Wielkie hałdy brudnego śniegu topniały w oczach pod usypiającym dotykiem deszczu, szarzejąc świat, szyby, nastawiając wycieraczki na nieustanną pracę. W rozmoczonym Lublinie, kuląc się pod kapturem jasnoszarej kurtki, ślizgając w fioletowych kozakach o spodach niczym macki ośmiornicy - weszła w oświetlony, pachnący prostokąt drzwi i zapachniało jej cebularzami. Zaraz wbiła zęby w świeżo zakupiony krążek ciasta drożdżowego wypełnionego podsmażoną cebulą z makiem, a takie rozkosze tylko w Lublinie, nigdzie indziej na taką skalę. Rozkosz nie do przejedzenia, przypominana zawsze wtedy, kiedy uda się jej zawitać o tu, a będzie się udawało znacznie częściej. Miasta zwiedzane po nitce smaku do uwodzicielskiego kłębka. Idąc bardziej niż nieco w dół od Lublina, Kraków opasany obwarzankami, które zawsze kupowała od blond pani w krótkich włosach pod Bagatelą albo na Sławkowskiej, albo tam w takim małym podcieniu jak się skręca w prawo w Długą. Rozkoszne krążki musiały być przypieczone i z sezamem, z chrupkością rozrywającą kubki smakowe, zwłaszcza w połączeniu z masłem i wędzonym bundzem.
Jeden smak, jedno miasto.
Paradyż to smak niezwykle uczciwej bułki z serem, zjadanej z sentymentu niedaleko stacji benzynowej, która historyczna dla nich, staje się ikoną drogi do rodzinnego miasta.
Łódź pamięta jagodziankami od Dybalskiego, z których ciemnofioletowa toń rozlewała się po delikatnym drożdżowym wnętrzu a później po podniebieniu. Miasto na Wu rozpieszczało ją drożdżówkami z serem, kupowanymi w małej cukierence na Hożej opodal Mokotowskiej, bogate twarożkowe nadzienie pachnące wanilią cudownie uśmiechało ją w głodne poranki na drugie śniadanie. W Białymstoku jadła najlepsze na świecie małe placki z twarożku, podawane ze świeżymi truskawkami i miodem. W Gdańsku, nie wiedzieć czemu, pamięta smak kuchni rosyjskiej, ichniejszej zupy rybnej i pieczonego ziemniaka, daleko w tle pozostawiając smażoną flądrę, bo takie na papierowej tacce dawno wymarły. W Zębie, podczas zimowego wyjazdu, dopadła ją wyjątkowa rozkosz smaku pieczonych na blasze moskoli, podawanych z tartym oscypkiem i śmietaną. W Żorach opodal stacji kolejowej jadła genialne pierogi ze szpinakiem, których stos zabrała na wynos, które pozwoliły jej przeżyć cztery godziny czekania na pociąg na zimnym peronie.
Jest tyle miast i smaków na świecie, nie odwiedzanych cukierni, pomijanych knajpek, w których można złowić ten unikat, smak smaków, absolut, który w świecie glutaminianu sodu i dań z woreczka staje się niczym najdroższa biała trufla.
Jak rozjedzie do szczętu i do cna ten brudny śnieg na płaską i jasną twarz wiosny, to pojawią się nowe miejsca na swoistym, indywidualnym, kulinarnym szlaku wspomnień. Coś być musi za zakrętem.
Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
30 sty 2013
22 sty 2013
M 139:
nie czyta o dzieciach niczego, że radość, że spało, że się uśmiecha, że jest, nie chce, zapada się w swoją największą na świecie mysią dziurę, po raz kolejny się nie udało i nie uda się już nigdy, nadzieja po połowie miesiąca spada jak jazda na piątce z wzniesienia po gołoledzi, jakiś karnawał podobno jest, ona walczy z zimą, z zaspą, z podjazdem, który odśnieżała dwie godziny ale podobno źle bo z grudami, z traumą po stłuczonym lusterku po walnięciu przez jakiegoś oszołoma, któremu się spieszyło w strasznej, zimowej nocy. Nigdy nie zobaczy różowej drabinki na małym, plastikowym prostokącie, nie wierzy zupełnie w magię pastylek, które połyka, bo podobno od tego można się będzie wspiąć uśmiechem po tych różowych sztachetkach, bo jak to się ma udać, kiedy ona znów w podróży, w pogoni, kiedy szpulka drogi rozwija się w bardzo długą nitkę robiącą szpagat od zimy do zimy w trzech województwach, kiedy drzewa stają się bardziej szarobiałe i milcząco podpierają horyzont. Nie jest łatwe zrobić fikołka i nie przewrócić się bezboleśnie na plecy, może to tak, że napotkała jeszcze nie utwardzony teren w sobie, nie okupiony mandatem, stresem, niepokojem, niepewnością, jakąś żarłoczną odwagą, łzami i śmiechem, nieprzytomnym spojrzeniem i złym spaniem. Nie upiększa, nie maluje, gotuje raz na jakiś czas i na parę dni bardziej przemysłowo niż artystycznie, nadal gubi rękawiczki i zapomina, uspokaja się myciem podłogi , odsycha w smaku zielonej, jaśminowej herbaty i strumieniach dość ciepłej wody pod prysznicem, zmywając zapach płynu do spryskiwacza i odmrażacza do szyb, ma siniaki w środku od ustawicznych kuksańców od Losu, ale jak one znikną, to również zniknie milcząca, niedobra zima.
