14 cze 2016

M 221:

Nagle stał się tak bardzo zaawansowany czerwiec, konwalie minęły, posypały się po stole tylko jednym bukietem, raz tylko powąchała bez, czas szybko płynie. Ulubiony jej miesiąc czerwieni się truskawkami i oceanem maków, pachnie jaśminem, tylko jeszcze nie miała kiedy zanurzyć twarzy w krzaku, jak zawsze to robi, musi iść z maleńką nią na spacer i odwiedzić taki jeden krzak, który niedaleko rośnie, wtedy wie, że rzeczywiście czerwiec jaśminowy nastał. Co uzależnia w tych białych kwiatkach, co sprawia, że jak widzi i czuje jaśmin, to jest jeden z większych prezentów od świata, doznaje miłego drżenia, może mieszkała kiedyś w wielkim kwiatowym ogrodzie, może. Uzależnia też mała buzia o regularnych rysach, wciągająca w każdej sekundzie, chce się na nią patrzeć, wąchać, całować dwumiesięczny mech na główce, organizować dzień i tuląc małą ją patrzeć razem jak rośnie maleńka ona wraz z czerwcem. Ona sama bardzo zajęta do każdej kropli minuty, z włosami byle były, z BB Skin 79 na twarzy, z niezrobionymi paznokciami i lekko już opalonymi łodygami nadgarstków, wciąż z mało wciągniętym brzuchem na zawsze przeciętym pamiątką porodu, z palcami albo na klawiaturze albo obierającymi najlepsze na świecie świętokrzyskie truskawki, sadzącymi begonie i głaszczącymi atłas skóry maleńkiej jej. Ona goniąca minuty, żeby pomyśleć, zadzwonić, napisać, sprzątnąć. Ale zdąży wyjrzeć przez okno, lekko w lewo na pole, bo tam chłop zbiera siano powiązane w snopki na drabiniasty wóz i zdążył przed dużymi gwiazdami i zimnymi nocami, co teraz są, a być nie powinny. Więc ona sobie wygląda przez okno i musi się tak raz na jakiś czas zawiesić, żeby wrosnąć w tu i teraz, tak inne od kiedyś. Posadziła pomarańczowe i ciemnofioletowe surfinie przed domem w donicach, z boku domu malwy przygotowują się do eksplozji, zakwitły dwie różowe peonie z prawej i z lewej i rząd gożdzików, a za krzakami poziomek i truskawek w rogu, mały pionowy jaśmin, tylko z tych nie pachnących, ale jak najbardziej białych i ślicznych.  Lubi bardzo tak patrzeć przez okno jak mała ona na srokę mówi papuga, jak jej anioł, który właśnie przyszedł z drugiej strony domu rozwija przez dzień zwinięte skrzydła i na nich nosi małą nią, opowiadając o czym szumią wierzby nad stawem i jak się niebieszczą chabry za płotem i czy poziomki zjedzone wczoraj zdążyły się wypełnić czerwonymi kulkami na nowo. Lubi, jak mała ona marszczy nos zupełnie tak jak ona, kiedy była w jej wieku. A kiedy już się stęskni za szumem silnika, kiedy śpiewają z małą nią samochodowe piosenki i sobie w trójkę pojadą na łyk większego miasta, kiedy połazi po sklepach, żeby zobaczyć, co i jak i właściwie to niczego nie potrzebuje oprócz kremu pod oczy, kiedy popatrzy co jest modne i jakie są konieczności posiadania i trendy w smakach, wtedy sobie wróci w jego brązowe oczy i ciepłe ręce i uśnie w nich na fioletowej kanapie, bo nieustająco brakuje jej czasu, jakby naciągała na siebie i na siłę wciąż za małą dzianinę minut.

