10 maj 2018

M 267 albo środkowomajowy:

Szczęście jest wtedy, kiedy patrzy jak rośnie za oknem platan posadzony przez jej tatę kiedy kwitną azalie goździki surfinie, kiedy ogród pęka w szwach od zieloności, staw się zażabił i zaświerszczył i tej wiosny jeszcze zamieszkały mrówki. Trudne ale możliwe szczęście jest nawet wtedy, kiedy umiera jej futrzany przyjaciel, a kiedy zasypiał na wieczność, gładziła go po futerku w kolorze wenge i on wie, że zrobiła wszystko żeby miał jak najlepsze życie, pełne miłości, człowieka i kociej przestrzeni i tej śmierci spodziewanej z choroby robi miejsce w sercu i ma tak, że trzeba się z nią pogodzić i dojść do harmonii, kiedy bez łez w oczach może patrzeć na platan i wspominać to, co po kociemu było najlepsze. I wtedy, kiedy robi jogurtowe placki z bananem i czeka aż jej anioły wrócą ze spaceru i z takim samym świrem w oku będą je jeść i to czekanie na rodzinną pełnię jest cudowne, kiedy tonie w otaczającej zieloności, zapachu konwalii i bzu i ma w sobie spokój, że dom i ktoś do niego chce wracać. Jest wtedy, kiedy rozkrusza się wszystkie uwierające kamyki napotkane na ich drodze a zawsze są i po co je zbierać, potem urosną w wielkie głazy i będą nie do ruszenia. Szczęście jest też wieczorem, kiedy oglądają film pełen retrospekcji i niespiesznej akcji, w którym gubią się obydwoje i ona nagle stwierdza, że urosły mu włosy i zaczyna mu je obcinać a on jej ufa i się poddaje i nawet jej ta fryzura wychodzi. A potem, kiedy się wypełniają sobą jak najszczelniej i nie chcą z siebie wyjść za nic, chociaż kołdra nocy naciągnięta już do granic możliwości, kiedy obejmują się skrzydłami tak mocno i zatracają się w sobie na długie minuty, kiedy w tym ich wtulaniu nie ma już miejsca na nic innego, kiedy nie chcą tego zakończyć, chociaż już dotarli na drugą stronę północy, to też jest szczęście.

6 maj 2018

M 266 albo wczesnomajowy:

Jak mogła nie wsunąć palców w litery na tej stronie, jak, przez siedem lat pisania się to nie zdarzyło, a tu pauza na ponadtrzydzieścidni, stęsknienie nie do opisania, jak nie  przytulenie się do jego prawego, nakrapianego ramienia i zajrzenie, czy po drugiej jego stronie jest tak samo jak po jej, jak nie odwiedzenie przyjaciółki, jak pozostawienie ukochanego łóżka z najwygodniejszym materacem, jak tęsknota do dużej szklanki mocnej kawy Dalmayr, jak zapach domu jej rodziców, który pamięta się zawsze i wszędzie. Nagle przyszła wiosna, chuchnęła i różdżką posypała kwiatami wszystko wokół, gałąź po gałęzi, na biało, żółto i różowo, tak czekała na ten widok i trwa wciąż w kolejnych odsłonach. Najbardziej soczystą zieleń i zapach lasu zwiedziła krokami w tempie właściwym jej nogom, przyspieszając, kiedy biegła w rzęsistym deszczu, w kolejnych odsłonach burz, jak w strzepywanych, wielkich prześcieradłach, jak w coraz to nowych podszewkach, które wyłaziły nie wiadomo z którego nieba sypiąc deszczem, testując wytrzymałość Brooks'ów Cascadia, tuszu Push Up The Volume Bourjois i jej odporności na masaż gradem, wyciągając z niej jeszcze głębsze wspomnienia harcerskich obozów, kiedy ziemia w burzy trzęsła się jeszcze bardziej niż kiedykolwiek a ona leżała w krzakach jagód bo tak trzeba było i skoro nie roztopiła się wtedy, to teraz też nie. Minął ten miesiąc zapisany w jej ciele bo bolało tu i tam, bo wciąż litery uciekały spod palców albo były skierowane nie tam, gdzie kazało serce, a tam, gdzie umysł, błękitne jak nigdy niebo podpierała rzęsami patrząc, jak rośnie w słońcu coraz większe i bardziej zachwycające, bo wiosna duża i pachnąca, jakiej dawno nie było. Bez eksplodował fioletowo i biało, pachnie z całej siły, powoli swoje perły na łodygach pokazują konwalie, w nasyconym słońcu więcej nie trzeba niż po prostu być i zachłannie patrzeć na soczystą zieleń i doceniać, że się jest tu i teraz i można podziwiać ten najpiękniejszy koncert w roku na wszystkie liście i kwiaty. Lubi się zatapiać w jego palce, patrzeć, jak słońce go nakrapia coraz mocniej na ciemnej skórze, gdzieś spotykać w pół drogi pomiędzy jego przedramieniem a jej i wiedzieć, że będzie się zawsze, chociaż takie dobre teraz może jutro się rozerwać nie z ich powodu i dlatego jak ma się dobre wczoraj, to ma się równie piękne dzisiaj. Starannie uważa więc, aby niczego nie przeoczyć, aby w pełni posączyć się po wczesnomajowym Sandomierzu, popatrzeć, jak małe one potrafią robić nic przez półtorej godziny biegając po Rynku i ganiając gołębie, jak wchodzić i schodzić na cokół pomnika, jak sączyć kawę i liczyć kostki brukowe. Te momenty, kiedy nic nie musi i może się rozflaczyć i rozwałkować jak ciasto na ruskie pierogi z dodatkiem selera naciowego, czosnku niedźwiedziego, czarnuszki i chrupiącego kopru, kiedy wie, że taka chwila może się nie zdarzyć i dlatego trzeba ją wysączyć jak najbardziej się da, kiedy można iść drogą prawie bez celu i zaskoczyć się, że nagle znajduje się to, co się planowało. Bo z tym zaskoczeniem jest tak, jak z deszczem, miało być pogodnie, a nagle są krople i zazwyczaj nie ma się parasolki, można uciec i się schować, a można po prostu iść, bo i tak się zmoknie, a każdy moknie sprawiedliwie - tak samo.

