23.08.2016

M 226 albo tak sobie :

Jak on jest obok niej to od razu cieplej, chociaż siedzi na kanapie pół metra od niej, ale wystarczy napotkać jego wyczulone na wszystko palce i już lepiej, już. Sierpień rozgniata się malinami na podniebieniu, cudownie smakują nieprzyzwoicie słodkie brzoskwinie, podobne do tych, jakie kiedyś jadła w Egerze. Gdyby nie zasłona z komarów, pięknie by było potowarzyszyć świerszczom w pachnącym ogrodzie, położyć się na trawie i być sobie w nocy, stykając się ramionami, głowami i ustami, bo może, bo trawa pięknie zielona, nie wysuszona przez pobłażliwe dla niej lato.

 Ma sierpniowe ciężkie sny, przerywane przymusowymi pobudkami, zapada się w kolejne obrazy tak, że Incepcja wysiada, co za projekcje, kto jej to w mózg włożył i ile on potrafi, chociaż budzi się do prawie przytomności co trzy godziny. A potem poranek ciężki, przedłużony drzemaniem pod dwudziestominutową sesją nagraniową pozytywki maleńkiej jej, zalewany kawą z włoskiej kawiarki, pitą pospiesznie z dużego kubka, ma tak, że w określonym sączy ją rano, a w jeszcze innym po południu i te kubki tworzą nastrój w kuchni, jakby ich nie było, to tak, jakby się stłukła jakaś stałość, coś, co mebluje i powoduje, że chce się tej kawy napić.
 Jak to jest, że ona zasypia w milisekundę, a maleńka ona zanim sklei powieki o wyjątkowych rzęsach snem dłuższym niż dziesięć minut, trzeba ten sen przywołać aż ze Szczecina albo z jeszcze dalej, płynie długo, aż wreszcie się stanie, aż ona będzie mogła w cichy wieczór wyjrzeć do ogrodu i powdychać cykanie świerszczy i sierpniową, młodą noc. Podgląda sobie nowinki na świecie, podziwia koleżanki, które mogą iść ufarbować włosy do fryzjera, gdzieś pojechać same, zrobić piękny makijaż z cieniami na powiekach z najnowszej kolekcji francuskiej marki, pomalować buzię czymś kultowym i nie z Rossmanna a z tego na S lub D, poobserwować efekty polecanej maseczki za ponad trzy stówy, świetnie, na jej skórze na pewno wymiotłaby czteromiesięczne niedospanie, zmniejszyłaby pesel o kilka cyferek i spełniła marzenia o znalezieniu czasu.

Dobrze mieć taki świat, do którego można zajrzeć, ona lubi, zwłaszcza w nocy, kiedy trzeba przesunąć ciężki obraz snu jeden za drugi, podpatrzeć, że prawie wszystkim szkodzi gluten i laktoza, podobnie jak wszyscy mają niedoskonałości, uczulenia i cerę suchą pomimo trądziku, i są panie bez wieku, wyglądające wszystkie tak samo, jak spod matrycy, z brwiami pod linijkę, rzęsami jeden do jednego i dzióbkiem skażonym igłą bo przecież trzeba podkreślać urodę, już uśmiechem nie wystarczy, trzeba z grubej rury bo przecież takie czasy. Poogląda sobie makijażowe techniki, które są teraz ładnie nazwane, a ona tak już malowała sto lat temu i chyba siedziała z tym wszystkim w mysiej dziurze.

Tak, poszydzi sobie czasem, wolno jej, a co, z niewyspania mozna zrobić wszystko, na przykład ustawicznie zapominać co się gdzieś położyło i zachorować na ustawiczny brak chęci do chowania stosów wypranych ubrań, do takiej bylejakiej codzienności, bo nie każdy dzień jest wspaniały, pełen dziękczynienia, bo się naogląda jeszcze do tego okrucieństwa na świecie, beznadziei władzy duchowej i świeckiej, wypranych mózgów zasłaniających się wartościami, które nic nie znaczą bo są tylko z nazwy i aż nią targa i może wtedy tylko wtulić się w jego brązowe oczy ukryte pod szorstkimi brwiami i przestać myśleć, słuchać, odczuwać, zatracić się i tak chwilę być, tego potrzebuje.

