Jechali do miasta na Ky., w lśniącym słońcu, ona niezmiennie trzymając lewą rękę na jego udzie, on uśmiechając się do ciepła, jakie towarzyszy mu przez dwie godziny jazdy. Specjalnie dla niej przykleił hipnotyzujący księżyc, bo ona go uwielbia nie mniej niż jego, przeprowadził przez noc na swoim lewym skrzydle, posiekał sałatkę, odwiózł, nauczył i przywiózł. Tak, ona nieustannie o nich, na wszystkie świata strony, pomimo, że być może za dużo ich w literach, za dużo z niej się sączy, może powinna mniej, ale nie umie, nie chce, bo całe życie czeka się na tak totalną miłość, a potem nie można inaczej jak tylko pisać, mówić, myśleć, uśmiechać się, mieć siłę na wszystko, mieć nieustanne poczucie szczęścia, być na chmurce, fruwać, unosić się, tęsknić, wracać, dotykać się, robić kawę i wlewać mleko i poznawać po odcieniu brązu czy już, cierpliwie znosić rozsiane kolczyki i plastikowe butelki z nie dopitą wodą, wcierać co wieczór krem w stopy kiedy jej małe palce toną w jego zręcznych dłoniach i chcą zawsze więcej. Ich rok był bardzo w podróży, poślubiony w Krakowie, wysmakowany toskańskim słońcem, pocięty poniedziałkowo-piątkowymi tęsknotami w mieście na Wu, które już nigdy nie wrócą w takim beznadziejnym natężeniu. Więc w Nowym Roku spełni się to, na co czekają, przez co wytrzyma każdą bolesną terapię i każde niepowodzenie, co jest bardzo trudne i za czym tęskni najbardziej na świecie i nie umie przestać.
Dlatego zakłada pończochy ze szwem z tyłu, maluje rzęsy do nieba, nakłada na usta nową szminkę 05 Mauve Mat z Estee Lauder w odcieniu fuksji, układa włosy w falę, pachnie kwiatem migdałowca płynącym z wody perfumowanej Cinema, będzie miała na sobie koronkową sukienkę w odcieniu fioletowego kobaltu z dekoltem na plecach i sporym rozcięciem i nowe błyszczące kolczyki i taka właśnie pokaże się mu w sylwestrowy wieczór, spędzony w mieście, gdzie wszystko się zaczęło i nadal tak pięknie trwa.
Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
31 gru 2012
21 gru 2012
M 134 albo koniec świata jest tu:
Miękko spada na
nich obietnica kolejnych wspólnych Świąt, ukołyszą się w szafirowym samochodzie
w drodze do jej rodziców, utoną w rodzinnych cieple pachnącym makowcem,
cynamonem, zupą grzybową, kapustą z grochem i szczęściem, że jeszcze można
być razem, bo zdrowie i miłość dopisują, jak najlepszy deser na koniec roku.
Koniec świata
zastał ją w zamarzniętym krajobrazie miasta na Ł, do którego jechała po swoją
przyszłość, być może udaną, niestety znów powiązaną z domem węzłem gordyjskim
tylko w weekendy, kiedy zdyszana, w piątkowy wieczór, całuje stęsknione
pieskoty i zawiesza mu ręce na poręczy ramion i nie puszcza i za nic bez nich
nie idzie ano o dzień dalej.
Nanizane
koraliki czerwonych świateł samochodów ciągnęły ją do domu, tworząc długi
łańcuch na choince ulic, na drodze 74, która wiła się przez lasy. Bezśnieżne
pola w zagłębieniach łąk tuliły resztki śniegu, nie dając im się rozgrzać,
rozbielony, oliwkowoszary krajobraz podgryzał lekki fiolet nadchodzącego
zmierzchu.
Wciąż wyjeżdża i
wraca, nieustannie, jak w rytmie, a potem chce go jeszcze i jeszcze,
nienasycenie, przewrócona z wrażenia za każdym razem, kiedy są ze sobą
najbliżej jak się da, przeniknięci sobą w umysłach i końcach palców, kiedy nie
wie, gdzie zaczyna się on a gdzie ona. Lubi z nim być, kiedy jest blisko,
albo zaledwie w pobliżu, ale musi go zahaczyć spojrzeniem, musnąć, że jest.
Wtedy rozświetla się niczym kometa, jaśnieje, jest pełnią i nie spala się ani
przez sekundę, będąc nieustannym, migoczącym fajerwerkiem. Lubi napotkać ciepło
jego silnej ręki, kiedy mijają się obok stołu, w drzwiach, lubi iść z nim
równi, kiedy on trzyma ją za rękę prawą, bo inaczej nie umie, niewygodnie mu i
wtedy torebka przegrywa z posiadaczką i ląduje z lewej strony.
Lubi na ułamek sekundy zanurzyć
nos w jego szyi, jak pachnie linia
czarnych włosów o 11.30 a jak o 16.17. Lubi szukać się w łóżku, kiedy przewraca
kolejną kartkę snu i w nieprzytomności na granicy jawy, kładzie głowę tam,
gdzie wyrasta mu lewe skrzydło i zabiera ją stamtąd następna śniąca strona.
