3 sie 2017

M 252 albo szumi:

Szumi, niezmiennie, niebieszczy się i szarzy, styka z niebem w zmrużeniu oczu, wyrzuca na brzeg muszle i meduzy, głaszcze brzeg wachlarzem fal, jest. Pytają o nie ci, którzy nie potrafią z centrum trafić do morza, pytają, co to jest molo, są jeszcze ludzie na świecie, dla których jest wiele niewiadomych, do zdziwienia u niej, ale cóż, można nie wiedzieć i nie trafić, chociaż to tak oczywiste, chociaż w telefonie nie napisali. Słońce brązowi ramiona, plącze nitki jej nadgarstków z przedramionami jego , głosy mew podrywają brodę w górę, bardzo duże chmury dzisiaj patrzą na nią, okruchy muszli wyglądają jak pokruszone bezy na falbankach fal. Idą i idą, mijając ludzi w ubraniach o rozmiarach, które chcieliby nosić, ale które nie zawsze pasują, ludzi, którzy patrzą tylko w ekrany smartfonów, którzy rozmawiają ze sobą kciukami na messengerze, bo w słowach nie ma emotikonów, gifów i słownika, bo trzeba się wysilić a tu się samo pisze. Po co słuchać morza, skoro można zagłuszyć je rąbanką, która zaledwie leżała obok muzyki, nie ma wakacji bez hitów, które są fast foodem dla ucha, frytkami z mrożonki smażonymi w starym tłuszczu ciągnącymi się przez pół wybrzeża. Jak to zresztą jest z tą muzyką, że rzadko już teraz zdarzają się wielowarstwowe aranżacje, które rozgryza się uchem raz po raz, nuci bez przerwy, pamięta, podziwia ich złożoność, aranżacje, które są podporą dekady, kiedy aż nie wiadomo, czy bardziej zachwycać się melodią czy słowami, piosenki, które można zanucić o trzeciej w nocy obudziwszy się nawet z nerwowego snu. Już niewielu ma tak piękną dykcję jak ci, którzy już odeszli, kto oswaja tak pięknie słowa, potrafi dotknąć nimi tam, gdzie zazwyczaj zamknięte bo boli, bo tęskni, bo nie chce, bo nie umie. Może ona, wychowana na winylowych płytach taty, nauczyła się wchodzić w muzykę jak w "Bolero" Ravela, gdzie raz po raz pojawiają się kolejne dźwięki, potem szarpała się z trąbką Milesa, zawsze lubiła muzykę z podszewką, z porwanym rytmem, ze słowem, które zostaje w pamięci jak niecodzienny widok księżyca w zaćmieniu, potrafi zamyśleć i jeszcze to nie raz powtórzyć. Słucha uważnie odgłosów ulicy, w restauracji, szumu ekspresu do kawy, szycia świtu przez delikatny głos słowika, nerwowego szczekania psa sąsiada, dudnienia ciężarówki z ciężkimi rurami, płaczu dziecka, które się boi, albo jest śpiące, albo nie chce tego, czego chce rodzic, dysonansu między tym, co stałe i niezmienne i tym, co narasta i nie jest takie samo, pana z kukurydzą dla tych, którzy gromadzą witaminę D i brązowieją na akord. Dobrze jest wsunąć się w dźwięki ulubionej muzyki, obejrzeć niełatwy film, który nie jest głupią i głupszą komedią, iść ulicą i zauważać coś więcej niż kilka cali na ekranie telefonu, podziwiać starszego pana w amarantowych skarpetkach, karmelowych lordsach, taliowanej, zielonej marynarce i poszetce w grochy. Ten pan raczej nie słucha muzyki do wyrzucenia z ucha, nie takiej jak za słony popcorn i słaba kawa z przewagą robusty, którą się chce zapomnieć tak szybko, jak to możliwe.  Dobrze jest więc iść z i słuchać tego, co lubi najbardziej, czyli ich wspólnego, tego samego rytmu.