17.08.2016

M 225:

Ona: sierpień ucieka nie wiadomo kiedy, stacza się dniami w jedynki i dwójki z przodu i zaraz koniec lata, jakie krótkie a jaka już duża maleńka ona.
Kiedy spojrzy w lustro pomalowane zmęczeniem na drugiej stronie jak bardzo teraz widać że ma prawie czterdzieści lat i to nie przez zmarszczki ale ogólnie jakoś tak i musi po serum i kremie z filtrem nałożyć Skin Ilusion Clarinsa bo jak nie nałoży to jest źle i ona jest pełna cienia a chce z niego wyjść chociaż na twarzy.

On: wmruczany w radio, każdego ranka bierze małą nią i ona taka w nim zakochana, po czubki gęstych rzęs, po łaskotki na malutkich paluszkach, po zachwyt każdego poranka, że ma tatę.

Ona: udało im się złączyć między rzęsami horyzont sklejający linię morza i nieba, iść w wiatr od lądu i zatapiać stopy w piasku rysowanego falami w desenie. I w tym sierpniowym wietrze, czasem w uśmiechniętym słońcu nieśli swoją skupioną na sobie miłość, bo jeszcze wciąż siebie chcą, chociaż pojawienie się maleńkiej jej zmieniło bardzo to, co wcześniej było z tytanu. Szli sobie w czwórkę tak właśnie spędzając razem czas, po prostu na spacerze, zawieszeni w czasoprzestrzeni, przypięci krokami akurat do bałtyckiego brzegu, najprościej.

On: wciąż się uczy od niej tu i teraz nie tam i kiedyś, bo kiedyś może nie być.

Ona: niewyspana tak strasznie, że już bardziej nie można, wdychała powietrze, które jest większe i lżejsze niż u nich, bo pełne przestrzeni i szumiące falami, a nie ciche, przerywane silnikiem samochodu albo rozmruczane burzą. W nieśpiące poranki i świty ostatnio nie śpiewają ptaki, a ona się budzi z konieczności i widzi kwadrat nieba podparty uchylnym oknem, dzień wstał żwawo a ona ma centymetr długości i musi go rozciągnąć do kolejnych stu sześćdziesięciu sześciu aby w ogóle tego dnia być.

On: bo ja nie ma miłości, nawet zgubionej, albo przyczajonej, albo czekającej na swój wybuch jak letnia skrywana w chmurach burza, jak nie ma pożerania się i otwierania lodówki z myślą o kolacji dla drugiej osoby, jak nie ma wchodzenia do sklepu i szukania ulubionych rzeczy jej, jak nie wlewa się mleka do kawy aby miała kolor taki jaki lubi ona, nie za jasny, jak nie zauważa się gładkich pleców i drobnych stóp i piegów na nosie, które namalowało nadmorskie słońce, jak nie zatapia się w szarozielonych oczach chociaż na cenną chwilę, to nie ma nic.

25.07.2016

M 224 albo o krzyku:

Więc kiedy je mocno czereśniowe czereśnie o ciemnym miąższu, których chrupkość zmierza ku coraz bardziej zaawansowanej lipcowej nocy, kiedy jest cicho a noc na tarasie gryzą komary, wie, jak trudno było dojść właśnie do tej chwili, kiedy można tak posiedzieć po prostu i powalczyć z sennością, która już czai się za płotem liter w jej głowie. Jak deszczową, pachnącą niczym konkretnym, po prostu latem - nocą, jak wilgotnym dniem tuliła i rozcieńczała kołysaniem skoncentrowany krzyk małej jej i jak to robiła i czym to nawet nie wie. Maleńka ona cierpiała a ona zanim wydało się, co było tego sprawcą, robiła wszystko tuliła głaskała kołysała śpiewała wyłączała się na ten krzyk bo to było straszne do wytrzymania nawet wtedy, kiedy siedziały razem w granatowym samochodzie a w środku grało a na zewnątrz szumiała i wilgotniała od góry kazimierska lipcowa noc. Ostatniego dnia jak pakowała dwie one na kremowe siedzenia to na pożegnanie deszcz całował ją w szyję i taka mokra wsiadła do środka i pojechała z miasteczka, które zawiązane rzeką czasem wzdycha wspomnieniami co było w nim kiedyś i co jest teraz i to jest miejsce, w którym wisi milion wspomnień nie tylko jej. Być może w tym stukocie, w tym chrupaniu wózka po kostce, wytłumiła krzyk maleńkiej jej, rozwiała go tym kołysaniem, może. Tak sobie chodziła ze snem maleńkiej jej w wózku i jak go wiozła przez te wszystkie chodniki to patrzyła na pracę innych ludzi, jaką mają, że pilnują przez całą dobę sześciu samochodów z uśpionymi silnikami i wyrównanym poziomem oleju, na panie lub panów sprzedających małe fioletowe kulki z lasu, zebrane ich rękami, na tę wielką cierpliwość, która pochyla się nad wieloma pracami i nas tę cierpliwość, która każe im dojechać do tej pracy, a potem stać lub siedzieć przez wiele godzin, aby wykonywać monotonnie tę samą czynność przez lata całe. I te panie i panowie, schyleni tak samo jak ona pod wilgotnym, dotykającym wszystkich tak samo, niebem, potrafią zauważyć cierpienie maleńkiej jej i zagadnąć i zauważyć i to jest cudowne, że nie samych chlebem żyje człowiek. Lipiec sobie przepłynął małozauważaniem, za to ona jakoś jeszcze bardziej zgarbiona, bo tuliła, bo z tego koncentratu krzyku został zaledwie ślad. Jednak warto było.

