stają się królestwem, nagle kanapa w salonie staje się największą wartością, niebo świeci w oczy, ale senności nie odgania. Nie można jej zwalczyć kawą, bo nie można, nie można przestać jechać, chociaż w sekundę zatrzymałaby się na poboczu i w jeszcze szybszą sekundę zasnęła. Kiedyś to odeśpi, kiedyś to minie, ale na razie nad sen, nad wdech i wydech, najważniejszy jest książę/księżniczka na ziarenku ryżu, bo maleńkim okiem mruga do nie rozbudzonego świata, wsłuchuje się w świeże ptasie śpiewy i trzaski zeszłorocznych, zaskoczonych nadepnięciem gałązek, rośnie powolutku tak jak świat wokół i będzie coraz większy jak i małe mieszkanie w niej, które późną jesienią osiągnie rozmiary M4.

28 mar 2013

M 145:

Nie ma wiosny, nic się z ziemi nie wyrzyna, śnieżne welony zamieniły się w lodowe połacie, po których nie da się szybko jeździć, ostrożnie, delikatnie, jak po wydmuszce, jakby auto nic nie ważyło. Nieustannie wlewa jeszcze zimowy płyn do spryskiwaczy, marznie w aucie, które nagrzewa się strasznie długo, rozgania na drodze kulki ptaków, które nagle dostają skrzydeł i ulatują w sobie znaną przestrzeń, poranki nakłute ptasimi głosami zwiastują, że już czas na nową zieloność. On zamknięty w kwadraturach książek mruży oczy, przekłada kartki a ona im zazdrości trochę, że są częściej z jego dłońmi niż ona. Ale zawsze gdzieś uda im się zetknąć, łokciem, udem, spojrzeniem, nieustannie razem w prostokącie fioletowej kanapy. Wieczorami okotowani, po kolacji, idą do łóżka uprzednio włączając solną lampkę i trzecie radio. On zawsze smaruje jej stopy kremem, wciera starannie zwinnymi palcami, a potem wtulają się w swoje człowieki w piżamach, najpierw ona w niego, a kiedy przyciśnie ją wielki kamień snu odwraca się na lewy bok i stykają się ciepłymi podeszwami stóp w jeden głęboki sen.
Ona sny ma co noc, fantasmagorie, scenariusze lepsze od "Incepcji", a to długie włosy, schody, sytuacje, reminiscencje z przeszłości, tysiąc napotkanych ludzi, przewala się, pamięta te sceny do południa a potem już nie, półsennym porankiem słyszy jak gwiżdże czerwony czajnik, jak brzęczą kocie chrupki wrzucane do kocich blaszanych misek, jak na dole rozbrzmiewa poranne radio i jak wyskakują grzanki z tostera, bo on wie, że ona lubi takie chrupiące, po których spływa masło. Poranna codzienność jest cudowna, bez bycia na czas, bez wyliczania co do minuty doby, która rozpycha się teraz mniej niż kiedyś. Budują to swoje życie po kawałeczku, nie przekładając bez sensu zapisanych zeszytów dni, niezmiennie uważni na siebie. Jakie to proste mieć taką normalność szytą rytmem niedużego miasta, po raz pierwszy mieszka w miejscu, gdzie nie łomoczą tramwaje ale jest więcej gwiazd, jak dobrze mieć poczucie oczyszczenia, które powoli, w pełni wreszcie dotrze do jej głowy. Świat się świąteczni, rosną drożdże, nie rośnie forsycja, na przełęczy zimy i wiosny ciężko o zdania, mozolni się pisanie, przeszkadza nieustanna senność, a oni wspólne poranki i wieczory przypinają  jak kartkę przeżytych dni, klipsami, w dwóch miejscach na sznurze miesiąca.