27 lip 2017

M 251:

Gdzie są ciepłe ręce nocy, które przytulają ją od progu, między palcami rozkruszając drgania świerszczy i zapach lata, kiedy można było wyjść na trawę i podeprzeć gwiazdy głową. Nie ma, jest zimno i mnóstwo komarów obwieszcza, że może lepiej wrócić na fioletową kanapę, wróciła. Mirabelka w tym roku bezdzietna, niedobrze, bo kończą się zapasy, jakoś dziwnie się splatają te warzywa i owoce, jak jest jedno, to nie ma drugiego i tak w kółko. Za dnia z małymi nimi grają w kółko graniaste i rośnie balonik nasz malutki, a potem ze śmiechem padają na trawę, w tym roku nawet urosła i trawą jest, a nie ściętym, beżowym rżyskiem. Jeździ na targ, zdobywa marchewki i pomidory, z którymi mała ona rozmawia, bo mają ciekawe kształty a maleńka ona najlepiej chrupie brudne ogórki ze skórą, uśmiechając się czterema dolnymi zębami jak tylko można najszerzej. Ona, w wieczory z planami na kolejne rzędy kiszonych ogórków, delikatnie łaskocze nadchodzący powoli sen kołyszącymi dźwiękami fortepianu, który z każdym dźwiękiem rozbija napięcie, bo nie lubi być zawsze miła, bo się wkurza też i czasem długo gryzie w ustach słowa, aż je wreszcie wypluje i napisze, bo co, bo dlaczego ma nie mówić, co myśli, bo nie będzie wiecznie tiu tiu. Ma codziennie armię wyciszaczy, ostatnio jeszcze parzy super dobrą kawę, która pachnie około trzeciej, w sam środek popołudnia, oddycha, zauważa, wścieka się tradycyjnie na kierowców, którzy nie widzą znaków i nie potrafią nacisnąć gazu i nie przewidują i nie znosi, jak ktoś zaparkuje bezmyślnie i wyjeżdża na siłę, nie wypuszczając nikogo z parkingu, no tak, szału można dostać, ale go nie dostaje, bo ćwiczy tej wścieklizny nie dostawanie i nawet jej czasem wychodzi. Pisze nie to, co chce, a to, co powinna, a potem nagle brakuje jej liter, bo wykorzystała limit kół ratunkowych, bo wieczór, bo czas leci tak szybko, że nie można nadążyć i sił brak, bo zjadła kolejne pudełko pachnących, omszałych malin, dlaczego nie widelcem, jak zawsze, zapomniała chyba. Gdzieś daleko, w tej cichej tu, późnolipcowej nocy szumią korale samochodów nawlekane na naszyjniki ulic, plączą się, szumią, zależne od czerwonych i zielonych świateł i te naszyjniki nawijają się na mniejsze i większe szyje miast, stroją się mniej lub bardziej, mrużą oczy, pękają tam, gdzie ciemno i naprawiają trochę dalej. Piją się shorty i longi, przegryzają zakąski z hummusami i pate z wątróbek z galaretką z madery, chrupią wielkie zapiekanki posypane szczypiorkiem,  błyszczą oczy, usta, żelowe paznokcie i dekolty typu carmen upolowane na ostatnich wyprzedażach, gdzieś szumią koralami świateł miasta, a ona ma ciemno, cicho i tak bezpiecznie, że już nigdy nie wróci tam, gdzie kiedyś była, nie będzie czuła wyjeżdżonych letnimi oponami asfaltów, nie szkodzi, nie potrzeba.

17 lip 2017

M 250 albo człowiek - furtka:

Mieli nareszcie ten swój Kraków, złażony doszczętnie, z niebem podpieranym parasolem, z kapslem księżyca jak od folii aluminiowej po tłustym mleku w butelce,  Kraków liczony na ich palcach, pomiędzy jaśminem a kwitnącymi lipami, bez czasu, zatapiany w słowach, dobrych arabikach i liczeniu rzęs, ciężki od dobrych wspomnień, cofnięty w przeszłość, kiedy jeszcze nie było niebieskookich nich, kiedy byli nierozerwalni i teraz też są. Urosły lipy na Plantach, wydoroślały miejsca, wysiedziały się krzesła w zaułku Tomasza, narysowali więc sobie na nowo swój plan ścieżek, jak przyjadą tu  sami za jakiś czas, zobaczą, co znów się zmieniło. Od pięciu lat należy do Serafinów, wierzy nie tylko w znaki i nie przypadki, ale również w to, że jest równoległy świat pomiędzy ziemią a gdzieś tam, gdzie są ludzie, zanim na zawsze pójdą gdzie indziej. Ona to wyczuwa, jakby nasłuchiwała, że szumi powietrze, że ktoś jest obok niej, wie, że to ktoś bliski, kto jakby się zaplątał w tu i teraz bo śmierć zdmuchnęła go o sekundę za szybko, nie boi się tego od momentu, kiedy babcia Irena przyszła do niej we śnie, usiadła na łóżku w sukience z kołnierzykiem i od tej chwili otworzyła jej furtkę, przez którą wchodzą ci, którzy nie wiedzą co zrobić, jak już nie będzie ich na tym, co ona, świecie. Tak ma, że patrzy na znaki, że śnią jej się czyjeś śmierci, ma przeczucia, że w danym dniu i momencie trzeba uważać, żeby jeszcze trochę pobyła tu a nie poszła sobie tam, bo jak nie napotka człowieka-furtki, to co będzie z nią, jak trochę powisi między ziemią a miejscem, gdzie nikt nie wie co jest. Może to rodzaj intuicji, jakiegoś daru zauważania i odczuwania, który ma od dziecka, nie mogło być inaczej, że wie, kiedy ktoś bardzo bliski ma umrzeć, wie, kiedy ktoś jest w ciąży i życie pojawia się za życie, tak według niej jest, z jej doświadczenia, nie z utartych wiar, nie z tego, co się uważa powszechnie, bo przecież w to, co ona wierzy, nie wierzy prawie nikt. Żyje przeczuciami, jakimś światłem, które się w niej zapala i wtedy ona wie, że się coś wydarzy, czasami cierpnie jej skóra, czasami budzi się w nocy albo specjalnie nawija na długą szpulkę snu, aby pomóc tym, którzy się miotają między ziemią a niebem. Dlatego lubi Kraków, bo jest w nim coś, co powoduje duże sny, bo zostawiła w nim milion emocji, bo to miasto utkane właśnie z dusz, wspomnień, kolorów i smaków, nie inaczej przyciąga tyle ludzi, którzy do niego ciągną jak na piknik pod wiszącą skałą. I on to rozumie, te jej nie do uwierzenia i wytłumaczenia przeczucia, bo one są właśnie takimi, jakie mają być i bardzo jej. Czarowniczka, jak mawiała jedna z jej magicznych, krakowskich osób, które takimi pozostały i też wróciły do Krakowa, bo tam jest inne niebo, wciąż pełne cudów i nie tylko miłości.

30 cze 2017

M 249:

Piękny to był  dzień, jasny, słoneczny, z niepokojącym wiatrem, z ogrodem pękającym zielenią w szwach, pełen begonii, surfinii i domowych poziomek, z deszczem i nie deszczem, z nowymi pająkami i mrówkami, z koniczyną, która rośnie wszędzie za dużo. Ona osłabiona po milionowym razie kaszlu, naciągała ten dzień, aby był jak najdłuższy, aby nie zapadł się w noc, nie przestał być świetlisty i zapraszać do wypicia kawy na tarasie, aby czerwiec jak najdłużej pachniał czerwcem, kiedy kończą się truskawki a zaczynają czereśnie i maliny, korowód czerwonych owoców, słodkiej marchewki, jeszcze małych buraczanych kulek, kiedy pomidory stają się coraz słodsze i coraz tańsze. Jaka ona teraz organiczna, w zieloność wtopiona, nie w siatkę ulic, w żyłki botwinki a nie w betonowy rysunek kostek betonowych, nie nosi w torbie swojego życia tysiąca skasowanych i nie skasowanych biletów, dziesięciu błyszczyków, małej wody mineralnej, żelu do mycia rąk na sucho, pudru w puderniczce, czegoś do czytania i pisania, nie ma miejskiego zestawu do resuscytacji czasu i okoliczności, starannie dobrana i umalowana, taka miastowa na wskroś, bo tak było trzeba.
A teraz ma swoje pięćdziesiąt pięć kilo włożone w spódnicę z Mango sprzed dziesięciu lat, wystarczyło ją odświeżyć i działa nadal i nawet żyje i do tej prostoty ma cienką paszminę w intensywnych kolorach jakie uwielbia, tak, bo ona zawsze musi mieć jakiś akcent, coś co zwisa i nie zakrywa przedramion, tak lubi najbardziej. Zadowolona bardzo z serum Iossi z wiesiołkiem i kremu nawilżającego do pary, nawet kury, co jej podeptały pod oczami, poszły sobie gdzie indziej, zostawiwszy zaledwie niewielkie ślady, jak cudnie, udało się. Jeszcze wciąż chora, ale z rozłupanym murem zapalenia oskrzeli, śpiewa małej jej piosenki o chabrach i makach, ganiają się po trawie wszystkie trzy na boso a potem maleńka ona wyciąga mięciutkie stopki do całowania, bo właśnie miała ała, karmią rybki w stawie, jedna z nich to nemo, nie inaczej. A potem przyjeżdża on, z tymi swoimi cudownymi przedramionami, brązowymi oczami i bardzo sobie opowiadają co i jak i myszkują po sobie oczami, jak to się dzieje, że wciąż chcą siebie i chcą i żeby się ten czerwiec nie skończył, bo chociaż chorowity, to nasycony nimi bardzo bardzo.