Lubi łapać spojrzenie jego gorejących oczu i całowanie ukradkiem w krótki płot
rzęs. W ciepłym śnie, w domu, w samochodzie, w przymierzalni, w zimie i w lecie
uwielbiają być razem jak marchewka z groszkiem, dopełniający się duet,
którego nikt sobie nie wyobraża w innym towarzystwie.
17 gru 2012
M 133 albo pokój:
Ten ostatni w mieście na Wu jest żółty, nieduży, na szczęście z meblami, na szczęście nie musi trzymać ubrać w pseudopółkach i pseudoszafach, z dużym łóżkiem. Wróci do domu i dziwnie jej będzie, że przestanie się spieszyć, dziwnie jej będzie, że nareszcie w poniedziałek i wtorek i później też obudzi się we własnym łóżku, to zupełnie nowe doświadczenie, mieszkać we własnym domu. Po tułaczkach tysiącu, po hotelowych pokojach, po przedziałach pociągowych i ciasnych przestrzeniach w autobusach, po wynajmowanych pokojach gdzie wiecznie nie u siebie, wiecznie z kawałkiem półki w łazience, w niemożności chodzenia w samej bieliźnie, w uważaniu czy przeszkadza czy nie, w zamykaniu się w swojej pokojowej dziupli, nastanie czas rozpanoszenia się domu w całej okazałości. Dziwnie spokojna co będzie dalej, usypiała na jego lewym ramieniu by za parę godzin po raz ostatni zostać połkniętą przez czeluść srebrnego busa o niewygodnych siedzeniach. Wszystko dzieje się po coś, życie celowo zwalnia, stawia na drodze ludzi, którzy zazdroszczą, że można po prostu kogoś kochać, po prostu być szczęśliwą, cieszyć się z bycia kobietą, nie oceniać, iść zawsze najbardziej na świecie swoją drogą i dać się wytrącić z harmonii, którą się ma od dziecka.
W żółtym pokoju naoglądała się seriali, nawąchała lata wykrojonego niedużym oknem, budziła wielokrotnie szumem blokowych rur. Trzecie miejsce zamieszkane przez nią tu, zaniosło ją w stronę bycia razem, nakarmiło pospiesznie jedzonymi śniadaniami i kolacjami, najczęściej chlebem, białym serem i miodem, makaronem z cukinią, czosnkiem i cheddarem, ale były też wieczory z kabanosem od Tarczyńskiego maczanym w ketchupie Heinz lub w musztardzie kieleckiej, zestaw jak koło ratunkowe czyli śliwka nałęczowska w czekoladzie i w nadmiarze, orzechy. Naprzeciwko blok z żółtymi i pomarańczowymi guzikami okien powoli, im dalej w noc - ciemniał i obserwował jak ona, pochylona nad metalową lampą i trzynastoma calami ekranu, nieustannie spędza wieczory rozmawiając z nim palcami. Wytrzymała długo, regularnie jeżdżąc tam i wracając tu, niezłomnie poprzez nie sprzyjające aury, mrozy, upały i deszcze, stukając w siwe zamarznięte chodniki i topiąc walizkę w warszawskich kałużach. Kończy kolejny etap, milionowy w jej życiu i zaczyna nowy, wiedząc, że już na zawsze i nigdy nie wróci do tego pokoju, ani do żadnego innego, bo kończy z tymczasowością, z erzatzem życia, podtrzymywana jedynie przez życzliwe dusze napotkane w tym ogromnym mieście, które nie pozwoliły jej na rozsypanie się na atomy, chociaż prawie się tak stało i być może wtedy powstałby kolejny pył, proch, nie do zlokalizowania, bo ona całe życie ma wrażenie że dotąd mieszkała wszędzie.
W żółtym pokoju naoglądała się seriali, nawąchała lata wykrojonego niedużym oknem, budziła wielokrotnie szumem blokowych rur. Trzecie miejsce zamieszkane przez nią tu, zaniosło ją w stronę bycia razem, nakarmiło pospiesznie jedzonymi śniadaniami i kolacjami, najczęściej chlebem, białym serem i miodem, makaronem z cukinią, czosnkiem i cheddarem, ale były też wieczory z kabanosem od Tarczyńskiego maczanym w ketchupie Heinz lub w musztardzie kieleckiej, zestaw jak koło ratunkowe czyli śliwka nałęczowska w czekoladzie i w nadmiarze, orzechy. Naprzeciwko blok z żółtymi i pomarańczowymi guzikami okien powoli, im dalej w noc - ciemniał i obserwował jak ona, pochylona nad metalową lampą i trzynastoma calami ekranu, nieustannie spędza wieczory rozmawiając z nim palcami. Wytrzymała długo, regularnie jeżdżąc tam i wracając tu, niezłomnie poprzez nie sprzyjające aury, mrozy, upały i deszcze, stukając w siwe zamarznięte chodniki i topiąc walizkę w warszawskich kałużach. Kończy kolejny etap, milionowy w jej życiu i zaczyna nowy, wiedząc, że już na zawsze i nigdy nie wróci do tego pokoju, ani do żadnego innego, bo kończy z tymczasowością, z erzatzem życia, podtrzymywana jedynie przez życzliwe dusze napotkane w tym ogromnym mieście, które nie pozwoliły jej na rozsypanie się na atomy, chociaż prawie się tak stało i być może wtedy powstałby kolejny pył, proch, nie do zlokalizowania, bo ona całe życie ma wrażenie że dotąd mieszkała wszędzie.