17 mar 2013

M 144:

W sobotę po południu, kiedy wróciła z przyjaznego miasta na L, kiedy pokonała welony śniegu dmuchane wiatrem z pól, lód na zakrętach, kierowców w audi i bmw, którzy nigdy nie jeżdżą normalnie, zjadła pół tabliczki Milki z gorzkim nadzieniem, kiedy mróz, sól i bycie na drodze i w drodze pokryły jej samochód siwym werniksem, wypakowawszy kufry, paki i skrzynie, utonęła w jego cierpliwie czekających oczach, talerzu białego barszczu zrobionego przez niego i wyciągnęła wentyl, który trzymał ją w ryzach tygodnia tym samym wypuściwszy całe wielkie zmęczenie. Wiosna nie chce przyjść, męczą ją szaliki, swetry, rękawiczki,  kozaki i niełatwo rozgrzewający się samochód, pola jeszcze nie pachną zwiastunami nowego życia, świat wciąż zbielał jak ręce na nieustannym mrozie. Czuje się potrzebna, kiedy odwiedza kolejne pary oczu w sklepach, które wiedzą, że ona jest po to, aby im pomóc, aby sprawdzić i przestawić, roztacza srebrnym samochodem sieć powiązań, aby wszystko działało i wraca, zawsze wraca do domu. Miasto na Wu odwiedzone ostatnio porannym czwartkiem przypomniało jak szybko w nim się żyje, przegryza zaspaną kawę muffinem z mrożonki, jak zmieniły się sklepy w podziemiach pod dworcem, jak daleko jest do zakątka na Ursynowie i jakie nazwy nowych knajpek rozmaśliły się na podniebieniu. I jak dobrze, że pomimo kilku aniołów otulających to miasto dobrą energią - jej już tam nie ma. Ostatnie tygodnie toczą się kulami wkurzających brzuchów w wąskim korytarzu przychodni, podróżami do drogich zastrzyków, które może sprawią cud, ale jedynie może, brzuchów, którym się udało zapełnić i są najważniejsze na świecie a wcale nieprawda bo ona jest ciągle przed i przez to jest jeszcze ważniejsza. O tym, że nie można, że trzeba być na zastrzykach nie na językach o błogosławionym stanie, że mówi się szeptem jak o chorobie zakaźnej, że jedyną wyrocznią są fora takich jak ona, uzależnione od obserwacji i nie myślenia o niemyśleniu. Dlatego piękne są wieczory kiedy  ogień płonie w kominku usypiając ciepłem futra pieskotów, kiedy jest zupełnie normalnie, kiedy ogląda programy dla śpiewających przyszłych gwiazd, pije zieloną herbatę, jedzą razem czerwone sycylijskie pomarańcze, a gdzieś ponad tym ich światem toczą się hormony, zamykają restauracje, szaleje mróz i zaczyna kolejny tydzień w samochodzie.

10 mar 2013

M 143:

Nie cierpi śniegu, brudnych, zmiętych ścierek leżących wzdłuż drogi, na parkingach, brei, która zabiela buty i nie da się tego niczym usunąć, nie cierpi już szalików, swetrów, wszelakich otulaczy i owijaczy, wyprzedzania w żółtawych koleinach, kiedy telepie autem, skrobania szyb, całej tej niefajnej zimy, która nie przynosi niczego dobrego oprócz smęcenia się. Wciąż jeździ dużo, jest mistrzynią cofania bez żadnej widoczności z tyłu, trzymania kierownicy jedną ręką i odkręcania wielkiej butelki drugą, czytania smsów, poprawiania makijażu (nowy puder Bobbi Brown Pale Yellow w kompakcie), przełączania ciepłego nawiewu bo jej wciąż marzną nogi, grzebania w torbie w poszukiwaniu błyszczyka, jabłka, suszonych owoców z Rosmanna bo nagle osłabła. Na zakrętach nie cierpi wielkich, chlapiących ciężarówek, które swoim cielskiem telepią jej autem, więc kiedy je mija często zamyka oczy na sekundę, kuli się, ale dzielnie jedzie dalej. Czasem śpiewa, obserwuje ptaki, które czarnymi przecinkami opanowują przedwiosenne niebo, obserwuje małe miasteczka delikatnie porozjeżdżane babuleńkami w chustkach na rowerach, zamyśli się nad założeniem pałacowo-parkowym w Końskowoli, rytmem niskiej zabudowy w Ćmielowie, precyzyjnie omija dziury w drodze jak w ementalerze, z którym ma kanapkę. A nad tym wszystkim, nad serpentynami parkingów, pochmurnym niebem, powrotami do domu do jego ciepłych rąk i rozognionych oczu, wciąż wisi przeświadczenie, że kiedyś się wreszcie uda, że przestaną ją wkurzać kobiety w ciąży w poczekalni, że i ona znajdzie się po ich stronie, że będzie mogła sobie ot tak kupić zieloną spódnicę z asos.com bez konieczności ciułania na zastrzyki kosztujące tyle ile para dobrych butów, że przestanie ją boleć codziennie coś i nastanie błogi spokój, że przestaną ją wkurzać reklamy leków i deserów dla dzieci i alejki w Tesco z dziecioubraniami i pieluchami, które mija po drodze po bagietkę wiejską , że wreszcie skończy się ten cały kocioł, wizyty u lekarza 160 km stąd, monitorowanie, obserwowanie, mierzenie, oczekiwanie i nieznośny ból, który trudny do uciszenia wciąż nie ustaje.

