16 maj 2017

M 246:

Pojawiła się w swoim rodzinnym mieście sama, z zachłannością czasu dla siebie, z przespanymi nocami, z planami, że będzie to i tamto i nie wyszło. Najpierw rzuciła się na skupisko sklepów, wgryzła się w wyczekany i lubiany labirynt z obietnicą znalezienia właściwego, celnie w punkt trafionego czegoś do ubrania, kiedy jej barometr nigdy nie zawodził, kiedy wiedziała co i jak i w jakim rozmiarze i do czego, nagle nie potrafi, gubi się i wychodzi, tracąc cenny czas i minuty słońca. Nie umie bez niego kupić bluzki, bo nie ma tej jego przyprawy wzroku, który powie, że to ta, że wciąż wygląda dobrze, chociaż ona i tak wie, że tak jest, ale potrzebuje lustra koniecznie w nim. Wszystkie szpilki są za wysokie bez niego,  kawy nie ma co pić, bo czas ucieka a najlepiej się pije flat white w towarzystwie brązowych oczu, każdy długi sen niespokojny bo nie ma jego skrzydeł w każdym momencie, kiedy tego potrzebuje, za mała ona na to duże miasto, weszła  w te miejskie wygodne kapcie, które zna na wylot, uwierają bez niego nawet one, chociaż tak dobrze je zna.
Wychodząc, z galerii handlowej wypruła nitkę, która ciągnie za nią  zmielony baobab dający szczęście i zdrowie i naturalne brwi Ani Starmach, szok w czasach pomad, cieni i kredek do brwi, że tak można, to niespotykane, że jeszcze nie padła ofiarą pęsety i wosku. Że wszystkie bluzki mają kaskady buf u dołu rękawów, że są proste i haftowane i do tego nosi się poszarpane dżinsy, właściwie można sobie kupić takie normalne a potem je pociąć i spruć wedle uznania i przy pomocy ostrej tarki do warzyw. I jeszcze dżins i kwiaty i naszycia i w tym wszystkim niemożliwe jest znaleźć granatową spódnicę do kolana, nieco efektowną, z uroczą kontrafałdą, klasyczną i nie uszytą ze sztuczności, no nie ma, jakby ktoś wyeliminował tę część garderoby, też sobie wymyśliła taki relikt, ta ona.
Modny błysk na twarzy. Matowe szminki nude czyli w nietwarzowych beżach, dla wielkoustych i będących na czasie. Ona na czasie nie jest, więc je omija, wierna od lat soczystym różom, w parze z umalowanymi rzęsami wyglądają naprawdę nieźle. Więc ta Łódź taka wyczekana a na obrzeżach dni nijaka, ulice nabrzmiałe od wspomnień, przebudowanych jak ulice, zatartych jak napisy po knajpach, których już nie ma. 
Dlatego od teraz już na pewno wie, że tam, gdzie rośnie jej dom, misternie teraz dba o wygląd jego środka, a na zewnątrz sadzi begonie, dalie i surfinie, aby dać się zatonąć w kwiatach i słońcu już niedługo. I nie ma w nim sproszkowanego baobabu.

11 maj 2017

M 245 albo środek remontu:


Nie do wiary, że za miesiąc mają być truskawki, jak one urosną, kiedy tak nieustająco pada, kiedy zimno, nie ma jak wykopać umarłych azalii, nie ma jak rozstać się z tym, co uschło w zeszłym roku i tak sobie trwa przyrośnięte do tego, co narosło nowe. Katarzy się i walczy z bólem gardła, ciągle coś się za nią ciągnie, jakby to zimno przeciągała na drugą, ładniejszą stronę roku, no jak to jest z tym zimnem, kupiła piękne dalie i begonie i żyły jeszcze do wczoraj, kiedy nad ranem przyszedł dziadek mróz i skosił je na zawsze. Jeszcze o siódmej rano były powleczone delikatnym szronem, jeszcze różowo żywe a potem stopniowo sobie umarły, niby nic, kwiaty, ale strasznie przykre, bo wybierała je jak wszystko, z wielkim sercem. Ale za to w nareszcie słoneczne popołudnie, w fazie remontu, kiedy się czeka na finał, przyjechały oczekiwane meble, w końcu osiadły u niej  po półwiecznej tułaczce, nareszcie ciężki kredens stanął na właściwym miejscu i sapnął i powiedział dziękuję, a ona nienormalna, bo jak to można się popłakać z powodu mebli, bo naprawdę on do niej szepnął, jak stanął pod ścianą i ona go dotknęła. Jak już kredens zamieszkał wraz z owalnym stołem, to wnętrze, chociaż jeszcze niekompletne w tekstylia i kominek, nagle stało się całością, kuchnia rozmawia z salonem, stół po jednej babci rozmawia ze stołem po drugiej, normalnie słychać. Tak, ona tak ma, że wszystko co było musi być też teraz, choćby w części, dlatego łączy w domu dawne energie z nowymi, łączy się to w jedną, harmonijną całość. Bo ma teraz czas harmonii, na razie wszystko się równoważy, nie musi a chce, na przykład snuć się po targu w poszukiwaniu idealnych begonii, dużych wiejskich jajek, soczystego w zieleń koperku i eko marchewki. W tym majowym, jeszcze nie za ciepłym słońcu, potem w nadgryzionym już księżycu, w ciepłym blasku lampy, jest sobie z jego brązowymi oczami, z mruczącym kredensem, tak tu i teraz, jak ma być w środku maja i to się nazywa szczęście.

28 kwi 2017

M 244:

Wciąż stoi na skraju przepaści czy runąć w sen czy podeprzeć go kawą i przecisnąć się przez dzień po szóstym biegu włączając tempomat. O czwartej rano usypia marudzenie maleńkiej jej wodą z nutramigenem i po tej nitce bardzo cienkiego snu dociągną jeszcze do szóstej, nie, żeby jakiś kordonek, ale nitka, zawsze to lepiej niż nic. Dni się nawlekają bardzo szybko, bo kaszlą, bo nie śpią, bo marudzą, bo wybiera mosiężne krany, zlewy 50 cm, poluje na lampy, precyzyjnie dobiera to i żadne inne, uparta jest jak muł, szukając odpowiedniej rolety z falbanką w stylu kolonialnym, zasłon w motyw koronki, przełamuje, przegryza style, urządza wnętrze tak bardzo ich, że jak już będzie gotowe, to tak, jakby się zamieszkało w ich niebie.  Do skroni pogniotło jej oczy, no trudno, tak to jest, że pewnego dnia to się zdarza i tak jest i można sobie smarować i wyobrażać, ulegać iluzji, że to minie, a nie minie, bo się dużo uśmiecha, bo nie dosypia, bo jest bardzo tu, a tu to właśnie jest marzenie o przespanej nocy, ale coraz lepiej sobie z tym radzi, a jakże. On naprawia ludzi, ona czeka, aż usiądą sobie  w śpiący na górze i nie śpiący na dole wieczór, aż sobie wymienią nie tylko spojrzenia, a potem nieprzytomni, pójdą w swoje noce. Jeszcze nie wykluło się wszystko, nie zakwitło jak należy, roztapia się w deszczu każda myśl o tym, że może być inaczej, jak to, gdzieś kwitnie słońce, a co u niej, nic tylko mokro coraz bardziej i bardziej. Nie wie, co nowego w muzyce, ostatnio mało czyta, czasem zaczepi się o jakieś monstrualnie nie pasujące getry i buty na koturnach w towarzystwie krótkiej kurtki, tak, czasem sobie popatrzy, jak można sobie popsuć wygląd niewłaściwym doborem ubrań, bo teraz na czasie podarte dżinsy i bluzki z rękawami w roli głównej, zobaczy, jak będzie wiosną, jak u niej w mieście zaczną się ubraniowe kompozycje. Na razie podziwia nie tylko wymysły fryzjerów, ale przede wszystkim cierpliwość tych wszystkich, którzy namiętnie szlifują neonowe paznokcie żelowe w szpic, jakie wzorki, jakie tragedie się odbywają, jak taki paznokieć się złamie, ile czasu potrzeba, aby ozdobić takim neonem ręce, ile. Poza paznokciami zauważa tagliatelle z buraka i dobre ciastka słodzone morelami, że wciąż pieką jej ulubione, drożdżowe obwarzanki z makiem i jak dobrze, że może jeść ich ile chce, że nie musi nic zrzucać, bo nie miałaby i tak kiedy ćwiczyć, bo w czasie, kiedy można, to ona jest z nimi, a kiedy ona mogłaby, nie ma co albo nie ma siły. Idzie sobie  w maj szukając nowości, również w lesie, bo drzewa wciąż zaciskają pięści pąków, przez zimno nie pozwalając im rozkwitnąć, niosąc coraz cięższą maleńką ją na coraz chudszym biodrze jej.