13 cze 2017

M 248:

Targ obsypany kwiatami, chciałoby się mieć je wszystkie, pelargonie w milionie kolorów, surfinie, begonie, niecierpki, coś, co wisi, leży, ma duże i małe liście, zamyka kwiaty i otwiera, przekwita szybko i wolno, jest jednoroczne i kilkuletnie, dywany kwiatów, dobrze by je posadzić i patrzeć jak rosną, pięknieją, są, najlepszy film na świecie, każdego lata inny.  Sadzi, podlewa, przycina, pieli, psika takim na chwasty i ciągle coś robi i ciągle mało, bo jak wypieli tam, to rośnie tu i tak bez przerwy. Dużo w domu, nie chce się z niego wychodzić, taki piękny w środku, a zresztą maleńka ona posiała na sobie kropki na o i musiały je wysiedzieć aż staną się małymi strupkami i znikną. Domowi się więc bardzo, wyszukuje nowych czerwcowych smaków, wwąchuje się w krzak jaśminu na ulicy, nareszcie, nareszcie jest jej ukochany, przedletni zapach, pięści peonii pokazały swoje linie papilarne, różowe, ogląda je sobie z okna i na żywo, piękne są. Mają siebie trochę, są sobie dla siebie, rysują się palcami, jedzą widelcem truskawki z serkiem waniliowym, piją zieloną herbatę i sumiennie wspólnie jedzą obiady, chrupią ogórki, kapustę, nieopierzone ziemniaki, łaskoczą pękiem pachnącego koperku, chrupią nożem po soczystej cebuli dymce tańczącej po dużych pomidorach. Przez to siedzenie na przełęczy miesięcy przegapiła kwitnienie tylu tylu co lubi, z oddali podziwia dziką różę, co będzie z owocami w tym roku nie wiadomo, bo boleśnie podczas Zośki i później wszystko zmarzło. Przejmuje się jakoś tym, bo wrosła bardzo w oglądanie wiosny, bo cudownie to uspokaja i tuli, bo zwolniła bardzo, że już chyba bardziej nie można i nie ciągnie ją do kaw, do galerii handlowych, do nowych ciuchów, do nowości w makijażu, bo ona ma teraz ogród z chwastami i co zrobić z sumakiem, który się tak rozmnożył i zajął pół trawnika po prawej stronie, że już bardziej nie można. Wieczory czerwcowe, nie na tarasie, bo noc jedzą komary, zalotne żaby dopięły swego i teraz cisza strzyżona ptasim śpiewem nad ranem, codzienne rytuały w domu i  stopienie się w węglach jego oczu i tak lubi teraz, chociaż czerwiec znów pędzi szybko, nienaturalnie szybko, jak ich nowa mazda cx5 w pięknym szkarłacie.

23 maj 2017

M 247 albo jeszczemajowy:

pan z trąbką i skrzypcami grał w niej muzykę od zawsze zaczynał od bacha i wracał tam gdzie był na uliczki te znajome tak gdzie izolda i wreszcie gdy dni wyblakną mi i powiem tak żegnaj mój świecie podjedzie tu kierowca z mgły w niebieskim swym kabriolecie ja sam dojadę tam gdzie czeka mnie ostatnia puenta nie nie nie dziś bo koncert mam a to rzecz święta i ona jak usłyszała że jednak pojechał bo tam gdzieś gdzie nie wiadomo co jest wezwali go do największej orkiestry świata a ona w ten dzień kupiła tysiąc kwiatów i sto litrów ziemi i sadziła te begonie pelargonie i inne nie nazwane w dźwiękach tej muzyki jaka się już nie zdarzy nigdy i płakała ukradkiem bo tak bo musi wypłakac ten brak że nic już nie będzie takie samo. Umiera ten świat zabiera wirtuozów dźwięku  i nie zastępuje ich za bardzo nikim bo teraz żyje się w smarfonie i aplikacji na wszystko żyje mało melodyjnie bo po co przecież są jakieś piosenki jednosezonowe wydmuszki nie do zanucenia a jeśli nawet to ruda tańczy jak szalona i tyle można zaufać kumkaniu żab i szumie majowego deszczu bo to muzyka od wieków taka sama można posłuchać jak rosną kwiaty pękają im pąki i jak wieczorami słucha się tych koncertów kiedy wszystko rośnie i rano podziwia o ile.  Są ludzie którzy usiłują być muzyką ale to nie jej dźwięki ona woli te stare te odkrywane na nowo oparte na głosach jakich już nie ma świat sobie poszedł w stronę w której ona się gubi i żeby się upewnić że jednak jest tiu i teraz wita świeżo rozkwitłe kwiaty  Ziemia pachniała wdzięcznością nie spieszy się nigdzie cierpliwie czeka na niedużą łopatkę na nowe korzenie które przyjmie które w dźwiękach trąbki jedynej i rozpoznawalnej pięknie potem urosną kwiaty ona uwielbia cieszy się że tyle mogła i tyle umiała. Wieczorem zatapia się w jego palcach w ich domu który jest zupełnie jak jing i jang w którym wszystko stapia się w jedną całość bo każdą rzecz wybierali razem i dlatego jest tak spójna pięknie im to wyszło tonie w kwiatach w zapachu ziemi w myślach dlaczego tak szybko konieczność zabiera kogoś kto był niezwyczajnie na teraz dobry słuchaj proszę co było przeszło nie wróci wczorajszy smutek niech już nie smuci więc zostaw zostaw wszystko i zatrzymaj mnie

16 maj 2017

M 246:

Pojawiła się w swoim rodzinnym mieście sama, z zachłannością czasu dla siebie, z przespanymi nocami, z planami, że będzie to i tamto i nie wyszło. Najpierw rzuciła się na skupisko sklepów, wgryzła się w wyczekany i lubiany labirynt z obietnicą znalezienia właściwego, celnie w punkt trafionego czegoś do ubrania, kiedy jej barometr nigdy nie zawodził, kiedy wiedziała co i jak i w jakim rozmiarze i do czego, nagle nie potrafi, gubi się i wychodzi, tracąc cenny czas i minuty słońca. Nie umie bez niego kupić bluzki, bo nie ma tej jego przyprawy wzroku, który powie, że to ta, że wciąż wygląda dobrze, chociaż ona i tak wie, że tak jest, ale potrzebuje lustra koniecznie w nim. Wszystkie szpilki są za wysokie bez niego,  kawy nie ma co pić, bo czas ucieka a najlepiej się pije flat white w towarzystwie brązowych oczu, każdy długi sen niespokojny bo nie ma jego skrzydeł w każdym momencie, kiedy tego potrzebuje, za mała ona na to duże miasto, weszła  w te miejskie wygodne kapcie, które zna na wylot, uwierają bez niego nawet one, chociaż tak dobrze je zna.
Wychodząc, z galerii handlowej wypruła nitkę, która ciągnie za nią  zmielony baobab dający szczęście i zdrowie i naturalne brwi Ani Starmach, szok w czasach pomad, cieni i kredek do brwi, że tak można, to niespotykane, że jeszcze nie padła ofiarą pęsety i wosku. Że wszystkie bluzki mają kaskady buf u dołu rękawów, że są proste i haftowane i do tego nosi się poszarpane dżinsy, właściwie można sobie kupić takie normalne a potem je pociąć i spruć wedle uznania i przy pomocy ostrej tarki do warzyw. I jeszcze dżins i kwiaty i naszycia i w tym wszystkim niemożliwe jest znaleźć granatową spódnicę do kolana, nieco efektowną, z uroczą kontrafałdą, klasyczną i nie uszytą ze sztuczności, no nie ma, jakby ktoś wyeliminował tę część garderoby, też sobie wymyśliła taki relikt, ta ona.
Modny błysk na twarzy. Matowe szminki nude czyli w nietwarzowych beżach, dla wielkoustych i będących na czasie. Ona na czasie nie jest, więc je omija, wierna od lat soczystym różom, w parze z umalowanymi rzęsami wyglądają naprawdę nieźle. Więc ta Łódź taka wyczekana a na obrzeżach dni nijaka, ulice nabrzmiałe od wspomnień, przebudowanych jak ulice, zatartych jak napisy po knajpach, których już nie ma. 
Dlatego od teraz już na pewno wie, że tam, gdzie rośnie jej dom, misternie teraz dba o wygląd jego środka, a na zewnątrz sadzi begonie, dalie i surfinie, aby dać się zatonąć w kwiatach i słońcu już niedługo. I nie ma w nim sproszkowanego baobabu.

