Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
28 gru 2015
M 211 albo poświąteczny:
Rozwałkowany jak wielka, okrągła, silikonowa stolnica księżyc, był największy od czasu, kiedy ona się urodziła i pięknie w jego wjechali, nie uszkodziwszy go, jak wracali z miasta na Ł. Miękko się podróżowało w świąteczny, bezśnieżny czas, z kojącym poczuciem rodzinnej wspólnoty, bo co zostaje, jeśli nie świąteczne wspomnienia, że jeszcze trwa babcia, że mała ona dzielnie pokonywała progi ponadstuletniego domu strasząc śmiechem dużego psa, że wylizywała lukier ze świątecznych ciasteczek, marszcząc z rozkoszy nosek, że była wielka, dostojna jodła i sznur drobnych prezentów starannie dobranych dla każdego i tysiąc smaków, których doznaje się raz do roku. Zupa grzybowa z łazankami, karp smażony, mięsisty jesiotr, festiwal śledzi: jej w cydrze, osobno w żurawinie i kolendrze, śledź ciotkowy pod pierzynką z jabłkiem i porem, maminy smażony w cieście, karp w galarecie, chrzan i żurawina, kapusta z grochem, pierogi i kapusta z grzybami, smażone kapelusze grzybów, makowiec, piernik, makiełki z kruchymi ciasteczkami, kompot z suszu, za którym zawsze przepada tata. Bywały jeszcze kotleciki z jajek i ziemniaków do ryby i sałatka jarzynowa, ale w tym celowała druga babcia, która już tam, po drugiej stronie ich rodzinnego stołu. Dziś ta babcia jej się śniła, że haftowała dla niej suknię ślubną, w kolorze czerwieni i bieli, babcia leżąca w szpitalu, jakby czuwała nad nią zaznaczając, że nieustannie jest. Są takie chwile, że trzeba być razem z tymi, którzy chcą razem być, bo nie zawsze tak jest, bo są też chwile rodzinne wymuszone, nadęte, jak wydmuszka, po to tylko, aby trwały bo tak trzeba, bez pełni, bez poczucia, że tworzy się sobą rodzinną historię, chwile, w których się tylko je albo narzeka, albo ukradkiem połyka łzy albo daje nura w zlewie zmywając talerze, bo mogło się komuś zrobić przykro i tego się nie zmieni. Dlatego ona unika tych, którzy skupiają się tylko na sobie i na swoich blaskach, nie widząc za nic cieni, niech sobie chodzą swoimi jedynymi i słusznymi ścieżkami, niech sobie są i krążą na swoich orbitach, nie zahaczając o jej wypielęgnowany świat, w którym potrafi być harmonijnie ponad wszystko bo o tym, co nie tak, w którym rozmawia się i szanuje. Taki czas ona lubi, kiedy symbole mają być symbolami, kiedy każda chwila wspólnie spędzona maluje kolejne wspomnienia pachnące mandarynkami i kompotem z suszonych owoców, kiedy wreszcie wjeżdża się w ten księżyc i później jest nadal ciasno razem, wtedy się wie, po co jest ten cały czas okołoświątecznego zamyślenia, w którym domowe smaki z pełną świadomością mają podkreślać to, co najważniesze na świecie: miłość.
20 gru 2015
M 210 albo umie i to i owo:
Ona: Bezśnieżnie i wciąż mocno samochodowo, z nową małą jednak nią, która usiłuje powstrzymać matkę nomada i po swojemu daje znać, że trzeba więcej odpocząć, ale się nie da, bo trzeba powiązać wszystkie okołoświąteczne nitki. Tak sobie ładnie jeździ, chociaż jakieś łożysko telepie się w tylnym lewym kole i ciekawe, kiedy ją zatrzyma i gdzie i myśli czasem, jakie to dziwne rzeczy potrafi a mało kto o nich wie. Na przykład do tej pory, a lat minęło ze sto od tamtych czasów, zna alfabet Morse'a, kiedyś kropkowała i kreskowała namiętnie każde słowo. Potrafi rozłożyć każdy namiot, nawet ten największy i wciąż zna kilka węzłów. Ma dużą intuicję w przestrzeni albo obcym mieście i zawsze przechytrzy gpsa, podając najwłaściwszą drogę.