10 kwi 2017

M 243 albo o wieży:

Nie jest jedyną, która buduje wieżę, codziennie w niej siedzi, można cały dzień prawie nic nie mówić, być po prostu, odzywać się sporadycznie do małych nich, ma swoją wieżę, którą sobie zbudowała, tak na własne życzenie, jest sobie w niej, nosi ją ze sobą, każdego dnia. Czasem z niej wyłazi, wypuszcza warkocze aby on wszedł na chwilę,  którą tak obydwoje lubią, a potem znów zamyka podwoje i ma sobie te swoje mieszkanie, w którym tuli małą i maleńką nią, bo chore, bo chcą do mamy, bo trzeba oddechem skleić małe powieki, wyśpiewać wszystkie kołysanki, które zna. Wybudowała sobie wieżę z kołdry w arbuzowe minky ze słoniami i w szare z sowami, we wnętrze Lancii jeszcze delikatnie pachnące paczulą, Skody zasypanej okruchami półsłodkich ciastek holenderskich, w nitki czuwania pociągnięte krzykiem maleńkiej jej jak zapis matczynego ekg, martwiącego się, dlaczego ona tak ma. Jak patrzy wokół, to widzi wiele wieży, codziennie ktoś nosi swoją, ostrożnie, jak wielką palmę przed świętami wielkanocnymi, palmę bycia samemu, rytuałów, które ratują przed runięciem w przepaść, wieżę rozwiązywania krzyżówek i łykania rzędu leków, rytuałów w pielęgnowaniu chorej bliskiej osoby, bez którego ta druga osoba nie przeżyje, kiedy nie odbędzie się każdy z etapów. Starannie omijają się wieże, żeby nie uderzyć, nie ponarzekać na to, że takie wysokie, że nie można ich położyć, ominąć, ani zostawić, nie można pożyczyć, można jedynie poprosić, aby na chwilę ktoś ją potrzymał, bo mdleją ręce i wtedy jest wolność i nicniemuszenie, ale to wielka rzadkość.
Zawadziła nią o zapach kwitnącego na biało drzewa, mocny, odurzający, który ją przytrzymał za kołnierz na jednej z ulic wiosennego Lublina. Bo dzięki niej jeszcze więcej zauważa. To nie samotność ani kamyk w bucie, to zgoda na tu i teraz. I dobrze.

19 mar 2017

M 242:

Wietrznie, zimno, przedwiosennie, w samochodzie fruwają rysunki małej jej, w garażu i na strychu plaga myszy, przedwiośnie bez przyglądania się. Nie malowała paznokci wieki, nad skroniami dopiero dzisiaj udało jej się zamalować srebrne nitki, nie zastanawia się nad niczym w wyglądzie, nie pamięta, kiedy malowała się cieniami do powiek w codziennym dniu, stała się trochę bezcielesną maszynką do wożenia, odbierania, kupowania kury mięsnej, wiejskich jajek, szynkowej od Nowaka, dwóch kilogramów marchwi, pietruszki, soczystych jabłek i pomarańczy, niezbędnych do uzyskania odpowiedniego dźwięku w wyciskarce wolnoobrotowej Kuvings. Odkurza, wyrzuca śmieci, zmywa, robi tysiąc prań bo rotawirus, mama w czterech ścianach swojej samotności, w wieży o ścianach z rutyny, z pospieszną rundką do sklepu i warzywniaka, jej chwilowa wolność przemierzana jak najszybciej pedałem gazu granatowej Lancii Musa 1,9 TDI, 110 kM, uwielbia to auto, chociaż ma strasznie słabe światła, założy mu nowe okulary i będzie lepiej. Kiedy maleńka ona jedzie autem bum bum z żółtą gąsienicą a mała ona po raz tysięczny jest Elsą i ma moc na fioletowej kanapie, ona szoruje się na sucho włosianą szczotką na dłuższym kiju, potem szybko bierze prysznic robiąc miny w kierunku maleńkiej jej, wciera ujędrniający balsam Dove, potem oprócz toniku z Tołpy nakłada emulsję nawilżającą ze sfermentowanymi algami z Hada Labo i dalej się już nie przejmuje bo nie ma czasu, bo z wciąż gładkiej skóry wychodzi z niej mama. Codzienny czas jest wypełniony szczegółami, odkładaniem, przekładaniem, chowaniem i wyciąganiem, wycieraniem, podnoszeniem, kładzeniem, słuchaniem i myśleniem. W jej mieście nie ma jak i gdzie przeciągnąć oczu po wiosennych propozycjach w kawiarni Costa, uwielbia ich flat white, cudownie aromatyczna arabika bez nuty kwasowości i goryczki z doskonale dobraną ilością mleka, nie ma gdzie iść w niedzielę rano na rodzinne śniadanie z wypiekanymi chrupiącymi bagietkami i ulubioną croque madame, tak, przyznaje się, lubi wspominać takie ucieczki w smaki, kiedy można było posączyć czas przez słomkę wraz z grejpfrutowo-pomarańczowym sokiem albo ulubionym mango lassi ze szczyptą imbiru.
Nauczyła się tej samotności, którą sobie sama wybrała, bo nie spotka na ulicy koleżanki ze szkoły ani ze studiów, ani z bloku, porusza się raczej w ściśle określonym kwadracie i nie zastanawia się ostatnio, czy któryś róg ją bardziej uwiera czy nie, jest sobie każdego dnia, bezmyślnie, leniwie, bo często jest tak, że jej się zwyczajnie pisać nie chce. Ma pokrzywione żebra, bolące plecy, tęskni za nim, szuka równowagi, oddycha, przygląda się, nie chce jej się poukładać w szufladach w bielizną  i znów jest bezcielesna.

8 mar 2017

M 241 albo o chlebie powszednim:

Lubi kupować różne bułki i chleby, nie jest tak, że zawsze te same, nie. W każdym sklepie niedaleko jej domu zwalnia przy półkach z pieczywem, ogląda sobie papierowe naklejki na różnych bochenkach, często kupuje takie malutkie, akurat na jej nieduże potrzeby,  małe, uczciwe bochenki posypane niewielkimi ziarenkami, troskliwie pieczone, zafoliowane i pokrojone, bo tak łatwiej. Lubi miękkie, drożdżowe obwarzanki posypane makiem, cudownie smakują z mirabelkowym dżemem i kozim serem, niekoniecznie te z Wąchocka, bo jak poleżą kilka godzin, to trudno je ugryźć, pomimo swojego nieskalania spulchniaczami. Lubi żytni i razowy z dynią od Krawczyka, żytni z Batmaru i jeszcze taki miękki i ciemnawy stamtąd, który lubi mała ona, tylko z masełkiem. Lubi wwąchiwać się w lekko przypaloną skórkę bułki z przedziałkiem, a potem podgryzać pachnący drożdżami miąższ, w ogóle mogłaby bułki nie jeść, tylko wąchać. W Łodzi jadała wszelakie odmiany żytniego chleba, bez wyraźnych upodobań z miejsca pochodzenia, chociaż w jej kubkach smakowych i równowadze pomiędzy chrupiącą skórką i pięknie wyrośniętym  środkiem, przodował wielki bochen chleba od Gniotka, po który w okresie okołoświątecznym ustawiają się gigantyczne kolejki, porównywalne z tą po pączki w cukierni Michałek na Krupniczej w Krakowie. Krojąc tak wielki chleb, mama zawsze wykonywała na nim znak krzyża i coś w tym jest, że ona też tak ma przed rozpoczęciem krojenia każdego bochenka. Doskonale pamięta smak żulika posmarowanego masłem i powidłami, rodzaj bułki z ciemnej mąki, z drobinkami jakby przypalonego karmelu i rodzynkami, który poza granice Łodzi nigdy nie wyszedł. Uwielbia maleńką piekarnię w Lublinie, pod sufit wypełnioną stosami różnorodnego pieczywa, bez podświetlanych lad i luster, tam kupuje zawsze jaglaka z białym serem w skorupce z cienkiego, twardego drożdżowego ciasta, mniejsze i większe miękkie, rozkosznie pachnące cebularze i jej ulubiony chleb pytlowy, z lekko wilgotną skórką i takim środkiem, który najprościej na świecie rozsiewa aromat uczciwego chleba, który ma równomierne bąbelki na całej powierzchni kromki i tworzy absolutnie doskonały duet z wszystkim, co chciałoby z nim tworzyć kanapkę. Uzależnienie od Krakowa przybiera rozmiary węzła ratowniczego, kiedy wbije zęby w chleb kresowy od Buczka, z nieregularną, spękaną skórką z jednej strony i odciśniętym liściem kapusty z drugiej. Na Starym Kleparzu, w jednej małej budce naprzeciwko  stoisk z serami, kupowała małe bułki z czarnuszką i takie chrupiące, podłużne pszenne, najlepsze do wąchania, potem do jedzenia. Od Pawlaka targała małe bochenki chleba z samymi ziarnami, ulubiony, okrągły królewski i bułki. Z Piekarni Mojego Taty wychodziła z wielkim, podłużnym bochenkiem razowego chleba i nigdy nie mogła się oprzeć tamtejszym drożdżówkom z serem. Uwielbia piekarnie w każdym mieście, które odwiedza, zwłaszcza te małe, posypane mąką i zaparowaną szybą, w których są czasem jeszcze stare wagi, w których pieczywo pakuje się w beżowe, papierowe torebki, z jakiegoś powodu nazwane szarymi. Nie je za dużo pieczywa, więc kiedy trafi w chleb, który smakuje tak, że do zapamiętania, to ją to potrafi uśmiechnąć na długo.

28 lut 2017

M 240 albo urodzinowy:

Trochę to jak westchnienie, przeszło się na drugą stronę i nie stało się nic, stanęła sobie na swojej drabinie lat, postawiła te swoje pięćdziesiąt pięć kilo i spojrzała dziesięć szczebli w dół. Te lata to był czas trzech przeprowadzek, tułaczek, miliona pociągów, biletów, poznanych ludzi, smaków, zużytych kremów, lakierów do paznokci i tuszy do rzęs, poczucie tego, że absolutnie wszystko jest po coś, Piękne dziesięć lat szukania lupą cierpliwości i pokory, potykania się o niezliczone krawężniki i tory kolejowe z wielką, srebrną walizką, którą doprowadziła do śmierci, dźwigając w niej za dużo, a to było trudne. Dwie pary zgubionych butów, zostawione suszarki do ubrań i małe czajniki, zapach osiedlowych sklepów spożywczych i znane na pamięć rozkłady jazdy autobusów. Kolory, smaki, fascynacje jak zimne ognie spalone za szybko, pierogi obok dworca w Żorach, kiedy pociąg ją zgubił i o niej zapomniał i siedziała na dworcu kilka godzin, obładowana myślami bardziej niż zwykle, a pierogi uratowały ją od samotności. Bułka od pani z przedziału, bo była strasznie głodna, a nie zdążyła nic kupić.  Bieg w butach na obcasie na dworcu w Toruniu, z kapiącą torbą od sałatki i wielką srebrną walizką - zdążyła. Poranne godziny szkoleń, kiedy od siódmej już była gotowa z maleńkim rzutnikiem i otwartym sercem na to, co się dalej wydarzy. Nie skończone butelki perfum i drobiazgi, których jeszcze nie wyrzuciła, bo są jak nośniki pamięci tylu wieczorów przez te dziesięć lat. Rytuały powrotów. Złote oczy kotów, których już nie ma, pęknięcie i rozstanie z murem, który miał być na zawsze a jednak się zawalił. Narysowanie tego, co się miało spełnić i wszystko tak się stało, jak chciała. Jaśmin każdego lata, Kraków, dużo Krakowa. Intuicja, ogromna, wyrazista, która prowadziła ją niczym pochodnia, kiedy ona zaciskała zęby i z całej siły wierzyła, że się spełni to, na co tyle czekała.  Trzydzieści trzy lata, adres 3/3 i numerologiczna 33 przyniosły jego brązowe oczy, wciśnięte w Zaułek Niewiernego Tomasza, a potem się potoczyło. Jazda po fioletową kanapę o dwudziestej trzeciej w pachnący czerwiec, zaręczyny prawie w Paryżu odpustowym pierścionkiem, a potem w bardzo upalnym lipcu szelest szmaragdowego jedwabiu i za mała twarz na uśmiech i na radość. Cyprysowa aleja w Bolgheri, wygrzane lato i zrudziała trawa w ogrodzie. Mała i maleńka ona, budowanie domu tam, gdzie nie znała nikogo. Rosnąca siła jak nerw kulszowy, największa i najgrubsza jak do tej pory. Harmonia jak bujanie się w hamaku, kiedy pachnie trawa, kwitną jabłonie i pachnie szczęście. Dużo ją kosztowało to, w jakim miejscu jest teraz, zdarzeń, cierpliwości, czekania, jeszcze większej cierpliwości, bycia poza wszystkim, z całej siły sobą, gdziekolwiek by ją droga nie wyrzuciła, a ona zawsze prowadziła do tam, gdzie jest miłość, bo kocha się nawet spóźniony pociąg, każde potknięcie, każde dobre i złe, które się wydarza, bo jeśli się tego nie zrobi, to nie wróci z milionową siłą i nie przyniesie wszystkiego tego, czego się chce. Jest w bardzo dobrym miejscu, bo zbudowała je sama dokładnie tak, jak miało wyglądać. Ma szczęście w przewlekłym stanie, nie w momencie, jak dziesięć lat temu. Niech więc zostanie.

23 lut 2017

M 239:

Dużo myśli jak nieuporządkowane kłębowisko kabli, jak z nich wyplątać słowa, czasem się nie da, bo wieczór za krótki, bo godziny się tak naciągnęły, że zostaje tylko trochę siły na zmycie tuszu do rzęs płynem micelarnym Nivea do cery nadwrażliwej, wklepanie regenerującego kremu z olejkami Yves Rocher, poklepanie prostokątem szyby po deszczu z drugiej strony i wpadnięcie w sen jak w nieoczekiwaną dziurę.
Jest czas narodzin i czas śmierci, najtrudniej wytrzymać w tu i teraz, bez myślenia, co będzie i jakie wielkie wyrwy zostaną, jak kogoś zabraknie. Ktoś się rodzi i ktoś umiera, miejsca się wymieniają, niby to prastary cykl od wieków, ale kiedy pojawi się gdzieś w jej otoczeniu, to trudno to wytrzymać. Jak bardzo nie ma się wpływu na wiele rzeczy, jak dużo energii idzie tam, gdzie niekoniecznie powinno, i zapętla się to wszystko i wścieka. Potrzeba dużo cierpliwości na czekanie w szpitalu aby przepłynąć ten ocean godzin, które z czasem stają się naprawdę długie, jak rzędy krzeseł wypełnionych niepokojem, skajowymi kozakami, szeptami w konfesjonałach telefonów. Przez te długie oczekiwanie na wynik, co jej wysiadło w mechanizmie oddychania, można policzyć paluszki beskidzkie w podświetlanej szafie, obejrzeć w uszach i mimowolnie wszystkie programy na tvp polonia, można pomilczeć tak, jak dawno się nie milczało i pomimo słabości, to takie czekanie też jest dobre. Jakoś się tak nauczyła, że w każdej i długiej i krótkiej minucie zauważa tysiące szczegółów, które trzymają w pionie, takie małe mrówki z tu i teraz, zbierające tyle myśli w linie i litery i one właśnie pozwalają jej wyżyć każdy dzień maksymalnie intensywnie. Jak bardzo daleko są duże miasta z kawkami i promocjami, z szumem i reklamami, z wiosennymi koniecznościami po raz kolejny, jeszcze dalej niże te obłoki i na razie nie ma siły, ani czasu ich dosięgnąć.