25 lut 2013

M 142 albo urodziny:

Wieczór zastukał smakiem czerwonego wina i czekoladowego tortu z malinami, nasączonego pigwówką, zawiany i zadeszczony nijaką pogodą. Jej urodziny, dzień, jak każdy, kiedy na świecie jest i konieczność i katarowa niemoc, która nieustannie przeszkadza w jakiejkolwiek percepcji. Ma 36 lat i lekko pogniecione miejsca pod oczami, które szczególnie widać, kiedy jest zmęczona lub niewyspana. Ma włosy ciemne i krótkie, z kilkunastoma siwymi, które skrzętnie tuszuje castingiem L'Oreala w odcieniu brązu i te włosy spina najczęściej w dobierany warkocz lub w takie zaplątane coś, bo ciągle nie może trafić na fryzjera idealnego, a takowy jest jedynie w mieście na Wu. Kiedyś malowała się mocniej, teraz najczęściej wystarczy kreska fioletowym eyelinerem Bobbi Brown, bakłażanowym L'Oreal, czarnym Kanebo lub Guerlain. Czasami poszaleje z cieniem na mokro, ale czeka na zielone, letnie tło, które doskonale wpasuje się w turkusowy rysunek na oku. Ma dwa tusze do rzęs, słabość do róży i korektorów, nadmiar błyszczyków, z których i tak używa zazwyczaj jednego, w tubce. Gdzieś się zgubiła świetlistość cery, częściej musi walczyć z tym, żeby wyglądać jak nie po tej stronie trzydziestki. Mogłaby więcej ćwiczyć, ale nie jest źle. Powinna, bo lubi, ale nie bardzo ma gdzie, bo nieustanna pogoń pracowa i zwyczajny brak stosownych miejsc odsuwa ją od tego. Jest najszczęśliwsza bo otoczona ludźmi, którzy są na wyciągnięcie litery, słowa i ręki. Ma najpiękniejsze domowe ciepło, witane codziennie trzykotami, psem i jego troskliwe ręce, które co rano przestawiają jej samochód, aby wyjazd był prosto w udany dzień. Nie umie żyć bez fioletowego koloru, kawy, malin, truskawek, kremu pod oczy, ulubionego ręcznika, zasypiania na jego lewym skrzydle a jak śpią do siebie plecami, to stykają się stopami w jeden ciepły krąg, kolczyków zależnych od nastroju, butelek z wodą, które rozsiewa wszędzie, czerwonego wytrawnego wina, sera cheddar i gorgonzola, czekolady, Krakowa, Trójki, nie umie nie zauważać i często zapomina, zwłaszcza to, co złe, bo po co trzymać takie kosze pełne śmieci w sobie. Jak w zeszłym roku tak i teraz jest roztargniona, zapomina wziąć zakupy ze sklepu, zapomina zabrać telefon z miejsca A i potem musi jechać kawał z miasta B po niego, rozsiewa spinacze do włosów, gubi łyżeczki, jest absolutnie ciepłolubna, nienawidzi demakijażu jak Morfeusz jej już jedną nogę wkłada do swojej łódki a tu trzeba jeszcze tyle zrobić, nie znosi wyjmować prania z pralki i zakładać poszwy na kołdrę bo się w niej regularnie gubi, nie cierpi monotonii i brudnych butów, ma w szafie kilkanaście par, które ma bo ma i nie wiadomo kiedy i gdzie wszystkie założy, ale zawsze znajdzie się odpowiednia do butów chwila.
Ona taka - rozmemłana wieczornie, wkładająca w najmniejszą rzecz całe serce jak w dziurkę od klucza, do której pasuje tylko ten jeden, zaśnie zaraz w ciszy ich kremowo-fioletowego domu i nastanie  kolejny dzień, w którym będzie tyci tylko starsza i to zauważy jedynie kalendarz.

