22.11.2016

M 233 albo o deficycie:

Ona: pogniotło jej się bardziej wokół oczu, to przez pourywane noce, nieregularne wtykanie smoczka, nie wiadomo o której porze, budzi się na zawołanie, właściwie mało co śniąc, albo śniąc ekspresowo, żeby w nocy zmieścić wszystko co powinno się w niej zmieścić, poczynając od wtarcia cudotwórczego kremu do twarzy Hada Labo z wszystkim, co wygładza, napina, nawilża i przeciwdziała, poprzez nałożenie kremu do stóp, jakiegoś w zielonej tubce, włączenie radia na trzy, zgniecenie rogu w poduszce i potem położenie się na lewym boku, zerkając, czy na posterunku jest wszystko co potrzebne aby przepłynąć przez tę noc. I wstać na tyle przytomną, aby uważnie zaparzyć mocną arabikę, która obudzi ich cały dom.

Ona: lubi patrzeć na jego stopy w skarpetkach i skórzanych japonkach Abercrombie&Fitch, niezniszczalnych, na spodnie od piżamy w kratę, na wicherki na krótkich włosach, na świder w brązowych oczach i co wieczór zamyka oczy całując go w szyję na dobranoc.

On: urządza, przestawia, maluje, przewozi, planuje, docina, wierci, zawiesza i wbija.

Ona: podróżuje sobie myślami po znajomych, przypomina, jak pachną ich mieszkania, jaki jest u nich rozkład pomieszczeń, gdzie się jechało, tęskni trochę. Do rozmów nie o dzieciach, do peelingu na twarzy nie z lustrem w parze, do rozmów długonocnych, do zrobionej kawy z mleczną pianką, do zatracenia się w sklepie z kosmetykami, aby wsiąknąć w nowości, kolory i konsystencje.
Ale z drugiej strony więcej śpiewa, bo maleńka ona to uwielbia i tańczy całą sobą, nie zważa na pogodę, bo jest, jaka jest i zawsze można wziąć parasol i kalosze albo okulary słoneczne i iść pokazywać co i jak rośnie i czekać na upragnioną przez małą nią zimę.

On: troskliwi się o nie trzy, pomimo zamieszania z urządzaniem nowego miejsca do pracy, maluje stare meble apteczne, ustawia, rozkłada i składa, bo przyszło nowe i je urządza.

Ona: cierpi na małopisanie, sennie patrzy na coraz bardziej rudy i pusty ogród. Ma deficyty snu, które wyłażą znienacka i ciężko je przesunąć w którąkolwiek stronę, więc zdarza jej się, że rzuca wszystko, talerze po obiedzie obejrzą piątą po południu a nie wnętrze zmywarki, pada jak ukłuta snem na fioletową kanapę i śpi intensywnie nawet dwadzieścia bezcennych minut, chociaż to i tak mało pomaga. Umie jeździć samochodem  w botkach na dziewięciocentymetrowym obcasie, codziennie po kilkadziesiąt razy porusza się z góry na dół i odwrotnie, nierzadko z dwoma bezcennymi ciężarami naraz, takie ma właśnie ćwiczenia dla niewyspanych. Maluje rzęsy tuszem Bourjois, nakłada Skin Illusion Clarinsa jak przyjaciela na cały dzień, nie maluje paznokci, bo nie ma siły ich zmywać. Sączy się listopad i trzęsie ostatnimi liśćmi. Jest jak jest.

11.11.2016

M 232:

Jaka ona niedzisiejsza, sweter, panie, normalnie jak z ubiegłej epoki, tylko jak ją zmierzyć, czy to ta z lat osiemdziesiątych, czy jeszcze wcześniej, stamtąd, skąd jej dusza, skąd upodobania do owalu, geometrii Art Deco i kapryśnej linii secesji. Skąd wyczuwanie w powietrzu dworów i czucia się w nich jak u siebie, skąd miłość do koni i maniery sprzed lat. Skąd ważki, irysy, powój, piwonie, suche pastele i akwarele, jakby znalazła się w dwudziestoleciu albo na przyjęciu u Gatsby'ego, to jakoś nikt za bardzo by się nie zdziwił. Zatem nie może wytrzymać absurdów, które się dzieją, że umiera pan, który śpiewał do naczyń włosowatych jej duszy, że depcze się wszystko, o co walczono kiedyś, że nie pisała tyle, bo zjadła ją gruba książka o panu młodszym i starszym, jak zobaczyła obrazy pana starszego, to stwierdziła, że ten pan ją na pewno odwiedził mentalnie i namalował to, co i ona widziała. Pan młodszy zaś, zrobił muzyczną rewolucję, kiedy była prawie że nastolatką, bo w ukochanym radiu puszczał muzykę, przez którą chodziła nieprzytomna i nie wiedziała, czy jest dzień czy noc i od wtedy nic nie było już takie samo. Nie ma już takiego radia, jest zmiana, która nie wiadomo dla kogo jest dobra, jest smętna i niesprawiedliwa jak listopad. Nie lubi tego miesiąca, utkanego z mgły, deszczu, zimnego wiatru, który trzęsie ostatnimi liśćmi, przyspiesza zmianę opon, nie pozwala iść na długi spacer bo nie można ubrać się dostatecznie na przenikliwe, mroźne zimno. Może i dobrze, że nie ma na tym świecie już panów z grubej książki, bo ten młodszy na pewno by nie wytrzymał ani dnia dłużej z tym, co teraz. Nie ma też już śpiewającego pana o głębokim, aksamitnym głosie, który był przy tym jak jej pierwszy chłopak delikatnie rozebrał ją całą i ona wcale nie umarła ze wstydu, bo właśnie była otulona muzyką i to zawsze będzie pamiętać. Jest w tych dniach coś ciężkiego, wilgoć i zimno, żal, że już coś nie wróci, bo może nawet i by nie chciało w takie tu i teraz. Nie ma kiedy zanurzyć się w sobie, jakby jej nie było, bo i tak zauważą ją on i one małe dwie, a z chęcią by stała się przez chwilę przezroczysta, tak lubi, zwłaszcza o tej porze, kiedy za oknem bylejako i sennie tak, że tylko respirator dobrej, średnio palonej arabiki jest w stanie cokolwiek z nią zrobić.

21.10.2016

M 231:

W ciągu dnia dużo ma ciszy, nie włącza żadnego radia, bo w tym ulubionym trudno wyłowić perły w kaszance, więc lepiej nie słuchać, bo zanim się je znajdzie, dużo dźwięków upłynie. Czasem na górze żyje pralka, a no dole zmywarka, chrapie pies i deszczy deszcz, a poza tym jest bezboleśnie cicho, bez żadnych łomotów tramwaju, bez szumu szumiącej ulicy. Jak ma taki wieczór jak teraz, który sobie płynie, w głowie szumi od obrazów, od liter, od pomysłów i chęci, że tyle w niej jest nieczynnych, zakurzonych rzeczy, bo kiedyś każdy piątek był jak talizman, ze skrupulatnie notowaną Listą Przebojów, z papierem do akwareli przypiętym do korkowej tablicy, z sześcianami bezcennych rosyjskich farb, z suchymi pastelami i czarnym tuszem. I tak słuchała i malowała zawzięcie nawet po północy, potem jeszcze czasem miała siłę na napisanie chińskim długopisem listu, a potem się spało snem obtłuczonym przez poranne tramwaje. Z tamtych czasów zostało wiele zapisanych zeszytów, tuba z malunkami, poczucie, że tyle przed nią, a teraz tyle za nią i brak sił na rozłożenie tych samych farb i pędzli, bo nagle sen przychodzi i kłuje pod powiekami, że już trzeba je zamknąć, że robi się prawie północ, tak dużo bardziej zmęczona niż te dwadzieścia lat temu. Lubi tak sobie w ciszy pomalować słowem, lubi zestawić tempranillo z syrah w jednym kieliszku, lubi pomyśleć, że gdyby miała odrobinę więcej siły, to jeszcze dała by życie niejednej kartce i farbom. Tak sobie w ogóle myśli, że gdyby los postawił ją w innym miejscu, to jak to by się skończyło. Pamięta doskonale, kiedy zaczęła kompletować pierwszą makijażową kosmetyczkę i chociaż początkowo malowała bardzo wolno, to miała już swoje sukcesy. Ciekawe, ile umalowała panien młodych, na pewno dużo ponad sto, ile wiązała krawatów, przejrzała sukien ślubnych, obyczajów domowych, ile pamięta z tych zachwytów i obaw. Jak bardzo to wszystko działo się szybko i ile się działo, jak trudno było o sztuczne rzęsy, o matowe cienie, o pędzle, które kosztowały krocie. Wszystko wypływało z palców i z umalowanych twarzy, z wyczucia, z kilkugodzinnej pracy, z tłuczenia się z ciężkim kufrem, z pokory, mozolnego wspinania się na poziom, kiedy można malować  w świetle telefonu komórkowego, bo na zapleczu pokazu mody wysiadło światło. Co by było, gdyby została na makijażowej drodze, a nie postanowiła być trochę z boku. I jak teraz wyglądają makijaże, wyrysowane, z szablonowymi brwiami, kopie kimkardashianijejsióstr, mocne, pieczołowite, z milionem kosmetyków do wypróbowania, a kiedyś jedna kredka do ust służyła za róż i cień do oczy, nie było nic w zamian, nic osiągalnego. Patrzy więc na siebie, taką nieustannie malującą, zawsze w każdy piątek, na siebie, która nie ulegała żadnym modom, pochylona nad twarzami, skupiona na wydobyciu tego, co w nich istotne, na przyglądaniu się i empatii, co powinno być podkreślone, a co nie, a nie na zamalowaniu i rozblendowaniu, na siebie stojącą po kilka godzin w jednej pozycji, aby upiększyć zwykłe i niezwykłe dziewczyny a potem umierać z bólu pleców i tak do następnego dnia. I co jej z tego zostało, jak w zuoełnie innym jest miejscu, poczucie, że jeszcze umie i potrafi, że musi tylko mocno mrugać oczami, żeby nie zasnąć w porze copiątkowego malowania kiedyś, że nie może bezkarnie już sobie robić smoky eyes, bo czas ją trochę podeptał wokół oczu, bo stworzyła dwa najpiękniejsze dzieła o takich samych oczach, bo może kiedyś wróci do papieru i pasteli, nie wyschły jeszcze na tak, że nie można ich ruszyć. Co za czasy. Pamięta je jej kręgosłup, sztywny i wygięty we wszystkie wygiętości, jakie nie powinny mieć miejsca. A mają.

