23 lut 2017

M 239:

Dużo myśli jak nieuporządkowane kłębowisko kabli, jak z nich wyplątać słowa, czasem się nie da, bo wieczór za krótki, bo godziny się tak naciągnęły, że zostaje tylko trochę siły na zmycie tuszu do rzęs płynem micelarnym Nivea do cery nadwrażliwej, wklepanie regenerującego kremu z olejkami Yves Rocher, poklepanie prostokątem szyby po deszczu z drugiej strony i wpadnięcie w sen jak w nieoczekiwaną dziurę.
Jest czas narodzin i czas śmierci, najtrudniej wytrzymać w tu i teraz, bez myślenia, co będzie i jakie wielkie wyrwy zostaną, jak kogoś zabraknie. Ktoś się rodzi i ktoś umiera, miejsca się wymieniają, niby to prastary cykl od wieków, ale kiedy pojawi się gdzieś w jej otoczeniu, to trudno to wytrzymać. Jak bardzo nie ma się wpływu na wiele rzeczy, jak dużo energii idzie tam, gdzie niekoniecznie powinno, i zapętla się to wszystko i wścieka. Potrzeba dużo cierpliwości na czekanie w szpitalu aby przepłynąć ten ocean godzin, które z czasem stają się naprawdę długie, jak rzędy krzeseł wypełnionych niepokojem, skajowymi kozakami, szeptami w konfesjonałach telefonów. Przez te długie oczekiwanie na wynik, co jej wysiadło w mechanizmie oddychania, można policzyć paluszki beskidzkie w podświetlanej szafie, obejrzeć w uszach i mimowolnie wszystkie programy na tvp polonia, można pomilczeć tak, jak dawno się nie milczało i pomimo słabości, to takie czekanie też jest dobre. Jakoś się tak nauczyła, że w każdej i długiej i krótkiej minucie zauważa tysiące szczegółów, które trzymają w pionie, takie małe mrówki z tu i teraz, zbierające tyle myśli w linie i litery i one właśnie pozwalają jej wyżyć każdy dzień maksymalnie intensywnie. Jak bardzo daleko są duże miasta z kawkami i promocjami, z szumem i reklamami, z wiosennymi koniecznościami po raz kolejny, jeszcze dalej niże te obłoki i na razie nie ma siły, ani czasu ich dosięgnąć.

11 lut 2017

M 238 albo o wąchaniu:

Jest jak terminator, bo jak się uderzy o skośną ścianę w łazience to głowa boli, ale nic to, wstaje i idzie dalej, patrząc na krystaliczne, zimowe niebo. W ogóle idzie do przodu, bo nie można inaczej, bo przecież trzeba ładnie zamykać krzyki małej jej w obręczy jej ramion, utulać i całować w śmiech każdą tęsknotę za mamą, żeby była blisko, jak najbliżej, bo inaczej jest mały koniec świata. Leczą się z katarów, we trzy oglądają karmnik z sikorkami, mrużą oczy od słońca i sobie są, każda na swój sposób i w swoim rytmie, trzy wielkookie. Dni są podobne, litery nazbierane przez cały dzień nagle nie mają siły już o dwudziestej pierwszej i są takie słabe, że nie wychodzą z palców, szkoda, bo luty już zaawansowany. Ogląda i zachwyca się nowymi diorami i chanel, podgląda trendy i maluje paznokcie po to, żeby zaraz się złościć, że tyle czasu zajmuje ich zmazywanie, a przez ten czas mogłaby dłużej poleżeć choćby o tę bezcenną milisekundę. Kiedyś kupowała kosmetyki, żeby je po prostu mieć, malować się nimi o tak, dla wielkiej przyjemności i po prostu posiadania kunsztownych pudełeczek, nawyrzucała się ostatnio całych stosów, ciągle zresztą znajduje próbki kremów, serum, odżywek, balsamów, perfum, których i tak nie zużyje, które zasnęły na wieki z datą ważności jak wieko do trumny, tak, fajnie było je mieć, chociaż nigdy by sobie nie kupiła kremu za czterysta złotych, bo przecież to rzeczy dla małych nich, tyle. Może sobie wyobrazić jak pachnie wiosna w perfumerii, składa więc nuty zapachowe, co nowego, dla niej niezmiennie paczula i kwiat pomarańczy, numer jeden o każdej porze dnia i roku. Jej pierwsze pachnidło to "Le Jardin" Bourjois, potem długo nic i wreszcie L'eau par Kenzo, zapach deszczu, do którego wraca niezmiennie z sentymentem, zapach kupiony po raz pierwszy na wycieczce w San Marino, czasy to były zamierzchłe. Na pewno nie lubi zapachów słodkich, karmelowych, mało wyrazistych, takichjakwszystkie, mogłaby pachnieć tym, co już umarło, czego już nie ma i się nie powtórzy, Le Feu d'Issey Miyake, dymnym i skórzanym Black Cashmere Donny Karan, Kingdom Aleksandra McQueena, miękką i niewinną Glorią Cacharel, ciężkim i skórzanym Guccim I, ukochaną Cinemą YSL, Sensi Armaniego, co to za czasy teraz, tak, jest wiele pięknych zapachów, ale za dużo jest do siebie podobnych. Lubi wchodzić rano do łazienki, w której jeszcze unosi się męski zapach Botega Veneta, uśmiecha się, pochylając nad maleńką nią, bo ona jeszcze wciąż pachnie małym dzieckiem, a zapach ten wyrasta wraz z umiejętnością mówienia i chodzenia, mija za szybko, dlatego trzeba jak najdłużej wwąchiwać się w śmiech na szyi.
Tak mało używa perfum, stoją rzędem, Feminite du Bois Serge'a Lutensa, kolekcja Aqua Allegorii Guerlain, niestety bez ukochanej Pamplelune, Allure Chanel, piżmowy i swetrowy Narcisio Rodriguez , Eau Premiere Chanel, Elle YSL, Botega Veneta, cudownie różana Stella McCartney, gorzkawo-świeży Dior, wspomnienie po stłuczonej Cinemie YSL, malinowy Baby Doll YSL i dawno nie używany Eclat d'Arpege Lanvin. Lubi pamiętać zapach Belle d'Opium YSL, Anais Anais Cacharel, Nu YSL, czasami odwiedza perfumerie i przywołuje lubiane zapachy, zatapia się w tych niszowych w niszowych miejscach, gdzie mieszkają, tak jakoś ma. Czeka na zapach wiosny, rozgrzebanej ziemi, lżejszego powietrza, czeka, aż wyprodukują pachnidła do auta o aromacie paczuli, szkoda, że błękitny śnieg nie pachnie, tylko wygląda mrozem, lśniący w księżycowym świetle, nierealny, taki, jak lubi, do zapamiętania, cud.

29 sty 2017

M 237 albo nieopisane niewyspanie:

Nie wie, czy kiedyś była tak zmęczona, nawet wtedy jak mieszkała w walizce to nie było tak strasznie, bo wtedy miała na głowie tylko dobrze obcięte włosy i dwa ukochane koty i nic więcej, a teraz ma dwie małe je i ta jedna wciąż tnie jej noce na niewyspane kawałki, każe się utulać, masować każdy skurcz brzucha, każdy krzyk, która szpulką przenikliwego dźwięku potrafi rozwinąć się w długie nocne godziny. Przewraca się już o siódmej, podpiera mocną kawą o ósmej, a potem przez dzień walczy z rwącym bólem ręki i wtula się w zapach śpiącej maleńkiej niej, żeby nie czuć tego, że jest zmęczeniem zmęczeń i nic na razie tego nie zmieni. To jak sinusoida, z jednej strony radość z pokazywania świata, z drugiej nieustająca, pochłaniająca, żrąca, ogromna, ponad jej siły potrzeba nieprzerwanego snu siedemdziesiąt dwie godziny. Czas depcze jej przez to po twarzy liniami wokół nosa i oczu, zwalcza je ustawicznie wklepując sumiennie rano i wieczorem inne konsystencje i składy, ale im bardziej się stara, tym mniej śpi i koło się zamyka. Ciężko jej się oddycha, bo nie ma najłatwiejszego czasu pomimo czterech niebieskich oczu dwóch szczęść, stara się znaleźć wyrwę w tej ścianie, jaka się stworzyła, już prawie jest, można się zaczepić, zrobić dziurę, powiększyć i przejść na stronę, gdzie jest lepiej, gdzie znów się nie wyśpi, ale będzie więcej tlenu.
Przez trzy tygodnie niepisania milion razy użyła inhalatora i rozmaitych leczących płynów, zaśmieciła samochód kubkami po kawie i ryżowymi chrupkami, które małą rączką pożera maleńka ona, przebrnęła przez wielkie mgły i zakręty, naoglądała się wspaniałości ze świata tworzonego pędzlami, obiecała, że wywiesi karmnik dla ptaków i na razie stoi na ziemi a mróz trzyma, pojechała tam, gdzie świecił śnieg na niebiesko a buty chrupały białą ziemię. Czasami jest tak, że opadają ręce nawet z niepisania, chociaż każących pisać myśli tysiąc, kiedy sprawdza na sobie, że na świecie wciąż są dobre ale i złe rzeczy, kiedy najbliżsi mentalnie umierają bo się pogubili w krainie pieniądza i nic ich nie wróci, kiedy znów włącza respiratory przyjaciół i bycia tu i teraz i to jest jak gazik z octeniseptem, pomaga na chwilę, nie szczypie i goi powoli. Może ma więc niedobory wszystkiego przez to zmęczenie, może mózg jej się wyprostował i ma jedną komórkę z napisem spać, może. Coraz częściej nie ma siły umyć rzęs i wytrzymać do dwudziestej drugiej, bo i tak wie, że znów nie dane będzie jej zapaść w fazę REM.

7 sty 2017

M 236 albo maligna:

Milczy ten początek stycznia sklepami, ulice puste zamiecione przez dziadka mroza, kret nawet zamilkł i nie buduje fortyfikacji na trawniku, nic się nie dzieje, nic, biało wszędzie, cicho wszędzie, zima. Ona wysupłuje tabletki z szeleszczących papierków, liczy krople, wlewa misternie tutką z miarką to, co potrzeba w małe buzie, utula, zamyka powieki na sen, a potem pada sama w pociętą chorobą noc, walczy cały dzień z czterdzieści na termometrze i ledwo żyje. Sprząta, gotuje rosół, który właściwie sam się robi, odpoczywa włączając przycisk czuwanie, jak ma siłę, to napije się wody, jak nie, to nie. W tym chorowaniu pod sufit bolącej głowy uśmiecha się pod nosem, jak na wszystkim teraz zarabia się pieniądze, mogła by być skincoachem, tak, coś takiego istnieje, umarła ze śmiechu, doulą, kupowaczem ubrań na zlecenie, masterchefem obiadów z niczego i w piętnaście minut, przewodnikiem po sklepach w Manufakturze, Galerii Łódzkiej, Galerii Echo i Słonecznej, doradcą wyprawek dla dziecka, przewodnikiem po sklepach z akcesoriami dla dzieci, testerką wózków, smoczków, kocyków eko, bio i organic, butelek do mleka i akcesoriów potrzebnych w podróży, niezmiennie makijażystką i kimś, kto wie, jaki kolor zastosować i z jakiej firmy kupić fluid, które wino jest dobre z tych ze średniej półki, jak bez gps-a dojechać na koniec świata kierując się intuicją, jakoś dużo tego i co z tego. Z wszystkiego można wykreować zawód, a dla niej jej umiejętności są czymś tak naturalnym, że nigdy by nie pomyślała, że można z tego założyć firmę, pozyskać środki z UE, zdobywać klientów i działać i mówić wszem i wobec, że moja pasja jest moim zawodem, jakie to cudowne, jejku. Tak, drwi trochę, ale lansiarstwa w świecie jest tyle, że codziennie można je wydobywać wiadrami, podziwia i docenia tych, którzy tak potrafią, bo ona za nic tak nie potrafi. I jakby pisała więcej, umiała codziennie pod batem dyscypliny blogować i zdobywać czytaczy, traktować to jak swój zawód i brać za współpracę minimum dwa tysiące, jakby się obudziła wcześniej z tym wszystkim, co potrafi, to może miałaby już na czerwoną mazdę cx5, a tak to o. Podziwia tych, co tak potrafią, przygląda się, nawet w gorączce, bo świat się nie zatrzymał, a ona trochę tak i dobrze jej z tym, bo ma poczucie, że najbardziej na świecie potrafi być człowiekiem dobrą radą i tak ma od zawsze i to się nie zmieni. Najważniejsze to wyzdrowieć i móc obejrzeć, jak śnieg się skrzy i w ogóle móc do niego wyjść, ulepić białą kulę i pobawić się z aniołem stróżem.