On: pamięta, jak chichot zakochania sprawił, że jadąc z miasta na K. do miasta na Ł., tak cudownie się zamieszali w plątaninie śląskich dróg, że wylądowali pod bramą Huty Katowice. Ale i on nie może się nadziwić, że ona zawsze wie, w którą stronę skręcić i pamięta bardzo dużo z miejsc, w których była zaledwie raz.
Ona: czytając przepisy kulinarne, układa w sobie warstwy kolejnych smaków i po prostu wie, czy coś jej będzie pasowało, czy nie, podobnie ma w sklepie, kiedy układa menu na kolejne obiady. Gotuje 'na oko', czym czasem doprowadza do dobrotliwego szału osoby pytające o przepis. Umie grać w prastarą grę z nitek i rąk, zrobić maleńkie różyczki z atłasowej wstążki i wyhaftować właściwie wszystko, chociaż nie robiła tego od dzieciństwa. Bardzo szybko czyta, jakby skanowała strony. Potrafi sadzić kwiaty i jedną strużką obrać jabłko. Zrobić rurkę z języka, podnieść samą lewą brew i w ogóle podziałać mimiką twarzy w sposób znaczny, kiedyś na koloniach wygrała konkurs na miny. Na zarzut, że nie umie zrobić niczego starannie, kiedyś zrobiła przyjacielowi papeterię w pudełku, z akwarelowymi motylami na cieniutkich bibułkach w środku koperty. W ogóle uwielbia akwarele i pastele i ma gdzieś pochowane rulony ze swoimi rysunkami, kiedy namiętnie słuchając PR3 w wieczorowe piątki, malowała wtedy niezliczone obrazki, około godziny 22 skrzętnie notując, co było w pierwszej trójce na liście przebojów. Ma bardzo elastyczne stawy i przez to potrafi wygiąć palce u rąk pod kątem ostrym do dłoni. Ma język geograficzny, wrażliwy zwłaszcza na połączenie orzechów włoskich z gorgonzolą, bo szczypie. Bez poprawek u nasady włosów umie nałożyć sobie farbę, nie raz obcinała komuś włosy i umie ładnie upinać te długie. Pamięta dramatyczne ilości tekstów piosenek, od tych z dzieciństwa, po prawie całe "Pięć Oceanów" Osieckiej i często jakieś absurdalne fragmenty kołaczą się cały dzień w głowie. Zna się na gatunkach jabłek i nie da sobie wmówić, że jonagoredy mogą długo leżeć i nie robią się ziemniaczane. Tak ma, ta Ona. W niedzielny wieczór pachnie grzybami. Jak być powinno.
On: pamięta, jak chichot zakochania sprawił, że jadąc z miasta na K. do miasta na Ł., tak cudownie się zamieszali w plątaninie śląskich dróg, że wylądowali pod bramą Huty Katowice. Ale i on nie może się nadziwić, że ona zawsze wie, w którą stronę skręcić i pamięta bardzo dużo z miejsc, w których była zaledwie raz.
Ona: czytając przepisy kulinarne, układa w sobie warstwy kolejnych smaków i po prostu wie, czy coś jej będzie pasowało, czy nie, podobnie ma w sklepie, kiedy układa menu na kolejne obiady. Gotuje 'na oko', czym czasem doprowadza do dobrotliwego szału osoby pytające o przepis. Umie grać w prastarą grę z nitek i rąk, zrobić maleńkie różyczki z atłasowej wstążki i wyhaftować właściwie wszystko, chociaż nie robiła tego od dzieciństwa. Bardzo szybko czyta, jakby skanowała strony. Potrafi sadzić kwiaty i jedną strużką obrać jabłko. Zrobić rurkę z języka, podnieść samą lewą brew i w ogóle podziałać mimiką twarzy w sposób znaczny, kiedyś na koloniach wygrała konkurs na miny. Na zarzut, że nie umie zrobić niczego starannie, kiedyś zrobiła przyjacielowi papeterię w pudełku, z akwarelowymi motylami na cieniutkich bibułkach w środku koperty. W ogóle uwielbia akwarele i pastele i ma gdzieś pochowane rulony ze swoimi rysunkami, kiedy namiętnie słuchając PR3 w wieczorowe piątki, malowała wtedy niezliczone obrazki, około godziny 22 skrzętnie notując, co było w pierwszej trójce na liście przebojów. Ma bardzo elastyczne stawy i przez to potrafi wygiąć palce u rąk pod kątem ostrym do dłoni. Ma język geograficzny, wrażliwy zwłaszcza na połączenie orzechów włoskich z gorgonzolą, bo szczypie. Bez poprawek u nasady włosów umie nałożyć sobie farbę, nie raz obcinała komuś włosy i umie ładnie upinać te długie. Pamięta dramatyczne ilości tekstów piosenek, od tych z dzieciństwa, po prawie całe "Pięć Oceanów" Osieckiej i często jakieś absurdalne fragmenty kołaczą się cały dzień w głowie. Zna się na gatunkach jabłek i nie da sobie wmówić, że jonagoredy mogą długo leżeć i nie robią się ziemniaczane. Tak ma, ta Ona. W niedzielny wieczór pachnie grzybami. Jak być powinno.