15 maj 2016

M 220 albo dmuchawce:

Obiecuje sobie każdego majowego roku, że wreszcie uplecie wianek z mleczy, a później, jak już się uda, to i z koniczyny, to takie spojrzenie w beztroskie czasy, kiedy łąka była ogromna i zlewała się z niebem tworząc wakacje szczypane świerszczami w wygrzane, gorące popołudnie. I teraz jest czas, że z tych mleczy tworzą się puchate kulki dmuchawców, w jasnoszarą maczugę powklejane spadochrony, tak niezwykle delikatne, tak wrażliwe na wiatr i na każdy dotyk. I idą sobie dni i trącają te dmuchawce  i zostają one takie nagie bez żadnego spadochronu, bo wszyscy już skoczyli, a potem sobie umierają do następnej wiosny. I tak samo jest teraz, kiedy się zieleni a potem przekwita i odradza się w następnym roku. Jest tak, że idzie rok dniami i miesiącami i zrywa takie dmuchawce ze świata, niektóre bardziej znane, niektóre mniej, a w tym roku już kilka ich bezpowrotnie odeszło, i po informacji, że już ich nie ma robi się bardzo smutno. Jak trudne do przeżycia jest to, że śmierć jest tak strasznie nieodwracalna, że bardziej nie można. Że ktoś sobie był, nawet nie chorował, a przyjdzie taki wiatr i go zabierze i taki ktoś się już nie powtórzy.  Są minuty, godziny i dni nie do zastąpienia niczym, żadna wiosna tego nie nadrobi, tego czasu, który sobie jest a go się nie docenia, bo przecież on zawsze jest, byle do przodu. Tak sobie więc myśli patrząc na soczystą zieloność i na te coroczne nowe roślinne życia, jak naprawdę nie wiemy, ile zostało tego naszego teraz tu. Podpierają te dmuchawce z jednej strony zielony dywan a z drugiej niebo i tak można sobie na nie patrzeć,bo nie będzie ich już za miesiąc. Jakoś tak chodzi i nie może się zorganizować, jakoś ma za dużo rzeczy na raz i nie da się zaplanować wszystkiego. W ciągu dnia i wieczorami, kiedy mała ona przeplata sny z maleńką nią, kiedy kot zasypia w dziecięcym namiocie i wygląda, jakby był rzucony, on napotyka znienacka jej skórę i całuje i ostrożnie zwiedza poziomą bliznę, pamiątkę z pojawienia się maleńkiej jej, poziomą kreseczkę na prawie już płaskim brzuchu. W tych dmuchawcach, w zamyśleniu, że mamy za mało czasu, aby milczeć między sobą, w jego czułości zatopionej w palcach, w błyszczących oczach, kiedy wraca, we wspomnieniach, które nie powrócą, kiedy w jej brzuchu ruszała się maleńka ona i to jedno z najpiękniejszych doświadczeń ciąży, w podziękowaniu, że mogła je dwukrotnie przeżyć, w źle obciętych włosach, w miłości totalnej do ich jeszcze małych obu, w przyzwyczajeniu do kawy inki z orkiszem, w mocnym jak podwójne espresso śnie, toczy się ta jej wiosna powolnym rytmem i ona trochę jak wiosna się czuje, bo udało się jej poprosić anioła stróża o tyle i tyle z jakiegoś powodu ma.

4 maj 2016

M 219:

Wybuch maja, zieloności, kwitnienia, a ona za szybą w domu, bo taki czas, uzależniający od maleńkiej jej, od mikrorąk, od jej zapachu, który szybko zniknie, bo malutkie dzieci tak krótko tak właśnie pachną. Może sobie poprzypominać, jak kwitną głogi na ulicy Chryzantem w Łodzi, tworząc czerwonozielone parasole, jak kwitną drzewa owocowe u góry na biało, kiedy na dole jest żółto, gdzieś na bezdrożach w okolicach Sandomierza, tak jej się ta wiosna kojarzy. Dobrze jest domowić się, rozprzestrzenić w domu, nareszcie się nim zająć i dopracować to, co dopracowania wymaga, chociaż trudno, mając mały narkotyk. Patrzy na maleńką nią, jak powolutku rośnie, stając się z okruszka nieco większym okruchem. Dobrze jest czekać na niego, jak wysiada z samochodu pachnącego paczulą, jak idzie w ładnej marynarce wgłąb ogrodu a mała ona dziarsko idzie obok niego w stronę stawu, w którym karmią rybki i jaśnieje biała ławka, a potem robią razem samoloty i skaczą i pajacyki też. A potem mała ona wraca i śpiewa maleńkiej jej kołysanki, trzymając za maleńką rączkę, która naprawdę jest bardzo mała. Jak dobrze jest nie musieć tęsknić, czekać sobie tylko w domu z dwiema małymi onymi, wyglądać, czy sroki siedzą na platanie, czy kaczki przyleciały, czy perukowiec ma już pączki i czy po drugiej stronie domu są takie same chmury. Niech sobie będzie podłoga brudna, niech klocki będą porozrzucane, niech sobie pranie leży, bo one sobie są i oglądają, jak przyroda się mai, jak nastaje czas rośnięcia. I jak coraz częściej ma nieumalowane rzęsy i nie ma czasu na porządki z sobą, a może czasem jej się po prostu nie chce, jakby rozsychał się jej wypracowany, kosmetyczny dryl, a co, czasem można sobie pozwolić. Za oknem przecież dzieją się obrazy, których nie można przegapić, a warto na nie wyciąć czas, bo jutro będzie inaczej i tak samo było wczoraj.