31 mar 2018

M 265 albo ostatniomarcowy:

Dziwny był ten marzec, z małością słońca, przegapionym księżycem, z jakimś dziwnym przekraczaniem granic. Długie niebieganie bo równie długie przeziębienie, które trzymało ją w ryzach kaszlu, w jakiejś wewnętrznej niemocy, bo zimno, bo deszcz, bo niefajnie. Z drugiej strony bieganie w ukochanym Krakowie, który gdzieś powoli roztopił wspomnienia, nieco się zatarł, jak nie utrwalony rysunek suchymi pastelami, w zimnie takim, że mróz gryzł jej palce u rąk i łydki jak nie opanowany emocjonalnie pies za płotem, gryzł i kazał biegać, a kiedy dobiegła, miała wrażenie, że nie zamarzły jej tylko szarozielone tęczówki oczu, łapczywie wychwytujące odległość od mety do miejsca, gdzie czekała na nią jej kurtka. Kolejna granica była w jeździe czerwonym samochodem, mijając malownicze miasteczka zbudowane czerwoną cegłą, o wstążkach dróg poplątanych z wdziękiem jak przy gimnastyce artystycznej, wpatrując się w srebrzyste, przedwiosenne pnie buków i mijając bolesne korzenie pozostałości tych, które były kiedyś drzewami. Granica wrażliwości-zmęczenia-wytężonej percepcji-byledalejidalej-do celu. Jeszcze jedna, po dwunastu godzinach spędzonych w kuchni na siekaniu, wlewaniu, wylewaniu, myciu, sprzątaniu, pieczeniu, gotowaniu, smakowaniu, dosypywaniu, wyrzucaniu bo się nie udało i trzeba powtórzyć, otwieraniu, zamykaniu, przekładaniu i ustawianiu, potrafi jeszcze w miejscu gdzie pachnie pachnie pobudzona do życia paczula pomyśleć, że jej łóżko jest jej łóżkiem, nie tymczasowe, pożyczone, wynajmowane, tylko to, które powinno być, że jej dom jest taki, jaki zawsze miała być, a bardzo długo oswajała go w sobie, bo wiecznie w drodze, bo ciągle na chwilę, a tu proszę. To, co ma teraz jest tym, co powinno się pojawić w tym momencie, włączając granice rozpychania się zmęczenia, wysiłku, obserwowania, trochę tak, jakby w za małą poszewkę wpychała na siłę za dużą poduszkę, a jednak się zmieści, bo jak to się nie da, ona może wszystko. Nie pędzi nadmiernie, tak jej się po prostu zdarza a jest szybko, bo inaczej nie wyżyje i nie zauważy. I wie, że ten pęd to nie jest jak kiedyś, jak stres, że spóźni się i odjedzie jej ostatni pociąg, tylko taki, który na nią poczeka.