07.07.2016

M 223 albo cztery lata:

Minęły cztery lata, od kiedy zszyli się razem, odkąd urosły jej skrzydła pod nowym nazwiskiem, od upalnego lata, kiedy szafirowym samochodem jechali usankcjonować szczęście i wracali jeszcze bardziej szczęśliwi niż przed czternastą. Cudownie było pić chłodne wino z przyjaciółmi w przeddzień ich święta, a potem szeleścić szmaragdowym jedwabiem sukni. Mieć wokół siebie tyle światła, a potem wrócić w zakole Wisły, wstać rano i dostać ogromny mandat za niewłaściwe parkowanie. Cztery lata wypełnione po brzegi, nasycone i wyżyte do każdej kropli, dwie małe one z oczami, wielkie rozczulenie, kiedy mała ona w błękitnej sukience pluje pestkami z czereśni do butelki, kiedy ona potyka się o złote sandałki z odgniecionymi śladami małych paluszków na wkładce, kiedy maleńka ona kołysze się we śnie, a potem wodzi oczami za nią i znosi czułości małej jej. Trzy kocie życia opuściły ich dom i znalazło się miejsce na jedno nowe, zalęknione, już cudownie oswojone. Malwy, zasadzone od ziarenka, wreszcie wyciągnęły ciemnoczerwone słuchawki, a dom rozciągnął ściany na kolejne dziecięce przedmioty i wygonił samochody z garażu, stawiając w nim dziecięce rowery i wózki. Nienasyceni sobą wciąż, łaskoczą się skrzydłami w zimne lipcowe noce, rozkruszają rozmową każdy kamyk, który czasem uwiera, ona prasuje jego zmarszczki całując na dobranoc i wszystko się wtedy wygładza jak krzepiący sen, znaleziony w jego ciepłych, stabilnych dłoniach. Cztery lata intensywne jak espresso, jak koncentrat czasu, w którym tyle się wydarzyło, w którym nie ma miejsca na bylejakość, czas, w którym nadgania to, co kiedyś sączyło się zaledwie leniwie, a najpiękniejsze jest to, że w ogóle ściągnęli się do siebie jak magnesy, że znaleźli się jakoś zupełnie przypadkowo a tak naprawdę to tak miało być, tylko każde z nich przyszło do tego, co wspólne z innej drogi, z innej planety, na której próbowali oswoić pomysł na resztę życia, ale nie wyszło. I dobrze. i tak samo dobrze jest wierzyć, że dobro wraca, zatacza sobie krąg na drugiej półkuli a potem przynosi tyle, że nie do uwierzenia, że tak można, a można.

