18 sie 2013

M 155 albo w sierpniu:

Wyrwali się znienacka z ich miasta, pozostawiając konieczności w postaci sprzątania rzeczy w schowku i ustawiania pokoju dla dziecięcia, zapakowali szafirowy samochód i pojechali mocno na północ. Zielone drogi przetykane kłaczkami chmur z waty, prowadziły ich w mazurską, opętaną latem zieloność, w szum drzew bez ptaków, w zapach wody rozlanej wieki temu, powtulanej soczewkami w zagłębienia otoczone lasami. Niebywały spokój, zapach lasu taki jak w dzieciństwie, lekko wilgotny, ziołowy, przypomniany gdzieś w zakamarkach pamięci - koił i wyciszał. Można tak iść ręka w rękę, jej prawa zawsze w jego lewej, rozmowa opuszków palców w rytm kroków trwała godzinami. Warczące samochody z prędkością światła rozjeżdżały mazurską ciszę, zabijając po drodze borsuka, którego jeszcze ciepłego, zanieśli w grobowiec zarośli, bo oni są z tych, którzy przystaną i zauważą i pożałują. Pochyleni nad sobą, nad chwilami, które przepływały po lekko zasnutym niebie, trwali w to podarowane lato smakiem gryczanego miodu, placków ziemniaczanych gdzieś na zakręcie spływu kajakowego, wędzonego jesiotra i pieczonego pstrąga i za nic nie chcieli, aby taka sielanka kiedykolwiek się skończyła. Pięknie jest znaleźć drogę w lesie na spacerze i ucieszyć się, że zaprowadzi w pobliże celu. Pięknie jest zjeść maliny albo jabłka pirosy albo śliwki i poczuć, jak w niej bombarduje mała istota. Leżeć pod lipą na trawie pełnej koniczyny i szukać takiej o czterech ramionach, na jeszcze większe szczęście. Sączyć dzień w przeładowanej knajpie i cieszyć się, że nigdzie się nie spieszy. Iść w stronę słońca, ku błękitnemu niebu i zatracić się w jednej chwili w nie skalanej niczym przyrodzie. Tak potrafią, patrzeć w ogromne niebo, kiedy jego ciemna i ciężka misa, podziurawiona w kropki gwiazd, przechyla się nas światem tworząc noc. Rano idzie się po rosie po kubek z herbatą pozostawiony na werandzie. Potem wielka kula palącego słońca wtacza się na niebo i przegania resztki niechcianych chmur. Potem robi się nic.
Doskonały czas na jeszcze większe obrotów zwolnienie, na milczenie wspólne i na wspominanie, jak bardzo jeździła pociągami i wklejała nos w szybę i w przesuwającą się mozaikę poza. Jak targała walizką, aż urwała się jej rączka, jak biegła po peronie w Toruniu, na obcasach, z cieknącą sałatką z Salad Story, bo nastąpił by koniec świata bez tego pociągu, jak gdzieś w hostelach i hotelach pachnących środkiem dezynfekującym, znajdował ją jedynie księżyc. Jak później wracała do niedużego pokoju w mieście na Wu i patrzyła na świat wyznaczony prostokątem okna. Jak mijała w zimne poranki w poniedziałek zmarznięte gołębie, oblane bułki z lukrem i Davida Beckhama w majtkach w kampanii dla H&M w miejscu, gdzie wielu się gubi. Jak później srebrną corsą walczyła z zimą i nieustraszenie wlokła wąsate ślady opon po zaśnieżonych drogach. W takim bezczasie jak pośród mazurskiej zieloności, wszystko to wydało się jakimś obłędem, kiedy po niecałym roku posiadania prawa jazdy potrafiła zjeździć zimę wzdłuż i wszerz i nie bać się tak podróżować i pchać się do przodu w takie życie, bo dzięki temu Los dał jej taki spokój jak teraz. Że można jeść sobie śliwkę na zielonej łące i pić herbatę z lawendą i móc robić nic i planować odwiedziny, krótkie podróże dla ludzi, być dla kogoś i już. Takie lato jak to powstało z marzeń i miliona wyrzeczeń, walenia się młotkiem pokory po głowie i takie lato - pachnące, smakowite, piękne, właśnie trwa.