22 gru 2016

M 235 albo powroty z mgły:

Ciągle ją coś boli, w tej zimie bezśnieżnej, zaledwie siwej do południa, bo potem to już nie, kiedy robiła kolejną blachę ciasteczek dopadł ją ból łokcia, cudownie po prostu, zalał mdlącą falą jak za dużo majonezu w sałatce, jak natarczywy zapach melona, no niedobrze, przeciążone ma wszystkie stawy i jak chodzi to skrzypi. Jak wstała w poniedziałek, to musiała otworzyć pudełko z farbą Revlon średni brąz, bo na głowie kilkutygodniowy dramat, wszystko wysuszone przez zimę, przez ustawiczne niewyspanie, jakby niedobór snu kruszył końcówki włosów, dorabiał siwe włosy i paznokcie, przesuszał ramiona, chociaż tyle w siebie smaruje. Jak dobrze, że na świecie jest Hada Labo, cudem nie pozwala odwodnić skóry na twarzy, dodaje tego, co zabiera tortura przymusowego budzenia, jak ona tak długo da radę, to nie wie, bo ostatnio nieustannie włącza szósty bieg. Jak jedzie długo samochodem, przez milczące wsie i posiwiałe pola, jak sobie ustawia światła, bo zapomniała, jak się włącza przeciwmgielne, a trzeba wysunąć korbkę i wtedy są, jak wysila wzrok, żeby polizać światłami drogę na tyle, żeby było coś widać, to myśli o herbacie, którą wypije zaraz po przyjeździe. I będzie to zielony earl grey Irvinga, w szklance w paski, byleby więc dojechać do tej herbaty, w tej mgle, w tej zimie w miarę bezpiecznie i bez mandatu, byleby one nie płakały że coś, że lalka upadła, że chrupek, że nuda, gorąco, nie ta piosenka, za daleko i takie tam. Więc wraca z tej mgły, wyciąga się z kubków po kawie, z okruchów obłędnej drożdżówki z Paradyża, wychodzi z zesztywniałych kolan, wyciąga tysiąc rzeczy z samochodu i układa je w rzędzie na tygodniowe rozpakowanie, a potem, kiedy już wypije tego earl greya, kiedy zje kanapkę z serem havrati, keczupem Kotlin w szklanej butelce i kiełkami brokuła, kiedy dopilnuje kiedy wszystkie ciepłe stopki są przykryte a smoczki włożone i śpią, wtedy zatapia się zachłannie w niego, w rytmie milesa, niespiesznie raz i dwa, kiedy nie wie, gdzie kończy się on a zaczyna ona, pełne jing i jang, płonie wszystko w jego brązowych oczach, silnych palcach i nakrapianych ramionach, nie gasi tego nawet wirujący dźwięk trąbki ani dorosłe godziny wieczoru. Tu jest najbezpieczniej, w jednej chwili można zostawić te bolące kolana i łokcie i sobie tak pobyć ile się da i na ile pozwoli cienka granica między późnym wieczorem, a ciężką, ciemną nocą.