28 lis 2015
M 209 albo Kraków:
Nieważne czy w smogu czy w jesiennej zadumie czy w korkach czy w piątek czy we wtorek Kraków zawsze jej na zawsze jak niezapomniany rytm jak smak do którego się powraca a przecież już kilka lat tam nie mieszka. Ilekroć tam jest to musi żeby nie wiem co zatoczyć koło wokół Plant bo tam niezmiennie mieszkają chochoły i Wyspiański się nie mylił i trzeba zobaczyć że są i czuwają w każdej budce z preclami i pani blondynka pod Bagatelą ma niezmiennie krótkie włosy i precle najbardziej chrupiące i nie bułowate sprawdziła. Na Kleparzu nowe budki z pierogami bundze ze wszystkim na świecie bataty skorzonera i topinambur domowe ciasta na wielkich blachach a ze starych znajomych pan z jabłkami o już bardziej ogorzałej twarzy panie w budce z wędlinami które kiedyś ją uratowały od makijażowej śmierci bo zostawiła przed ladą kufer z kosmetykami a one go znalazły i oddały królewski chleb od Pawlaka w dwóch jak zawsze rozmiarach nie ma już dwóch staruszek sprzedających warzywa pewnie są gdzieś na połoninach niebieskich dołączyły do pani sprzedającej szczotki na rogu Sławkowskiej patrzą na nią wszystkie że ona wróciła i nie zapomniała o wszystkich. Z małą nią w wózku w kropki zobaczyć co słychać tu i tam i nieważne że zimno jest powrót do chwili tak właśnie rośnie szczęście na ulicy mijając ulubione sklepy ciężkie od wspomnień mijając skrzypiące na zakrętach tramwaje ciężkie od ludzi wysypujących się z tramwajowych brzuchów. Może jest tak że ona tam kiedyś mieszkała w tym mieście ze smokiem i smogiem może dlatego jest jej tak bliskie może tam zatopiła całe swoje poprzednie życie po to żeby stało się feniksem w mieście z domem i dużymi gwiazdami że to życie przyniosło kolejne i to by się nie wydarzyło gdyby nie te fundamenty w niej budowane latami. Mieć czas dla siebie tak głęboko aż nie słyszy swoich kroków tak zagubić się można tylko tam gdzie doskonale się wie gdzie iść i gdzie czuje się bezpiecznie i gdzie nie ma ogromnych ulic i gdzie jest ładnie dla jej duszy i nie ucieka się od wspomnień ale z całej siły w nich siedzi. Tak właśnie wygląda jej szczęście takie bardzo osobiste gdzie nie ma małej jej ani jego, chociaż właśnie tam w tym mieście gdzie czuwają chochoły i są piękne witraże i lśni bruk w nocy właśnie tam zaczęło się ich wspólne my kiedy w zaułku niewiernego Tomasza kiedy dostrzegła że on ma piegi na dolnej wardze i postanowiła poszukać czy ma ich jeszcze więcej i ma policzyła wszystkie.