6 sie 2013

M 154:

Od 9 rano, kiedy lunął upał, wciskając się w nawet w najbardziej zacienione zakamarki, właściwie nie ruszyła się z fioletowej kanapy. Zdołała jedynie zatankować szafirowe małe autko, pojechać nim po sok z buraków, must have sezonu do grudnia, kupić mu kawę i odebrać przesyłkę na poczcie, na której wszyscy na świecie robią wpłaty i wypłaty i dojechawszy do domu, padła. Nienormalnie gorące słońce wdarło się w mózg, osaczyło, nie dało zziajanemu psu zjeść ulubionej kości, zabijało na śmierć trawę i rośliny w ogrodzie. Można powiedzieć, że leje słońcem całe dnie, pozostawiając noce na krótki oddech i tak nie przynoszący należytej ulgi. Dni ciągnęły się smakiem dojrzałych, słodkich moreli, których mięsko rozkosznie rozrywa się w palcach, smakiem rozgniatanych na podniebieniu malin jedzonych z miodem spadziowym, z długim dźwiękiem chrupiących ogórków ukiszonych lekko, w doborowym towarzystwie chrzanu, czosnku i patyków kopru. Spacerowali przez kłujący komarami i kurzem las, cud, który powstał z ich dwojga, spokojnie rósł w jej brzuchu, teraz wielkości niedużego bochenka chleba, poruszający się w rytm jej dnia i najbardziej kopiący jego ciepłe ręce, kiedy już wieczorem leżeli w łóżku. Mogłaby coś więcej, ale z upału nie może. Pije białą, chłodną herbatę z lawendą, sok Don Simon z wyciskanych pomarańczy, walczy, aby żelaza było jak najwięcej, aby dziecko było mądre pije tran. Temperatura nie pozwala na dużo, ani na jedzenie, ani na wycieczki, na nic. Tonie za to w troskliwej pielęgnacji skóry i  niedługo z żalem pożegna olejek z Clarinsa, który z czułością wcierała w brzuch od czterech miesięcy, przegryzając inne partie ciała ujędrniającym masłem Tołpa Mum. Lekko zaokrągla się. Odkryła ostatnio krem Sylveco do twarzy, z nagietkiem i betuliną, o konsystencji masła, zapachu ziołowym, o tłustości wieczornej dużej, ale efekcie porannym znakomitym, jakby masło się roztrzasło, nawilżyło, wygładziło i wypiękniło nie tylko snem.  Roztkliwia się czasem, patrząc na rosnącą stertę rzeczy dla małej, wyobrażając sobie, jak niedługo będą poruszały się w rytm jej rąk i nóg. Taki czas powolnego lata, najbardziej w ich rytmie, wyznaczony jego powrotami na obiad w ciągu dnia, wizytami przyjaciół, ich wizytami tam i tu. W upale czytać tylko, zerkać, jak płowieje ogród, rozwiewać wiatrakiem rzęsy i wpisywać się w początek sierpnia nicnierobieniem z konieczności.

23 lip 2013

M 153 albo o powrotach:

Ona: obserwowała, jak nad betonowym Ursynowem upstrzonym reklamami piętrzyły się dwa nieba, z jednej czysty, wykrojony odpowiednią porą miesiąca, wyraźny plaster księżyca, z drugiej sączący się jeszcze aromat słońca i patchwork z granatowych chmur, zwiastujący noc. Pośrodku oni, wychodzący z kina, schowani wzajemnie w swoje ręce, szli do szafirowego samochodu, aby wrócić.
Nie znosi rozpakowywania walizek, segregowania tego, co do prania a tego co jeszcze nie, rozmieszczenia na powrót kosmetyków, zajrzenia, czy mają mleko w lodówce i coś na śniadanie, ponownego odkurzania, bo się znów nabrudziło, a coraz bardziej jej się nie chce. Powroty są pamiętliwe. Kiedyś w jeden lipcowy dzień Kraków pachniał na Kurdwanowie zakurzonym betonem, kiedy oblepionym przez lato pociągiem wjeżdżała po długiej podróży z Łodzi na peron. Ciągnąc niezmienną walizkę, jej atrybut od lat, nierozłączne małe mieszkanie, w tramwaju oślepionym słońcem, dostała telefon, że Amy Winehouse nie żyje. Dla niej właśnie taki jest lipiec w tym mieście, raz siekany deszczem, raz wypalany bezlitośnie słońcem, z niemiłą wiadomością akurat w tym miejscu i ilekroć tamtędy przejeżdża, to właśnie jej się przypomina. Amy brzmiała w pracy, kiedy w pustym sklepie snuły się między kosmetycznymi półkami nucąc 'Back to black', kiedy cierpła skóra od emocji i kiedy nagle trzeba było spaść na ziemię i znaleźć pani cień do powiek albo iść do kasy.