11 lut 2017

M 238 albo o wąchaniu:

Jest jak terminator, bo jak się uderzy o skośną ścianę w łazience to głowa boli, ale nic to, wstaje i idzie dalej, patrząc na krystaliczne, zimowe niebo. W ogóle idzie do przodu, bo nie można inaczej, bo przecież trzeba ładnie zamykać krzyki małej jej w obręczy jej ramion, utulać i całować w śmiech każdą tęsknotę za mamą, żeby była blisko, jak najbliżej, bo inaczej jest mały koniec świata. Leczą się z katarów, we trzy oglądają karmnik z sikorkami, mrużą oczy od słońca i sobie są, każda na swój sposób i w swoim rytmie, trzy wielkookie. Dni są podobne, litery nazbierane przez cały dzień nagle nie mają siły już o dwudziestej pierwszej i są takie słabe, że nie wychodzą z palców, szkoda, bo luty już zaawansowany. Ogląda i zachwyca się nowymi diorami i chanel, podgląda trendy i maluje paznokcie po to, żeby zaraz się złościć, że tyle czasu zajmuje ich zmazywanie, a przez ten czas mogłaby dłużej poleżeć choćby o tę bezcenną milisekundę. Kiedyś kupowała kosmetyki, żeby je po prostu mieć, malować się nimi o tak, dla wielkiej przyjemności i po prostu posiadania kunsztownych pudełeczek, nawyrzucała się ostatnio całych stosów, ciągle zresztą znajduje próbki kremów, serum, odżywek, balsamów, perfum, których i tak nie zużyje, które zasnęły na wieki z datą ważności jak wieko do trumny, tak, fajnie było je mieć, chociaż nigdy by sobie nie kupiła kremu za czterysta złotych, bo przecież to rzeczy dla małych nich, tyle. Może sobie wyobrazić jak pachnie wiosna w perfumerii, składa więc nuty zapachowe, co nowego, dla niej niezmiennie paczula i kwiat pomarańczy, numer jeden o każdej porze dnia i roku. Jej pierwsze pachnidło to "Le Jardin" Bourjois, potem długo nic i wreszcie L'eau par Kenzo, zapach deszczu, do którego wraca niezmiennie z sentymentem, zapach kupiony po raz pierwszy na wycieczce w San Marino, czasy to były zamierzchłe. Na pewno nie lubi zapachów słodkich, karmelowych, mało wyrazistych, takichjakwszystkie, mogłaby pachnieć tym, co już umarło, czego już nie ma i się nie powtórzy, Le Feu d'Issey Miyake, dymnym i skórzanym Black Cashmere Donny Karan, Kingdom Aleksandra McQueena, miękką i niewinną Glorią Cacharel, ciężkim i skórzanym Guccim I, ukochaną Cinemą YSL, Sensi Armaniego, co to za czasy teraz, tak, jest wiele pięknych zapachów, ale za dużo jest do siebie podobnych. Lubi wchodzić rano do łazienki, w której jeszcze unosi się męski zapach Botega Veneta, uśmiecha się, pochylając nad maleńką nią, bo ona jeszcze wciąż pachnie małym dzieckiem, a zapach ten wyrasta wraz z umiejętnością mówienia i chodzenia, mija za szybko, dlatego trzeba jak najdłużej wwąchiwać się w śmiech na szyi.
Tak mało używa perfum, stoją rzędem, Feminite du Bois Serge'a Lutensa, kolekcja Aqua Allegorii Guerlain, niestety bez ukochanej Pamplelune, Allure Chanel, piżmowy i swetrowy Narcisio Rodriguez , Eau Premiere Chanel, Elle YSL, Botega Veneta, cudownie różana Stella McCartney, gorzkawo-świeży Dior, wspomnienie po stłuczonej Cinemie YSL, malinowy Baby Doll YSL i dawno nie używany Eclat d'Arpege Lanvin. Lubi pamiętać zapach Belle d'Opium YSL, Anais Anais Cacharel, Nu YSL, czasami odwiedza perfumerie i przywołuje lubiane zapachy, zatapia się w tych niszowych w niszowych miejscach, gdzie mieszkają, tak jakoś ma. Czeka na zapach wiosny, rozgrzebanej ziemi, lżejszego powietrza, czeka, aż wyprodukują pachnidła do auta o aromacie paczuli, szkoda, że błękitny śnieg nie pachnie, tylko wygląda mrozem, lśniący w księżycowym świetle, nierealny, taki, jak lubi, do zapamiętania, cud.