24 mar 2018

M 264 albo o bezwiośniu:

Jak można tak strasznie długo nie pisać, zostawiła te swoje ulubione strony na tak długo, na prawie miesiąc, niedorzeczne. Wpadła w wiosenną dziurę, w jakiś bezliterowy marazm, bez żadnego rytmu, bez myślenia, zaledwie odkrywając kilka nowych niemięsnych smaków. Czasem w stanie podpłaczliwym nawet, kiedy łzy nasiąkały na parapet powiek, bojąc się spaść i skroplić dalej w przepaść pomimo asekuracji rzęs wzmocnionych dodatkowo tuszem L'Oreal. Jest czas na bezsiłę i łzawienie w jakimś smutku nie wiadomo skąd, z przesuwania granic, kiedy jechała samochodem sześć godzin trasą, którą zazwyczaj przejeżdża w dwie i pół, w bieganiu w taki mróz, że aż zamroził jej twarz i oczy i nie mogła wydusić słowa ani spojrzenia, takie w niej granice. Znów trzeba będzie powoli, krok za krokiem z i oddechem włączyć trybik, który uniesie ją poniżej godziny na dziesięć kilometrów, odrobi te niebiegowe straty w nogach, chce, nie musi. Przygięło ją to przedwiośnie, niedobrze, mało jej ich razem, bo pielęgnują razem dom i on wciąż po swojemu rośnie, ale bez zbyt częstych spotkań ust i palców gdzieś na trasie. Tak szybko zabiera ich sen, że nie ma siły na więcej, na to, aby rozsupłać zmęczone ciało miękkim spotkaniem warg, aby sprawdzić, czy linia jej talii jest wciąż wąska, czy nic się nie zmieniło w miejscach, które lubi i które pod wpływem palców zmieniają się na jedną dłuższą chwilę. Wchodzi gdzieś głęboko w siebie szukając w zakamarkach powietrza, które przywróci ją do większego wyżywania życia, ale jak go nie znajdzie, to poczeka, aż zmieni się czas, przekręci jak trybik, wkręcając w godziny i minuty więcej światła i powietrza, a mniej nadsenności zalewanej kawą. Szura w upadłych liściach, jak w myślach, które zostały gdzieś w zimie i jeszcze nie wyrosły nowe.

28 lut 2018

M 263 albo lubi nie lubi o teraz:

nie lubi jak jest zimno zdarza się jej że śpi w czerwonym miękkim szlafroku z oysho bardzo go lubi ma duże kieszenie i cudownie otula nawet najgorszy sen, jeszcze zanim wstanie bo maleńka ona woła że na dół bo tata to lubi sobie rozsmarować resztki snu po twarzy w ziewnięciu lubi udawać że jej nie ma a musi być najbardziej na świecie. Nie lubi wyjmować naczyń ze zmywarki wkładać do szafek i szuflad i obserwować jak w ich wnętrzach pojawiają się nieprzewidziane w rytmie sprzątania okruchy które włażą specjalnie pod wyściółki szuflad i denerwują i nie chcą wyjść nawet skrupulatnie wyganiane ścierką nie lubi rozlanej wody wokół zlewu zmieniania worka na śmieci nie lubi chowania tysięcznej sterty ubrań i skarpetek które nie chcą przeżyć wspólnego życia w parze za nic na świecie. Nie lubi wyrzucać fusów po kawie i płukać french pressu nie lubi siadać na lodowatym siedzeniu samochodu i szczękając zębami rzęzić sprzęgłem aż się łaskawie włączy a w te mrozy to się często nie udaje. Nie lubi wchodzić skarpetką w mokre ślady po butach bo się nie da tego uniknąć jak nagle trzeba podczas wejścia wykonać siedemset czynności z małymi nimi psem i sobą w minutę. Nie lubi jak zastyga wieczornie jak ćma pod lampą a potem trzeba iść na górę zmyć dzień z siebie i rzucić kamieniem siebie w sen. Nie lubi jak go nie ma obok bo on sobie doczytuje na dole linijki o bieganiu i stanie się ćmą za godzinę kiedy ona już zapadnie w to w co powinna czyli w miejsce gdzie słychać chlupot łódki Morfeusza który cierpliwie i ostatnio cudem nieprzerwanie pomaga jej przepłynąć na rewers nocy.