15 sty 2013
M 138:
Roztargniona roztargnieniami roztargnień weszła na inne pracowe obroty, silnik 1.4, niezłe przyspieszenie. Potrafi nie sprawdzić ile ma płynu do spryskiwaczy licząc, że będzie on tam wiecznie a potem wytężać wzrok przez zachlapaną szybę, znaleźć w niej małą plamę jak drogowskaz, przez którą można zobaczyć czy zielone czy czerwone i jechać do najbliższego lidla jak do deski ratunku i szukać płynu do spryskiwaczy, wlewa się dwa i pół litra naraz. Potrafi ufać intuicji bo z tyłu nic nie widać, bo ma zepsuty motorek od wycieraczki i cofać i nie wjechać w nic, ale za to fantastycznie zawiesić się na wjeździe do bramy bo to auto ma zupełnie inny promień skrętu niż inne, którymi bramę przekraczała i zrobić samochodowi ała.
Potrafi pojechać do mamy numer dwa po klucze i z tej euforii że pies, że udało się wszystko co na dziś udać się miało, rozpuścić nad talerzem ukraińskiego barszczu - tych kluczy zapomnieć i potem jechać do jego pracy z psem o niewyraźniej minie z tyłu bo on tego auta jeszcze nie zna. Nieustannie mówi do siebie jak jedzie, nie wyjeżdżaj, skręcaj, teraz jadę ja, śmiejąc się z siebie w duchu a co. Zanurzona po uszy w adrenalinie denerwuje się bo jedzie tam, gdzie jeszcze nie jechała, że musi oswoić ulice i dojazdy a ona jak czegoś nie zna to właśnie się podgryza i wykańcza czymś, z czym walczyła zawsze, czyli ze stresem. Czeka na wiosnę, kiedy opadną te wszystkie koleiny, śniegi, chlapy i pluchy, kiedy powietrze stanie się cudownie przejrzyste i będzie w nie cudownie jechać. Przestała mieszkać w walizce, ale nie przestała podróżować, dopełniając jej życiowe DNA srebrnym, niedużym autem, fundując sobie tym samym niebywały, codzienny komfort spania we własnym łóżku. Roztargniona jak wiosenna mgła, ale szczęśliwa, bo więcej z nim wjeżdża w styczniową codzienność i oswaja nowości, zaczyna po raz tysięczny od nowa licząc, że nie zostanie przeżuta i wypluta, ma nadzieję, że tym razem to już będzie na zawsze i ponownie wkłada serce z rękami i nogami bo wie, że akurat to ma zawsze sens, bo to właśnie cała ona.
Potrafi pojechać do mamy numer dwa po klucze i z tej euforii że pies, że udało się wszystko co na dziś udać się miało, rozpuścić nad talerzem ukraińskiego barszczu - tych kluczy zapomnieć i potem jechać do jego pracy z psem o niewyraźniej minie z tyłu bo on tego auta jeszcze nie zna. Nieustannie mówi do siebie jak jedzie, nie wyjeżdżaj, skręcaj, teraz jadę ja, śmiejąc się z siebie w duchu a co. Zanurzona po uszy w adrenalinie denerwuje się bo jedzie tam, gdzie jeszcze nie jechała, że musi oswoić ulice i dojazdy a ona jak czegoś nie zna to właśnie się podgryza i wykańcza czymś, z czym walczyła zawsze, czyli ze stresem. Czeka na wiosnę, kiedy opadną te wszystkie koleiny, śniegi, chlapy i pluchy, kiedy powietrze stanie się cudownie przejrzyste i będzie w nie cudownie jechać. Przestała mieszkać w walizce, ale nie przestała podróżować, dopełniając jej życiowe DNA srebrnym, niedużym autem, fundując sobie tym samym niebywały, codzienny komfort spania we własnym łóżku. Roztargniona jak wiosenna mgła, ale szczęśliwa, bo więcej z nim wjeżdża w styczniową codzienność i oswaja nowości, zaczyna po raz tysięczny od nowa licząc, że nie zostanie przeżuta i wypluta, ma nadzieję, że tym razem to już będzie na zawsze i ponownie wkłada serce z rękami i nogami bo wie, że akurat to ma zawsze sens, bo to właśnie cała ona.
10 sty 2013
M 137 albo praca:
Ona: zanim znalazła się tu gdzie jest, w srebrnym samochodzie po raz pierwszy służbowym, zanim nacieszyła się byciem w domu i tygodniowym niepracowaniem, minęło bardzo wiele chwil, nierzadko małoszczęśliwych, częściej wręcz bolesnych.