On: pamięta, jak szafirowym samochodem wracał od niej w pustkę domu, pełen jej i z wysiłkiem godnym Atlasa musiał przeżyć tydzień, aż do kolejnych zbawiennych piątków i jej uśmiechu zgniecionego ustami jeszcze na progu mieszkania.

Ona:
Wracając z wakacji, zazwyczaj spędzanych w Tatrach, na Mazurach lub na obozach harcerskich, zawsze wszystko wydawało jej się małe. Plecak ze stelażem upijał, w wygrzanym mieszkaniu latały osy zwabione słodkimi śliwkami, pachniały kiszone ogórki, tkwił bezczas. Gdzieś istniała obietnica kolejnych spotkań z nowymi znajomymi, w dobie bez telefonu, wisiała z nimi na pisanych listach, których wysyłała tony we wszechświat, wracały bardzo pojedyncze.
Obrazki z powrotów przejawiają się w wypatrywaniu wąsatej twarzy taty, który zawsze stał na peronie gdzieś z boku, zabierał plecak i zadawał mało pytań, widząc, że jest dobrze. Później, w Krakowie i w mieście na Wu, witało ją milczenie pokoju, zachwycone koty, wywleczone z szafy ubrania, w których spały, kiedy tęsknienie osiągało koci sufit.
W dzień taki jak dziś, mijający bez wyraźnego celu, chrupiący palonym zbożem obok domu, spacerem z psem po morele, ze snami toczącymi się w jej głowie aż do dziesiątej, kiedy wreszcie postanowiła wyłączyć ich projektor, wróciwszy do domu po kilku dniach wyjazdów,, nasycona kleparskim czarem sera od baby, szynką z Bidy i cukrowym groszkiem, po spędzeniu czasu na pikniku na parkowym skwerze pod rozpiętym niebem w mieście na Wu, tonie wśród toreb, rzeczy do wyprania, schowania, złożenia, wyprasowania, patrzy, jak rosną niechciane trawy i tak bardzo bardzo dziś jej nic się nie chce.

12 lip 2013

M 152:

Już jutro ponownie zaręczy się krakowskim obwarzankiem z Plantami, spajającymi wygrzane i wydeptane kratki ulic ulubionego miasta. Odwiedzi czas zatrzymany wszędzie tam, gdzie tyle jej nie było, trzymając go prawą ręką za jego lewą, bo on inaczej nie umie iść. Zajrzą tu i tam, potem ona zostanie i sama pozagląda dalej. W elastycznych getrach z Calzedonii, w luźnych bluzkach z Unisono, pomiędzy jej kośćmi biodrowymi usadowił się na razie jeszcze niewielki, ale codziennie rosnący melon, wieczorami kopiący go w ucho, ktoś, kto wyznacza jej rytm dnia i sprawia, że dba o siebie najbardziej na świecie, chcąc być najlepszym domem. Wokół rośnie lato, wraz z nią , podając coraz to nowe owoce i kwiaty, wypalając miasto upałem i chłodząc je deszczem. Coraz jej trudniej malować paznokcie u nóg na kolor jagodowego koktajlu, coraz trudniej spać na prawym boku tam, gdzie zawsze czeka na nią jego lewe skrzydło, coraz piękniej wypatrywać kolory mikroskopijnych ubrań, bo ona za nic nie chce samych różowych, gustując w intensywnych barwach. Tymczasem za oknem coraz bardziej płowiało zboże, na polu, przed ogromnym, luksusowym domem sąsiada na górce, koń z broną odwalali skiby pachnącej ziemi, pies spał w łóżku kota, a kot w wózku z kocykiem czekającym na swojego mieszkańca. Pod tarasem rosła pachnąca lawenda, a chmury piętrzyły się w niepowtarzalne sterty, tworząc burzowe zagrożenie. Dzieciak od jagód, który w zeszłym roku uzbierał sobie na skuter podsuwał fioletowymi palcami kolejny słoik pod nos, pan od jajek trąbił, że już jest, dwie staruszki obok krawcowej sprzedawały ziemniaki o różowej skórce, podobno działkowe. Nieduże miasto żyło swoim rytmem pisków dzieci, robót drogowych, zwiększającymi się cenami benzyny na stacji Statoil, a ona już czuła smak bundza z Kleparza, zobaczy, czy jeszcze jest tam siwiuteńka staruszka od warzyw, przypomni, jak chrupie groszek cukrowy, jak chleb od Pawlaka a jak od Buczka. Nieprzerwane lato, dostrzeżone w każdym kolorze i godzinie, będzie zapamiętane jako oaza spokoju, nicniemuszenia, bez konieczności i pogoni, kołowrotek odstawiony dawno temu zakurzył się i zepsuł, a ona po prostu bardzo kocha i dba i taka jej najpiękniejsza na teraz misja.