26 lut 2018

M 263 albo pourodzinowy:

Głaszcząc ich miękkie policzki, sprowadzała na nie cienką nić snu. Sklejała małe powieki, rysując najcieńsze pajęczyny tak, aby jak najszybciej wezwać Morfeusza, który na łódce kierowanej jej palcami, przeprowadzi je w jasnoszary świt. Uspokajała myśli po całym dniu, kiedy to łzy dwuletniego niepokoju mieszały się z czteroletnim uporem. Ona tymczasem wspięła się na tyle po drabinie wewnętrznej siebie, że teraz podotyka sobie nieba, która nad nią urosło, jej własne, przyciągnięte przez siebie, z którego jest tak bardzo dumna. Tak jest tam spokojnie, że trudno się ruszyć gdziekolwiek, a rusza się ostatnio sporo, raz w Brooksach Cascadia, raz w Sauconach Xodus. Sączą się spod jej butów kilometry nabijane na zegarku, niesie ją mozolnie budowana siła, która jest i pozwala na zwiedzanie pagórków i lasów, na pokonywanie tego, co było niemożliwe. Ona zresztą ma jakąś zdolność przesuwania horyzontu, za którym jest tak wielka radość jak się uda, że nie do uniesienia. Niech tak będzie, jak teraz, nie zmieniłaby niczego, bo jak przesunie kawałek jej układanki, to być może zrobi się miejsce na coś innego, czego na razie nie mam być, bo wszystko, czego potrzebuje ma właśnie w tym momencie. Niech czas się tak sączy jak dobrze zbudowane Primitivo, jak smak białego sera ze spadziowym miodem, jak miękka, dobra arabika, mielona każdego ranka. Jak nowe getry do biegania w chabry, złożone w kostkę, która została jej jak natręctwo po pracy w sklepie z ubraniami. Niech się sączy w swoim, nie przyspieszonym rytmie, drogami posiwiałymi jak włosy dziadka mroza, jak jego palce, które spadają na nią znienacka. Niech trwa, jak jest, długo jak spokojny wdech i wydech, w którym można zmieścić tyle, a nie wszyscy wiedzą. Niech taki zostanie, do dzielenia się jak tylko można.

31 sty 2018

M 262 albo Piwniczna:

Jak cicho, jak świetliście, jak spokojnie i księżycowo. Można leżeć obok większej jej na wygodnym łóżku i patrzeć w prostokątne niebo w dachu, jak mieszają się w nim chmury gęste jak z włóczki, przetykane cekinami gwiazd. I to wełniane niebo spada na nią wieczorem pełnym powietrza, spada jak atak jego ramion i ust i jest bardziej skuteczny od ataku Imperium w Gwiezdnych Wojnach. Są bardzo razem, najbardziej jak można, w kolejne wietrzne popołudnie wpatrują się w pomarańczowy horyzont, za którym upadło słońce i przez nie drzewa są jak wycięte z papieru albo poplątane z drutu jak biżuteria wire wrapping. Bezczas i szum wody, wplątany między domy utkane z kominów, załamań dachów i podjazdów, bardzo wiele z nich jest nieczynnych albo żyjących kurczowo tylko jednym oknem, kilkoma suszącymi się ubraniami i plasterkiem anteny satelitarnej. Jak przyjadą tu jeszcze kiedyś, w tę serdeczność i senność, to może niektóre z nich na zawsze zamilkną i będą o sobie tylko przypominały zatartymi szyldami, że działo się.
Może to swojego rodzaju pasja, wybieranie niby popularnych, ale takich miejsc, że więcej milczenia i przeszłości do zauważania, niż gwaru i świateł. Lubią prześlizgiwać się po górach krokami i wzrokiem, a góry dla niej zawsze były wciągające jak magnes, narkotyk, który uzależnił ją dawno temu i wstrzymały ją tylko kolana, nie pozwalając iść tam, gdzie mało kto chodzi. W wyższych górach jest się poza swoimi granicami, zadziwia się, że można dalej i dalej, pomimo wysiłku, że chmury, że ślisko, albo nagle przyjazną staje się przyjazna twarz grani i pozwala na ostrożne podeptanie jej. Chociaż w tych wysokich była już bardzo dawno, wciąż słyszy świst wiatru, serce, które tłucze uszy i skronie od środka, wciąż wie, jak to jest być tam, gdzie pół roku marzy, żeby policzyć czerwoną trawę na szarych skałach.
Teraz jest w innym miejscu i w zupełnie innym świecie podgląda sobie te niższe i bardziej półkoliste zbocza, za którymi słońce spada równie spektakularnie a księżyc ma bukowy kołnierz. Nic, tylko patrzeć w jego guzik, który nacisnąć można jak alarm, że noc, że niepokój, że świeci nieprzytomnie i widzą to wszyscy w sennym, niedużym i urokliwym mieście, w którym oni kochają się równie nieprzytomnie i to im nie spadnie za horyzont.