24 lis 2015
M 208:
Pojawił się niespodziewanie, podkreślany niepełnym księżycem, jakby ten właśnie księżyc celowo spadł blaskiem na pierwszy, bardziej obfity śnieg. U nich gwiazdy są większe niż w ostatnio odwiedzonym mieście na Wu. Miejsce to jest ciągle tym samym nerwowym rytmem, ze zmienną modą na tym razem buraczany hummus i pieczone jak frytki warzywa, z nowymi modelami wózków Maxi Cosi i ergonomicznych nosideł. Ona z walizkowych czasów, posiadania dwóch suszarek do włosów, dwóch szczotek i nieustannego żonglowania ubraniami po dwóch domach ma inaczej w sobie, jak niebywale wtedy napędzał ją stres, turkuć podjadek, który na szczęście nie wyżarł jej do szczętu, bo się nie da. Teraz jest tak, że sobie pojedzie, odwiedzi i wystarczy. Może, ale nie musi. Że w miejscu, gdzie je się zdrowo, na gryczanych talerzach, kiedy mała ona biega pomiędzy książkami i kuchnią dla dzieci, a ona rozkoszuje się rozpustną bezą z granatem, musem z mango i kremem z mascarpone, w domku dla lalek lub opodal zasłony, gdzie robiono jej zdjęcia, można spotkać przyjazne dusze i nawiązać z nimi porozumienie w jednej krótkiej chwili. Może ona właśnie ma takie umiejętności, że niby z pozoru absurdalne miejsca przynoszą nowopoznane dobre dusze i one są sobie w niej będą zawsze miłym uśmiechem witane. Inspiracja Polyanną trwa, zawsze tak miała i to buduje w środku bastion pozytywnego myślenia nie do przebicia. Dobrze, że ma takie chwile, pomimo narastającej i nieustannie przepychanej góry zmęczenia, o którą się kiedyś tak potknie, że nie wstanie i co będzie. Wypuszcza z rąk rzeczy, plami się czymkolwiek nieustannie, starannie wklepuje krem pod oczy wierząc, że pomoże, a nie bardzo to i tak widać. Dba jak może o małego anioła, który w niej cierpliwie rośnie i oczekuje, kiedy wreszcie pojawi się przodu oznaka, że jest podwójną mamą. Chodzi w trzech ubraniach na krzyż, bo tak jej wygodnie, bo tak jej najlepiej. Nie odpuszcza malowania rzęs i kupiła sobie szminkę w jaskrawym kolorze. Wciąż ma ochotę na bułkę z masłem i pad thai, dręczące poczucie tego drugiego smaku pewnie zwiedzie ją wreszcie na restauracyjne manowce, nie w jej mieście, bo się nie da. Wieczorami szukają zachłannie, a potem zasypiają oparci o ciepłe fragmenty siebie. Uspokaja się, powinna, bo rozedrganie nie jest dobre dla małego człowieka w niej. Jest na dobrej drodze. Jest jak jest.
4 lis 2015
M 207 albo jak jest teraz wirtualnie:
Udało jej się być w kinie, samej, jak inaczej się jechało przez zaciemnione ulice, jak światła samochodu połykały kolejne pasy, wysepki i studzienki. Pisze dużo innych rzeczy, wystukuje codziennie jesienny rytm, słuchają się jej słowa jak na zawołanie i tęskni do pisania swojego, nareszcie może wsunąć palce w litery jak w ulubione wygodne buty, ma takie, nie wychodzi z nich przez całą zimę. Ostatnie trzy miesiące zakręciły ją przesennie, tyle dróg się splątało, tyle oczekiwań na zielone światło i ciężarówek minęło, nieustannie w podróży z małą dzielną nią. Jak to się dzieje, że ona wciąż nie umie tego świata, który nastał, w którym pojawiają się określenia, na których potyka się, bo brzmią bardzo obco, to brzydkie nie polskie słowa, bez możliwości znalezienia rodzimej alternatywy. Jak to się dzieje, że nie da się już bez tabletu, bez wynalazków, jak się mówi skrótami, jak wszystko kręci się wokół pieniądza, jak się nie zrobi z siebie podnóżka albo nie oferuje gwiazdki z nieba to nawet żaden e-mail nie zostanie z odpowiedzią, tak się nie ma czasu, bezinteresowność idzie do lamusa, do muzeum. Zazdrość o litery, o posiadanie, o umiejętności, może nie dotyka jej tak bardzo, ale wokół jest tyle cienia, że naprawdę trzeba się mocno starać aby wciąż patrzeć w słońce. Na szczęście mimo tego, że świat się po swojemu, nie po jej unowocześnia, nad nią wciąż niebo z kilkoma cumulusami, oby trwało jak najdłużej i nie pękło wielką burzą. Świat jest kruchy, chowa się za szybami domów, samochodów, biur, ulicznego ruchu, świat sobie jeździ i tworzy supły i iluzje po to, aby było coraz trudniej. Ona w ich niedużym domu, pod jego skrzydłami, ze słuchającym ją niebieskim samochodem i perlistym śmiechem małej jej, pomimo, iż mentalnie nie wyszła z epoki walkmana i tego, że na świecie wiele można uzyskać wielkim sercem, wie, że już nigdy nie będzie sama, bo ma w sobie nie dość, że ogromny spokój, to jeszcze kolejne małe skrzydła stworzone z miłości, które późną wiosną zawitają do ich niedużego domu.