11 gru 2012
M 132:
Kończy się epoka mieszkania w walizce, ma taką nadzieję, że Los przyniesie jej teraz w pełni korzystanie z nareszcie ich domu, zepchnąwszy na boczny tor wszystkie niemiłe sprawy, wszystkie zaciskania zębów, kiedy przez długi wieczór kończy się odległość do domu, zawsze za duża, kiedy stłoczona w dusznym i gorącym busie jedzie tam, gdzie gwiazdy czekają i pieskoty i żyjący kominek i wreszcie jego stęsknione, rozognione oczy. Nareszcie przestanie szarpiąco tęsknić do pięknej, idealnej linii jego umięśnionego brzucha i nakrapianych, silnych ramion, do skrzydeł owijających ją w łóżku, najpierw do lewego, a potem do prawego, bo śpią zawsze wtuleni, dopasowani, bez najmniejszej szczeliny, opierając stopy o jego podbicia, przepływają łódką nocy wypełnioną snami w beżowy poranek przyprószony śniegiem.
Opadną szczeble w drabinie wspinania się po wtorkach i czwartek, zbije się do zera termometr gorączkowo zbijanych dni. Będą razem, ofutrzeni, rozbrykani przez brązowego psa, mieszkać na swojej księżycowej ziemi zrytej przez krety i czekać na wiosnę, aż obudzi się żółw w stawie. Miasto na Wu zażądało, dostało i odrzuciło, zostawia w nim dobre, odnalezione dusze, które przeprowadzały ją przez przełęcz tygodni. Nie wszystko uda się zmieścić do walizki, może dlatego tak bardzo nie umiała spowszednieć w tym dużym, zaśnieżonym mieście, wystrojonym na Święta jak żadne inne, bo na każdej ulicy, w każdym zaułku czuła wyraźny brak tego, co rośnie daleko stąd. Nie da się zabrać ciepła jego rąk, zaspanych oczu, kiedy odwozi ją o 4 rano co poniedziałek, kawy rano pitej w kubku w ważki, a po południu w szklance, nie da się zabrać wszystkich butów i kurtek, rześkiego powietrza w ich sypialni, miny kota leżącego na schodach.
Kiedyś otoczona pierścieniem krakowskich Plant nie wyobrażała sobie, że może go zdjąć, teraz Los znów zacieśnia wokół niej krąg, o którym zawsze marzyła, że będzie na codzienne wyciągnięcie ręki.
Opadną szczeble w drabinie wspinania się po wtorkach i czwartek, zbije się do zera termometr gorączkowo zbijanych dni. Będą razem, ofutrzeni, rozbrykani przez brązowego psa, mieszkać na swojej księżycowej ziemi zrytej przez krety i czekać na wiosnę, aż obudzi się żółw w stawie. Miasto na Wu zażądało, dostało i odrzuciło, zostawia w nim dobre, odnalezione dusze, które przeprowadzały ją przez przełęcz tygodni. Nie wszystko uda się zmieścić do walizki, może dlatego tak bardzo nie umiała spowszednieć w tym dużym, zaśnieżonym mieście, wystrojonym na Święta jak żadne inne, bo na każdej ulicy, w każdym zaułku czuła wyraźny brak tego, co rośnie daleko stąd. Nie da się zabrać ciepła jego rąk, zaspanych oczu, kiedy odwozi ją o 4 rano co poniedziałek, kawy rano pitej w kubku w ważki, a po południu w szklance, nie da się zabrać wszystkich butów i kurtek, rześkiego powietrza w ich sypialni, miny kota leżącego na schodach.
Kiedyś otoczona pierścieniem krakowskich Plant nie wyobrażała sobie, że może go zdjąć, teraz Los znów zacieśnia wokół niej krąg, o którym zawsze marzyła, że będzie na codzienne wyciągnięcie ręki.
2 gru 2012
M 131 albo wysiadła z kołowrotka:
Tęskniła do liter, do tego pisania, które na każdym kroku wysącza się z niej, ale jakaś niemożność listopadowa, splot niemiłych okoliczności sprawiały, że za nic nie mogła strząsnąć tych słów z palców, dusząc się tym samym, zaplątując w ciasny, nerwowy kokon, karmiony kalmsami i śliwką nałęczowską w czekoladzie i troską jego ciemnych oczu, kiedy wreszcie ta zżerająca niepewność się skończy.