15 kwi 2016

M 218 albo maleńka ona:

Wiosna powoli wybucha, nie są to jakieś spektakularne eksplozje, ale dzieje się, mleczy, zieleni i bratkuje, piękna pora na nowe na to, że życie zatacza kolejne koło i przez najbliższych kilka miesięcy cieszyć będzie zielonością. Jeszcze zdążyła zapakować dużą walizkę z rzeczami na wszelki wypadek, jeszcze była na pysznym, łososiowym obiedzie, zakończonym kawowymi lodami, jeszcze zdążyła zobaczyć małą ją, ślicznie śpiącą w fioletowym łóżku z obowiązkowo wyrzuconymi poza nawias skarpetkami, tak, zdążyła. A potem jego zatroskane oczy wiozły ją w lubelskiej ciemności do miejsca, gdzie wywołują nowe życie i robią wszystko, żeby mu pomóc przyjść na świat. Tak też się stało, trochę w nerwach a trochę nie, pojawiła się przed południem maleńka ona, pierwszą godzinę życia spędziwszy z zakochanym w małej czarnej czuprynce, tatą. Jak to jest, że życie zaskakuje, obdarowuje znienacka, jakby spełniało najgłębsze, niewypowiedziane marzenia, jakby ta cała praca włożona w świat, w relacje, w to, żeby dbać o drugiego kogoś, żeby zauważać, dziękować, przepraszać, żeby nie pomijać, bo potem przykro, żeby też nie działać na siłę, jak ktoś wybrał inną drogę, że cała ta praca staje się totalną miłością w postaci pięćdziesięciu jeden centymetrów. Kiedy maleńka ona dołącza do małej jej i stają się wyjątkową, siostrzaną pełnią, kiedy on i ona i ona i on potrafią stworzyć dwa tak doskonałe i zaskakujące cuda, jak patrzą na to z boku to aż niewiarygodne, aż do uwierzenia trudne, że takie rzeczy się na świecie dzieją i to oni sami, sami je stworzyli. I to wszystko jest i jakieś i po coś, tak mówi im życie, że teraz takie ma być, jakby stawało się nie do uwierzenia pełnią, czasem z rysami, ale jakże też potrafiącą być jednolitą szklaną kulą. W anioły warto wierzyć, niezależnie od wielkości.

31 mar 2016

M 217 albo mała ona:

Najpierw sprawdza czy to na pewno ta godzina, bo jeszcze nie przestawiła zegara na ścianie i jak się ledwie co budzi, to myśli czy to szósta czy siódma. Potem patrzy czy okno jest suche czy nakrapiane, telewizor sąsiadów o dziwo jeszcze nie wstał, za to pies tak, szczeka. Leży na brzegu łóżka na rogalowej poduszce i bardzo jej się nie chce zaczynać dnia, kiwnąć palcem, chociaż za drzwiami już wszyscy wstali. I drzwi się otwierają i obok niej kładzie się mała ona, aksamitne, ciepłe ciałko wtula się w nią, patrzy, robi oczami sowę i całuje, całuje po dziecięcemu z siłą i rozmachem, bo trzeba mamę przywitać i powiedzieć cześć i opowiedzieć jak się wstało i że zrzuciła jak zawsze skarpetki i naprzytulać się na cały dzień i tak wygląda poranne, dziesięciokilowe szczęście. Potem wstają i idą do łazienki i jak ona myje włosy to mała ona buszuje z radością po wszystkich szufladach i wyciąga zawsze te same kolczyki z szuflady, bo fajnie się je wrzuca przez dziurki w drzwiach łazienki na drugą stronę. I w szafkach są poukrywane skarby mamy, buteleczki i saszetki i super się je układa w rządek i wyciąga i chowa na przemian. A potem gania po łazience, bo trzeba już iść na dół bo śniadanie bo dzień płynie, bo pieskot wita czule i może będą kaczki w stawie i pierwszy wiosenny motyl cytrynek. Dzień się zaczyna od śmiechu, codziennie i każdy jest nowy i cudowny, nawet jeśli ona powtarza te same rytuały, ale to ważne w życiu małej jej. Dobrze jest potknąć się o małe buty, usłyszeć, że chce jeść jajo, kanapkę, kluski i serek na raz i zacząć dzień od tysiąca małych rzeczy wyznaczonych przez osiemdziesięciocentymetrowego generała. Taki koniec marca, w ciepłym śpiewie pierwszych ptaków i dobrze jest mieć takie miejsce, gdzie można je bez problemu usłyszeć.