18 paź 2015
M 206 albo się sączy:
Odkąd nastał październik, ma jedynie siłę na wspinanie się po jego palcach do ust i po piegowatych plecach, zwiedzają się wieczorami, potem zapadając w ciężki, jesienny sen. Trochę ich naszarpało, ale ustabilizowali trajektorię wspólnego lotu i się udaje.
Ona: niebywale senną się stawszy, walczy codziennie z ogromną górą niewyspania, marząc, by mała ona nareszcie zdrzemnęła się choćby na godzinę w ciągu pochmurnego dnia, a ona padnie wtedy nieżywa i będzie z całej siły spać. Nie ma siły wyjść na spacer nogami, porusza się za pomocą niebieskiego samochodu, jeździ znów nadmiernie wydzierając ostatni bastion wolnego czasu dla siebie.
On: pracuje bez tchu, w południe jedząc wspólny obiad, a wieczorami spotykają się talerzami ze wspólną kolacją, łączy ich gwizd czajnika i opowieści z całego dnia.
Ona: tak sobie myśli, jak inne dają radę, skoro mała ona zupełnie nie skupia uwagi na niczym, przewraca i niszczy wszystko, nie ma czasu jeść, ciągle biega. Może to wiek, może samość w tej opiece, może jesień zadeszczona, może. Podgląda co się dzieje w kosmetycznej, już odległej galaktyce, patrzy na nowe luksusowe cienie i myśli, gdzie ona by się miała nimi umalować, skoro ma jedynie siłę na rzęsy i fluid. Jesienne premiery istnieją dla nie mam, albo dla tych, które mają czas je wykorzystać i opisać, w niej liter tak dużo, a tak przelatują przez zmęczone wieczory, spychając się na następne dni, aż wreszcie ulegną jej palcom. Może ma taki czas, że jest skupiona na minimalizmie, może ograniczyła swoje urodowe działania do minimum, ostatnio zakochuje się w kremie Vis Plantis za trzydzieści złotych, a działa i ją co rano uśmiecha. Przed nią jeszcze kolejne wyzwanie, które pojawi się wiosną i trzeba zebrać siły, aby się udało, aby połączyła wszystko w jedną całość, nieustannie utrzymując się na zawodowej powierzchni, aby tylko nie utonąć w domu. Karkołomny plan być może się uda.
On: martwi się o nią brązowymi, badawczymi oczami.
Ona: w powodzi długiego i zazwyczaj takiego samego w treść dnia, zamyśla się od strony więdnącego ogrodu, jak nadal jednorazowość krąży, jak ludzie się boją nowego i nieznanego i wycofują, bo po co się zmierzyć, jak nie dbają o kontakty, po co, jak można napisać status i wystarczy. Ale pojawiają się odkurzone znajomości, co nieustająco cieszy, bo wtedy daje im się drugie życie. Tak sobie myśląc, rozładowuje przy tym milionową zawartość zmywarki i bierze się za kolejne rzeczy. Życie płynie swoim ustalonym trybem i jest jak jest, świat się poukładał nieco inaczej. Nie kupiła jeszcze wrzosów przed dom, codziennie potyka się o tysiące słów, a wieczorami powłóczy zaledwie palcami tak, że nie wystarczy ich już na pisanie. Za czym oczywiście nieustannie tęskni.
Ona: niebywale senną się stawszy, walczy codziennie z ogromną górą niewyspania, marząc, by mała ona nareszcie zdrzemnęła się choćby na godzinę w ciągu pochmurnego dnia, a ona padnie wtedy nieżywa i będzie z całej siły spać. Nie ma siły wyjść na spacer nogami, porusza się za pomocą niebieskiego samochodu, jeździ znów nadmiernie wydzierając ostatni bastion wolnego czasu dla siebie.