Miasto na Wu stroi się w światełka zwiastujące świąteczny czas, oddycha mroźniejszym powietrzem, zapycha magazyny towarem z nadzieją na wizyty Mikołaja, a ona, zepchnięta koniecznością w ściany żółtego pokoju nawet nie ma ochoty ruszyć się gdziekolwiek dalej, poza wyznaczony kwadrat. Kończy się wreszcie życie tu, najchętniej nie wracała by za nic nawet na moment, do tych wielkich reklam, miejsc, do których nie pójdzie z żadną przyjaciółką, bo właśnie ostatnia z nich wyjechała i nie ma już tu nic, co by ją mogło przywiązać na dłużej. Wniosek z wyrzeczeń, odległości, pokory, siły, marznących rąk i zadeszczonych dni, upalnych pustych popołudni, drogich lanczyków, chrupiących bagietek, sklepów z wytwornymi ubraniami, szurania walizką, szarpiącej i nie okiełznanej tęsknoty, nie spania we własnym łóżku kilometrami dni, bez oparcia na jego lewym skrzydle, zjedzonych drożdżówek z serem, zapchanych basenów, drogich fitness klubów, tysiąca podróży, schylania głowy, wkładania we wszystko serca - nie warto.
To miejsce i tak wypluje, nie doceni, wyłącznie żąda i jak się nie spełnia to nie tłumaczy, ale po raz kolejny kopie z całej siły zostawiając resztki dobrego wrażenia, to miasto jest dla bezsercowych i dla tych, którzy kochają swoje kołowrotki bo nie widzą z nich wyjścia, albo nie widzą go na razie. Już niedużo zostało, czeka więc, kiedy wypełnią się dni, kiedy powie swojemu domowi jestem, kiedy pojedzie do ukochanego miasta zaplątać się w Planty i we wspomnienia, nadziać zęby na precel, zakochać się w nim jeszcze raz w Zaułku Niewiernego Tomasza, sączyć światła przez zmrużone oczy i zapach grzańca, uwierzyć, że dalej będzie tylko tak jak ona chce. Że wreszcie jej siła będzie wzgórzem a nie doliną, że ona przestanie się dopasowywać, mierzyć foremką, że wszystko wytrzyma i poczeka, nie nie będzie, za nic. Ona zerwała gwiazdkę z nieba nad ich domem, i z tym światłem pójdzie dalej.
Miasto na Wu stroi się w światełka zwiastujące świąteczny czas, oddycha mroźniejszym powietrzem, zapycha magazyny towarem z nadzieją na wizyty Mikołaja, a ona, zepchnięta koniecznością w ściany żółtego pokoju nawet nie ma ochoty ruszyć się gdziekolwiek dalej, poza wyznaczony kwadrat. Kończy się wreszcie życie tu, najchętniej nie wracała by za nic nawet na moment, do tych wielkich reklam, miejsc, do których nie pójdzie z żadną przyjaciółką, bo właśnie ostatnia z nich wyjechała i nie ma już tu nic, co by ją mogło przywiązać na dłużej. Wniosek z wyrzeczeń, odległości, pokory, siły, marznących rąk i zadeszczonych dni, upalnych pustych popołudni, drogich lanczyków, chrupiących bagietek, sklepów z wytwornymi ubraniami, szurania walizką, szarpiącej i nie okiełznanej tęsknoty, nie spania we własnym łóżku kilometrami dni, bez oparcia na jego lewym skrzydle, zjedzonych drożdżówek z serem, zapchanych basenów, drogich fitness klubów, tysiąca podróży, schylania głowy, wkładania we wszystko serca - nie warto.
To miejsce i tak wypluje, nie doceni, wyłącznie żąda i jak się nie spełnia to nie tłumaczy, ale po raz kolejny kopie z całej siły zostawiając resztki dobrego wrażenia, to miasto jest dla bezsercowych i dla tych, którzy kochają swoje kołowrotki bo nie widzą z nich wyjścia, albo nie widzą go na razie. Już niedużo zostało, czeka więc, kiedy wypełnią się dni, kiedy powie swojemu domowi jestem, kiedy pojedzie do ukochanego miasta zaplątać się w Planty i we wspomnienia, nadziać zęby na precel, zakochać się w nim jeszcze raz w Zaułku Niewiernego Tomasza, sączyć światła przez zmrużone oczy i zapach grzańca, uwierzyć, że dalej będzie tylko tak jak ona chce. Że wreszcie jej siła będzie wzgórzem a nie doliną, że ona przestanie się dopasowywać, mierzyć foremką, że wszystko wytrzyma i poczeka, nie nie będzie, za nic. Ona zerwała gwiazdkę z nieba nad ich domem, i z tym światłem pójdzie dalej.