7 lip 2013

M 151 albo malwy:

Rok temu upał zaciskał słoneczne ramiona tak samo jak dziś. Rok temu, przejęci, zmierzali do miasta na K, aby połączyć się w rodzinę zielonej sukienki i grafitowego garnituru, aby w pełni zamieszkać w domu z fioletowymi wyłogami, z pieskotami i niedużym stawem. Wszystko się udało, rok niósł ich na fali tego, co dyktował im Los, odsuwając z orbity ich wspólnej planety miasto na Wu, potem zimę w srebrnej corsie a potem obdarowując ich na razie prawie trzynastocentymetrową córeczką, słodko nakrytą nogami gdzieś w jej mało widocznym jeszcze brzuchu, rozpromieniając tym samym to wspólne szczęście na cały wszechświat.
Tymczasem cała trójka patrzyła na soczyste malwy za płotem podpierające drewniane boki domów, goniąc komary i obezwładniające słońce, w niedużym miasteczku na Lubelszczyźnie, kołyszącym widokiem drewnianych dachów, ruin zamku i okładziny z piaskowca. Przemykali chyłkiem tam, gdzie jeszcze nie wstali niedzielni turyści, rozciągając się w uśmiechach jak widoki na zakole Wisły ze wzgórza w Męćmierzu, racząc się po drodze bułką z serem od Sarzyńskiego i wdychając ostatnie podrygi zapachu kwitnącej lipy. Na roztopionym z upału, kamiennym progu gdzieś w kazimierskiej bramie potrafili po tysiąckroć umrzeć ze śmiechu, bo on znalazł w gobelinowej torbie w koty, rzepowy wałek do włosów, a ona zupełnie nie pamięta, jakim cudem on się tam znalazł. Przeganiając ogromne słońce z prawej do lewej, sączyli dzień przez słomkę jak mrożoną kawę przynoszącą ulgę, nieustannie polując na swoje spojrzenia i przydrożne kwiaty. Dużo zresztą robią wspólnie, zaciskając krąg z siebie coraz bardziej, a to, co rośnie między nimi i w niej, łączy każdy wspólny dzień w węzeł gordyjski. Lubią tak mieć bezczas i korzystać z niego, póki można. Więc ona mało pisze, dużo myśli, fascynuje się dzieciowymi gadżetami z Elodie Details, łowi maty edukacyjne i leżaczki, gotuje to i owo, cierpliwie łyka tran Moellers i żelazo, robiąc przy tym malownicze błee i tak właśnie sączą się dni, małymi łykami, jak te, pite w Kazimierzu, co do milisekundy spędzone razem i niech czas mija jak ma mijać, bez konieczności i niemocy.

20 cze 2013

M 150 albo Daisy:

Horyzont od rana gęstniał i ciemniał w wybuchową burzę, przerażając pieskoty skulone w domu. Lato rosło powoli w bukiet pękającego zapachem jaśminu, peonii, rabarbarowego płotu i truskawek, pyszniąc się nawodnioną zielonością i nie chcianymi chwastami. Ona trochę jeździ, trochę nie, więcej i więcej odpoczywa, układa, przestawia i rozkoszuje się ciszą. Nad tarasem unosi się żabi chór, wróble dokazują w krzakach i czasem odwiedza ich mały, szary kot o zdziwionej minie, lubiący tak jak i ona tę ciszę. Chrupie młoda kapusta i ogórki gruntowe, koperek, którego on lubi mniej ona bardzo dużo. Wymyśla obiady, tworząc kulinarne książki tygodnia, kiedy nawet z pęczaku można zrobić danie warte gwiazdki Michelina. Wieczorem przypina sobie tysiąc gwiazd, które pękają na niebie, kiedy razem słuchają jak staje się noc i kołyszą w przedsennym rytmie.W kolejny upalny dzień, kiedy żar roztapia obcasy na chodniku, najlepiej siedzi się w domu, pijąc wodę w miodem, cytryną i lodem, słuchając starego jazzu i wyobrażając sobie, że choć przez chwilę mogłaby być jak Daisy w Nowym Jorku tylko po to, aby założyć misterną biżuterię od Rene Lalique i pomieszkać w domu w stylu Art Deco nie czując się jak w muzeum. Ktoś ją wyrwał stamtąd, ona to wie, przeniósł w wiek, gdzie o wszystko łatwiej, gdzie się jedynie stylizuje na to, co było, nie żyjąc tym na codzień. Ale być może wtedy nie spotkałaby jego, może byłaby znudzoną panną popijającą Moeta, na five o'clock zagryzając czas makaronikami i rozrywając kieliszkowym obcasem jedwab sukienki. W czasie, który tak bardzo się zatrzymał, kiedy jej rolą jest dom i bycie domem, wie, o czym szumią wierzby, bo ma niejedną chwilę, aby ich posłuchać. Wie, jak smakują najpyszniejsze lody, nie z włoskiej cukierni gdzieś bardziej na zachód, tylko z Nowej Słupi z małej kawiarenki, gdzie sztuczne kwiaty, boazeria i małomiasteczkowy klimat z podnóża Gór Świętokrzyskich powodują zmrużenie oczu z rozkoszy nad prawdziwie śmietankowo-truskawkowym smakiem domowych lodów, których jedyną konkurencję stanowią te na Starowiślnej w Krakowie. Może właśnie bycie Daisy wśród wybujałej zieloności, w bawełnianej, ciążowej sukience mamy, wyciąganie każdej minuty z dnia i smaku z wszystkiego, zatapianie się w jej brązowookim Gatsbym, który dzielnie walczy z kretami, wielka miłość do lewkonii, malw, maków, irysów, jaśminu i peonii, malowanie obrazków w prezencie akwarelami, oddalenie od kurzu miasta, nie bycie obtłuczoną walizką z domem rozwożonym busem i zatopienie się w tym czasie tu i teraz sprawia, że poczucie szczęścia wielkiego jak czerwcowe niebo jest możliwe.

5 cze 2013

M 149 albo bezczas:

Nieustannie zimny maj i początek czerwca pozwoliły pachnieć konwaliami bardzo krótko. Narcyze widziała raz, odpłynęły w przestworza czasu, zastąpiły je zwinięte piąstki peonii, delikatnie rozpościerające pierzaste wnętrze ku ołowianemu niebu, bardzo rzadko pokazującego rozpromienioną twarz. Chmary szpaków skubały trawnik, krety się kreciły i owa zielona przestrzeń otaczająca ich dom stawała się najważniejszą dla wszelkich okolicznych żyjątek. Ona obserwuje to wszystko z okna, mając czas na krojenie rabarbaru na tartę, na płukanie truskawek, na aromatyczny sos z wołowiny z pomidorami, tymiankiem i czosnkiem. Odsypia czas wielkiego kołowrotu i czyta. Kotwica wspaniale rozwijająca się w jej brzuchu przycisnęła ją do niedużego, zielonego miasta, którego cienie i blaski dopiero odkrywa. W większym mieście wszystko szybciej roztapia się w tłumie i w deszczu i łatwiej dotknąć kogoś pędzlem. Tu, jak się jest nie z tego świata, bez poleceń tysiąca, ciężko wyjmować kolory z kufra. Trudno. Może jak mocniej wrośnie w tkankę miasta, odważy się pójść tu do fryzjera, to może się to zmieni, bez względu na efekt po.
Jest za to pyszny, żytni chleb od Krawczyka i wiele osób polujących na Biedronki i Lidle. Pomidory lubi kupować w Lewiatanie, podobnie jak masło z Końskich, masłowo aromatyczne. Stała się fanką baru mlecznego "Miś", gdzie podają smakowite naleśniki i ogórkową. Zaniedbany i wyjątkowy klimat starych fabryk po dawnych, najsłynniejszych w Polsce zakładach produkcji wielkich samochodów zachwyca wielkim piecem, rampą, torami prowadzącymi w przeszłość i wspaniałym położeniem, przypadkowa zabudowa budynków, boleśnie wciska się między nieumiejętnie restaurowane, stare i niewysokie kamienice o wygiętych balkonach, ze zdartymi strupami elewacji, ukazującymi czerwone cegły. Pośród tej zieloności pnącej się po wzgórzach, pośród zaniedbanego, pysznego parku miejskiego, skwerów i  rond, jak wybryki peerelowskiej konieczności, jak wyrzuty sumienia masy pracującej, wyrastają wysokie bloki, nie pasujące do niczego, psujące swoistą architekturę miasta. Jak klocki domina rozstawione przez przypadek konkurują z wieżami równie przypadkowych kościołów, tworząc architektoniczny kocioł bez ładu i składu.
W mieście na S są piękne stare domy, okaleczone jednak brakiem zainteresowania i własnym, kompletnie bezmyślnie nałożonym kostiumem, przez krawców - gospodarzy, zachowując gdzieniegdzie swoje pierwotne kształty z czasów bardziej doskonałych proporcji.
Ona przemierza powolnie miasto wzdłuż i wszerz szafirowym twingo i coraz bardziej je lubi, zupełnie wysiadłszy z pracowego kołowrotka i aż jej dziwnie, że Los dał jej taki wytęskniony czas, bez konieczności, bez niewyspania, z ochotą na tysiące smaków, których składniki łowi w sklepikach, aby wreszcie dopełnić dionizji w domu, gdzie króluje rozdzierający żabi rechot i leniwe przeciąganie się pieskotów.

