19 mar 2017

M 242:

Wietrznie, zimno, przedwiosennie, w samochodzie fruwają rysunki małej jej, w garażu i na strychu plaga myszy, przedwiośnie bez przyglądania się. Nie malowała paznokci wieki, nad skroniami dopiero dzisiaj udało jej się zamalować srebrne nitki, nie zastanawia się nad niczym w wyglądzie, nie pamięta, kiedy malowała się cieniami do powiek w codziennym dniu, stała się trochę bezcielesną maszynką do wożenia, odbierania, kupowania kury mięsnej, wiejskich jajek, szynkowej od Nowaka, dwóch kilogramów marchwi, pietruszki, soczystych jabłek i pomarańczy, niezbędnych do uzyskania odpowiedniego dźwięku w wyciskarce wolnoobrotowej Kuvings. Odkurza, wyrzuca śmieci, zmywa, robi tysiąc prań bo rotawirus, mama w czterech ścianach swojej samotności, w wieży o ścianach z rutyny, z pospieszną rundką do sklepu i warzywniaka, jej chwilowa wolność przemierzana jak najszybciej pedałem gazu granatowej Lancii Musa 1,9 TDI, 110 kM, uwielbia to auto, chociaż ma strasznie słabe światła, założy mu nowe okulary i będzie lepiej. Kiedy maleńka ona jedzie autem bum bum z żółtą gąsienicą a mała ona po raz tysięczny jest Elsą i ma moc na fioletowej kanapie, ona szoruje się na sucho włosianą szczotką na dłuższym kiju, potem szybko bierze prysznic robiąc miny w kierunku maleńkiej jej, wciera ujędrniający balsam Dove, potem oprócz toniku z Tołpy nakłada emulsję nawilżającą ze sfermentowanymi algami z Hada Labo i dalej się już nie przejmuje bo nie ma czasu, bo z wciąż gładkiej skóry wychodzi z niej mama. Codzienny czas jest wypełniony szczegółami, odkładaniem, przekładaniem, chowaniem i wyciąganiem, wycieraniem, podnoszeniem, kładzeniem, słuchaniem i myśleniem. W jej mieście nie ma jak i gdzie przeciągnąć oczu po wiosennych propozycjach w kawiarni Costa, uwielbia ich flat white, cudownie aromatyczna arabika bez nuty kwasowości i goryczki z doskonale dobraną ilością mleka, nie ma gdzie iść w niedzielę rano na rodzinne śniadanie z wypiekanymi chrupiącymi bagietkami i ulubioną croque madame, tak, przyznaje się, lubi wspominać takie ucieczki w smaki, kiedy można było posączyć czas przez słomkę wraz z grejpfrutowo-pomarańczowym sokiem albo ulubionym mango lassi ze szczyptą imbiru.
Nauczyła się tej samotności, którą sobie sama wybrała, bo nie spotka na ulicy koleżanki ze szkoły ani ze studiów, ani z bloku, porusza się raczej w ściśle określonym kwadracie i nie zastanawia się ostatnio, czy któryś róg ją bardziej uwiera czy nie, jest sobie każdego dnia, bezmyślnie, leniwie, bo często jest tak, że jej się zwyczajnie pisać nie chce. Ma pokrzywione żebra, bolące plecy, tęskni za nim, szuka równowagi, oddycha, przygląda się, nie chce jej się poukładać w szufladach w bielizną  i znów jest bezcielesna.

8 mar 2017

M 241 albo o chlebie powszednim:

Lubi kupować różne bułki i chleby, nie jest tak, że zawsze te same, nie. W każdym sklepie niedaleko jej domu zwalnia przy półkach z pieczywem, ogląda sobie papierowe naklejki na różnych bochenkach, często kupuje takie malutkie, akurat na jej nieduże potrzeby,  małe, uczciwe bochenki posypane niewielkimi ziarenkami, troskliwie pieczone, zafoliowane i pokrojone, bo tak łatwiej. Lubi miękkie, drożdżowe obwarzanki posypane makiem, cudownie smakują z mirabelkowym dżemem i kozim serem, niekoniecznie te z Wąchocka, bo jak poleżą kilka godzin, to trudno je ugryźć, pomimo swojego nieskalania spulchniaczami. Lubi żytni i razowy z dynią od Krawczyka, żytni z Batmaru i jeszcze taki miękki i ciemnawy stamtąd, który lubi mała ona, tylko z masełkiem. Lubi wwąchiwać się w lekko przypaloną skórkę bułki z przedziałkiem, a potem podgryzać pachnący drożdżami miąższ, w ogóle mogłaby bułki nie jeść, tylko wąchać. W Łodzi jadała wszelakie odmiany żytniego chleba, bez wyraźnych upodobań z miejsca pochodzenia, chociaż w jej kubkach smakowych i równowadze pomiędzy chrupiącą skórką i pięknie wyrośniętym  środkiem, przodował wielki bochen chleba od Gniotka, po który w okresie okołoświątecznym ustawiają się gigantyczne kolejki, porównywalne z tą po pączki w cukierni Michałek na Krupniczej w Krakowie. Krojąc tak wielki chleb, mama zawsze wykonywała na nim znak krzyża i coś w tym jest, że ona też tak ma przed rozpoczęciem krojenia każdego bochenka. Doskonale pamięta smak żulika posmarowanego masłem i powidłami, rodzaj bułki z ciemnej mąki, z drobinkami jakby przypalonego karmelu i rodzynkami, który poza granice Łodzi nigdy nie wyszedł. Uwielbia maleńką piekarnię w Lublinie, pod sufit wypełnioną stosami różnorodnego pieczywa, bez podświetlanych lad i luster, tam kupuje zawsze jaglaka z białym serem w skorupce z cienkiego, twardego drożdżowego ciasta, mniejsze i większe miękkie, rozkosznie pachnące cebularze i jej ulubiony chleb pytlowy, z lekko wilgotną skórką i takim środkiem, który najprościej na świecie rozsiewa aromat uczciwego chleba, który ma równomierne bąbelki na całej powierzchni kromki i tworzy absolutnie doskonały duet z wszystkim, co chciałoby z nim tworzyć kanapkę. Uzależnienie od Krakowa przybiera rozmiary węzła ratowniczego, kiedy wbije zęby w chleb kresowy od Buczka, z nieregularną, spękaną skórką z jednej strony i odciśniętym liściem kapusty z drugiej. Na Starym Kleparzu, w jednej małej budce naprzeciwko  stoisk z serami, kupowała małe bułki z czarnuszką i takie chrupiące, podłużne pszenne, najlepsze do wąchania, potem do jedzenia. Od Pawlaka targała małe bochenki chleba z samymi ziarnami, ulubiony, okrągły królewski i bułki. Z Piekarni Mojego Taty wychodziła z wielkim, podłużnym bochenkiem razowego chleba i nigdy nie mogła się oprzeć tamtejszym drożdżówkom z serem. Uwielbia piekarnie w każdym mieście, które odwiedza, zwłaszcza te małe, posypane mąką i zaparowaną szybą, w których są czasem jeszcze stare wagi, w których pieczywo pakuje się w beżowe, papierowe torebki, z jakiegoś powodu nazwane szarymi. Nie je za dużo pieczywa, więc kiedy trafi w chleb, który smakuje tak, że do zapamiętania, to ją to potrafi uśmiechnąć na długo.

28 lut 2017

M 240 albo urodzinowy:

Trochę to jak westchnienie, przeszło się na drugą stronę i nie stało się nic, stanęła sobie na swojej drabinie lat, postawiła te swoje pięćdziesiąt pięć kilo i spojrzała dziesięć szczebli w dół. Te lata to był czas trzech przeprowadzek, tułaczek, miliona pociągów, biletów, poznanych ludzi, smaków, zużytych kremów, lakierów do paznokci i tuszy do rzęs, poczucie tego, że absolutnie wszystko jest po coś, Piękne dziesięć lat szukania lupą cierpliwości i pokory, potykania się o niezliczone krawężniki i tory kolejowe z wielką, srebrną walizką, którą doprowadziła do śmierci, dźwigając w niej za dużo, a to było trudne. Dwie pary zgubionych butów, zostawione suszarki do ubrań i małe czajniki, zapach osiedlowych sklepów spożywczych i znane na pamięć rozkłady jazdy autobusów. Kolory, smaki, fascynacje jak zimne ognie spalone za szybko, pierogi obok dworca w Żorach, kiedy pociąg ją zgubił i o niej zapomniał i siedziała na dworcu kilka godzin, obładowana myślami bardziej niż zwykle, a pierogi uratowały ją od samotności. Bułka od pani z przedziału, bo była strasznie głodna, a nie zdążyła nic kupić.  Bieg w butach na obcasie na dworcu w Toruniu, z kapiącą torbą od sałatki i wielką srebrną walizką - zdążyła. Poranne godziny szkoleń, kiedy od siódmej już była gotowa z maleńkim rzutnikiem i otwartym sercem na to, co się dalej wydarzy. Nie skończone butelki perfum i drobiazgi, których jeszcze nie wyrzuciła, bo są jak nośniki pamięci tylu wieczorów przez te dziesięć lat. Rytuały powrotów. Złote oczy kotów, których już nie ma, pęknięcie i rozstanie z murem, który miał być na zawsze a jednak się zawalił. Narysowanie tego, co się miało spełnić i wszystko tak się stało, jak chciała. Jaśmin każdego lata, Kraków, dużo Krakowa. Intuicja, ogromna, wyrazista, która prowadziła ją niczym pochodnia, kiedy ona zaciskała zęby i z całej siły wierzyła, że się spełni to, na co tyle czekała.  Trzydzieści trzy lata, adres 3/3 i numerologiczna 33 przyniosły jego brązowe oczy, wciśnięte w Zaułek Niewiernego Tomasza, a potem się potoczyło. Jazda po fioletową kanapę o dwudziestej trzeciej w pachnący czerwiec, zaręczyny prawie w Paryżu odpustowym pierścionkiem, a potem w bardzo upalnym lipcu szelest szmaragdowego jedwabiu i za mała twarz na uśmiech i na radość. Cyprysowa aleja w Bolgheri, wygrzane lato i zrudziała trawa w ogrodzie. Mała i maleńka ona, budowanie domu tam, gdzie nie znała nikogo. Rosnąca siła jak nerw kulszowy, największa i najgrubsza jak do tej pory. Harmonia jak bujanie się w hamaku, kiedy pachnie trawa, kwitną jabłonie i pachnie szczęście. Dużo ją kosztowało to, w jakim miejscu jest teraz, zdarzeń, cierpliwości, czekania, jeszcze większej cierpliwości, bycia poza wszystkim, z całej siły sobą, gdziekolwiek by ją droga nie wyrzuciła, a ona zawsze prowadziła do tam, gdzie jest miłość, bo kocha się nawet spóźniony pociąg, każde potknięcie, każde dobre i złe, które się wydarza, bo jeśli się tego nie zrobi, to nie wróci z milionową siłą i nie przyniesie wszystkiego tego, czego się chce. Jest w bardzo dobrym miejscu, bo zbudowała je sama dokładnie tak, jak miało wyglądać. Ma szczęście w przewlekłym stanie, nie w momencie, jak dziesięć lat temu. Niech więc zostanie.

23 lut 2017

M 239:

Dużo myśli jak nieuporządkowane kłębowisko kabli, jak z nich wyplątać słowa, czasem się nie da, bo wieczór za krótki, bo godziny się tak naciągnęły, że zostaje tylko trochę siły na zmycie tuszu do rzęs płynem micelarnym Nivea do cery nadwrażliwej, wklepanie regenerującego kremu z olejkami Yves Rocher, poklepanie prostokątem szyby po deszczu z drugiej strony i wpadnięcie w sen jak w nieoczekiwaną dziurę.
Jest czas narodzin i czas śmierci, najtrudniej wytrzymać w tu i teraz, bez myślenia, co będzie i jakie wielkie wyrwy zostaną, jak kogoś zabraknie. Ktoś się rodzi i ktoś umiera, miejsca się wymieniają, niby to prastary cykl od wieków, ale kiedy pojawi się gdzieś w jej otoczeniu, to trudno to wytrzymać. Jak bardzo nie ma się wpływu na wiele rzeczy, jak dużo energii idzie tam, gdzie niekoniecznie powinno, i zapętla się to wszystko i wścieka. Potrzeba dużo cierpliwości na czekanie w szpitalu aby przepłynąć ten ocean godzin, które z czasem stają się naprawdę długie, jak rzędy krzeseł wypełnionych niepokojem, skajowymi kozakami, szeptami w konfesjonałach telefonów. Przez te długie oczekiwanie na wynik, co jej wysiadło w mechanizmie oddychania, można policzyć paluszki beskidzkie w podświetlanej szafie, obejrzeć w uszach i mimowolnie wszystkie programy na tvp polonia, można pomilczeć tak, jak dawno się nie milczało i pomimo słabości, to takie czekanie też jest dobre. Jakoś się tak nauczyła, że w każdej i długiej i krótkiej minucie zauważa tysiące szczegółów, które trzymają w pionie, takie małe mrówki z tu i teraz, zbierające tyle myśli w linie i litery i one właśnie pozwalają jej wyżyć każdy dzień maksymalnie intensywnie. Jak bardzo daleko są duże miasta z kawkami i promocjami, z szumem i reklamami, z wiosennymi koniecznościami po raz kolejny, jeszcze dalej niże te obłoki i na razie nie ma siły, ani czasu ich dosięgnąć.

11 lut 2017

M 238 albo o wąchaniu:

Jest jak terminator, bo jak się uderzy o skośną ścianę w łazience to głowa boli, ale nic to, wstaje i idzie dalej, patrząc na krystaliczne, zimowe niebo. W ogóle idzie do przodu, bo nie można inaczej, bo przecież trzeba ładnie zamykać krzyki małej jej w obręczy jej ramion, utulać i całować w śmiech każdą tęsknotę za mamą, żeby była blisko, jak najbliżej, bo inaczej jest mały koniec świata. Leczą się z katarów, we trzy oglądają karmnik z sikorkami, mrużą oczy od słońca i sobie są, każda na swój sposób i w swoim rytmie, trzy wielkookie. Dni są podobne, litery nazbierane przez cały dzień nagle nie mają siły już o dwudziestej pierwszej i są takie słabe, że nie wychodzą z palców, szkoda, bo luty już zaawansowany. Ogląda i zachwyca się nowymi diorami i chanel, podgląda trendy i maluje paznokcie po to, żeby zaraz się złościć, że tyle czasu zajmuje ich zmazywanie, a przez ten czas mogłaby dłużej poleżeć choćby o tę bezcenną milisekundę. Kiedyś kupowała kosmetyki, żeby je po prostu mieć, malować się nimi o tak, dla wielkiej przyjemności i po prostu posiadania kunsztownych pudełeczek, nawyrzucała się ostatnio całych stosów, ciągle zresztą znajduje próbki kremów, serum, odżywek, balsamów, perfum, których i tak nie zużyje, które zasnęły na wieki z datą ważności jak wieko do trumny, tak, fajnie było je mieć, chociaż nigdy by sobie nie kupiła kremu za czterysta złotych, bo przecież to rzeczy dla małych nich, tyle. Może sobie wyobrazić jak pachnie wiosna w perfumerii, składa więc nuty zapachowe, co nowego, dla niej niezmiennie paczula i kwiat pomarańczy, numer jeden o każdej porze dnia i roku. Jej pierwsze pachnidło to "Le Jardin" Bourjois, potem długo nic i wreszcie L'eau par Kenzo, zapach deszczu, do którego wraca niezmiennie z sentymentem, zapach kupiony po raz pierwszy na wycieczce w San Marino, czasy to były zamierzchłe. Na pewno nie lubi zapachów słodkich, karmelowych, mało wyrazistych, takichjakwszystkie, mogłaby pachnieć tym, co już umarło, czego już nie ma i się nie powtórzy, Le Feu d'Issey Miyake, dymnym i skórzanym Black Cashmere Donny Karan, Kingdom Aleksandra McQueena, miękką i niewinną Glorią Cacharel, ciężkim i skórzanym Guccim I, ukochaną Cinemą YSL, Sensi Armaniego, co to za czasy teraz, tak, jest wiele pięknych zapachów, ale za dużo jest do siebie podobnych. Lubi wchodzić rano do łazienki, w której jeszcze unosi się męski zapach Botega Veneta, uśmiecha się, pochylając nad maleńką nią, bo ona jeszcze wciąż pachnie małym dzieckiem, a zapach ten wyrasta wraz z umiejętnością mówienia i chodzenia, mija za szybko, dlatego trzeba jak najdłużej wwąchiwać się w śmiech na szyi.
Tak mało używa perfum, stoją rzędem, Feminite du Bois Serge'a Lutensa, kolekcja Aqua Allegorii Guerlain, niestety bez ukochanej Pamplelune, Allure Chanel, piżmowy i swetrowy Narcisio Rodriguez , Eau Premiere Chanel, Elle YSL, Botega Veneta, cudownie różana Stella McCartney, gorzkawo-świeży Dior, wspomnienie po stłuczonej Cinemie YSL, malinowy Baby Doll YSL i dawno nie używany Eclat d'Arpege Lanvin. Lubi pamiętać zapach Belle d'Opium YSL, Anais Anais Cacharel, Nu YSL, czasami odwiedza perfumerie i przywołuje lubiane zapachy, zatapia się w tych niszowych w niszowych miejscach, gdzie mieszkają, tak jakoś ma. Czeka na zapach wiosny, rozgrzebanej ziemi, lżejszego powietrza, czeka, aż wyprodukują pachnidła do auta o aromacie paczuli, szkoda, że błękitny śnieg nie pachnie, tylko wygląda mrozem, lśniący w księżycowym świetle, nierealny, taki, jak lubi, do zapamiętania, cud.