23 mar 2016

M 216:

Taki czas, że ze zmęczenia płyną dni, noce obudzone, zamyślone, półsenne i tak będzie. Coraz ciężej, każdy krok, schylenie się, dziesięciokilowy ciężar małej jej na biodrze, stają się codzienną przeszkodą. Czas wypełniony koniecznościami, wieczorem jest trudniej, kiedy spływa w nią cały ból intensywnego dnia, właściwie nadal mało odpoczywa, a powinna. Miesiąc przed tym, co się ma nareszcie wydarzyć, jest jak wchodzenie na wielką górę, kiedy wszystko przeszkadza, kiedy każda prosta czynność staje się w pewnym momencie mozolna, brzuch rządzi i podporządkowuje każdą chwilę.
Drepcze, przesuwa, odsuwa, jeździ na zakupy i pisze, ale nie to, co potrzeba tylko to, co musi i to pisanie jej zabiera tamto, które najbardziej lubi. Zabiera sobie myśli i litery i potem nie wystarcza ich na więcej i tylko dni mijają.
Ma w domu u rodziców na szafie całe pudła listów, które kiedyś namiętnie pisała, jak dobrze czasem zaszyć się w tę przeszłość i poczytać, przypomnieć sobie jak wyglądało jej pismo dwadzieścia lat temu, o czym i z kim korespondowała, szeleszczą kartki, szeleszczą wspomnienia, uśmiecha się. Jak można było żyć bez telefonu komórkowego, chociaż był stacjonarny, z bardzo długim kablem, mogła się chować ze słuchawką w łazience i rozmawiać bez końca. Żyło się od listu do listu, świat układał się w kartki, nie padł żaden twardy dysk, pogrążający korespondencję na wieki, szukało się ładnych kartek do pisania, odpowiednich długopisów i piór wiecznych. Miała chińskie pióro, z taką naklejoną strzałką, do którego naciągało się atrament, pisało cieniutko, czasami drapiąc zbyt chropowaty papier. Piórem pisała długo, patrząc na listy z wyblakłym atramentem, to naprawdę kilkanaście lat... Nie lubiła piór na naboje, pisały grubo i miały coś mało szlachetnego w sobie. Kiedyś miała długopis Parkera, lubiła patrzeć na wyraźną piszącą kulkę za czubku, czasem się zacinało na papierze i świetnie gryzło się jego końcówkę. Najwięcej chyba wypisała pomarańczowych długopisów BIC, sączyły cieniutką linię, zawsze niebieską, zapisując starannie zeszyty i listowe kartki. Ma kilka listów nie wysłanych, listów, które wróciły, bo adresat się przemieścił podczas wakacji, trzyma je wszystkie, starannie, nie wyrzuci nigdy. Jak to teraz jest, że ludzie znają się latami, wiedzą o swoich znajomych w książce twarzy, znają cienie i blaski i sekrety, mieszkają razem, a nie znają nawet swojego charakteru pisma. Czasami aż dziwnie wygląda takie pismo, niedopasowane do osoby, że jak, że ona ma taki akurat charakter pisma, nie pasuje. Teraz są smsy, coraz rzadsze maile, które zastępuje się pismem obrazkowym i chwilą spędzoną na licznych komunikatorach. Ona jest z tych, którzy mieli kaligrafię w szkole i pisali stalówką babci osadzoną w drewnianej obsadce, robić sążniste kleksy.  Z tych, którzy się dowiedzieli zaledwie wczoraj, co to jest snap. I wie, że ocali od zapomnienia pismo ręczne, bo to przecież nasze DNA. Smartfon może się zepsuć, litery można skasować, a nie zamazać białym korektorem w płynie, bateria w telefonie może się wyczerpać i co wtedy. I w takich czasach jak te, naprawdę trudno wypisać długopis, nie mówić o chińskim piórze.