26.06.2016

M 222:

Ona: zakochała się bez pamięci w maleńkiej delikatności, w czuwaniu nad kruchym snem, w małych piąstkach i badawczych oczach. Bardzo. Będąc mamą drugi raz ma się obudzone te wszystkie dzwony, które zaczynają nieustannie bić i są coraz głośniejsze, dzwony, że są one takie dwie i chce się o nich opowiadać światu, a rytmie dnia, o zatopieniu w niebieskich oczach małej jej, o czytaniu o omomicy i omarze, o wyrazie buzi  maleńkiej jej, kiedy się kąpie a lubi, już tak. Powieszony rudy gong księżyca nie byl w stanie odgonić kataklizmu komarów, które skutecznie wyganiają z pachnącej zieloności wieczornego ogrodu, jak to, księżyc czegoś nie może, aż dziwne, ale najwyraźniej czasem przegrywa. Może przyjdzie dzień kiedy się wreszcie w miarę wyśpi, chociaż zanurzyć się w sen tak całkowicie to jak iść na basen czyli właściwie, w najbliższym czasie, nigdy. Zalewa to niewyspanie kawami z mlekiem sojowym, bo takie musi pic, podgryza czereśnie i cieszy

On: rozdziela noce na minuty słuchając radia i domowych odgłosów, zmęczonym wieczorem podlewa starannie ogród bo szkoda, aby malwy strzeliście nie zakwitły, dobrze jest tak obserwować jak zieleni się i piękni to, co powinno i co powoduje, że można się z rozkoszą zamyśleć z kubkiem porannej kawy, tęskni za chwilami, kiedy jeszcze nie działo się nic, tylko między nimi było tak blisko, że nie można było znaleźć żadnej szczeliny, zresztą i teraz o taką trudno, ale jest inaczej bo małe one przebudowały wszystko, co można było przebudować.

Ona: nie wie za bardzo jak zaplanować lato, na razie przegapiła truskawki i nie zamknęła ich w tym roku w słoikach. Czasem sobie myśli jak jest w jednym czy w drugim miejscu w mieście na Wu, przywołuje stukot walizki targanej na trylionie chodników, zapach wygrzanej ulicy, lubiła go stojąc na kładce nad nią i tak sobie patrzyła, gdzie się rozpoczynała koralikami świateł, a gdzie kończyła. I ciekawe, czy w sklepie, w którym zazwyczaj robiła zakupy po drodze, obijając walizkę o zgrzewki z wodą mineralną i wieże ze słodyczami, jest takie samo ustawienie produktów i czy to samo na półkach, co zazwyczaj kupowała. Jakoś tak jest, że doskonale pamięta wnętrza sklepów spożywczych niedaleko miejsca, gdzie wynajmowała mieszkania, nigdy się nie wie, kiedy się będzie w nich pk raz ostatni. Jakoś małotęskni do tamtego życia, tak szybkiego jak ta ulica pod kładką, tak nierozerwalnie związanego z telefonem, busem, pociągiem i walizką, czasu, kiedy dużo chodziła w butach na obcasie, było mało gwiazd i dużo samotności, czasu, kiedy codziennie wieczorem, na dobranoc odmawiała się nadzieja, że kiedyś urośnie jej dom tak duży, że nawet wyszedł poza ramę jej życzeń, że będzie mieszkała w miejscu, w którym wszystko jest prawdziwe, że może jeść najlepsze na świecie, z serca urośnięte truskawki, dotykać makowych pól, mieć czas zatrzymać się w ciągu dnia i posłuchać jak bije serce w czerwcu.

14.06.2016

M 221:

Nagle stał się tak bardzo zaawansowany czerwiec, konwalie minęły, posypały się po stole tylko jednym bukietem, raz tylko powąchała bez, czas szybko płynie. Ulubiony jej miesiąc czerwieni się truskawkami i oceanem maków, pachnie jaśminem, tylko jeszcze nie miała kiedy zanurzyć twarzy w krzaku, jak zawsze to robi, musi iść z maleńką nią na spacer i odwiedzić taki jeden krzak, który niedaleko rośnie, wtedy wie, że rzeczywiście czerwiec jaśminowy nastał. Co uzależnia w tych białych kwiatkach, co sprawia, że jak widzi i czuje jaśmin, to jest jeden z większych prezentów od świata, doznaje miłego drżenia, może mieszkała kiedyś w wielkim kwiatowym ogrodzie, może. Uzależnia też mała buzia o regularnych rysach, wciągająca w każdej sekundzie, chce się na nią patrzeć, wąchać, całować dwumiesięczny mech na główce, organizować dzień i tuląc małą ją patrzeć razem jak rośnie maleńka ona wraz z czerwcem. Ona sama bardzo zajęta do każdej kropli minuty, z włosami byle były, z BB Skin 79 na twarzy, z niezrobionymi paznokciami i lekko już opalonymi łodygami nadgarstków, wciąż z mało wciągniętym brzuchem na zawsze przeciętym pamiątką porodu, z palcami albo na klawiaturze albo obierającymi najlepsze na świecie świętokrzyskie truskawki, sadzącymi begonie i głaszczącymi atłas skóry maleńkiej jej. Ona goniąca minuty, żeby pomyśleć, zadzwonić, napisać, sprzątnąć. Ale zdąży wyjrzeć przez okno, lekko w lewo na pole, bo tam chłop zbiera siano powiązane w snopki na drabiniasty wóz i zdążył przed dużymi gwiazdami i zimnymi nocami, co teraz są, a być nie powinny. Więc ona sobie wygląda przez okno i musi się tak raz na jakiś czas zawiesić, żeby wrosnąć w tu i teraz, tak inne od kiedyś. Posadziła pomarańczowe i ciemnofioletowe surfinie przed domem w donicach, z boku domu malwy przygotowują się do eksplozji, zakwitły dwie różowe peonie z prawej i z lewej i rząd gożdzików, a za krzakami poziomek i truskawek w rogu, mały pionowy jaśmin, tylko z tych nie pachnących, ale jak najbardziej białych i ślicznych.  Lubi bardzo tak patrzeć przez okno jak mała ona na srokę mówi papuga, jak jej anioł, który właśnie przyszedł z drugiej strony domu rozwija przez dzień zwinięte skrzydła i na nich nosi małą nią, opowiadając o czym szumią wierzby nad stawem i jak się niebieszczą chabry za płotem i czy poziomki zjedzone wczoraj zdążyły się wypełnić czerwonymi kulkami na nowo. Lubi, jak mała ona marszczy nos zupełnie tak jak ona, kiedy była w jej wieku. A kiedy już się stęskni za szumem silnika, kiedy śpiewają z małą nią samochodowe piosenki i sobie w trójkę pojadą na łyk większego miasta, kiedy połazi po sklepach, żeby zobaczyć, co i jak i właściwie to niczego nie potrzebuje oprócz kremu pod oczy, kiedy popatrzy co jest modne i jakie są konieczności posiadania i trendy w smakach, wtedy sobie wróci w jego brązowe oczy i ciepłe ręce i uśnie w nich na fioletowej kanapie, bo nieustająco brakuje jej czasu, jakby naciągała na siebie i na siłę wciąż za małą dzianinę minut.

15.05.2016

M 220 albo dmuchawce:

Obiecuje sobie każdego majowego roku, że wreszcie uplecie wianek z mleczy, a później, jak już się uda, to i z koniczyny, to takie spojrzenie w beztroskie czasy, kiedy łąka była ogromna i zlewała się z niebem tworząc wakacje szczypane świerszczami w wygrzane, gorące popołudnie. I teraz jest czas, że z tych mleczy tworzą się puchate kulki dmuchawców, w jasnoszarą maczugę powklejane spadochrony, tak niezwykle delikatne, tak wrażliwe na wiatr i na każdy dotyk. I idą sobie dni i trącają te dmuchawce  i zostają one takie nagie bez żadnego spadochronu, bo wszyscy już skoczyli, a potem sobie umierają do następnej wiosny. I tak samo jest teraz, kiedy się zieleni a potem przekwita i odradza się w następnym roku. Jest tak, że idzie rok dniami i miesiącami i zrywa takie dmuchawce ze świata, niektóre bardziej znane, niektóre mniej, a w tym roku już kilka ich bezpowrotnie odeszło, i po informacji, że już ich nie ma robi się bardzo smutno. Jak trudne do przeżycia jest to, że śmierć jest tak strasznie nieodwracalna, że bardziej nie można. Że ktoś sobie był, nawet nie chorował, a przyjdzie taki wiatr i go zabierze i taki ktoś się już nie powtórzy.  Są minuty, godziny i dni nie do zastąpienia niczym, żadna wiosna tego nie nadrobi, tego czasu, który sobie jest a go się nie docenia, bo przecież on zawsze jest, byle do przodu. Tak sobie więc myśli patrząc na soczystą zieloność i na te coroczne nowe roślinne życia, jak naprawdę nie wiemy, ile zostało tego naszego teraz tu. Podpierają te dmuchawce z jednej strony zielony dywan a z drugiej niebo i tak można sobie na nie patrzeć,bo nie będzie ich już za miesiąc. Jakoś tak chodzi i nie może się zorganizować, jakoś ma za dużo rzeczy na raz i nie da się zaplanować wszystkiego. W ciągu dnia i wieczorami, kiedy mała ona przeplata sny z maleńką nią, kiedy kot zasypia w dziecięcym namiocie i wygląda, jakby był rzucony, on napotyka znienacka jej skórę i całuje i ostrożnie zwiedza poziomą bliznę, pamiątkę z pojawienia się maleńkiej jej, poziomą kreseczkę na prawie już płaskim brzuchu. W tych dmuchawcach, w zamyśleniu, że mamy za mało czasu, aby milczeć między sobą, w jego czułości zatopionej w palcach, w błyszczących oczach, kiedy wraca, we wspomnieniach, które nie powrócą, kiedy w jej brzuchu ruszała się maleńka ona i to jedno z najpiękniejszych doświadczeń ciąży, w podziękowaniu, że mogła je dwukrotnie przeżyć, w źle obciętych włosach, w miłości totalnej do ich jeszcze małych obu, w przyzwyczajeniu do kawy inki z orkiszem, w mocnym jak podwójne espresso śnie, toczy się ta jej wiosna powolnym rytmem i ona trochę jak wiosna się czuje, bo udało się jej poprosić anioła stróża o tyle i tyle z jakiegoś powodu ma.

04.05.2016

M 219:

Wybuch maja, zieloności, kwitnienia, a ona za szybą w domu, bo taki czas, uzależniający od maleńkiej jej, od mikrorąk, od jej zapachu, który szybko zniknie, bo malutkie dzieci tak krótko tak właśnie pachną. Może sobie poprzypominać, jak kwitną głogi na ulicy Chryzantem w Łodzi, tworząc czerwonozielone parasole, jak kwitną drzewa owocowe u góry na biało, kiedy na dole jest żółto, gdzieś na bezdrożach w okolicach Sandomierza, tak jej się ta wiosna kojarzy. Dobrze jest domowić się, rozprzestrzenić w domu, nareszcie się nim zająć i dopracować to, co dopracowania wymaga, chociaż trudno, mając mały narkotyk. Patrzy na maleńką nią, jak powolutku rośnie, stając się z okruszka nieco większym okruchem. Dobrze jest czekać na niego, jak wysiada z samochodu pachnącego paczulą, jak idzie w ładnej marynarce wgłąb ogrodu a mała ona dziarsko idzie obok niego w stronę stawu, w którym karmią rybki i jaśnieje biała ławka, a potem robią razem samoloty i skaczą i pajacyki też. A potem mała ona wraca i śpiewa maleńkiej jej kołysanki, trzymając za maleńką rączkę, która naprawdę jest bardzo mała. Jak dobrze jest nie musieć tęsknić, czekać sobie tylko w domu z dwiema małymi onymi, wyglądać, czy sroki siedzą na platanie, czy kaczki przyleciały, czy perukowiec ma już pączki i czy po drugiej stronie domu są takie same chmury. Niech sobie będzie podłoga brudna, niech klocki będą porozrzucane, niech sobie pranie leży, bo one sobie są i oglądają, jak przyroda się mai, jak nastaje czas rośnięcia. I jak coraz częściej ma nieumalowane rzęsy i nie ma czasu na porządki z sobą, a może czasem jej się po prostu nie chce, jakby rozsychał się jej wypracowany, kosmetyczny dryl, a co, czasem można sobie pozwolić. Za oknem przecież dzieją się obrazy, których nie można przegapić, a warto na nie wyciąć czas, bo jutro będzie inaczej i tak samo było wczoraj.