Jako historyk sztuki wkładanie się między obrazy i bycie w nich jak sztafaż nie zawsze jest łatwe. Nic konkretnego nie pojawia się w zawodowym byciu, próby makijaży na stałe, bycie kosmetycznym doradcą, kiedy pilnowała jej regionalna nosząca zawsze białe rajstopy, szaleńcza jazda busami po województwie w śniegu, upale, deszczu, z ciężkim sprzętem, plakatem, donikąd właściwie, bo nikt za bardzo jej nie chciał, ale wiedziała, że to do czegoś prowadzi, musi, bo wszystko jej po coś. Obrazy zatrzymane pod powiekami, jesienny krajobraz utrzymany w złotobrązowej tonacji, gdzieniegdzie przecięty lekko przygasłą zielenią, gdzieś w rogu, obok szarej mokrej drogi chrupiąca postać staruszki wtulonej w łowicki pasiak, wtopionej w krajobraz jakby szła tam od zawsze, co najmniej od czasów Gierymskiego lub Wyczółkowskiego.
Jej praca to konglomerat tysiąca napotkanych osób, to trzy miasta, w których zostawiła dobre dusze, to trasy wyjeżdżone tramwajem, zadeszczone szyby i setki przeczytanych książek, rytm sklepów, szum otwieranej i zamykanej kraty, sukces, kiedy ktoś wracał tylko do jej sklepu.
Ona: zawsze nieco niepokorna, z kagankiem tego, co uważała za słuszne, zawsze lekko pod prąd, ale w zgodzie ze sobą, poznająca odcienie, kolory, tony, nuty zapachowe, kobalt i błękit paryski, oranż i żółcienie, paczulę i bób tonka, piżmo i irys.
Zawsze z całej siły,na każde zawołanie, podnosi się po milionowych upadkach, bo wystaje poza ramkę, bo jak jest pokorna i cicha to się dzieje samo, to nagle coś wyłazi, nagle zdobędzie nagrodę i to niejedną i to znów się nie podoba i musi szukać innego odcienia w pracy. Chuchała na mało znane marki, doprowadzając je do zauważalnego poziomu i wtedy guzik się wyłączał i było nic.
I od nowa - nie odpocząć, szukać, wybrać, starać się, okrzepnąć, przyzwyczaić się do ludzi, do ich losów, powiązać je, przypilnować, potem przeczuwać, że będzie źle, że od nowa znów pytać, rozsyłać, aktualizować i czekać aż nastanie kolejne nowe. Zmęczona jest tym, że nieustannie musi zmieniać, że Los pracowy ją wykręca na różne strony, ale tym razem może będzie na dłużej, chociaż pewna może być tylko tego, że jego ręce zawsze i tylko dla niej są takie ciepłe. Los łamie ją na kawałki i składa z powrotem, czasem pochodzi z ciężkim gipsem, aż się zrośnie, w jej pracowym życiu jest bardzo dużo blizn, które pamiętają o tym, że właśnie po to jest życie, aby je czuć po swojemu do ostatniej kropli i dlatego nie żałuje żadnej trudnej chwili i doskonale je pamięta, bo one budują światło.
Jako historyk sztuki wkładanie się między obrazy i bycie w nich jak sztafaż nie zawsze jest łatwe. Nic konkretnego nie pojawia się w zawodowym byciu, próby makijaży na stałe, bycie kosmetycznym doradcą, kiedy pilnowała jej regionalna nosząca zawsze białe rajstopy, szaleńcza jazda busami po województwie w śniegu, upale, deszczu, z ciężkim sprzętem, plakatem, donikąd właściwie, bo nikt za bardzo jej nie chciał, ale wiedziała, że to do czegoś prowadzi, musi, bo wszystko jej po coś. Obrazy zatrzymane pod powiekami, jesienny krajobraz utrzymany w złotobrązowej tonacji, gdzieniegdzie przecięty lekko przygasłą zielenią, gdzieś w rogu, obok szarej mokrej drogi chrupiąca postać staruszki wtulonej w łowicki pasiak, wtopionej w krajobraz jakby szła tam od zawsze, co najmniej od czasów Gierymskiego lub Wyczółkowskiego.
Jej praca to konglomerat tysiąca napotkanych osób, to trzy miasta, w których zostawiła dobre dusze, to trasy wyjeżdżone tramwajem, zadeszczone szyby i setki przeczytanych książek, rytm sklepów, szum otwieranej i zamykanej kraty, sukces, kiedy ktoś wracał tylko do jej sklepu.
Ona: zawsze nieco niepokorna, z kagankiem tego, co uważała za słuszne, zawsze lekko pod prąd, ale w zgodzie ze sobą, poznająca odcienie, kolory, tony, nuty zapachowe, kobalt i błękit paryski, oranż i żółcienie, paczulę i bób tonka, piżmo i irys.