29 sty 2017

M 237 albo nieopisane niewyspanie:

Nie wie, czy kiedyś była tak zmęczona, nawet wtedy jak mieszkała w walizce to nie było tak strasznie, bo wtedy miała na głowie tylko dobrze obcięte włosy i dwa ukochane koty i nic więcej, a teraz ma dwie małe je i ta jedna wciąż tnie jej noce na niewyspane kawałki, każe się utulać, masować każdy skurcz brzucha, każdy krzyk, która szpulką przenikliwego dźwięku potrafi rozwinąć się w długie nocne godziny. Przewraca się już o siódmej, podpiera mocną kawą o ósmej, a potem przez dzień walczy z rwącym bólem ręki i wtula się w zapach śpiącej maleńkiej niej, żeby nie czuć tego, że jest zmęczeniem zmęczeń i nic na razie tego nie zmieni. To jak sinusoida, z jednej strony radość z pokazywania świata, z drugiej nieustająca, pochłaniająca, żrąca, ogromna, ponad jej siły potrzeba nieprzerwanego snu siedemdziesiąt dwie godziny. Czas depcze jej przez to po twarzy liniami wokół nosa i oczu, zwalcza je ustawicznie wklepując sumiennie rano i wieczorem inne konsystencje i składy, ale im bardziej się stara, tym mniej śpi i koło się zamyka. Ciężko jej się oddycha, bo nie ma najłatwiejszego czasu pomimo czterech niebieskich oczu dwóch szczęść, stara się znaleźć wyrwę w tej ścianie, jaka się stworzyła, już prawie jest, można się zaczepić, zrobić dziurę, powiększyć i przejść na stronę, gdzie jest lepiej, gdzie znów się nie wyśpi, ale będzie więcej tlenu.
Przez trzy tygodnie niepisania milion razy użyła inhalatora i rozmaitych leczących płynów, zaśmieciła samochód kubkami po kawie i ryżowymi chrupkami, które małą rączką pożera maleńka ona, przebrnęła przez wielkie mgły i zakręty, naoglądała się wspaniałości ze świata tworzonego pędzlami, obiecała, że wywiesi karmnik dla ptaków i na razie stoi na ziemi a mróz trzyma, pojechała tam, gdzie świecił śnieg na niebiesko a buty chrupały białą ziemię. Czasami jest tak, że opadają ręce nawet z niepisania, chociaż każących pisać myśli tysiąc, kiedy sprawdza na sobie, że na świecie wciąż są dobre ale i złe rzeczy, kiedy najbliżsi mentalnie umierają bo się pogubili w krainie pieniądza i nic ich nie wróci, kiedy znów włącza respiratory przyjaciół i bycia tu i teraz i to jest jak gazik z octeniseptem, pomaga na chwilę, nie szczypie i goi powoli. Może ma więc niedobory wszystkiego przez to zmęczenie, może mózg jej się wyprostował i ma jedną komórkę z napisem spać, może. Coraz częściej nie ma siły umyć rzęs i wytrzymać do dwudziestej drugiej, bo i tak wie, że znów nie dane będzie jej zapaść w fazę REM.