15.04.2016

M 218 albo maleńka ona:

Wiosna powoli wybucha, nie są to jakieś spektakularne eksplozje, ale dzieje się, mleczy, zieleni i bratkuje, piękna pora na nowe na to, że życie zatacza kolejne koło i przez najbliższych kilka miesięcy cieszyć będzie zielonością. Jeszcze zdążyła zapakować dużą walizkę z rzeczami na wszelki wypadek, jeszcze była na pysznym, łososiowym obiedzie, zakończonym kawowymi lodami, jeszcze zdążyła zobaczyć małą ją, ślicznie śpiącą w fioletowym łóżku z obowiązkowo wyrzuconymi poza nawias skarpetkami, tak, zdążyła. A potem jego zatroskane oczy wiozły ją w lubelskiej ciemności do miejsca, gdzie wywołują nowe życie i robią wszystko, żeby mu pomóc przyjść na świat. Tak też się stało, trochę w nerwach a trochę nie, pojawiła się przed południem maleńka ona, pierwszą godzinę życia spędziwszy z zakochanym w małej czarnej czuprynce, tatą. Jak to jest, że życie zaskakuje, obdarowuje znienacka, jakby spełniało najgłębsze, niewypowiedziane marzenia, jakby ta cała praca włożona w świat, w relacje, w to, żeby dbać o drugiego kogoś, żeby zauważać, dziękować, przepraszać, żeby nie pomijać, bo potem przykro, żeby też nie działać na siłę, jak ktoś wybrał inną drogę, że cała ta praca staje się totalną miłością w postaci pięćdziesięciu jeden centymetrów. Kiedy maleńka ona dołącza do małej jej i stają się wyjątkową, siostrzaną pełnią, kiedy on i ona i ona i on potrafią stworzyć dwa tak doskonałe i zaskakujące cuda, jak patrzą na to z boku to aż niewiarygodne, aż do uwierzenia trudne, że takie rzeczy się na świecie dzieją i to oni sami, sami je stworzyli. I to wszystko jest i jakieś i po coś, tak mówi im życie, że teraz takie ma być, jakby stawało się nie do uwierzenia pełnią, czasem z rysami, ale jakże też potrafiącą być jednolitą szklaną kulą. W anioły warto wierzyć, niezależnie od wielkości.

31.03.2016

M 217 albo mała ona:

Najpierw sprawdza czy to na pewno ta godzina, bo jeszcze nie przestawiła zegara na ścianie i jak się ledwie co budzi, to myśli czy to szósta czy siódma. Potem patrzy czy okno jest suche czy nakrapiane, telewizor sąsiadów o dziwo jeszcze nie wstał, za to pies tak, szczeka. Leży na brzegu łóżka na rogalowej poduszce i bardzo jej się nie chce zaczynać dnia, kiwnąć palcem, chociaż za drzwiami już wszyscy wstali. I drzwi się otwierają i obok niej kładzie się mała ona, aksamitne, ciepłe ciałko wtula się w nią, patrzy, robi oczami sowę i całuje, całuje po dziecięcemu z siłą i rozmachem, bo trzeba mamę przywitać i powiedzieć cześć i opowiedzieć jak się wstało i że zrzuciła jak zawsze skarpetki i naprzytulać się na cały dzień i tak wygląda poranne, dziesięciokilowe szczęście. Potem wstają i idą do łazienki i jak ona myje włosy to mała ona buszuje z radością po wszystkich szufladach i wyciąga zawsze te same kolczyki z szuflady, bo fajnie się je wrzuca przez dziurki w drzwiach łazienki na drugą stronę. I w szafkach są poukrywane skarby mamy, buteleczki i saszetki i super się je układa w rządek i wyciąga i chowa na przemian. A potem gania po łazience, bo trzeba już iść na dół bo śniadanie bo dzień płynie, bo pieskot wita czule i może będą kaczki w stawie i pierwszy wiosenny motyl cytrynek. Dzień się zaczyna od śmiechu, codziennie i każdy jest nowy i cudowny, nawet jeśli ona powtarza te same rytuały, ale to ważne w życiu małej jej. Dobrze jest potknąć się o małe buty, usłyszeć, że chce jeść jajo, kanapkę, kluski i serek na raz i zacząć dzień od tysiąca małych rzeczy wyznaczonych przez osiemdziesięciocentymetrowego generała. Taki koniec marca, w ciepłym śpiewie pierwszych ptaków i dobrze jest mieć takie miejsce, gdzie można je bez problemu usłyszeć.