Zawsze z całej siły,na każde zawołanie, podnosi się po milionowych upadkach, bo wystaje poza ramkę, bo jak jest pokorna i cicha to się dzieje samo, to nagle coś wyłazi, nagle zdobędzie nagrodę i to niejedną i to znów się nie podoba i musi szukać innego odcienia w pracy. Chuchała na mało znane marki, doprowadzając je do zauważalnego poziomu i wtedy guzik się wyłączał i było nic.
I od nowa - nie odpocząć, szukać, wybrać, starać się, okrzepnąć, przyzwyczaić się do ludzi, do ich losów, powiązać je, przypilnować, potem przeczuwać, że będzie źle, że od nowa znów pytać, rozsyłać, aktualizować i czekać aż nastanie kolejne nowe. Zmęczona jest tym, że nieustannie musi zmieniać, że Los pracowy ją wykręca na różne strony, ale tym razem może będzie na dłużej, chociaż pewna może być tylko tego, że jego ręce zawsze i tylko dla niej są takie ciepłe. Los łamie ją na kawałki i składa z powrotem, czasem pochodzi z ciężkim gipsem, aż się zrośnie, w jej pracowym życiu jest bardzo dużo blizn, które pamiętają o tym, że właśnie po to jest życie, aby je czuć po swojemu do ostatniej kropli i dlatego nie żałuje żadnej trudnej chwili i doskonale je pamięta, bo one budują światło.
7 sty 2013
M 136 albo czeka:
Wkracza na nową
drogę, patrząc w zimową, jasnośnieżną noc, spędzoną z dala od jego lewego
skrzydła, pogrążonego w coniedzielnym, wieczornym radiu i ciszy wokół ich domu,
cierpliwie, mozolnie wspina się na kolejne ścieżki. Jak trudno zaczynać od
nowa, tysiąc razy tak już, kolejni poznani ludzie, następna nadzieja, że będzie
lepiej i wreszcie musi się tak stać, bo ile można. Czas spędzony razem pędzi
jak szalony, minuty biegną odliczane wspólnymi śniadaniami, kawami, miaukami
kotów w czasie obiadu i wieczornym masażem przy kominku, a zwalnia jak zepsuty
zegar wiszący w sypialni, kiedy są oddzielnie, kiedy ona tu a on tam, ona w
mieście, gdzie są tramwaje i gdzie w zakamarkach mieszka tysiąc wspomnień i do
tego miasta przywiodła ją na chwilę nowa praca. Nic jednak nie zagłuszy gryzącej, nieustannej tęsknoty, żadne nowoodkryte miejsca, poodsychane znajomości, obietnica nowego samochodu, śnieg od Sulejowa po miasto na Ł, mamina zupa, brownie, kawa u przyjaciółki, czas dla siebie, nic. Niech się wreszcie stanie tylko
to, do czego dąży i na co czeka, proszę, niech już nie dzieje się nic nie po
jej myśli, niech pojawi się ten, na którego czeka już tyle lat... Niech zobaczy
z jaką nadzieją czeka w określonych dniach, czy się uda czy nie, ile
trzeba znieść bólu, niepewności, obaw, przeczytać i dowiedzieć się, najeździć i
wydać pieniędzy, niech on już wreszcie będzie bo za chwilę może być za późno i co
wtedy. Niech wreszcie wybierze, że teraz, bo zobacz, już nie ma odległości, już
będą częściej razem, gotowi od tylu miesięcy, na to, co jest drogowskazem i
sensem wszystkiego. Może coś robiła nie tak, może za dużo albo za mało, ale boli ją
każdy mały człowiek, każda nowa mama, jakby mała ciemna kropka na usg było
niewyobrażalnym i nieosiągalnym cudem tylko dla wybranych, które ich omija dziwnym,
wykrzywionym łukiem. Niech styczeń przyniesie dobre nowiny, nie tylko te związane z pracą, niech będzie początkiem tego, dla czego urósł im dom, spotkali się on i ona, w słoneczne przedpołudnie w mieście na K, kiedy on zdumiony jej widokiem, ledwie uwierzył, że to się dzieje naprawdę, a było niezwykłe i zdarza się raz na milion lat w takim natężeniu. Jak trudno znosić ukłucie, że pojawia się nowy człowiek nie w niej, jak trudno zostawić miejsce przypadkowi i zaskoczeniu, że nieopatrznie się udało, to bycie niepełną, wykańcza, zabija, odbiera siłę. Tęskni niebywale do tej chwili, kiedy nic nie będzie już jak kiedyś, kiedy między nimi zdarzy się cud, kiedy wypełni się ta gigantyczna przestrzeń w niej i domknie się jej doskonały świat w wymarzony okrąg z ich ramion, bo skoro znaleźli się oni, to ono znajdzie ich.