10 gru 2016

M 234 albo dwa:

Raz jest kożuch śniegu, a raz nie ma i kiedy nie ma, to mała ona twierdzi, że idzie wiosna a nie zdążyła ulepić bałwana. Każdego dnia przesuwa moment, kiedy weźmie z tarasu mały, żółty i jeszcze nadmuchany basen, bo jak przyjdą mrozy, to się ten basen zepsuje, a maleńka ona miałaby w nim dużo radości już wtedy, kiedy będzie ciepło. Więc się w końcu zbierze i zrobi te trzy kroki w zimnie. I powinna tez pochować meble ogrodowe do altany, bo w sumie już czas, a brudny śnieg sprawi, że na i tak już przyszarzałej bieli będzie jeszcze gorzej. Jeszcze kilka dni temu kwitły begonie, ale teraz powalone zimnem, umarły jednej nocy. Za to kret nie próżnuje i postawił dwadzieścia piramid Cheopsa opodal stawu a on za nic nie może go złapać w zastawiane rurki-pułapki. Ona dużo w domu, bo maleńka ona kaszle i są sobie we trzy i tak dni płyną, wypełnione inhalacjami, syropami i obserwacją, jak ogród coraz bardziej zastyga. Ma dwie małe je i tak sobie myśli, że dwa albo bycie drugą było u niej najczęstsze. Urodziła się w drugim miesiącu roku. Zazwyczaj była druga w klasie w nauce, druga w konkursach literackich, bo w plastycznych to zazwyczaj pierwsza. W harcerstwie zawsze przyboczna albo ogólnie zastępca drużynowej, jak wierny giermek-uzupełniacz, kończyła marzenia na zielonym sznurze, nie na granatowym. W pracy zastępca, prawa ręka, lewą też była, ale z awansem na prawą.  Dobra asystentka. Druga córka.  Ona też ma dwie córki z drugim mężem. Tak miało być, że są one dwie, bo jakżeby inaczej, skoro podwójny los na wszystko, ale tak właśnie on się układa. Ilu ma takie drugie życie, dane z różnych powodów. Ilu wchodzi do tej samej rzeki. Ilu nie docenia tego pierwszego życia , nie patrzy na znaki i na to, że wszystko jest po coś. Tak ma, ta ona i co jeszcze będzie u niej drugie, tego jeszcze nie wie.

22 lis 2016

M 233 albo o deficycie:

Ona: pogniotło jej się bardziej wokół oczu, to przez pourywane noce, nieregularne wtykanie smoczka, nie wiadomo o której porze, budzi się na zawołanie, właściwie mało co śniąc, albo śniąc ekspresowo, żeby w nocy zmieścić wszystko co powinno się w niej zmieścić, poczynając od wtarcia cudotwórczego kremu do twarzy Hada Labo z wszystkim, co wygładza, napina, nawilża i przeciwdziała, poprzez nałożenie kremu do stóp, jakiegoś w zielonej tubce, włączenie radia na trzy, zgniecenie rogu w poduszce i potem położenie się na lewym boku, zerkając, czy na posterunku jest wszystko co potrzebne aby przepłynąć przez tę noc. I wstać na tyle przytomną, aby uważnie zaparzyć mocną arabikę, która obudzi ich cały dom.

Ona: lubi patrzeć na jego stopy w skarpetkach i skórzanych japonkach Abercrombie&Fitch, niezniszczalnych, na spodnie od piżamy w kratę, na wicherki na krótkich włosach, na świder w brązowych oczach i co wieczór zamyka oczy całując go w szyję na dobranoc.

On: urządza, przestawia, maluje, przewozi, planuje, docina, wierci, zawiesza i wbija.

Ona: podróżuje sobie myślami po znajomych, przypomina, jak pachną ich mieszkania, jaki jest u nich rozkład pomieszczeń, gdzie się jechało, tęskni trochę. Do rozmów nie o dzieciach, do peelingu na twarzy nie z lustrem w parze, do rozmów długonocnych, do zrobionej kawy z mleczną pianką, do zatracenia się w sklepie z kosmetykami, aby wsiąknąć w nowości, kolory i konsystencje.
Ale z drugiej strony więcej śpiewa, bo maleńka ona to uwielbia i tańczy całą sobą, nie zważa na pogodę, bo jest, jaka jest i zawsze można wziąć parasol i kalosze albo okulary słoneczne i iść pokazywać co i jak rośnie i czekać na upragnioną przez małą nią zimę.