21 maj 2013

M 148:

W lesie pachniało majem, świeżym, zmokniętym bzem, najbardziej soczystą zielonością. Szli delikatnie na przełaj, omijając krzaki jagód z czerwonymi koralikami owoców, zalążków fioletowej pyszności i małe, jasnozielone perełki konwalii. Pięknie się chodzi po ich bezludnym lesie wdychając ptasie głosy, z szalejącym psem, kiedy jego lewa ręka łączy się z jej prawą idealnie, kiedy on podciąga jej przeszkadzający w tym kontakcie rękaw kurtki i dokładnie przylega ciepłą dłonią do jej ręki. Tak jest dobrze, kiedy są tylko oni podglądani przez drzewa i rośnie maj w kolejne dni tak, jak rośnie w niej drugie serce. Niedługo już pewnie przestanie spędzać kilowatogodziny w samochodzie, przestanie męczyć nieustanna senność, która staje się nieznośną i owocuje bólem głowy, jakby ktoś nałożył jej kłującą czapkę. Doba się liczy od snu do snu, czy wypocznie na tyle, że jazda w srebrnej samochodowej puszce nie stanie się męką, bo głodnieje natychmiast, bo musi się zatrzymać w Zwoleniu parkując jak zawsze umiarkowanie krzywo i kupując w małym sklepiku kefir i ziarnistą bułkę, a potem jadąc, trzyma kierownicę kolanami i ten kefir odkręca. Za Ćmielowem zęby szczękają o butelkę z Bobofrutem, bo dziury straszne, umilone jedynie i aż widokiem kwitnących sadów z dywanem kwitnących mleczy u stóp. Czas w jej brzuchu płynie wolno, poza nim dość szybko, ledwie zaczął się maj a już przekwitają magnolie. Ogród szaleje zielonością jak namalowany przez Moneta i do niego z ulgą wraca, do żabich treli, do zapachu skoszonej trawy pomieszanej z pachnącą po deszczu ziemią. Odwiedziła znajome betony w mieście na Wu, zakurzone, bardzo nie jej, z nieustannymi, uciekającymi tramwajami ludzi nad ziemią i pod ziemią, w mieście, które trochę boli, bo nie ma w nim K., a jakby była, to by się do niej jeszcze bardziej uśmiechnęło. Estetyczne panny z ustami maków mijały ją pod marszałkowskim H&M, wystylizowane włosy wyznaczały kolorową, uliczną modę, tak różną od lubelskiej i kieleckiej, jaką zwykła była oglądać. Więc zostawiwszy pośpiech miasta na Wu, przyjemny smak warszawskich spotkań, dziurę po nieobecności jasnowłosej K, i część swoich włosów u fryzjera, wróciła do swoich zielonych klimatów, do rośnięcia w niej i obok niej, z nieustannym snem, z ładną linią włosów, do psa, który wciąż widzi widma kaczek nad stawem, do jego uważnych, brązowych oczu i do spokoju, który parasolem bujnej wiosny rozpościera nad nią nieustanne, ósme niebo.