31 gru 2012
M 135 albo ostatnie 6 godzin:
Jechali do miasta na Ky., w lśniącym słońcu, ona niezmiennie trzymając lewą rękę na jego udzie, on uśmiechając się do ciepła, jakie towarzyszy mu przez dwie godziny jazdy. Specjalnie dla niej przykleił hipnotyzujący księżyc, bo ona go uwielbia nie mniej niż jego, przeprowadził przez noc na swoim lewym skrzydle, posiekał sałatkę, odwiózł, nauczył i przywiózł. Tak, ona nieustannie o nich, na wszystkie świata strony, pomimo, że być może za dużo ich w literach, za dużo z niej się sączy, może powinna mniej, ale nie umie, nie chce, bo całe życie czeka się na tak totalną miłość, a potem nie można inaczej jak tylko pisać, mówić, myśleć, uśmiechać się, mieć siłę na wszystko, mieć nieustanne poczucie szczęścia, być na chmurce, fruwać, unosić się, tęsknić, wracać, dotykać się, robić kawę i wlewać mleko i poznawać po odcieniu brązu czy już, cierpliwie znosić rozsiane kolczyki i plastikowe butelki z nie dopitą wodą, wcierać co wieczór krem w stopy kiedy jej małe palce toną w jego zręcznych dłoniach i chcą zawsze więcej. Ich rok był bardzo w podróży, poślubiony w Krakowie, wysmakowany toskańskim słońcem, pocięty poniedziałkowo-piątkowymi tęsknotami w mieście na Wu, które już nigdy nie wrócą w takim beznadziejnym natężeniu. Więc w Nowym Roku spełni się to, na co czekają, przez co wytrzyma każdą bolesną terapię i każde niepowodzenie, co jest bardzo trudne i za czym tęskni najbardziej na świecie i nie umie przestać.
Dlatego zakłada pończochy ze szwem z tyłu, maluje rzęsy do nieba, nakłada na usta nową szminkę 05 Mauve Mat z Estee Lauder w odcieniu fuksji, układa włosy w falę, pachnie kwiatem migdałowca płynącym z wody perfumowanej Cinema, będzie miała na sobie koronkową sukienkę w odcieniu fioletowego kobaltu z dekoltem na plecach i sporym rozcięciem i nowe błyszczące kolczyki i taka właśnie pokaże się mu w sylwestrowy wieczór, spędzony w mieście, gdzie wszystko się zaczęło i nadal tak pięknie trwa.
Dlatego zakłada pończochy ze szwem z tyłu, maluje rzęsy do nieba, nakłada na usta nową szminkę 05 Mauve Mat z Estee Lauder w odcieniu fuksji, układa włosy w falę, pachnie kwiatem migdałowca płynącym z wody perfumowanej Cinema, będzie miała na sobie koronkową sukienkę w odcieniu fioletowego kobaltu z dekoltem na plecach i sporym rozcięciem i nowe błyszczące kolczyki i taka właśnie pokaże się mu w sylwestrowy wieczór, spędzony w mieście, gdzie wszystko się zaczęło i nadal tak pięknie trwa.
21 gru 2012
M 134 albo koniec świata jest tu:
Miękko spada na
nich obietnica kolejnych wspólnych Świąt, ukołyszą się w szafirowym samochodzie
w drodze do jej rodziców, utoną w rodzinnych cieple pachnącym makowcem,
cynamonem, zupą grzybową, kapustą z grochem i szczęściem, że jeszcze można
być razem, bo zdrowie i miłość dopisują, jak najlepszy deser na koniec roku.
Koniec świata
zastał ją w zamarzniętym krajobrazie miasta na Ł, do którego jechała po swoją
przyszłość, być może udaną, niestety znów powiązaną z domem węzłem gordyjskim
tylko w weekendy, kiedy zdyszana, w piątkowy wieczór, całuje stęsknione
pieskoty i zawiesza mu ręce na poręczy ramion i nie puszcza i za nic bez nich
nie idzie ano o dzień dalej.
Nanizane
koraliki czerwonych świateł samochodów ciągnęły ją do domu, tworząc długi
łańcuch na choince ulic, na drodze 74, która wiła się przez lasy. Bezśnieżne
pola w zagłębieniach łąk tuliły resztki śniegu, nie dając im się rozgrzać,
rozbielony, oliwkowoszary krajobraz podgryzał lekki fiolet nadchodzącego
zmierzchu.
Wciąż wyjeżdża i
wraca, nieustannie, jak w rytmie, a potem chce go jeszcze i jeszcze,
nienasycenie, przewrócona z wrażenia za każdym razem, kiedy są ze sobą
najbliżej jak się da, przeniknięci sobą w umysłach i końcach palców, kiedy nie
wie, gdzie zaczyna się on a gdzie ona. Lubi z nim być, kiedy jest blisko,
albo zaledwie w pobliżu, ale musi go zahaczyć spojrzeniem, musnąć, że jest.
Wtedy rozświetla się niczym kometa, jaśnieje, jest pełnią i nie spala się ani
przez sekundę, będąc nieustannym, migoczącym fajerwerkiem. Lubi napotkać ciepło
jego silnej ręki, kiedy mijają się obok stołu, w drzwiach, lubi iść z nim
równi, kiedy on trzyma ją za rękę prawą, bo inaczej nie umie, niewygodnie mu i
wtedy torebka przegrywa z posiadaczką i ląduje z lewej strony.