17 lut 2013

M 141:

Kota wtula  się w wieczór pachnący wątróbką z cebulą, do której dodała majeranku, a dodatkiem był szpinak baby z musztardowo-miodowym sosem i borówki. Zasada kocia i niezmienna - człowiek służy do leżenia, wmruczeć się więc należy i poubijać łapkami pozaciągany sweter. W przededniu wiosny, w oczekiwaniu na zmianę powietrza, w smętnym, zagubionym pośród pól lutym, w nabijanych nieustannie kilometrach, jest dużo miejsca na smak, na rozbijanie go na atomy, bo co może być ważniejsze w nijaki lutowy wieczór, niż spędzane razem chwile.
Krewetki, takie duże, z chrzęstem wrzuciła na rozgrzaną oliwą i czosnkiem patelnię, aż skurczyły się w białawe pierścionki nabijane na palec smaku. Podlane półwytrawnym, białym winem z nutką brzoskwini i masłem, gdzieś w dalekim tle pobrzmiewały wyrazistą nutą chili, stając się daniem wyśmienitym do jedzenia palcami i maczania kromek bagietki chłopskiej w aromatycznym, absolutnie rozkosznym sosie. Dziś dokończyli podany w dużym kieliszku mus z mlecznej czekolady, śmietanki i pigwówki w tle. Bo co innego jest ważne, kiedy dni na pozór podobne, liczone weekendami i znalezionym smakiem, tęskniły do kosmetycznych nowinek, które kusiły ze wszech stron, dawały bezsłońce i nijakość, watę cukrową  śniegu na słupkach bramy i pomarszczoną białość z zeszłego tygodnia niczym skóra na czole boksera. Kiedy nastaną dni pełne zapachu obudzonej ziemi, kiedy zniknie szarobiałość i ruszy wielka i najwspanialsza wiosenna machina, te wszystkie zapowiadane kolory i smaki znajdą wspólny rytm. Małopisanie i nijakie, lutowe dni zbudują drabinę, po której wspiąwszy się, wystawi twarz do świeżego, nareszcie cieplejszego słońca.

10 lut 2013

M 141:

Znużona nieco białością, od której bolą oczy, utrudnia się życie w srebrnym samochodzie, zastygła w rozmemłaniu w niebieskiej piżamie w krowy, czerwonym szlafroku, na fioletowej kanapie, okotowana. W głowie wciąż zimowa sceneria, wiszące kurtyny po bokach nieco innej w odcieniu białej wstążki drogi topnieją gdzieś w okolicach Sulejowa, pozostawiając pola przyprószone cukrem pudrem śniegu. Rytm tras, miast, stacji benzynowych, dziur na drogach Lublina, czy koleina zatelepie samochodem czy nie, korki, radio, zmiany biegów, gps, zakręty na parkingu w kieleckiej Koronie czy lubelskiej Plazie, a potem oszałamiające światła centrów handlowych przechodzące w tygodnie, oplecione numerami dróg prowadzą tam i z powrotem. Najpiękniejsze są powroty, kiedy trzeba zaparkować auto pod skosem do bramy bo potem łatwiej wyjechać i nie zamordować niechcący krzaka bukszpanu, przywitać pieskotowy komitet powitalny, utonąć w jego ciepłych, brązowych oczach, zielonej herbacie i utulić na lewym skrzydle w dużym łóżku. Cudownie się zwalnia tak jak dziś, zostawia podróżniczy chaos, właśnie tu, gdzie owinięta w szlafrok popija kawę, gdzie pranie na górze i niezmienna białość za oknem, mając uczucie, że gdzieś daleko, poza ciszą domu, toczy się ruchliwe życie miast, kiedy wyprzedza się na trasie do Kielc, kiedy gdzieś w kimś rośnie nowe życie a w kimś innym zaraz to życie się pojawi i też zmruży oczy od śniegu, tnącego źrenice ostrą białością. Jak zupełnie się obrócił się świat, przesunął się ciężar od siedzenia za biurkiem i turlania walizki po wertepach miasta na Wu, od kolejek do Lilou, od sklepu Społem na Mokotowskiej i pasty jajecznej do bułki, do podróży między miastami, do odwiedzania tysiąca galerii i rozprasowywania wstążek dróg kołami na płasko, do jedzenia pączków w aucie z wyciekającym dżemem prosto na kurtkę, do rozkosznego spania we własnym łóżku i wyglądu jego wyrazistej, napiętej i kuszącej linii brzucha w nowych dżinsach, kiedy właśnie tam, do jego pięknego uskoku najbardziej pasują jej usta.