18.10.2016

M 230 albo się jesieni:

Ma takie dziwne zestawienia smaków, testuje połączenia, tak ma, że może jeść nawet światło w lodówce, a zawsze smakuje. Pasta jajeczna z chili, grubym szczypiorkiem i szczyptą wędzonej papryki, uklepana na żytniej bułce od Krawczyka, przegryzana chrupiącą, soczystą kalarepą i popijana półsłodkim, orzeźwiającym Lambrusco. Nasycona pomidorami zupa, z grubym makaronem, odrobiną słodkiej śmietany, gotowana na kaczych skrzydełkach, a zaraz potem naleśniki z mąki orkiszowej i jaglanej, z musem z soczystych konferencji i greckim jogurtem. Jak patrzy z góry poniedziałku na podgórze piątku, to jakoś planuje obiady przez tydzień i łowi smaki, co i gdzie pasuje. W tym tygodniu nie może wyjść z kalarepy, więc na pewno będzie jeszcze duszona z marchewką, z dodatkiem masła, białego pieprzu i kopru, jako dodatek do kawałków piersi zagrodowego kurczaka w chrupiącej otoczce z mąki kukurydzianej, dwóch rodzajów papryk i mielonego lnu, smażone na klarowanym maśle. Trzeba pociągnąć te smaki, nasycić się tymi jesiennymi, które niedługo znikną i zostaną dojrzałe pod sztuczną lampą pomidory i wszystko z importu.
Jeszcze są liście, jeszcze platan kurczowo je trzyma i nawet czerwony klon, niedaleko przedszkola małej jej wczoraj umarł klomb z daliami jeszcze w pąkach, smutno się zrobiło, przemarzły. Jak wyjdzie do ogrodu, to będą pachniały krecie roboty, a wszelkie trawy i przekwitłe kwiaty zastygną tak, jak stały i pewnie zostaną w swojej pozycji aż do wiosny. Pomiędzy kuchnią a pokojem, ogrodem z przodu i z tyłu, w domu na górze i na dole, stara się nie być tylko mamą i dlatego uwielbia dwudziestą pierwszą, kiedy piętro jest wyściełane półrocznym i trzyletnim, mocnym snem, który pieczołowicie skleja maleńkie powieki, aby wreszcie mieć czas na znalezienie siebie i ich na fioletowej kanapie, aby choć na jakiś czas naładować baterie w jego skrzydłach. Wciąż za mało siły po wypełnionym dniu, aby policzyć piegi na jego ustach, aby zatopić się w ulubionym jazzie, może jak już listopad zadeszczy i zaziębi wszystko wokół, to ta dwudziesta pierwsza sklei ich wreszcie na całą noc, bez konieczności i wtedy nie będzie mamą, nie będzie kaszlącą i niedospaną, z włosami po fryzjerze, ale jeszcze z kolorem lata, z ratującym skórę japońskim cudem Hada Labo, z nie umalowanymi paznokciami, bo nie ma potem siły, żeby zmywać lakier, ale będzie świadomą i nie wiecznie rozdartą między koniecznościami nią, tak, tego teraz chce.