21 lis 2012
M 130:
W takiej jesieni, z takim listopadem ciągnącym się jak kilometrowy szalik robiony przez babcię, kiedy świat zupełnie się zawęził do drogi do i z autobusu, do przestrzeni pokonywanych kilometrów wypchanych wacianą mgłą, słowa nie sączą się wartką strużką, bo dobrze nie jest. Nie interesują ją trendy w modzie, nie cieszą malowane paznokcie, nie spotyka się z nikim i niczym, ludzi wręcz unika i tylko obserwuje coraz chudsze oblicze w zaparowanych szybach, ma coraz więcej nic o tam i tu i to niestety wina turkucia podjadka, który od początku miesiąca ją ostro podgryza. Nie ma ochoty na żaden konkretny smak, chociaż poszalała ostatnio z tartą cebulową, minęła, jak kolejne dania wychodzące spod jej nie umalowanych palców. Bo jest trochę tak jak budowanie babek z piasku, u góry się trzyma, ale zawalają się boki to z jednej, to z drugiej strony i nie do przewidzenia jest, co z takiej foremnki wyjdzie. Może jest tak, że trzeba zapłacić za każde dobro, które się zdarzy, okupić sinusoidą rzeczy, które choć powinny być stałymi - nie są. W całym kołowrocie dni, które nijak nie chcą się skurczyć w małą pozostałość listopada zostali tylko oni, wiszący na jednej linie, tracący grunt na wszystkich frontach. Ona ma najwyraźniej wpisany feler, jakiś zepsuty fragment w łańcuchu DNA, bo do czegokolwiek się przyzwyczai - zaraz tego nie ma. Pozostają jedynie niematerialne rzeczy, których nie można rozwiązać, uciąć, odebrać, zamknąć, zabić lub przepuścić. Dlaczego listopad nie biegnie na łeb na szyję jak wrzesień, jak sierpień, jak właśnie wtedy, kiedy mają siebie najwięcej a czas im to bezlitośnie ucina. Ona nie wie, czy kiedykolwiek zdarzy się nie posiadanie nieustannego poczucia niepewności i nie ustalenie najważniejszych rzeczy na świecie, bo one może nie pojawiają się dlatego, że nęka ją ta niestałość, prześladuje i mniej więcej co dwa lata, regularnie wbija swoje ostre zęby w jej gardło, dusząc, nie odpuszczając i złośliwie odsuwając gwiazdę z nieba, która nad nią świeci, ale wciąż jeszcze nie spadła.
11 lis 2012
M 129 albo o foremce:
Spłakana jesień zamarza ręce w skórzanych rękawiczkach z satynową kokardą, zawęża pole jej poruszania się po mieście na Wu, bo zimno, bo nie ma ochoty. Spadają z niej resztki roku jak opadłe liście, obu przeczekać do nagich gałęzi a potem nastawić się na zimę ubraną w biały kożuch puchu. Dni płyną bez wieści, bez wydarzeń, bez trzęsień ziemi, zbite w wagony tygodni, turkoczące w odkreślane poniedziałki i czwartki, w radosne popołudniem piątki, bo do domu. Listopad wbił się kolcem bólu w kręgosłup i niezmiennie trzyma, nie pozwalając na zbyt długie bycie w jednej pozycji, naciskając na jedną bolącą nitkę . Ciągle ją zresztą coś boli, niedobrze, może jesień właśnie tak ma powoli umierać w stronę zimy, wraz z jej ubywającą chrząstką, z czymś w powietrzu, co wprawia w dziwny niepokój, w każdy dzień otwierany porankiem, który przynosi potem nie zawsze miłe zdarzenia. Ma wrażenie, że wbiła się nie w tę foremkę, że wystaje ponad rzeczy dziejące się w mieście na Wu, ponad zaglądanie w witryny restauracji, w których na lunch je się halibuta za 99 zł i zjada oczami nazwy dziwnych potraw, dla których nawet najznamienitszy szef kuchni wertuje kuchnie świata. Jej narzucona foremka uwiera, kiedy patrzy jak ucieka czas, dzieci przyjaciółek nagle mają po kilka lat, rosną im zęby, chrzty i komunie, umierają znajomi i ich rodzice, a ona wciąż w rozjadach i nieustannym wysiłkiem stara się nie gubić tego, co najważniejsze. Jak wiele nam potrzeba, czy ważne jest to, że się ma i posiada, a w to wszystko wpasowuje się ludzi wokół, jak robienie babek z piasku, z których i tak część się zawali i nie odbuduje już nigdy, bo się nie zadbało, przeoczyło, zapomniało, a potem bało się do tego powrócić. Wybieramy sobie foremki całe życie i oby nie została nam tylko jedna, którą odmierzamy wszystko, nasz czas, miłość, pracowy lunch, popołudnia i wieczory, spotkania, pieskoty, wolny czas, zajęty czas, wplątując w to zawiść, zazdrość, bezempatię, pierwszą zmarszczkę, ucieczkę przed botoksem i zapach porannej kawy.
Ona przeczeka, ona schowa się w skrzydłach anioła i przeczeka tam, aż minie najbardziej nielubiany przez nią miesiąc w roku, do wyżycia jednak w wagoniku dni i w chwilowo narzuconej foremce.
Ona przeczeka, ona schowa się w skrzydłach anioła i przeczeka tam, aż minie najbardziej nielubiany przez nią miesiąc w roku, do wyżycia jednak w wagoniku dni i w chwilowo narzuconej foremce.