On: pracuje bez tchu, w południe jedząc wspólny obiad, a wieczorami spotykają się talerzami ze wspólną kolacją, łączy ich gwizd czajnika i opowieści z całego dnia.
Ona: tak sobie myśli, jak inne dają radę, skoro mała ona zupełnie nie skupia uwagi na niczym, przewraca i niszczy wszystko, nie ma czasu jeść, ciągle biega. Może to wiek, może samość w tej opiece, może jesień zadeszczona, może. Podgląda co się dzieje w kosmetycznej, już odległej galaktyce, patrzy na nowe luksusowe cienie i myśli, gdzie ona by się miała nimi umalować, skoro ma jedynie siłę na rzęsy i fluid. Jesienne premiery istnieją dla nie mam, albo dla tych, które mają czas je wykorzystać i opisać, w niej liter tak dużo, a tak przelatują przez zmęczone wieczory, spychając się na następne dni, aż wreszcie ulegną jej palcom. Może ma taki czas, że jest skupiona na minimalizmie, może ograniczyła swoje urodowe działania do minimum, ostatnio zakochuje się w kremie Vis Plantis za trzydzieści złotych, a działa i ją co rano uśmiecha. Przed nią jeszcze kolejne wyzwanie, które pojawi się wiosną i trzeba zebrać siły, aby się udało, aby połączyła wszystko w jedną całość, nieustannie utrzymując się na zawodowej powierzchni, aby tylko nie utonąć w domu. Karkołomny plan być może się uda.
On: martwi się o nią brązowymi, badawczymi oczami.
Ona: w powodzi długiego i zazwyczaj takiego samego w treść dnia, zamyśla się od strony więdnącego ogrodu, jak nadal jednorazowość krąży, jak ludzie się boją nowego i nieznanego i wycofują, bo po co się zmierzyć, jak nie dbają o kontakty, po co, jak można napisać status i wystarczy. Ale pojawiają się odkurzone znajomości, co nieustająco cieszy, bo wtedy daje im się drugie życie. Tak sobie myśląc, rozładowuje przy tym milionową zawartość zmywarki i bierze się za kolejne rzeczy. Życie płynie swoim ustalonym trybem i jest jak jest, świat się poukładał nieco inaczej. Nie kupiła jeszcze wrzosów przed dom, codziennie potyka się o tysiące słów, a wieczorami powłóczy zaledwie palcami tak, że nie wystarczy ich już na pisanie. Za czym oczywiście nieustannie tęskni.
25 wrz 2015
M 205 albo o kredensie:
Jak strasznie zwolniło tu, a przyspieszyło tam, jak szybko spadły mirabelki, które mała ona pomagała zbierać a potem ona tonęła w szesnastu słoikach jasnopomarańczowej, aromatycznej toni z nutą cynamonu. Jeździ tu i tam, coś ma dla siebie i wraca do domu i rozpakowuje te rozliczne torby z rzeczami z podróży. I chowa te słoiki, które na nią czekają i sprząta, bo jak inaczej, kiedy dom właśnie czeka na jej ręce. Najbardziej lubi otwierać stary kredens po babci, który jest z nią od zawsze, pachnie drewnem i wewnętrznym kurzem, zawsze tak samo, odkąd pamięta. Babcie trzymała w nim kryształowe kieliszki na górnej półce, a na dolnej, bardziej stabilnej, równie mocno kryształowa miska skrywała jej ulubiony groszek z majonezem, którego mogła zjadać tony. W domu babci, w którym pokoje szły amfiladą, nie bardzo pamięta, gdzie stał kredens, ale później, już w mniejszym mieszkaniu, na honorowym miejscu przy okrągłym stole. Być może był w posiadaniu siostry babci, w bardzo mało pamiętanym przez nią mieszkaniu. W większym domu babci, na wprost wejścia wisiało lustro, pod którym pierwszy raz usiadła na nocnik, co wnikliwie pamięta, bo przewodził nim krzyk zniecierpliwionego dziadka. Pod lustrem pierwszy raz zawiązała buty, padało wtedy. Lustro jest z nią do tej pory, ogląda teraz śliczną główkę jej prawnuczki, codziennie kilkakrotnie liczy kroki, jak ona idzie z małą nią na górę. Kredens ze starości pozbawił się dostępu do prawej witryny, jakby na zawsze zostawiając energię z domu babci. Zamknął się na zawsze. Ona uwielbia otwierać mu pozostałe skrzydła z głuchym pogłosem w środku, lubi jak trzeszczą otwierane szuflady, kredens to aksjomat, stała rzecz w jej każdym domu. Pasuje do kieliszków i do słoików z mirabelkami, mieści wspomnienia wszystkich obiadów, które odbywały się na kredensowej porcelanie, milczącej niestety już od dawna. Tak ma, że się zamyśla nad przedmiotami, jak żyły dawniej, a jak teraz. Zamyśla się, bo znów się być może zmieni, znów się włączy nomadyczne życie, może tak a może nie. Tej jesieni, we wrześniu, w zamyśleniu nad kredensem, zbiera myśli, a za oknem deszcz i pachnie już inaczej. Zmianami.