Lubi na ułamek sekundy zanurzyć
nos w jego szyi, jak pachnie linia
czarnych włosów o 11.30 a jak o 16.17. Lubi szukać się w łóżku, kiedy przewraca
kolejną kartkę snu i w nieprzytomności na granicy jawy, kładzie głowę tam,
gdzie wyrasta mu lewe skrzydło i zabiera ją stamtąd następna śniąca strona.
Lubi łapać spojrzenie jego gorejących oczu i całowanie ukradkiem w krótki płot
rzęs. W ciepłym śnie, w domu, w samochodzie, w przymierzalni, w zimie i w lecie
uwielbiają być razem jak marchewka z groszkiem, dopełniający się duet,
którego nikt sobie nie wyobraża w innym towarzystwie.
17 gru 2012
M 133 albo pokój:
Ten ostatni w mieście na Wu jest żółty, nieduży, na szczęście z meblami, na szczęście nie musi trzymać ubrać w pseudopółkach i pseudoszafach, z dużym łóżkiem. Wróci do domu i dziwnie jej będzie, że przestanie się spieszyć, dziwnie jej będzie, że nareszcie w poniedziałek i wtorek i później też obudzi się we własnym łóżku, to zupełnie nowe doświadczenie, mieszkać we własnym domu. Po tułaczkach tysiącu, po hotelowych pokojach, po przedziałach pociągowych i ciasnych przestrzeniach w autobusach, po wynajmowanych pokojach gdzie wiecznie nie u siebie, wiecznie z kawałkiem półki w łazience, w niemożności chodzenia w samej bieliźnie, w uważaniu czy przeszkadza czy nie, w zamykaniu się w swojej pokojowej dziupli, nastanie czas rozpanoszenia się domu w całej okazałości. Dziwnie spokojna co będzie dalej, usypiała na jego lewym ramieniu by za parę godzin po raz ostatni zostać połkniętą przez czeluść srebrnego busa o niewygodnych siedzeniach. Wszystko dzieje się po coś, życie celowo zwalnia, stawia na drodze ludzi, którzy zazdroszczą, że można po prostu kogoś kochać, po prostu być szczęśliwą, cieszyć się z bycia kobietą, nie oceniać, iść zawsze najbardziej na świecie swoją drogą i dać się wytrącić z harmonii, którą się ma od dziecka.
W żółtym pokoju naoglądała się seriali, nawąchała lata wykrojonego niedużym oknem, budziła wielokrotnie szumem blokowych rur. Trzecie miejsce zamieszkane przez nią tu, zaniosło ją w stronę bycia razem, nakarmiło pospiesznie jedzonymi śniadaniami i kolacjami, najczęściej chlebem, białym serem i miodem, makaronem z cukinią, czosnkiem i cheddarem, ale były też wieczory z kabanosem od Tarczyńskiego maczanym w ketchupie Heinz lub w musztardzie kieleckiej, zestaw jak koło ratunkowe czyli śliwka nałęczowska w czekoladzie i w nadmiarze, orzechy. Naprzeciwko blok z żółtymi i pomarańczowymi guzikami okien powoli, im dalej w noc - ciemniał i obserwował jak ona, pochylona nad metalową lampą i trzynastoma calami ekranu, nieustannie spędza wieczory rozmawiając z nim palcami. Wytrzymała długo, regularnie jeżdżąc tam i wracając tu, niezłomnie poprzez nie sprzyjające aury, mrozy, upały i deszcze, stukając w siwe zamarznięte chodniki i topiąc walizkę w warszawskich kałużach. Kończy kolejny etap, milionowy w jej życiu i zaczyna nowy, wiedząc, że już na zawsze i nigdy nie wróci do tego pokoju, ani do żadnego innego, bo kończy z tymczasowością, z erzatzem życia, podtrzymywana jedynie przez życzliwe dusze napotkane w tym ogromnym mieście, które nie pozwoliły jej na rozsypanie się na atomy, chociaż prawie się tak stało i być może wtedy powstałby kolejny pył, proch, nie do zlokalizowania, bo ona całe życie ma wrażenie że dotąd mieszkała wszędzie.