18 paź 2012
M 128:
Szeleściła dziś liśćmi, udało się, za to dawno nie widziała żadnego żołędzia, chodzi dużo po określonym kwadracie miasta na Wu i omija toczące się kule pomarańczowych dyni, trzymające swoim ciężarem chodniki i straganowe półki, bo jak ktoś je oderwie i kupi i zabierze aby zmielić na placki, tarty, ciasta i zupy, to spadnie więcej liści i skończy się złocista, jeszcze piękna jesień. Tka te dni jak batik, przetyka słońcem i deszczem, nadziewa słodyczą gruszek konferencji i jabłek jonagored na popołudnia i poranki, coraz bardziej zapadające się w ciemną koncówkę roku. Na jej pracowej ulicy pootwierały się nowe sklepy, oczywiście jak zawsze puste, dla wybrańców z pełnym cyfr kontem, dla pań w dużych samochodach i panów w dżinsach, trampkach i budrysówkach. Opodal kościoła z dwoma wejściami, tam, gdzie w podwórku, prostopadle stoi witryna z butami, które cudem ktoś zauważa, zawsze gra na bałałajce starszy pan, jak sztafaż, jak troszkę zepsuta pozytywka grająca jedną melodię, wklejony w wysiadające z autobusu 108 buty na obcasie, torby i teczki z laptopami i z firmowymi, papierowymi torebkami zawierającymi śniadanie i pewnie obiad, bo czasu nie ma, bo je się przed komputerem, bo czas ucieka i miga szybko jak zmiana świateł na Ujazdowskich przy imperium pani w lokach z telewizji.
Tka się ten batik dni, aby niedługo zawiesić się, odłożyć na półkę i czasem zerknąć, jakie są w nim kolory, gdzie jest utkana w pośpiechu dziura a gdzie był należycie wyżyty czas i ścieg jest równy. Pędzi nieustannie, nie wyżywa dni jakby chciała, bo właściwie żyją tylko ich palce i głosy, w pośpiechu stukając po klawiaturze, przepychają na tych klawiaturach godziny i dni, które prowadzą ich wreszcie w swoje skrzydła i potem tylko rytm ich palców i ich rytm trwa ściśle określony, bez fałszu, jak idealnie zagrana harmonia trzyma ich i pomaga przeżyć pozostałe, chłodne jesienne dni.
Ale nieustannie, jak dobrze zapamiętana melodia, gra tęsknienie, więc odsuwa wszystkie najsmutniejsze piosenki, odsuwa szarugi i myśli takie se bo można zwariować, uschnąć jak liść, stracić zieleń i iść sobie o tam, gdzie bardzo wielu ze skrzydłami, ale już po tej innej stronie. Ulicy, która trzyma ją w mieście na Wu po to, żeby jeszcze przez jakiś czas wytrzymać grę na bałałajce i utkać w miarę kolorowy, tegoroczny batik.
Tka się ten batik dni, aby niedługo zawiesić się, odłożyć na półkę i czasem zerknąć, jakie są w nim kolory, gdzie jest utkana w pośpiechu dziura a gdzie był należycie wyżyty czas i ścieg jest równy. Pędzi nieustannie, nie wyżywa dni jakby chciała, bo właściwie żyją tylko ich palce i głosy, w pośpiechu stukając po klawiaturze, przepychają na tych klawiaturach godziny i dni, które prowadzą ich wreszcie w swoje skrzydła i potem tylko rytm ich palców i ich rytm trwa ściśle określony, bez fałszu, jak idealnie zagrana harmonia trzyma ich i pomaga przeżyć pozostałe, chłodne jesienne dni.
Ale nieustannie, jak dobrze zapamiętana melodia, gra tęsknienie, więc odsuwa wszystkie najsmutniejsze piosenki, odsuwa szarugi i myśli takie se bo można zwariować, uschnąć jak liść, stracić zieleń i iść sobie o tam, gdzie bardzo wielu ze skrzydłami, ale już po tej innej stronie. Ulicy, która trzyma ją w mieście na Wu po to, żeby jeszcze przez jakiś czas wytrzymać grę na bałałajce i utkać w miarę kolorowy, tegoroczny batik.
15 paź 2012
M 127 albo płaszcz:
Kiedyś w świecie wyżywanym przez babcię panowało misterium szycia. Odkąd nastawała jesień i zimna, wilgotna ciemność, z szafy wypadała wiązka kruszącego się bagna na mole i padało stwierdzenie trzeba coś uszyć bo niestety znów pogryzły. Ciężka ciemnozielona jesionka wykończona kołnierzem z karakułów mrużyła oczy, wisząc w przedsionku i szykując się na naprawy. Pachniało naftaliną, lawendą, trzeszczały w butach drewniane prawidła, babcia wyciągała skórzane rękawiczki za duże na nią o pół palca, które teraz są zupełnie dobre bo babcia miała nieduże dłonie takie jak teraz ma ona i sprawdzała czy nie popsuło ich pół roku leżenia w przeczytanych stronach "Kobiety i Życie". Z lewej strony w przedpokoju stał czarny telefon z wykręcaną chrzęstem tarczą, w której dziurkach zanurzała palec i uczyła się melodii cyferek tańczących wokół, ukradkiem spoglądając na zawartość milczącej szafy po prawej stronie, w której mieszkały palta. To była zimowa świątynia, starannie przeglądana w stosownej porze, kiedy świat zaczynał rudzieć i pojawiały się szare renety. Druga babcia nosiła futra, miała nawet dwa i do tego wielki kożuch, którego ona się bała, przerażona wielkością kołnierza, w którym zapadał się nos.