On: troskliwi się o nie trzy, pomimo zamieszania z urządzaniem nowego miejsca do pracy, maluje stare meble apteczne, ustawia, rozkłada i składa, bo przyszło nowe i je urządza.

Ona: cierpi na małopisanie, sennie patrzy na coraz bardziej rudy i pusty ogród. Ma deficyty snu, które wyłażą znienacka i ciężko je przesunąć w którąkolwiek stronę, więc zdarza jej się, że rzuca wszystko, talerze po obiedzie obejrzą piątą po południu a nie wnętrze zmywarki, pada jak ukłuta snem na fioletową kanapę i śpi intensywnie nawet dwadzieścia bezcennych minut, chociaż to i tak mało pomaga. Umie jeździć samochodem  w botkach na dziewięciocentymetrowym obcasie, codziennie po kilkadziesiąt razy porusza się z góry na dół i odwrotnie, nierzadko z dwoma bezcennymi ciężarami naraz, takie ma właśnie ćwiczenia dla niewyspanych. Maluje rzęsy tuszem Bourjois, nakłada Skin Illusion Clarinsa jak przyjaciela na cały dzień, nie maluje paznokci, bo nie ma siły ich zmywać. Sączy się listopad i trzęsie ostatnimi liśćmi. Jest jak jest.

11 lis 2016

M 232:

Jaka ona niedzisiejsza, sweter, panie, normalnie jak z ubiegłej epoki, tylko jak ją zmierzyć, czy to ta z lat osiemdziesiątych, czy jeszcze wcześniej, stamtąd, skąd jej dusza, skąd upodobania do owalu, geometrii Art Deco i kapryśnej linii secesji. Skąd wyczuwanie w powietrzu dworów i czucia się w nich jak u siebie, skąd miłość do koni i maniery sprzed lat. Skąd ważki, irysy, powój, piwonie, suche pastele i akwarele, jakby znalazła się w dwudziestoleciu albo na przyjęciu u Gatsby'ego, to jakoś nikt za bardzo by się nie zdziwił. Zatem nie może wytrzymać absurdów, które się dzieją, że umiera pan, który śpiewał do naczyń włosowatych jej duszy, że depcze się wszystko, o co walczono kiedyś, że nie pisała tyle, bo zjadła ją gruba książka o panu młodszym i starszym, jak zobaczyła obrazy pana starszego, to stwierdziła, że ten pan ją na pewno odwiedził mentalnie i namalował to, co i ona widziała. Pan młodszy zaś, zrobił muzyczną rewolucję, kiedy była prawie że nastolatką, bo w ukochanym radiu puszczał muzykę, przez którą chodziła nieprzytomna i nie wiedziała, czy jest dzień czy noc i od wtedy nic nie było już takie samo. Nie ma już takiego radia, jest zmiana, która nie wiadomo dla kogo jest dobra, jest smętna i niesprawiedliwa jak listopad. Nie lubi tego miesiąca, utkanego z mgły, deszczu, zimnego wiatru, który trzęsie ostatnimi liśćmi, przyspiesza zmianę opon, nie pozwala iść na długi spacer bo nie można ubrać się dostatecznie na przenikliwe, mroźne zimno. Może i dobrze, że nie ma na tym świecie już panów z grubej książki, bo ten młodszy na pewno by nie wytrzymał ani dnia dłużej z tym, co teraz. Nie ma też już śpiewającego pana o głębokim, aksamitnym głosie, który był przy tym jak jej pierwszy chłopak delikatnie rozebrał ją całą i ona wcale nie umarła ze wstydu, bo właśnie była otulona muzyką i to zawsze będzie pamiętać. Jest w tych dniach coś ciężkiego, wilgoć i zimno, żal, że już coś nie wróci, bo może nawet i by nie chciało w takie tu i teraz. Nie ma kiedy zanurzyć się w sobie, jakby jej nie było, bo i tak zauważą ją on i one małe dwie, a z chęcią by stała się przez chwilę przezroczysta, tak lubi, zwłaszcza o tej porze, kiedy za oknem bylejako i sennie tak, że tylko respirator dobrej, średnio palonej arabiki jest w stanie cokolwiek z nią zrobić.