7 sty 2017

M 236 albo maligna:

Milczy ten początek stycznia sklepami, ulice puste zamiecione przez dziadka mroza, kret nawet zamilkł i nie buduje fortyfikacji na trawniku, nic się nie dzieje, nic, biało wszędzie, cicho wszędzie, zima. Ona wysupłuje tabletki z szeleszczących papierków, liczy krople, wlewa misternie tutką z miarką to, co potrzeba w małe buzie, utula, zamyka powieki na sen, a potem pada sama w pociętą chorobą noc, walczy cały dzień z czterdzieści na termometrze i ledwo żyje. Sprząta, gotuje rosół, który właściwie sam się robi, odpoczywa włączając przycisk czuwanie, jak ma siłę, to napije się wody, jak nie, to nie. W tym chorowaniu pod sufit bolącej głowy uśmiecha się pod nosem, jak na wszystkim teraz zarabia się pieniądze, mogła by być skincoachem, tak, coś takiego istnieje, umarła ze śmiechu, doulą, kupowaczem ubrań na zlecenie, masterchefem obiadów z niczego i w piętnaście minut, przewodnikiem po sklepach w Manufakturze, Galerii Łódzkiej, Galerii Echo i Słonecznej, doradcą wyprawek dla dziecka, przewodnikiem po sklepach z akcesoriami dla dzieci, testerką wózków, smoczków, kocyków eko, bio i organic, butelek do mleka i akcesoriów potrzebnych w podróży, niezmiennie makijażystką i kimś, kto wie, jaki kolor zastosować i z jakiej firmy kupić fluid, które wino jest dobre z tych ze średniej półki, jak bez gps-a dojechać na koniec świata kierując się intuicją, jakoś dużo tego i co z tego. Z wszystkiego można wykreować zawód, a dla niej jej umiejętności są czymś tak naturalnym, że nigdy by nie pomyślała, że można z tego założyć firmę, pozyskać środki z UE, zdobywać klientów i działać i mówić wszem i wobec, że moja pasja jest moim zawodem, jakie to cudowne, jejku. Tak, drwi trochę, ale lansiarstwa w świecie jest tyle, że codziennie można je wydobywać wiadrami, podziwia i docenia tych, którzy tak potrafią, bo ona za nic tak nie potrafi. I jakby pisała więcej, umiała codziennie pod batem dyscypliny blogować i zdobywać czytaczy, traktować to jak swój zawód i brać za współpracę minimum dwa tysiące, jakby się obudziła wcześniej z tym wszystkim, co potrafi, to może miałaby już na czerwoną mazdę cx5, a tak to o. Podziwia tych, co tak potrafią, przygląda się, nawet w gorączce, bo świat się nie zatrzymał, a ona trochę tak i dobrze jej z tym, bo ma poczucie, że najbardziej na świecie potrafi być człowiekiem dobrą radą i tak ma od zawsze i to się nie zmieni. Najważniejsze to wyzdrowieć i móc obejrzeć, jak śnieg się skrzy i w ogóle móc do niego wyjść, ulepić białą kulę i pobawić się z aniołem stróżem.