Kiedy padało stwierdzenie iż stała się panienką i trzeba coś uszyć, w czasach domów towarowych i sklepów Społem z prażynkami, octem i oranżadą z rurką nie było łatwe do wykonania. W sklepie z długimi ladami i rzęsistym, jarzeniowym oświetleniem pełnym pajęczyn wiszących po bokach, rzędem leżały wełniane sukna, z ceną wyciśniętą stemplem i przypiętą szpilką po skosie. Lepsze materiały mieszkały w Modzie Polskiej i tam wkraczała z mamą jak do świątyni, słuchając jak pani w butach z dziurkami i bez pięty i palców, w wełnianej spódnicy i sztucznej bluzce z helanko odwijała grubą belę materiału, furcząco wystawiając i krojąc jego długi język na metry. Babcia mierzyła potem i szyła, powstawał fason jak przystało na dziecko noszące białe rajstopy w prążek, przy zakładaniu których trzeba było uważać, żeby dwie kreski były z tyłu a jedna z przodu, które nosiło prążkowaną podkoszulkę i sukienkę z wysokim karczkiem wykończoną bawełnianą koronką albo spódniczkę w szkocką kratkę i bluzkę z koniecznie okrągłym kołnierzykiem, haftem richelieu i przewiązaną na kokardę aksamitką.
Gorzej było z butami. Lakierki spod lady i chińskie tenisówki kupowało się od tajemniczych cioć, które w domach pełnych pamiątek z podróży parzyły granulowaną herbatę i rozmawiały z mamą, podczas gdy ona, nudząc się, wyobrażała sobie krainy z makatek wiszących na ścianach. Zima obfitowała w plastikowe kozaki, pierwsze były białe z granatowym pingwinkiem, noszone na zmianę z koszmarnymi relaxami, w których czuła się przeraźliwie nieelegancko, podobnie jak w kozakach w jasnoróżowym kolorze z białą podeszwą, niebywale śliskich, w których raz po raz przewracała się uciekając w śniegowej bitwie pod szkołą.
Mama plotła na drutach kilometrowe szaliki i wytwarzała fikuśne czapki, dzięki czemu ona uniknęła zarazy z elanobawełny, która opanowała wszelkie pasmanterie i głowy dzieci w podstawówce nr. 72. Każdy mieszkał w bloku wypełnionym rozlicznymi szafami, w których puchowe kurtki-koszmarki pelisy, futra, jesionki i palta wyłaniały się z napchanych małometrażowych wnętrz, tworząc już od listopada swoisty pochód, za którym ciągnął się zapach naftaliny i zniczy z dymiącym na czarno knotem od producentów prywaciarzy.
Trzydzieści lat później jesień opanował poliester a zimno nie zmalało. Nie ma pań w juniorkach i sklepów z ogłupiającymi jarzeniówkami i nikt nie nosi plastikowych kozaków i kultowych relaxów do kożucha. Pozostały za to wspomnienia czułej ręki babci zapinającej guziki, wzorki na jej futrze z lisa i odpinany kołnierz z karakułów z wytartymi brzegami. Są rzeczy, które przeżywają i wspinają się po drabince lat na pawlacz, na który czasem z sentymentem warto zajrzeć.
Kiedy padało stwierdzenie iż stała się panienką i trzeba coś uszyć, w czasach domów towarowych i sklepów Społem z prażynkami, octem i oranżadą z rurką nie było łatwe do wykonania. W sklepie z długimi ladami i rzęsistym, jarzeniowym oświetleniem pełnym pajęczyn wiszących po bokach, rzędem leżały wełniane sukna, z ceną wyciśniętą stemplem i przypiętą szpilką po skosie. Lepsze materiały mieszkały w Modzie Polskiej i tam wkraczała z mamą jak do świątyni, słuchając jak pani w butach z dziurkami i bez pięty i palców, w wełnianej spódnicy i sztucznej bluzce z helanko odwijała grubą belę materiału, furcząco wystawiając i krojąc jego długi język na metry. Babcia mierzyła potem i szyła, powstawał fason jak przystało na dziecko noszące białe rajstopy w prążek, przy zakładaniu których trzeba było uważać, żeby dwie kreski były z tyłu a jedna z przodu, które nosiło prążkowaną podkoszulkę i sukienkę z wysokim karczkiem wykończoną bawełnianą koronką albo spódniczkę w szkocką kratkę i bluzkę z koniecznie okrągłym kołnierzykiem, haftem richelieu i przewiązaną na kokardę aksamitką.