29 sty 2017

M 237 albo nieopisane niewyspanie:

Nie wie, czy kiedyś była tak zmęczona, nawet wtedy jak mieszkała w walizce to nie było tak strasznie, bo wtedy miała na głowie tylko dobrze obcięte włosy i dwa ukochane koty i nic więcej, a teraz ma dwie małe je i ta jedna wciąż tnie jej noce na niewyspane kawałki, każe się utulać, masować każdy skurcz brzucha, każdy krzyk, która szpulką przenikliwego dźwięku potrafi rozwinąć się w długie nocne godziny. Przewraca się już o siódmej, podpiera mocną kawą o ósmej, a potem przez dzień walczy z rwącym bólem ręki i wtula się w zapach śpiącej maleńkiej niej, żeby nie czuć tego, że jest zmęczeniem zmęczeń i nic na razie tego nie zmieni. To jak sinusoida, z jednej strony radość z pokazywania świata, z drugiej nieustająca, pochłaniająca, żrąca, ogromna, ponad jej siły potrzeba nieprzerwanego snu siedemdziesiąt dwie godziny. Czas depcze jej przez to po twarzy liniami wokół nosa i oczu, zwalcza je ustawicznie wklepując sumiennie rano i wieczorem inne konsystencje i składy, ale im bardziej się stara, tym mniej śpi i koło się zamyka. Ciężko jej się oddycha, bo nie ma najłatwiejszego czasu pomimo czterech niebieskich oczu dwóch szczęść, stara się znaleźć wyrwę w tej ścianie, jaka się stworzyła, już prawie jest, można się zaczepić, zrobić dziurę, powiększyć i przejść na stronę, gdzie jest lepiej, gdzie znów się nie wyśpi, ale będzie więcej tlenu.
Przez trzy tygodnie niepisania milion razy użyła inhalatora i rozmaitych leczących płynów, zaśmieciła samochód kubkami po kawie i ryżowymi chrupkami, które małą rączką pożera maleńka ona, przebrnęła przez wielkie mgły i zakręty, naoglądała się wspaniałości ze świata tworzonego pędzlami, obiecała, że wywiesi karmnik dla ptaków i na razie stoi na ziemi a mróz trzyma, pojechała tam, gdzie świecił śnieg na niebiesko a buty chrupały białą ziemię. Czasami jest tak, że opadają ręce nawet z niepisania, chociaż każących pisać myśli tysiąc, kiedy sprawdza na sobie, że na świecie wciąż są dobre ale i złe rzeczy, kiedy najbliżsi mentalnie umierają bo się pogubili w krainie pieniądza i nic ich nie wróci, kiedy znów włącza respiratory przyjaciół i bycia tu i teraz i to jest jak gazik z octeniseptem, pomaga na chwilę, nie szczypie i goi powoli. Może ma więc niedobory wszystkiego przez to zmęczenie, może mózg jej się wyprostował i ma jedną komórkę z napisem spać, może. Coraz częściej nie ma siły umyć rzęs i wytrzymać do dwudziestej drugiej, bo i tak wie, że znów nie dane będzie jej zapaść w fazę REM.