22 gru 2016

M 235 albo powroty z mgły:

Ciągle ją coś boli, w tej zimie bezśnieżnej, zaledwie siwej do południa, bo potem to już nie, kiedy robiła kolejną blachę ciasteczek dopadł ją ból łokcia, cudownie po prostu, zalał mdlącą falą jak za dużo majonezu w sałatce, jak natarczywy zapach melona, no niedobrze, przeciążone ma wszystkie stawy i jak chodzi to skrzypi. Jak wstała w poniedziałek, to musiała otworzyć pudełko z farbą Revlon średni brąz, bo na głowie kilkutygodniowy dramat, wszystko wysuszone przez zimę, przez ustawiczne niewyspanie, jakby niedobór snu kruszył końcówki włosów, dorabiał siwe włosy i paznokcie, przesuszał ramiona, chociaż tyle w siebie smaruje. Jak dobrze, że na świecie jest Hada Labo, cudem nie pozwala odwodnić skóry na twarzy, dodaje tego, co zabiera tortura przymusowego budzenia, jak ona tak długo da radę, to nie wie, bo ostatnio nieustannie włącza szósty bieg. Jak jedzie długo samochodem, przez milczące wsie i posiwiałe pola, jak sobie ustawia światła, bo zapomniała, jak się włącza przeciwmgielne, a trzeba wysunąć korbkę i wtedy są, jak wysila wzrok, żeby polizać światłami drogę na tyle, żeby było coś widać, to myśli o herbacie, którą wypije zaraz po przyjeździe. I będzie to zielony earl grey Irvinga, w szklance w paski, byleby więc dojechać do tej herbaty, w tej mgle, w tej zimie w miarę bezpiecznie i bez mandatu, byleby one nie płakały że coś, że lalka upadła, że chrupek, że nuda, gorąco, nie ta piosenka, za daleko i takie tam. Więc wraca z tej mgły, wyciąga się z kubków po kawie, z okruchów obłędnej drożdżówki z Paradyża, wychodzi z zesztywniałych kolan, wyciąga tysiąc rzeczy z samochodu i układa je w rzędzie na tygodniowe rozpakowanie, a potem, kiedy już wypije tego earl greya, kiedy zje kanapkę z serem havrati, keczupem Kotlin w szklanej butelce i kiełkami brokuła, kiedy dopilnuje kiedy wszystkie ciepłe stopki są przykryte a smoczki włożone i śpią, wtedy zatapia się zachłannie w niego, w rytmie milesa, niespiesznie raz i dwa, kiedy nie wie, gdzie kończy się on a zaczyna ona, pełne jing i jang, płonie wszystko w jego brązowych oczach, silnych palcach i nakrapianych ramionach, nie gasi tego nawet wirujący dźwięk trąbki ani dorosłe godziny wieczoru. Tu jest najbezpieczniej, w jednej chwili można zostawić te bolące kolana i łokcie i sobie tak pobyć ile się da i na ile pozwoli cienka granica między późnym wieczorem, a ciężką, ciemną nocą.




10 gru 2016

M 234 albo dwa:

Raz jest kożuch śniegu, a raz nie ma i kiedy nie ma, to mała ona twierdzi, że idzie wiosna a nie zdążyła ulepić bałwana. Każdego dnia przesuwa moment, kiedy weźmie z tarasu mały, żółty i jeszcze nadmuchany basen, bo jak przyjdą mrozy, to się ten basen zepsuje, a maleńka ona miałaby w nim dużo radości już wtedy, kiedy będzie ciepło. Więc się w końcu zbierze i zrobi te trzy kroki w zimnie. I powinna tez pochować meble ogrodowe do altany, bo w sumie już czas, a brudny śnieg sprawi, że na i tak już przyszarzałej bieli będzie jeszcze gorzej. Jeszcze kilka dni temu kwitły begonie, ale teraz powalone zimnem, umarły jednej nocy. Za to kret nie próżnuje i postawił dwadzieścia piramid Cheopsa opodal stawu a on za nic nie może go złapać w zastawiane rurki-pułapki. Ona dużo w domu, bo maleńka ona kaszle i są sobie we trzy i tak dni płyną, wypełnione inhalacjami, syropami i obserwacją, jak ogród coraz bardziej zastyga. Ma dwie małe je i tak sobie myśli, że dwa albo bycie drugą było u niej najczęstsze. Urodziła się w drugim miesiącu roku. Zazwyczaj była druga w klasie w nauce, druga w konkursach literackich, bo w plastycznych to zazwyczaj pierwsza. W harcerstwie zawsze przyboczna albo ogólnie zastępca drużynowej, jak wierny giermek-uzupełniacz, kończyła marzenia na zielonym sznurze, nie na granatowym. W pracy zastępca, prawa ręka, lewą też była, ale z awansem na prawą.  Dobra asystentka. Druga córka.  Ona też ma dwie córki z drugim mężem. Tak miało być, że są one dwie, bo jakżeby inaczej, skoro podwójny los na wszystko, ale tak właśnie on się układa. Ilu ma takie drugie życie, dane z różnych powodów. Ilu wchodzi do tej samej rzeki. Ilu nie docenia tego pierwszego życia , nie patrzy na znaki i na to, że wszystko jest po coś. Tak ma, ta ona i co jeszcze będzie u niej drugie, tego jeszcze nie wie.