11 maj 2017

M 245 albo środek remontu:


Nie do wiary, że za miesiąc mają być truskawki, jak one urosną, kiedy tak nieustająco pada, kiedy zimno, nie ma jak wykopać umarłych azalii, nie ma jak rozstać się z tym, co uschło w zeszłym roku i tak sobie trwa przyrośnięte do tego, co narosło nowe. Katarzy się i walczy z bólem gardła, ciągle coś się za nią ciągnie, jakby to zimno przeciągała na drugą, ładniejszą stronę roku, no jak to jest z tym zimnem, kupiła piękne dalie i begonie i żyły jeszcze do wczoraj, kiedy nad ranem przyszedł dziadek mróz i skosił je na zawsze. Jeszcze o siódmej rano były powleczone delikatnym szronem, jeszcze różowo żywe a potem stopniowo sobie umarły, niby nic, kwiaty, ale strasznie przykre, bo wybierała je jak wszystko, z wielkim sercem. Ale za to w nareszcie słoneczne popołudnie, w fazie remontu, kiedy się czeka na finał, przyjechały oczekiwane meble, w końcu osiadły u niej  po półwiecznej tułaczce, nareszcie ciężki kredens stanął na właściwym miejscu i sapnął i powiedział dziękuję, a ona nienormalna, bo jak to można się popłakać z powodu mebli, bo naprawdę on do niej szepnął, jak stanął pod ścianą i ona go dotknęła. Jak już kredens zamieszkał wraz z owalnym stołem, to wnętrze, chociaż jeszcze niekompletne w tekstylia i kominek, nagle stało się całością, kuchnia rozmawia z salonem, stół po jednej babci rozmawia ze stołem po drugiej, normalnie słychać. Tak, ona tak ma, że wszystko co było musi być też teraz, choćby w części, dlatego łączy w domu dawne energie z nowymi, łączy się to w jedną, harmonijną całość. Bo ma teraz czas harmonii, na razie wszystko się równoważy, nie musi a chce, na przykład snuć się po targu w poszukiwaniu idealnych begonii, dużych wiejskich jajek, soczystego w zieleń koperku i eko marchewki. W tym majowym, jeszcze nie za ciepłym słońcu, potem w nadgryzionym już księżycu, w ciepłym blasku lampy, jest sobie z jego brązowymi oczami, z mruczącym kredensem, tak tu i teraz, jak ma być w środku maja i to się nazywa szczęście.

28 kwi 2017

M 244:

Wciąż stoi na skraju przepaści czy runąć w sen czy podeprzeć go kawą i przecisnąć się przez dzień po szóstym biegu włączając tempomat. O czwartej rano usypia marudzenie maleńkiej jej wodą z nutramigenem i po tej nitce bardzo cienkiego snu dociągną jeszcze do szóstej, nie, żeby jakiś kordonek, ale nitka, zawsze to lepiej niż nic. Dni się nawlekają bardzo szybko, bo kaszlą, bo nie śpią, bo marudzą, bo wybiera mosiężne krany, zlewy 50 cm, poluje na lampy, precyzyjnie dobiera to i żadne inne, uparta jest jak muł, szukając odpowiedniej rolety z falbanką w stylu kolonialnym, zasłon w motyw koronki, przełamuje, przegryza style, urządza wnętrze tak bardzo ich, że jak już będzie gotowe, to tak, jakby się zamieszkało w ich niebie.  Do skroni pogniotło jej oczy, no trudno, tak to jest, że pewnego dnia to się zdarza i tak jest i można sobie smarować i wyobrażać, ulegać iluzji, że to minie, a nie minie, bo się dużo uśmiecha, bo nie dosypia, bo jest bardzo tu, a tu to właśnie jest marzenie o przespanej nocy, ale coraz lepiej sobie z tym radzi, a jakże. On naprawia ludzi, ona czeka, aż usiądą sobie  w śpiący na górze i nie śpiący na dole wieczór, aż sobie wymienią nie tylko spojrzenia, a potem nieprzytomni, pójdą w swoje noce. Jeszcze nie wykluło się wszystko, nie zakwitło jak należy, roztapia się w deszczu każda myśl o tym, że może być inaczej, jak to, gdzieś kwitnie słońce, a co u niej, nic tylko mokro coraz bardziej i bardziej. Nie wie, co nowego w muzyce, ostatnio mało czyta, czasem zaczepi się o jakieś monstrualnie nie pasujące getry i buty na koturnach w towarzystwie krótkiej kurtki, tak, czasem sobie popatrzy, jak można sobie popsuć wygląd niewłaściwym doborem ubrań, bo teraz na czasie podarte dżinsy i bluzki z rękawami w roli głównej, zobaczy, jak będzie wiosną, jak u niej w mieście zaczną się ubraniowe kompozycje. Na razie podziwia nie tylko wymysły fryzjerów, ale przede wszystkim cierpliwość tych wszystkich, którzy namiętnie szlifują neonowe paznokcie żelowe w szpic, jakie wzorki, jakie tragedie się odbywają, jak taki paznokieć się złamie, ile czasu potrzeba, aby ozdobić takim neonem ręce, ile. Poza paznokciami zauważa tagliatelle z buraka i dobre ciastka słodzone morelami, że wciąż pieką jej ulubione, drożdżowe obwarzanki z makiem i jak dobrze, że może jeść ich ile chce, że nie musi nic zrzucać, bo nie miałaby i tak kiedy ćwiczyć, bo w czasie, kiedy można, to ona jest z nimi, a kiedy ona mogłaby, nie ma co albo nie ma siły. Idzie sobie  w maj szukając nowości, również w lesie, bo drzewa wciąż zaciskają pięści pąków, przez zimno nie pozwalając im rozkwitnąć, niosąc coraz cięższą maleńką ją na coraz chudszym biodrze jej.

10 kwi 2017

M 243 albo o wieży:

Nie jest jedyną, która buduje wieżę, codziennie w niej siedzi, można cały dzień prawie nic nie mówić, być po prostu, odzywać się sporadycznie do małych nich, ma swoją wieżę, którą sobie zbudowała, tak na własne życzenie, jest sobie w niej, nosi ją ze sobą, każdego dnia. Czasem z niej wyłazi, wypuszcza warkocze aby on wszedł na chwilę,  którą tak obydwoje lubią, a potem znów zamyka podwoje i ma sobie te swoje mieszkanie, w którym tuli małą i maleńką nią, bo chore, bo chcą do mamy, bo trzeba oddechem skleić małe powieki, wyśpiewać wszystkie kołysanki, które zna. Wybudowała sobie wieżę z kołdry w arbuzowe minky ze słoniami i w szare z sowami, we wnętrze Lancii jeszcze delikatnie pachnące paczulą, Skody zasypanej okruchami półsłodkich ciastek holenderskich, w nitki czuwania pociągnięte krzykiem maleńkiej jej jak zapis matczynego ekg, martwiącego się, dlaczego ona tak ma. Jak patrzy wokół, to widzi wiele wieży, codziennie ktoś nosi swoją, ostrożnie, jak wielką palmę przed świętami wielkanocnymi, palmę bycia samemu, rytuałów, które ratują przed runięciem w przepaść, wieżę rozwiązywania krzyżówek i łykania rzędu leków, rytuałów w pielęgnowaniu chorej bliskiej osoby, bez którego ta druga osoba nie przeżyje, kiedy nie odbędzie się każdy z etapów. Starannie omijają się wieże, żeby nie uderzyć, nie ponarzekać na to, że takie wysokie, że nie można ich położyć, ominąć, ani zostawić, nie można pożyczyć, można jedynie poprosić, aby na chwilę ktoś ją potrzymał, bo mdleją ręce i wtedy jest wolność i nicniemuszenie, ale to wielka rzadkość.
Zawadziła nią o zapach kwitnącego na biało drzewa, mocny, odurzający, który ją przytrzymał za kołnierz na jednej z ulic wiosennego Lublina. Bo dzięki niej jeszcze więcej zauważa. To nie samotność ani kamyk w bucie, to zgoda na tu i teraz. I dobrze.