21 paź 2016

M 231:

W ciągu dnia dużo ma ciszy, nie włącza żadnego radia, bo w tym ulubionym trudno wyłowić perły w kaszance, więc lepiej nie słuchać, bo zanim się je znajdzie, dużo dźwięków upłynie. Czasem na górze żyje pralka, a no dole zmywarka, chrapie pies i deszczy deszcz, a poza tym jest bezboleśnie cicho, bez żadnych łomotów tramwaju, bez szumu szumiącej ulicy. Jak ma taki wieczór jak teraz, który sobie płynie, w głowie szumi od obrazów, od liter, od pomysłów i chęci, że tyle w niej jest nieczynnych, zakurzonych rzeczy, bo kiedyś każdy piątek był jak talizman, ze skrupulatnie notowaną Listą Przebojów, z papierem do akwareli przypiętym do korkowej tablicy, z sześcianami bezcennych rosyjskich farb, z suchymi pastelami i czarnym tuszem. I tak słuchała i malowała zawzięcie nawet po północy, potem jeszcze czasem miała siłę na napisanie chińskim długopisem listu, a potem się spało snem obtłuczonym przez poranne tramwaje. Z tamtych czasów zostało wiele zapisanych zeszytów, tuba z malunkami, poczucie, że tyle przed nią, a teraz tyle za nią i brak sił na rozłożenie tych samych farb i pędzli, bo nagle sen przychodzi i kłuje pod powiekami, że już trzeba je zamknąć, że robi się prawie północ, tak dużo bardziej zmęczona niż te dwadzieścia lat temu. Lubi tak sobie w ciszy pomalować słowem, lubi zestawić tempranillo z syrah w jednym kieliszku, lubi pomyśleć, że gdyby miała odrobinę więcej siły, to jeszcze dała by życie niejednej kartce i farbom. Tak sobie w ogóle myśli, że gdyby los postawił ją w innym miejscu, to jak to by się skończyło. Pamięta doskonale, kiedy zaczęła kompletować pierwszą makijażową kosmetyczkę i chociaż początkowo malowała bardzo wolno, to miała już swoje sukcesy. Ciekawe, ile umalowała panien młodych, na pewno dużo ponad sto, ile wiązała krawatów, przejrzała sukien ślubnych, obyczajów domowych, ile pamięta z tych zachwytów i obaw. Jak bardzo to wszystko działo się szybko i ile się działo, jak trudno było o sztuczne rzęsy, o matowe cienie, o pędzle, które kosztowały krocie. Wszystko wypływało z palców i z umalowanych twarzy, z wyczucia, z kilkugodzinnej pracy, z tłuczenia się z ciężkim kufrem, z pokory, mozolnego wspinania się na poziom, kiedy można malować  w świetle telefonu komórkowego, bo na zapleczu pokazu mody wysiadło światło. Co by było, gdyby została na makijażowej drodze, a nie postanowiła być trochę z boku. I jak teraz wyglądają makijaże, wyrysowane, z szablonowymi brwiami, kopie kimkardashianijejsióstr, mocne, pieczołowite, z milionem kosmetyków do wypróbowania, a kiedyś jedna kredka do ust służyła za róż i cień do oczy, nie było nic w zamian, nic osiągalnego. Patrzy więc na siebie, taką nieustannie malującą, zawsze w każdy piątek, na siebie, która nie ulegała żadnym modom, pochylona nad twarzami, skupiona na wydobyciu tego, co w nich istotne, na przyglądaniu się i empatii, co powinno być podkreślone, a co nie, a nie na zamalowaniu i rozblendowaniu, na siebie stojącą po kilka godzin w jednej pozycji, aby upiększyć zwykłe i niezwykłe dziewczyny a potem umierać z bólu pleców i tak do następnego dnia. I co jej z tego zostało, jak w zuoełnie innym jest miejscu, poczucie, że jeszcze umie i potrafi, że musi tylko mocno mrugać oczami, żeby nie zasnąć w porze copiątkowego malowania kiedyś, że nie może bezkarnie już sobie robić smoky eyes, bo czas ją trochę podeptał wokół oczu, bo stworzyła dwa najpiękniejsze dzieła o takich samych oczach, bo może kiedyś wróci do papieru i pasteli, nie wyschły jeszcze na tak, że nie można ich ruszyć. Co za czasy. Pamięta je jej kręgosłup, sztywny i wygięty we wszystkie wygiętości, jakie nie powinny mieć miejsca. A mają.