30 sty 2013

M 140 albo o smaku:

Wielkie hałdy brudnego śniegu topniały w oczach pod usypiającym dotykiem deszczu, szarzejąc świat, szyby, nastawiając wycieraczki na nieustanną pracę. W rozmoczonym Lublinie, kuląc się pod kapturem jasnoszarej kurtki, ślizgając w fioletowych kozakach o spodach niczym macki ośmiornicy - weszła w oświetlony, pachnący prostokąt drzwi i zapachniało jej cebularzami. Zaraz wbiła zęby w świeżo zakupiony krążek ciasta drożdżowego wypełnionego podsmażoną cebulą z makiem, a takie rozkosze tylko w Lublinie, nigdzie indziej na taką skalę. Rozkosz nie do przejedzenia, przypominana zawsze wtedy, kiedy uda się jej zawitać o tu, a będzie się udawało znacznie częściej. Miasta zwiedzane po nitce smaku do uwodzicielskiego kłębka. Idąc bardziej niż nieco w dół od Lublina, Kraków opasany obwarzankami, które zawsze kupowała od blond pani w krótkich włosach pod Bagatelą albo na Sławkowskiej, albo tam w takim małym podcieniu jak się skręca w prawo w Długą. Rozkoszne krążki musiały być przypieczone i z sezamem, z chrupkością rozrywającą kubki smakowe, zwłaszcza w połączeniu z masłem i wędzonym bundzem.
Jeden smak, jedno miasto.
Paradyż to smak niezwykle uczciwej bułki z serem, zjadanej z sentymentu niedaleko stacji benzynowej, która historyczna dla nich, staje się ikoną drogi do rodzinnego miasta.
Łódź pamięta jagodziankami od Dybalskiego, z których ciemnofioletowa toń rozlewała się po delikatnym drożdżowym wnętrzu a później po podniebieniu. Miasto na Wu rozpieszczało ją drożdżówkami z serem, kupowanymi w małej cukierence na Hożej opodal Mokotowskiej, bogate twarożkowe nadzienie pachnące wanilią cudownie uśmiechało ją w głodne poranki na drugie śniadanie. W Białymstoku jadła najlepsze na świecie małe placki z twarożku, podawane ze świeżymi truskawkami i miodem. W Gdańsku, nie wiedzieć czemu, pamięta smak kuchni rosyjskiej, ichniejszej zupy rybnej i pieczonego ziemniaka, daleko w tle pozostawiając smażoną flądrę, bo takie na papierowej tacce dawno wymarły.  W Zębie, podczas zimowego wyjazdu, dopadła ją wyjątkowa rozkosz smaku pieczonych na blasze moskoli, podawanych z tartym oscypkiem i śmietaną. W Żorach opodal stacji kolejowej jadła genialne pierogi ze szpinakiem, których stos zabrała na wynos, które pozwoliły jej przeżyć cztery godziny czekania na pociąg na zimnym peronie.
Jest tyle miast i smaków na świecie, nie odwiedzanych cukierni, pomijanych knajpek, w których można złowić ten unikat, smak smaków, absolut, który w świecie glutaminianu sodu i dań z woreczka staje się niczym najdroższa biała trufla.
Jak rozjedzie do szczętu i do cna ten brudny śnieg na płaską i jasną twarz wiosny, to pojawią się nowe miejsca na swoistym, indywidualnym, kulinarnym szlaku wspomnień. Coś być musi za zakrętem.