31 sie 2015
M 204 albo okołodomowy:
Poszczypana świerszczami, pomarańczowa twarz księżyca przyczepiła się do okna, hipnotyzuje, jak rano ona otworzy oczy to będzie znów tak strasznie upalnie, wszędzie, w każdym przegrzanym zakamarku jej ciała, ciężko nawet nałożyć balsam, olejek jedynie olejek Sensorielle wieczorem daje radę, potem pościel ładnie pachnie cytrusami. Wysuszone owoce na zwiędniętych łodygach, staw głęboki na trzydzieści centymetrów z wystającymi rybimi plecami, susza wszędzie, obezwładniające, straszne, palące słońce zabierające powoli lato z drzew, zwijające liście w rurki, ucierpiał zwłaszcza bez, spalona okolica, spalone myśli, grzechot zgniatanych pustych butelek po wodzie. Ciężkie sny przeganiane kawą z kawiarki, czujna mała ona, ich codzienności, kiedy mała ona wyjada ser z kanapki, zmęczone przedramiona i oczy jego, wieczory bez ulgi w powietrzu, zapadające się snem jak piasek na wydmach. Kolejny dzień i widok małej jej maszerującej ogrodową ścieżką, na końcu której rosną poziomki i jak je już zje wszystkie to po godzinie ponownie wraca w ten sam koniec ścieżki, niosąc wielkie zdziwienie, że poziomki jeszcze nie urosły. Mała rączka podnosząca wielką konewkę aby podlać ogromną donicę z surfiniami, radość z ucieczki za róg domu, skubanie przekwitłych i żywych pączków goździków, rozgniatanie mirabelek w szalonym słońcu, z upadku otrzepywanie nie zdartych kolan, a rączek oblepionych rzeczami z ziemi, koniec wakacji. Sączą się takie dni okołodomowe, ze smakiem porzeczkowo-waniliowych lodów z automatu z miasteczka, w którym rządzi Emeryk, maliny nabijane widelcem, dni małokosmetyczne, bo gorąco, kiedy w siano włosów wtapia się Mythic Oil L'Oreal, w twarz upływające jak letni czas serum Hydragenist i Creme Rouge Lierac, kiedy cierpliwie nakłada przed snem maskę na stopy a potem jej sen ślizga się po omacku, kiedy idzie napić się wody, a jak wraca, to wtula się w jego ciepłe piegowate, miarowo płynące oddechem ramię. I tylko nieprzewidywalnie szczekający pies sąsiadów może doprowadzić ją do szału.