18 paź 2016

M 230 albo się jesieni:

Ma takie dziwne zestawienia smaków, testuje połączenia, tak ma, że może jeść nawet światło w lodówce, a zawsze smakuje. Pasta jajeczna z chili, grubym szczypiorkiem i szczyptą wędzonej papryki, uklepana na żytniej bułce od Krawczyka, przegryzana chrupiącą, soczystą kalarepą i popijana półsłodkim, orzeźwiającym Lambrusco. Nasycona pomidorami zupa, z grubym makaronem, odrobiną słodkiej śmietany, gotowana na kaczych skrzydełkach, a zaraz potem naleśniki z mąki orkiszowej i jaglanej, z musem z soczystych konferencji i greckim jogurtem. Jak patrzy z góry poniedziałku na podgórze piątku, to jakoś planuje obiady przez tydzień i łowi smaki, co i gdzie pasuje. W tym tygodniu nie może wyjść z kalarepy, więc na pewno będzie jeszcze duszona z marchewką, z dodatkiem masła, białego pieprzu i kopru, jako dodatek do kawałków piersi zagrodowego kurczaka w chrupiącej otoczce z mąki kukurydzianej, dwóch rodzajów papryk i mielonego lnu, smażone na klarowanym maśle. Trzeba pociągnąć te smaki, nasycić się tymi jesiennymi, które niedługo znikną i zostaną dojrzałe pod sztuczną lampą pomidory i wszystko z importu.
Jeszcze są liście, jeszcze platan kurczowo je trzyma i nawet czerwony klon, niedaleko przedszkola małej jej wczoraj umarł klomb z daliami jeszcze w pąkach, smutno się zrobiło, przemarzły. Jak wyjdzie do ogrodu, to będą pachniały krecie roboty, a wszelkie trawy i przekwitłe kwiaty zastygną tak, jak stały i pewnie zostaną w swojej pozycji aż do wiosny. Pomiędzy kuchnią a pokojem, ogrodem z przodu i z tyłu, w domu na górze i na dole, stara się nie być tylko mamą i dlatego uwielbia dwudziestą pierwszą, kiedy piętro jest wyściełane półrocznym i trzyletnim, mocnym snem, który pieczołowicie skleja maleńkie powieki, aby wreszcie mieć czas na znalezienie siebie i ich na fioletowej kanapie, aby choć na jakiś czas naładować baterie w jego skrzydłach. Wciąż za mało siły po wypełnionym dniu, aby policzyć piegi na jego ustach, aby zatopić się w ulubionym jazzie, może jak już listopad zadeszczy i zaziębi wszystko wokół, to ta dwudziesta pierwsza sklei ich wreszcie na całą noc, bez konieczności i wtedy nie będzie mamą, nie będzie kaszlącą i niedospaną, z włosami po fryzjerze, ale jeszcze z kolorem lata, z ratującym skórę japońskim cudem Hada Labo, z nie umalowanymi paznokciami, bo nie ma potem siły, żeby zmywać lakier, ale będzie świadomą i nie wiecznie rozdartą między koniecznościami nią, tak, tego teraz chce.