W żółtym pokoju naoglądała się seriali, nawąchała lata wykrojonego niedużym oknem, budziła wielokrotnie szumem blokowych rur. Trzecie miejsce zamieszkane przez nią tu, zaniosło ją w stronę bycia razem, nakarmiło pospiesznie jedzonymi śniadaniami i kolacjami, najczęściej chlebem, białym serem i miodem, makaronem z cukinią, czosnkiem i cheddarem, ale były też wieczory z kabanosem od Tarczyńskiego maczanym w ketchupie Heinz lub w musztardzie kieleckiej, zestaw jak koło ratunkowe czyli śliwka nałęczowska w czekoladzie i w nadmiarze, orzechy. Naprzeciwko blok z żółtymi i pomarańczowymi guzikami okien powoli, im dalej w noc - ciemniał i obserwował jak ona, pochylona nad metalową lampą i trzynastoma calami ekranu, nieustannie spędza wieczory rozmawiając z nim palcami. Wytrzymała długo, regularnie jeżdżąc tam i wracając tu, niezłomnie poprzez nie sprzyjające aury, mrozy, upały i deszcze, stukając w siwe zamarznięte chodniki i topiąc walizkę w warszawskich kałużach. Kończy kolejny etap, milionowy w jej życiu i zaczyna nowy, wiedząc, że już na zawsze i nigdy nie wróci do tego pokoju, ani do żadnego innego, bo kończy z tymczasowością, z erzatzem życia, podtrzymywana jedynie przez życzliwe dusze napotkane w tym ogromnym mieście, które nie pozwoliły jej na rozsypanie się na atomy, chociaż prawie się tak stało i być może wtedy powstałby kolejny pył, proch, nie do zlokalizowania, bo ona całe życie ma wrażenie że dotąd mieszkała wszędzie.
11 gru 2012
M 132:
Kończy się epoka mieszkania w walizce, ma taką nadzieję, że Los przyniesie jej teraz w pełni korzystanie z nareszcie ich domu, zepchnąwszy na boczny tor wszystkie niemiłe sprawy, wszystkie zaciskania zębów, kiedy przez długi wieczór kończy się odległość do domu, zawsze za duża, kiedy stłoczona w dusznym i gorącym busie jedzie tam, gdzie gwiazdy czekają i pieskoty i żyjący kominek i wreszcie jego stęsknione, rozognione oczy. Nareszcie przestanie szarpiąco tęsknić do pięknej, idealnej linii jego umięśnionego brzucha i nakrapianych, silnych ramion, do skrzydeł owijających ją w łóżku, najpierw do lewego, a potem do prawego, bo śpią zawsze wtuleni, dopasowani, bez najmniejszej szczeliny, opierając stopy o jego podbicia, przepływają łódką nocy wypełnioną snami w beżowy poranek przyprószony śniegiem.
Opadną szczeble w drabinie wspinania się po wtorkach i czwartek, zbije się do zera termometr gorączkowo zbijanych dni. Będą razem, ofutrzeni, rozbrykani przez brązowego psa, mieszkać na swojej księżycowej ziemi zrytej przez krety i czekać na wiosnę, aż obudzi się żółw w stawie. Miasto na Wu zażądało, dostało i odrzuciło, zostawia w nim dobre, odnalezione dusze, które przeprowadzały ją przez przełęcz tygodni. Nie wszystko uda się zmieścić do walizki, może dlatego tak bardzo nie umiała spowszednieć w tym dużym, zaśnieżonym mieście, wystrojonym na Święta jak żadne inne, bo na każdej ulicy, w każdym zaułku czuła wyraźny brak tego, co rośnie daleko stąd. Nie da się zabrać ciepła jego rąk, zaspanych oczu, kiedy odwozi ją o 4 rano co poniedziałek, kawy rano pitej w kubku w ważki, a po południu w szklance, nie da się zabrać wszystkich butów i kurtek, rześkiego powietrza w ich sypialni, miny kota leżącego na schodach.
Kiedyś otoczona pierścieniem krakowskich Plant nie wyobrażała sobie, że może go zdjąć, teraz Los znów zacieśnia wokół niej krąg, o którym zawsze marzyła, że będzie na codzienne wyciągnięcie ręki.
Opadną szczeble w drabinie wspinania się po wtorkach i czwartek, zbije się do zera termometr gorączkowo zbijanych dni. Będą razem, ofutrzeni, rozbrykani przez brązowego psa, mieszkać na swojej księżycowej ziemi zrytej przez krety i czekać na wiosnę, aż obudzi się żółw w stawie. Miasto na Wu zażądało, dostało i odrzuciło, zostawia w nim dobre, odnalezione dusze, które przeprowadzały ją przez przełęcz tygodni. Nie wszystko uda się zmieścić do walizki, może dlatego tak bardzo nie umiała spowszednieć w tym dużym, zaśnieżonym mieście, wystrojonym na Święta jak żadne inne, bo na każdej ulicy, w każdym zaułku czuła wyraźny brak tego, co rośnie daleko stąd. Nie da się zabrać ciepła jego rąk, zaspanych oczu, kiedy odwozi ją o 4 rano co poniedziałek, kawy rano pitej w kubku w ważki, a po południu w szklance, nie da się zabrać wszystkich butów i kurtek, rześkiego powietrza w ich sypialni, miny kota leżącego na schodach.
Kiedyś otoczona pierścieniem krakowskich Plant nie wyobrażała sobie, że może go zdjąć, teraz Los znów zacieśnia wokół niej krąg, o którym zawsze marzyła, że będzie na codzienne wyciągnięcie ręki.