23 sie 2015
M 203 albo o tłumieniu:
Nie padało od miliona lat świetlnych, cmentarz z trawy chrupie pod nogami i żółtym samochodzikiem małej jej, próżno wypatrywać deszczu, nigdy nie spadnie, bo nie ma z czego się podnieść. Zamknęła lato w słoikach ogórków i moreli, sprawdzając, aby te zielone miały odpowiednią jędrność i chropowatość, zapadając w słony sen zimowy pod kołdrą z kopru. Rozjeździła litery niebieskim samochodem i wypaliła je słońcem, nie ułożyły się w porę przez prawie cały sierpień i o, każde narastające słowo musiała stłumić, bo akurat nie było jak go złożyć w zdanie. Przez wielkie chmury i wysypane z butów ziarna piasku, przez zmęczone upałem noce, jak burza, której dawno nie było, przetaczało się to, że właściwie radości i poczucie pełni są chwilami, które zdarzają się w oceanie tłumień. Bo zazwyczaj tak jest, że jak się czegoś bardzo chce, to tylko w niewielkim stopniu się to udaje, kiedy już ręce opadają z ogromnej cierpliwości, kiedy już się wydaje, że zrobiło się wszystko i ciągle czeka, kiedy na bluzce siada biedronka i przynosi wreszcie upragnione szczęście, wtedy łaskawie spełnia się to, na co się czeka. Są tacy, którzy nawet nie muszą chcieć i mają, i właściwie nie tłumią tego, co by bardzo chcieli, bo i tak im się udaje, ot, tak. Niestety, cała reszta zaciska zęby z tłumienia tego, by chcieli, aby się zdarzyło, a nie zdarzy, bo nie jest to możliwe. Jak zgrabnie uciec od tego, co tak goni, ta nierealna potrzeba, jak daleko ją zepchnąć do osobistego Mordoru, ile ma ona tam leżeć, aby nie wyszła nigdy, to trudne bardzo bo i tak raz po raz się ją przywołuje. Bo czasem trzeba spotkać akurat odpowiednie okoliczności, które stoją jak drogowskazy, pstrykają różdżkami i nie trzeba wtedy niczego tłumić, bo się to spełnia. To jest właśnie szczęście, kiedy nie ma się w sobie całej ciemnej piwnicy wypełnionej tłumieniami, które wyłażą w niestosownej chwili, kiedy jeden błysk sytuacji u kogoś innego wywołuje to wycie z piwnicy, że kiedyś się też tak chciało. Czasami dlatego tylko ciężko się oddycha, że się w danej chwili, kiedy akurat był na nią czas, coś nie spełniło i już się drugi raz nie wydarzy. Kto nie ma całej wytłumionej piwnicy w sobie, albo choćby części, ten jest wypełniony powietrzem i potrafi latać. Ma ona zatem w sobie wysuszone upałem myśli, refleksyjne od słonecznych powidoków, wytulona nim i przyjaciółmi, czeka na to, aby nie pojawiło się więcej stłumień, bo w jej piwnicy już mało zostało wolnego miejsca, chyba, że coś się dobuduje.
31 lip 2015
M 202:
Złagodniało lato ale nie jego palce, cudownie natarczywe, aż trzeba było opuścić kremową roletę. Każdego ranka szuka tego kubka z nadrukiem jabłka, który zazwyczaj stoi w szafce po prawej stronie, bo on pije w nim mleko, nastawione na prawie dwie minuty w mikrofalówce, a do niego koniecznie bułka z miodem, od miodu są uzależnieni, włączając małą ją. Ona uwielbia zatapiać się w pudełko z malinami, delikatnie bierze omszałą słodkość i rozgniata po podniebieniu, tak trwa lato, kulistymi owocami, bo i śliwki i morele i właśnie maliny, z małych kulek zrobione, roztapiają się w słodkości i upale i nic więcej wtedy nie potrzeba. Jak już zjedzą okruszki bułki i chleba z Ostrowca, takiego z pieca, ciężkiego i bardzo razowego, wypiją kawę, on z łyżeczką cukru, ona z mlekiem dolewanym do określanego koloru całości, ona włoży rzęsy w tusz, bo maluje je zawsze, on jeszcze sprawdzi, co w wirtualnej przestrzeni, przedyskutują szafę, czy polo w kropki czy koszula w parasolki, ona jeszcze zażyje Baby Doll YSL, perlisty śmiech małej jej przypomni, że już trzeba iść i wtedy będą razem w trójkę, z brązowym psem i boku, którego prowadzi tak naprawdę mała, wszystkowidząca ręka małej jej. Znów na swojej chmurze, prowadzą się za łodygi nadgarstków, milczą razem i słuchają, jak świerszcze szczypią lipcowe powietrze, milczą, jak pachną lilie i wygrzane igliwie w lesie. A ona ma jeszcze w głowie wciąż ten czas, kiedy bez wahania powiedziała, że zamieszka z nim o tu, pod lasem, kiedy pakowali małą ciężarówkę babcinymi meblami, nie dzieliła kartki na pół, wypisując za i przeciw, bo po prostu otworzyła serce, horyzont, zapaliła księżyc i bez wahania zatonęła w jego brązowych oczach. To właśnie jest miłość. Jak światło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)