22 sty 2013

M 139:

nie czyta o dzieciach niczego, że radość, że spało, że się uśmiecha, że jest, nie chce, zapada się w swoją największą na świecie mysią dziurę, po raz kolejny się nie udało i nie uda się już nigdy, nadzieja po połowie miesiąca spada jak jazda na piątce z wzniesienia po gołoledzi, jakiś karnawał podobno jest, ona walczy z zimą, z zaspą, z podjazdem, który odśnieżała dwie godziny ale podobno źle bo z grudami, z traumą po stłuczonym lusterku po walnięciu przez jakiegoś oszołoma, któremu się spieszyło w strasznej, zimowej nocy.  Nigdy nie zobaczy różowej drabinki na małym, plastikowym prostokącie, nie wierzy zupełnie w magię pastylek, które połyka, bo podobno od tego można się będzie wspiąć uśmiechem po tych różowych sztachetkach, bo jak to się ma udać, kiedy ona znów w podróży, w pogoni, kiedy szpulka drogi rozwija się w bardzo długą nitkę robiącą szpagat od zimy do zimy w trzech województwach, kiedy drzewa stają się bardziej szarobiałe i milcząco podpierają horyzont. Nie jest łatwe zrobić fikołka i nie przewrócić się bezboleśnie na plecy, może to tak, że napotkała jeszcze nie utwardzony teren w sobie, nie okupiony mandatem, stresem, niepokojem, niepewnością, jakąś żarłoczną odwagą, łzami i śmiechem, nieprzytomnym spojrzeniem i złym spaniem. Nie upiększa, nie maluje, gotuje raz na jakiś czas i na parę dni bardziej przemysłowo niż artystycznie, nadal gubi rękawiczki i zapomina, uspokaja się myciem podłogi , odsycha w smaku zielonej, jaśminowej herbaty i strumieniach dość ciepłej wody pod prysznicem, zmywając zapach płynu do spryskiwacza i odmrażacza do szyb, ma siniaki w środku od ustawicznych kuksańców od Losu, ale jak one znikną, to również zniknie milcząca, niedobra zima.

15 sty 2013

M 138:

Roztargniona roztargnieniami roztargnień weszła na inne pracowe obroty, silnik 1.4, niezłe przyspieszenie. Potrafi nie sprawdzić ile ma płynu do spryskiwaczy licząc, że będzie on tam wiecznie a potem wytężać wzrok przez zachlapaną szybę, znaleźć w niej małą plamę jak drogowskaz, przez którą można zobaczyć czy zielone czy czerwone i jechać do najbliższego lidla jak do deski ratunku i szukać płynu do spryskiwaczy, wlewa się dwa i pół litra naraz. Potrafi ufać intuicji bo z tyłu nic nie widać, bo ma zepsuty motorek od wycieraczki i cofać i nie wjechać w nic, ale za to fantastycznie zawiesić się na wjeździe do bramy bo to auto ma zupełnie inny promień skrętu niż inne, którymi bramę przekraczała i zrobić samochodowi ała.
 Potrafi pojechać do mamy numer dwa po klucze i z tej euforii że pies, że udało się wszystko co na dziś udać się miało, rozpuścić nad talerzem ukraińskiego barszczu -  tych kluczy zapomnieć i potem jechać do jego pracy z psem o niewyraźniej minie z tyłu bo on tego auta jeszcze nie zna. Nieustannie mówi do siebie jak jedzie, nie wyjeżdżaj, skręcaj, teraz jadę ja, śmiejąc się z siebie w duchu a co. Zanurzona po uszy w adrenalinie denerwuje się bo jedzie tam, gdzie jeszcze nie jechała, że musi oswoić ulice i dojazdy a ona jak czegoś nie zna to właśnie się podgryza i wykańcza czymś, z czym walczyła zawsze, czyli ze stresem. Czeka na wiosnę, kiedy opadną te wszystkie koleiny, śniegi, chlapy i pluchy, kiedy powietrze stanie się cudownie przejrzyste i będzie w nie cudownie jechać. Przestała mieszkać w walizce, ale nie przestała podróżować, dopełniając jej życiowe DNA srebrnym, niedużym autem, fundując sobie  tym samym  niebywały, codzienny komfort spania we własnym łóżku. Roztargniona jak wiosenna mgła, ale szczęśliwa, bo więcej z nim wjeżdża w styczniową codzienność i oswaja nowości, zaczyna po raz tysięczny od nowa licząc, że nie zostanie przeżuta i wypluta, ma nadzieję, że tym razem to już będzie na zawsze i ponownie wkłada serce z rękami i nogami bo wie, że akurat to ma zawsze sens, bo to właśnie cała ona.