29 lut 2016

215 albo o podróżach nad kotletem mielonym:

Ona: tak ją dziwnie napadło w środku dnia na pisanie, chociaż jeszcze kolejka rzeczy do zrobienia, a co tam, zrobi się, zaraz, tylko litery sobie spłyną, zostaną o tu, bo dzień taki mglisty, bo obserwuje wycieczki obcych kotów w ogrodzie, ocierają się o pierwsze symptomy wiosny, idzie, idzie, i to zauważalnie. Dziś kotlety z wołowiny, bo mięso musi być ze względu na żelazo i jak sobie miesza taką dobrą wołowinę z jajkiem, podsmażoną cebulą, czarnym pieprzem, bułką i łyżeczką ziół transylwańskich, to się często zamyśla i robi wycieczki w inne sposoby robienia kotletów, bo można. Właściwie rzadko kiedy robi coś do jedzenia tak samo, smaki nie są u niej do bólu powtarzalne, zawsze to jakaś niespodzianka, bo albo się jej coś sypnie, ale wleje, albo dosieka koperku lub bazylii, różnie z tym bywa. I jak coś gotuje, to sobie robi wycieczki kulinarne w różne smaki i zawsze obiecuje, że trzeba dokupić jeszcze sos rybny i ostrygowy, i mleko kokosowe i makaron ryżowy taki grubszy i suszone grzybki shitake. Albo po prostu słoik pomidorów suszonych i jeszcze pachnące przyprawy, które utrze w moździerzu, a potem podgrzeje na patelni i się rozniesie zapach, inny niż z takich kotletów na przykład. Dużo rzeczy jest dla niej za słonych, albo z nie wydobytym smakiem głównego bohatera dania, ciekawe, jak smakują te wszystkie sosy z torebek i woreczki z różnymi posypkami, bo nie używała tego od czasów mazurskich wypraw z dziewczynami z liceum, kiedy to właśnie najłatwiej było kupić takie polepszacze, bo i zajmowały mało miejsca i same gotowały obiad. Nawet więc jak się pochyla nad tymi kotletami, to sobie myśli, co jedzą na drugim końcu Polski, ile osób właśnie tego samego dnia stawia na mielone kotlety i z czego je robią, bo ona kupuje mięso takie ładne w sklepie i każe je zmielić na miejscu, mięso, które nie mieszka na tacce i ma szlaczki, tylko jest takie najbardziej proste. Czasami zanurza palce w kartkach kulinarnych książek i wtedy naprawdę sobie robi dalekie wycieczki w gotowanie, kiedy czyta składniki i od razu miesza je sobie na podniebieniu, rozkrusza przyprawy i zastanawia się, gdzie u niej można kupić zalecane to i owo.

On: ma nieco inne smaki wyniesione z domu niż ona, bardziej proste, bardziej jak kajzerka z masłem niż razowy chleb, a przecież taki wilgotny, pachnący i ciężki naprawdę jest pyszny i robi dużo dobrego dla brzucha. Lubi pieczone na wiór kurczakowe skórki, lubi wszelakie chrupkości, a ona nie zawsze, jemu nie smakował cytrynowy kurczak z liśćmi kafiru, nie lubi połączenia mięs w owocami, a ona tęskni za kulkami z indyka z morelami i zieloną papryką, z sosem podlanym słodką śmietanką dla podkreślenia morelowego smaku... Ale lubi dla niego gotować, patrzeć jak brązowe oczy nabierają blasku, jak mu coś smakuje, chrupie, chrzęści, jak wyjada do cna surówkę z białej kapusty z koperkiem i sosem z jogurtu greckiego, łyżeczki majonezu i niedużej ilości musztardy wmieszanej w całość.

Ona: ilekroć jest w sklepie spożywczym to sobie podróżuje smakami po półkach, co by zrobić, w jaką kuchnię się wgryźć, no i musi wreszcie w jedną z ulubionych czyli tajską, ale ona smakuje najlepiej tam, gdzie się urodziła. Więc sobie jeszcze trochę powzdycha, a jak przyjdzie czas, to zakupi to i owo i nareszcie pojedzie do Tajlandii.