22 lis 2016

M 233 albo o deficycie:

Ona: pogniotło jej się bardziej wokół oczu, to przez pourywane noce, nieregularne wtykanie smoczka, nie wiadomo o której porze, budzi się na zawołanie, właściwie mało co śniąc, albo śniąc ekspresowo, żeby w nocy zmieścić wszystko co powinno się w niej zmieścić, poczynając od wtarcia cudotwórczego kremu do twarzy Hada Labo z wszystkim, co wygładza, napina, nawilża i przeciwdziała, poprzez nałożenie kremu do stóp, jakiegoś w zielonej tubce, włączenie radia na trzy, zgniecenie rogu w poduszce i potem położenie się na lewym boku, zerkając, czy na posterunku jest wszystko co potrzebne aby przepłynąć przez tę noc. I wstać na tyle przytomną, aby uważnie zaparzyć mocną arabikę, która obudzi ich cały dom.

Ona: lubi patrzeć na jego stopy w skarpetkach i skórzanych japonkach Abercrombie&Fitch, niezniszczalnych, na spodnie od piżamy w kratę, na wicherki na krótkich włosach, na świder w brązowych oczach i co wieczór zamyka oczy całując go w szyję na dobranoc.

On: urządza, przestawia, maluje, przewozi, planuje, docina, wierci, zawiesza i wbija.

Ona: podróżuje sobie myślami po znajomych, przypomina, jak pachną ich mieszkania, jaki jest u nich rozkład pomieszczeń, gdzie się jechało, tęskni trochę. Do rozmów nie o dzieciach, do peelingu na twarzy nie z lustrem w parze, do rozmów długonocnych, do zrobionej kawy z mleczną pianką, do zatracenia się w sklepie z kosmetykami, aby wsiąknąć w nowości, kolory i konsystencje.
Ale z drugiej strony więcej śpiewa, bo maleńka ona to uwielbia i tańczy całą sobą, nie zważa na pogodę, bo jest, jaka jest i zawsze można wziąć parasol i kalosze albo okulary słoneczne i iść pokazywać co i jak rośnie i czekać na upragnioną przez małą nią zimę.

On: troskliwi się o nie trzy, pomimo zamieszania z urządzaniem nowego miejsca do pracy, maluje stare meble apteczne, ustawia, rozkłada i składa, bo przyszło nowe i je urządza.

Ona: cierpi na małopisanie, sennie patrzy na coraz bardziej rudy i pusty ogród. Ma deficyty snu, które wyłażą znienacka i ciężko je przesunąć w którąkolwiek stronę, więc zdarza jej się, że rzuca wszystko, talerze po obiedzie obejrzą piątą po południu a nie wnętrze zmywarki, pada jak ukłuta snem na fioletową kanapę i śpi intensywnie nawet dwadzieścia bezcennych minut, chociaż to i tak mało pomaga. Umie jeździć samochodem  w botkach na dziewięciocentymetrowym obcasie, codziennie po kilkadziesiąt razy porusza się z góry na dół i odwrotnie, nierzadko z dwoma bezcennymi ciężarami naraz, takie ma właśnie ćwiczenia dla niewyspanych. Maluje rzęsy tuszem Bourjois, nakłada Skin Illusion Clarinsa jak przyjaciela na cały dzień, nie maluje paznokci, bo nie ma siły ich zmywać. Sączy się listopad i trzęsie ostatnimi liśćmi. Jest jak jest.