1 maj 2013

M 147:

Zagonieni dość w czas wiosny, czas odsychania i rośnięcia, w nocy stykają się ciepłymi powierzchniami siebie. Ona wciąż nie zwalnia, chociaż powinna, senność przeraża coraz bardziej, poleżałaby robiąc nic, patrząc na wysuszane pierwszym słońcem pola marzy o kolejce książek do poczytania, marzy, aby poleżeć, zwolnić, pojeździć na maksymalnie 3 a nie 5. Zieloność rośnie, tak silnie jak fasolka w niej, cudownie lekko pozwalając iść w coraz dalsze tygodnie. Masło solone z Lidla, groszek z majonezem, makaron z oliwą, peperoncino, czosnkiem i cheddarem, sałata, suszone figi, bobofrut z dynią, pomarańcze, dużo wody, sen, śnienie, spanie po dziesięć godzin minimum, oliwka bez parabenów, kofeiny i lanoliny, słońce, nagłe ataki jedzeniowe to dywan dni rozkładany na przestrzeni tygodni. Dni są podobne do siebie, cierpliwość rozciąga się w miesiące, bo jeszcze tłumi radość, że na pewno się udało, że wszystko jest idealnie jak być musi.  Wreszcie. Ile się musiała odtoksycznić, przemielić w środku to, co zostało z przeszłości. Wie, że każda lekcja pokory, każdy kuks jak nie w jeden bok to w serce - przynosi wreszcie to, co stać się miało już dawno. Niby frazesy, a jak się tego nie przeżyje, to trzeba wykrzyczeć światu, że takie rzeczy się dzieją. Nie pisze dużo, bo zanim zaklika słowem - już zasypia.Nie pisze dużo, bo musi coś zjeść, najlepiej co dwie godziny, a jak już zje, to najlepiej zasnąć na chwilę. Jak wraca wieczorem, to ma dwie godziny na zdążenie przed dopadającym snem, więc z napisanych liter zostają tylko zamiary. Kupuje za to przez godzinę balsam do ciała, bo drażnią ją wszystkie zapachy maseł kakaowych, migdałów, nieokreślonych, mdlących. Mozolni się wiosną w tym pisaniu, powinna więcej i bardziej, ale nie może na razie. Czas się plącze pomiędzy słońcem, deszczem, nowymi kopcami kretów, kotem wtulonym w podbrzusze, urywanymi godzinami razem, wpuszczaniem leszczy do stawu, słuchaniem radia, witaniem i pożegnaniem. Jeszcze dużo pracuje. Jeszcze.

9 kwi 2013

M 146 albo dwa milimetry:

W lesie perłowy śnieg ostatnim podrygiem zimy osłaniał poszarzałą trawę. Zziębnięte ptaki cięły niskie chmury na kawałki odsłaniające błękit, jeszcze nic nie pachniało. Szli noga za nogą, czarne buty Merrel jej, oliwkowo-goreteksowe jego i jasnobrązowe łapy Diesla chrupały rozmięknięty śnieg. Byli we czwórkę, razem, bo nagle świat zaczął się kręcić wokół ziarenka ryżu, dwóch milimetrów z cudownie pulsującą, białą kropką pośrodku, cud, który zdarzył się nieoczekiwanie jak zdarzyć się miał. Trudno się jeszcze ucieszyć, zachłysnąć, na razie dawkuje sobie tę wiadomość jak słabą kawę pitą małymi łykami, jeszcze powoli do nich dociera, że oto się stało. Senna jest bardzo, jadąc bardziej wolno srebrną corsą marzy o drzemce, nagle wszystkie miękkie fioletowe koce świata stają się królestwem, nagle kanapa w salonie staje się największą wartością, niebo świeci w oczy, ale senności nie odgania. Nie można jej zwalczyć kawą, bo nie można, nie można przestać jechać, chociaż w sekundę zatrzymałaby się na poboczu i w jeszcze szybszą sekundę zasnęła. Kiedyś to odeśpi, kiedyś to minie, ale na razie nad sen, nad wdech i wydech, najważniejszy jest książę/księżniczka na ziarenku ryżu, bo maleńkim okiem mruga do nie rozbudzonego świata, wsłuchuje się w świeże ptasie śpiewy i trzaski zeszłorocznych, zaskoczonych nadepnięciem gałązek, rośnie powolutku tak jak świat wokół i będzie coraz większy jak i małe mieszkanie w niej, które późną jesienią osiągnie rozmiary M4.