25 lut 2016

214:

Biegnie ten luty na łeb na szyję, w śniegu, w deszczu, nieco już pachnie wiosna, obudziły się azalie w ogrodzie, pachnie ziemia, jakby był marzec. Oni w swoim kołowrotku, wyrywają sobie chwile po dwudziestej, kiedy mała ona już śpi, bo cały dzień wypełniony po brzegi a przecież powinna więcej odpoczywać a nie odpoczywa, nie powinna tyle się schylać a się schyla i biega właściwie nie chodzi, chociaż też nie powinna bo już coraz ciężej. Jak już przepchnie zmęczenie na kolejny dzień i urośnie z tego wielka góra, to wtedy pada i jest nieżywa i naprawdę trudno rozbić młotkiem snu to ustawiczne zmęczenie. Pije mocną, aromatyczną kawę z włoskiej kawiarki, rytuał w błękitnym kubku w małe kwiatki. Ale czasem się udaje włączyć piąty bieg. Pisze inne rzeczy jak opętana, sprząta, jeździ po zakupy, przywozi, zawozi, układa, przekłada, planuje, zapomina, obserwuje, co się dzieje w mieście a co nie, ile sklepów się zamknęło i czy coś nowego się otworzyło, czy w ogrodzie coś uschło a co nie, nieustająco dużo do zrobienia wszędzie, a zostały dwa miesiące do trzęsienia ziemi. A jeszcze dziś, kiedy od Sulejowa śnieżna aura a dalej to już nie, kiedy szyba samochodu wciąga się do przodu po białych sznurkach i księżyc się schował bo już się naświecił, też wtedy był czwartek, tylko trzydzieści dziewięć lat temu, kiedy pojawiła się ona. Z wyjątkowego powodu jest dziesięć kilo cięższa, ma nieco dłuższe włosy ale nadal krótkie, cerę idealną do podkładów rozświetlających i często podkrążone oczy. Przestawiła się na kremy organiczne o starannie czytanym składzie, na olejki i inne wcieracze, które dodają tego, co się traci, zanim coś kupi i zastosuje, słucha intuicji czy będzie dobre i jest. Nosi więcej dzianin i wsuwanych butów, nie pamięta, kiedy miała na sobie szpilki, nie ma okazji, bo gdzie i jeszcze w dodatku straci równowagę. Pod oczami ma, co ma, bo się uśmiecha i niech tam sobie będzie. Od zeszłego roku chyba się jej nic nie zmieniło tak na człowieku, na pewno za to poznała więcej życzliwych ludzi i to jest niesamowite, że coraz mniej ich odpływa, a więcej przybywa. Dobrze, że jest, jak jest, że trwają sobie wciąż, nieustająco dotykając się w łóżku skrzydłami, że lubią wracać do swojego domu i obserwować, jak wokół się obudowuje ich gniazdo i dlaczego wieczór się tak strasznie szybko kurczy i wysusza minuty do północy w sekundę. Niech tak trwa, jak jest, bo za rok będzie już zupełnie inaczej. Ale nadal ma szczęście.

1 lut 2016

M 213 albo o kuchni i byciu Jedi:

Jak dziwnie wyglądają samochody z plastrem gazety albo takiej srebrnej folii przyklejonej do czoła... Bo jeśli taka szyba zamarznie, to co będzie, to trzeba będzie skrobać i się męczyć. Najlepiej napsikać takim płynem, co powoduje rozpuszczanie się cienkiej, niechcianej warstwy, a nie skrobać, zdarzyło się jej błyszczykiem, działa. Ona jest Jedi, nie ma innej opcji, bo jak inaczej, jak trzeba pomóc pchać paletę z eko groszkiem, naprawić ranny samochód i znaleźć mu dobrego lekarza, jak załatwić tysiąc rzeczy i jednocześnie zapomnieć o podatku za psa, jak nie paść w rytmie mycia podłóg, obiadów i tysiąca innych spraw. Można na przykład na chwilę zaszyć się w mieście wzgórz i wąwozów, gdzie można znaleźć niejeden kwiat paproci, uśmiechnąć się do starszego pana sprzedającego jajka i miód, bo ma akurat czas, bo siedzi sobie i się przygląda przechodniom i ona by od tego kupiła wszystkie te rzeczy i jeszcze paczki z fasolką, żeby jego dzień wypełnił się czymś innym niż byciu ofiarą przelatującego śniegu i tej dziwnej, ciepłej zimy. W tym mieście jest jedno mieszkanie, które jak gąsienica skrywa rozmaite zakamarki, prowadzące do niewielkiej kuchni, która jest dla niej jak sezam. Zachwyca się zatem ostrością noży i wielością użytecznych akcesoriów. Te wszystkie torebki z zapięciem, opakowania na jedzenie, potrzebna ilość sitek i garnków, silikonowa rurka do obierania czosnku. Przepyszne ziemniaki w ciemnoróżowej skórce, mąka mielona specjalnie w młynie, trzymana w kubełku. Wiejskie jajka i takie coś z serem i kaszą jaglaną, chleb pytlowy i szemrzące ulubione radio. Ta kuchnia to miejsce, do którego uwielbia wracać, jakby była jakąś wyspą, gdzie spełniają się najlepsze smaki. Coś zresztą jest w tym mieście, że jest całe dobre i trzeba je odwiedzać, aby naładować akumulatory, to jak potrzeba podłączenia już nawet nie przewodów, ale i prostownika, bo przecież jest Jedi i czasem musi. Jak wróci, to się zamyśli w stronę ogrodu, bo od ulicy nie można, bo jeżdżą samochody.

11 sty 2016

M 212 albo mentalny detoks:

Wysączył się ten jedenasty stycznia, najpierw nie mogła odkopać się ze snu, bo o ósmej rano była w nim na dziewiątym piętrze, głęboko i trzeba było nagle zjechać windą porannego wstawania w dół na parter i wysiąść i spojrzeć nieprzytomnie w okno i zobaczyć śnieg na dachu sąsiadów i potem już powitać dzień myślą o małej niej i nim, że już w pracy i tym, że kawa pyszna na dole i trzeba już. A w ogóle to jest jakby trochę utkana z mgły, którą łatwo rozwiać i wtedy zostaje nic, wtedy jej nie ma, wtedy wpada w stadium robaka, byle być sobie i tyle, tylko trochę na wierzchu, a cała reszta sobie śpi, niech tak zostanie. Ludzie się ciągną za myśli i w tych myślach i słowach nienawidzą, a po co, wszystko jest kruche, zaraz może być tak, że to, co się nabroiło, zostaje a potem się włącza radio albo odbiera telefon i słyszy, że kogoś już nie ma na świecie, że zrobiła się kolejna dziura i po co to, kiedy zostaje potem tylko to co złe i nie ma czasu już tego wyprostować, bo nie ma z kim. Ma wtedy tak, że obija się o promienie słońca i o konieczność wytarcia kurzu i idzie potem do dużego sklepu, bo tam łatwiej sobie myśleć o niczym oprócz tradycyjnej, zakupowej ścieżki. I czasem sobie myśli, jak ludzie robią zakupy w takich sklepach, czy zawsze z prawej do lewej, czy czasem na ukos i jeszcze z powrotem, jak się zapomni. Czy zbiera się wszystko to, co jest w promocji, czy kupuje tylko ulubione produkty i niezmiennie te same. Czy może te cięższe, bo można wtedy włożyć je w duży, metalowy wózek. Czasem patrzy, co ludzie kupują i w sklepie z owadem królują konserwowe wiktuały, napompowane bułki i chleby i kolorowe napoje. Tak więc sobie krąży między półkami i ona jest z tych, co mają zawsze utarte ścieżki i w każdym sklepie kupuje określone produkty, ale starannie wybrane, tyle, że trzeba się najeździć, żeby upolować odpowiedni lodówkowy skład. Ale co tam. To pozwala na chwilową, myślową hibernację, tak czasem potrzebną, pozwala na swoisty detoks od tego, co gdzieś się dzieje poza nią, pozwala na to, że można sobie wybierać mniej pokruszoną paczkę makaronu albo ser z dłuższą datą ważności, takie tam. Jedenastego stycznia w zeszłym roku powstała duża wyrwa na jej horyzoncie bliskich znajomych a dziś jeszcze kolejna, bo umarła muzyka.