17 sty 2018

M 261 albo o bieganiu i podszewkach:

Ona: rozmraża krokami to, co było nie do naprawienia, wzięła się za bieganie, przełamała to, czego kiedyś nie znosiła, a teraz lubi, dotyka krokami chodników, kamienie, korzeni, mchu, zwiedza turkusowymi podeszwami ścieżki, drogi i ściegi, którymi poszyty jest prastary las, rosnący na wysokości zmrużenia oczu z jej domu. Na początku to jak wchodzenie na górę swoich słabości, przesiedzianych kanap, zjedzonych wieczorem czekolad, które sobie poszły na szczęście nie w jej ciało, szaleńczej pracy duetu serca z oddechem, cierpliwości, że za którymś kilometrem endorfiny rzucą się jej na szyję i obłąkańczo przestanie walić puls. I nagle pojawi się lekkość, która podnosi jej nogi, że można, że chce się i poranna bułka z miodem i zielona herbata mają swój sens i nie zostaną w udach tylko w kilometrach. Popsuta trochę, naprawia się sama, bo lepiej, żeby bolało od ruszania się, niż od nie ruszania.

On: biega dużo, lekko i bez wysiłku, jakby droga przesuwała mu się pod nogami, tak po prostu, w wyciętych kawałkach czasu pomiędzy pracą a kolacją, lubi na niego patrzeć, jak ubrany w niebieskości i przenikliwe, brązowe oczy, znika w czeluści zimy, żeby potem nadotykać się ziemi i wytupać endorfiny, wypróbować saucony albo brooksy, podzielić radość z kudłatym psem o mądrych oczach i w niebieskich szelkach.

Ona: ma czas, że inspiruje, bo robi wciąż dziwne zdjęcia, zauważa cienie, krople, głębie i ostrości, przygląda się ludziom, robi tak, że można, pomimo, że wydawało się, że nie. Widzi w nich podszewki, coś, co ich uwiera lub cieszy, wyciąga spod spodu nastroje jak bierki, nie naruszając zewnętrznej konstrukcji. Dba o dobre teraz, żeby mieć dobre wczoraj, bo jak się spojrzy wstecz w dniach, to każdy ten dzień będzie dobrze wyżyty, na miarę tego, co w danym dniu wydarzyć się mogło. Wtedy dni mają inny smak, jakby się jadło najlepsze francuskie makaroniki albo cudownie gorzkoczekoladowe trufle i pamięta się je na długo.

On: ma wciąż ciepłe ręce i lubi ją w nie wtulać w każdej chwili. Dobrze im, i rękom i jej.

30 gru 2017

M 260 albo co było i co jest:

Wsunęła to swoje ulubione pisanie gdzieś pomiędzy porządkowanie starego roku, udało się, dom pachnie grzybami na tartę z cheddarem i chorizo, w wielkim sitku rozmrażają się nie mniejsze krewetki w szarych płaszczach, jutro owiną się pierścieniem w rześkość włoskiego pinot grigio, aksamit masła i uszczypnięcie chili. Uwielbia tak sobie właśnie usiąść w końcówce roku i wessać się chrupiącą bagietką w powstały sos, całe szczęście że nie ma alergii i innych cudów na temat glutenu i nabiału. Minął grudzień zamykając rok pełen ciszy, rok, który zamienił ukochaną babcię we wspomnienia i wzruszenia. rok budowania i nowych ludzi wokół, niesamowite, jak bardzo jest wciąż chłonna nowych energii, które ciągle dodają jej siły i ciekawości. Pozamykała to, co uwiera, mierzi ją, że nie może znaleźć dwóch książek i jutro już nie zdąży, cieszy się, że mają nowego psa, który przyzwyczaił się już do małych ich, do powitań za każdym razem, do niespożytej energii i równego tempa, kiedy razem wąchają las. Miękkie poszycie podpiera jej zmęczenie, bo biegać zaczęła niedawno, tak, aby sprawdzić, czy jeszcze nogi gdzieś ją poniosą, czy bolące kolana zawładną nią czy ona nimi. Podpierana wsparciem brązowych oczu jego i koleżanki, która jest zawsze obok jak aksjomat, zdobywa kolejne kilometry na przekór temu, że nie powinna i że nie można. Jest jak jest, bez śniegu, z raz słońcem a raz nie, z tęsknotami za przyjaciółmi sto osiemdziesiąt kilometrów stąd, z uczeniem się siebie i uważnym patrzeniem na ludzi, z chrupiącym hamulcem w prawym kole, ze słowami płynącymi z palców z konieczności i wyłącznie przyjemności. Z nowym fluidem Givenchy do twarzy, który ma wymazać jej niewyspanie i conocne wołanie maleńkiej jej, rozbijające cienką bańkę przezroczystego, bezobrazowego snu. Z wahaniem, czy zapuszczać włosy czy nie. Z nauczeniem się medytacji, która jak szczotka do butelek, wymiata wszystko co nie powinno być w jej zakamarkach. Ze zdecydowaniem się, jakie szczepy win lubi najbardziej, carmenere, primitivo, syrah, tempranillo, rumiankowe chardonnay, podróże z kieliszkiem w ręku pomiędzy Hiszpanią, Włochami i Ameryką Południową. Jakoś tak w tym roku obierała kierunki wypraw. Każdy rok otwiera ją na coraz więcej. Oby tak dalej.

18 gru 2017

M 259 albo porównania:

Jak na lotni zawieszona lubi wracać tam, gdzie była, rozciągając drogę w długie wstążki kilometrów pomiędzy miastem i miastem. Granatowe auto posłusznie wygładza wszystkie zakręty, w środku pachnie kawą Dalmayr z niebieskiego kubka Starbucks, który słabo trzyma ciepło. Coś parują szyby, pudełko do przemieszczania się nie jest idealne, ale lubi to auto bo ma dużo miejsca w środku i jest ładne, inne. Układa ten swój zmniejszony świat w tęsknoty, czasem myśli, jak wielki był pośpiech w mieście na Wu, jak wielkie i pełne świateł i wysysaczy, jak wychodziła z gardła podziemi, gdzie wypluwał ją pociąg, patrzyła na zmarznięte gołębie i umierała z bólu zmarzniętych na kość rąk, pomimo rękawiczek. Jak inne jest to, co tu i teraz, kiedy czas jest wciąż ten sam, a smakuje inaczej, kiedy może pobiec do lasu w każdej chwili, zatracić się w pisaniu a potem zrobić śledzia w cydrze i pasztet z grzybów i selera, kiedy może wtopić się w jego skrzydła i wiedzieć, że tam jest koniec świata i nie ma nic dalej. Jak inaczej żyje małe miasto i duże, chociaż w dużym tęsknot wiele, pootwieranych i nie odwiedzonych przyjaźni, to w małym wszystko jest bliżej i większe i las i gwiazdy i zapach szczęśliwego, kudłatego psa i małe one i ich sny, które płyną na piętrze ich domu. Jak wysiada z granatowego samochodu i jest mroźnie i cicho, to można dotknąć gwiazd, wystarczy, że wyciągnie rękę. Tutaj wiele rzeczy jest bliżej. Do jego ust, które w mieście na Wu musiały przejść drabinę poniedziałków do piątków, aby się zatęsknić i wreszcie spotkać. Do pysznej marchewki od pana z białym samochodem, słodkiej i takiej, do której się tęskni. Do chwil, kiedy spotyka się inna mamę i wie, że będzie z nią na długo. Do odległości, które są żadne i można je pokonać w piętnaście minut. Do ciszy takiej, że oddech szumi jak las. Dalej do przyjaźni trwałych jak okrętowa lina, do wspomnień, że tu i tam się działo, że były zmarznięte tramwaje i podróże z jednego końca miasta na drugi, trwające i godzinę, bo tyle trzeba, żeby to rodzinne miasto objąć odległością. Jakoś jej sentymentalnie. Spokojnie. Zapisana jak zawsze. Uważna. Trochę mniej pognieciona pod oczami.