Gorzej było z butami. Lakierki spod lady i chińskie tenisówki kupowało się od tajemniczych cioć, które w domach pełnych pamiątek z podróży parzyły granulowaną herbatę i rozmawiały z mamą, podczas gdy ona, nudząc się, wyobrażała sobie krainy z makatek wiszących na ścianach. Zima obfitowała w plastikowe kozaki, pierwsze były białe z granatowym pingwinkiem, noszone na zmianę z koszmarnymi relaxami, w których czuła się przeraźliwie nieelegancko, podobnie jak w kozakach w jasnoróżowym kolorze z białą podeszwą, niebywale śliskich, w których raz po raz przewracała się uciekając w śniegowej bitwie pod szkołą.
Mama plotła na drutach kilometrowe szaliki i wytwarzała fikuśne czapki, dzięki czemu ona uniknęła zarazy z elanobawełny, która opanowała wszelkie pasmanterie i głowy dzieci w podstawówce nr. 72. Każdy mieszkał w bloku wypełnionym rozlicznymi szafami, w których puchowe kurtki-koszmarki pelisy, futra, jesionki i palta wyłaniały się z napchanych małometrażowych wnętrz, tworząc już od listopada swoisty pochód, za którym ciągnął się zapach naftaliny i zniczy z dymiącym na czarno knotem od producentów prywaciarzy.
Trzydzieści lat później jesień opanował poliester a zimno nie zmalało. Nie ma pań w juniorkach i sklepów z ogłupiającymi jarzeniówkami i nikt nie nosi plastikowych kozaków i kultowych relaxów do kożucha. Pozostały za to wspomnienia czułej ręki babci zapinającej guziki, wzorki na jej futrze z lisa i odpinany kołnierz z karakułów z wytartymi brzegami. Są rzeczy, które przeżywają i wspinają się po drabince lat na pawlacz, na który czasem z sentymentem warto zajrzeć.
7 paź 2012
126 albo jesień i powrót:
Nie zauważyła. Ani światła, bo jak byli z psem w lesie to jeszcze go nie było, ani zapachu ziemi, przymarzniętej nad ranem. Dziś z samolotowych przestworzy dostrzegła kulki dyni poturlane po prostokątnych polach, jak to tak, że nie zauważa, niedobrze, nie ma czasu takiej dyni zdobyć i ją przetworzyć odpowiednio, właściwie czas nawet ma, tylko nie w tym domu, niestety, bo jej dom wciąż w stanie totalnej tęsknoty, piszczy. Jak wróci ze swoich podróży to sprawdzi, czy ziemia na wstążce pola obok domu pachnie jak tylko jesienią, czy las podbarwia się podszewką kolorów w swojej jeszcze zieloności. To lato, tak ważne dla nich, powoli odchodzi, robiąc miejsce marznieniu rąk i stóp, które on cierpliwie otula, ociepla. Kiedy podczas takiej jesieni ktoś odchodzi, to trzęsie się wyznaczona ziemia i ten ktoś w nią wpada, robiąc miejsce innej, nowej duszy. Trudno utulić pustkę, kiedy kogoś nagle nie ma a się na to nie przygotowało. Czasami odwiedza ich motyl, puka w okno, przelatuje blisko i ona wtedy mówi, że to jego tata, którego już tu nie ma ich odwiedził. Zawsze się to sprawdza, pomimo naciągniętej na niebo jesiennej szarugi.
Nastaną dni zimne i wypełnione zmuszaniem się do wstawania. Nastanie w kawałku spełnione marzenie o jesiennych obiadach z dyni, ciast ze śliwek, jabłek i gruszek połączonych nitkami karmelu. Najbardziej i bez końca by chciała siedzieć z nim nad tym ciastem, z herbatą w nowym kubku z ważką, wpatrzona w zielonoszary horyzont podbarwiony różową poświatą zachodu, otoczona pieskotami i kominkowym ciepłem i żeby gdzieś tam, daleko od nich toczyło się wielkomiejskie życie, bez potrzeby uczestniczenia jej w nim. Na razie jesienny spokój, z nostalgią wspomnienia o tych, którzy już tej jesieni nie zobaczą, trzyma ją w wyspanych i ciepłych ramionach domu i niech to popołudnie nie skończy się w żaden poniedziałek.
Nastaną dni zimne i wypełnione zmuszaniem się do wstawania. Nastanie w kawałku spełnione marzenie o jesiennych obiadach z dyni, ciast ze śliwek, jabłek i gruszek połączonych nitkami karmelu. Najbardziej i bez końca by chciała siedzieć z nim nad tym ciastem, z herbatą w nowym kubku z ważką, wpatrzona w zielonoszary horyzont podbarwiony różową poświatą zachodu, otoczona pieskotami i kominkowym ciepłem i żeby gdzieś tam, daleko od nich toczyło się wielkomiejskie życie, bez potrzeby uczestniczenia jej w nim. Na razie jesienny spokój, z nostalgią wspomnienia o tych, którzy już tej jesieni nie zobaczą, trzyma ją w wyspanych i ciepłych ramionach domu i niech to popołudnie nie skończy się w żaden poniedziałek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)