2 gru 2012
M 131 albo wysiadła z kołowrotka:
Tęskniła do liter, do tego pisania, które na każdym kroku wysącza się z niej, ale jakaś niemożność listopadowa, splot niemiłych okoliczności sprawiały, że za nic nie mogła strząsnąć tych słów z palców, dusząc się tym samym, zaplątując w ciasny, nerwowy kokon, karmiony kalmsami i śliwką nałęczowską w czekoladzie i troską jego ciemnych oczu, kiedy wreszcie ta zżerająca niepewność się skończy.
Miasto na Wu stroi się w światełka zwiastujące świąteczny czas, oddycha mroźniejszym powietrzem, zapycha magazyny towarem z nadzieją na wizyty Mikołaja, a ona, zepchnięta koniecznością w ściany żółtego pokoju nawet nie ma ochoty ruszyć się gdziekolwiek dalej, poza wyznaczony kwadrat. Kończy się wreszcie życie tu, najchętniej nie wracała by za nic nawet na moment, do tych wielkich reklam, miejsc, do których nie pójdzie z żadną przyjaciółką, bo właśnie ostatnia z nich wyjechała i nie ma już tu nic, co by ją mogło przywiązać na dłużej. Wniosek z wyrzeczeń, odległości, pokory, siły, marznących rąk i zadeszczonych dni, upalnych pustych popołudni, drogich lanczyków, chrupiących bagietek, sklepów z wytwornymi ubraniami, szurania walizką, szarpiącej i nie okiełznanej tęsknoty, nie spania we własnym łóżku kilometrami dni, bez oparcia na jego lewym skrzydle, zjedzonych drożdżówek z serem, zapchanych basenów, drogich fitness klubów, tysiąca podróży, schylania głowy, wkładania we wszystko serca - nie warto.
To miejsce i tak wypluje, nie doceni, wyłącznie żąda i jak się nie spełnia to nie tłumaczy, ale po raz kolejny kopie z całej siły zostawiając resztki dobrego wrażenia, to miasto jest dla bezsercowych i dla tych, którzy kochają swoje kołowrotki bo nie widzą z nich wyjścia, albo nie widzą go na razie. Już niedużo zostało, czeka więc, kiedy wypełnią się dni, kiedy powie swojemu domowi jestem, kiedy pojedzie do ukochanego miasta zaplątać się w Planty i we wspomnienia, nadziać zęby na precel, zakochać się w nim jeszcze raz w Zaułku Niewiernego Tomasza, sączyć światła przez zmrużone oczy i zapach grzańca, uwierzyć, że dalej będzie tylko tak jak ona chce. Że wreszcie jej siła będzie wzgórzem a nie doliną, że ona przestanie się dopasowywać, mierzyć foremką, że wszystko wytrzyma i poczeka, nie nie będzie, za nic. Ona zerwała gwiazdkę z nieba nad ich domem, i z tym światłem pójdzie dalej.
Miasto na Wu stroi się w światełka zwiastujące świąteczny czas, oddycha mroźniejszym powietrzem, zapycha magazyny towarem z nadzieją na wizyty Mikołaja, a ona, zepchnięta koniecznością w ściany żółtego pokoju nawet nie ma ochoty ruszyć się gdziekolwiek dalej, poza wyznaczony kwadrat. Kończy się wreszcie życie tu, najchętniej nie wracała by za nic nawet na moment, do tych wielkich reklam, miejsc, do których nie pójdzie z żadną przyjaciółką, bo właśnie ostatnia z nich wyjechała i nie ma już tu nic, co by ją mogło przywiązać na dłużej. Wniosek z wyrzeczeń, odległości, pokory, siły, marznących rąk i zadeszczonych dni, upalnych pustych popołudni, drogich lanczyków, chrupiących bagietek, sklepów z wytwornymi ubraniami, szurania walizką, szarpiącej i nie okiełznanej tęsknoty, nie spania we własnym łóżku kilometrami dni, bez oparcia na jego lewym skrzydle, zjedzonych drożdżówek z serem, zapchanych basenów, drogich fitness klubów, tysiąca podróży, schylania głowy, wkładania we wszystko serca - nie warto.
To miejsce i tak wypluje, nie doceni, wyłącznie żąda i jak się nie spełnia to nie tłumaczy, ale po raz kolejny kopie z całej siły zostawiając resztki dobrego wrażenia, to miasto jest dla bezsercowych i dla tych, którzy kochają swoje kołowrotki bo nie widzą z nich wyjścia, albo nie widzą go na razie. Już niedużo zostało, czeka więc, kiedy wypełnią się dni, kiedy powie swojemu domowi jestem, kiedy pojedzie do ukochanego miasta zaplątać się w Planty i we wspomnienia, nadziać zęby na precel, zakochać się w nim jeszcze raz w Zaułku Niewiernego Tomasza, sączyć światła przez zmrużone oczy i zapach grzańca, uwierzyć, że dalej będzie tylko tak jak ona chce. Że wreszcie jej siła będzie wzgórzem a nie doliną, że ona przestanie się dopasowywać, mierzyć foremką, że wszystko wytrzyma i poczeka, nie nie będzie, za nic. Ona zerwała gwiazdkę z nieba nad ich domem, i z tym światłem pójdzie dalej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)