02.10.2016

M 229 albo wszystko jest energią:

Trawnik pachniał rozgrzanymi w słońcu mirabelkami, które rozgniatała, kołysząc maleńką ją i jej emocje podpierające rozsłonecznione niebo. Pięknie się jesieni ogród, rdzawi i szeleści, dojrzały maliny, poziomki, nakrapiane jabłka, zieleń się pomarańczowi i brązowi, cudnie cudnie. Podpatruje, podgląda, urywa chwile, kiedy maleńka ona we śnie kurczy nieduże piąstki, może sobie posiedzieć na schodku i popatrzeć w tę trawę, ma czas, jak dobrze, ładuje baterie jak solary na dachu. Jeszcze we wrześniu zdążyła przewieźć pięć wielkich ryb i wpuścić je do stawu, jak dobrze sprawuje się Cybex Balios M z wielkim koszem, bo można właśnie nim przewieźć trzy amury i dwie  tołpygi w kiełbaskach wypełnionych wodą a potem patrzeć jak ich ciemne plecy znikają w nowej ojczyźnie, dobrze im tu. Zmęczona i od rana zalana kawą czasem dochodzi do ściany, na której nie ma żadnej wyrwy, do której można by się przyczepić i wydrążyć dziurę na drugą stronę, Bo kiedy zostaje się mamą, to ma się tylko instynkt, co dobre a co złe, przeczucie, co będzie, a całej reszty trzeba się nauczyć. A reszta to wielka niewiadoma, jak się zachowa ciało torturowane niewyspaniem, jak się zachowa skóra, która rysuje się w linie, jak oczy będą czerwone z braku snu i złe wyniki krwi, bo dziecko zabiera, pochałania, angażuje, jest wszystkim, początkiem, świata i końcem tego, który kiedyś było i nie wróci nigdy. Jak inaczej wygląda dom i ogród z małymi nimi, kiedy rozdeptuje znienacka krowę do kąpieli, kiedy znajduje klocki Lego w nieoczekiwanych miejscach, kiedy w newralgicznych strategicznie miejscach muszą leżeć mokre chusteczki na wypadek wszelakich awarii wymagających natychmiastowej interwencji. Jak trzeba być nieustannie na obrotach, nie móc nie zauważyć, tylko przewidywać, wyciągać wnioski, obserwować, czuwać, nie ma chwili wytchnienia w tym patrzeniu, tak właśnie jest. Nie ma co malować paznokci na wymagający kolor, bo i tak się odgniecie na kołdrze a potem zmywa go dwa tygodnie, co wieczór wpatruje się w tubkę z peelingiem, że kiedyś go użyje, na razie stoi i przypomina. Ale jest w tym niewyspanym życiu nieustająca energia, która krąży od niej do małych nich i odwrotnie i jeszcze zahacza o niego, ma w sobie chyba baterię słoneczną, tak od urodzenia. Jak jest słońce, to chodzi po ogrodzie w butach bardziej miejskich niż ogrodowych, bo najłatwiej się wkładają, w ciepłej jesieni prosto z krzaka zjada razem z małą nią przesłodkie maliny i liczą ile kulek pigwy obsiadło krzaki. Bardzo jej świat zawęził się do małych rzeczy, jakby nadrabiała te poprzednie lata spędzane w autobusach i pociągach, kiedy jej najważniejsze życie mieściło się w walizce, kiedy robiła rzeczy duże, kiedy szarpała te walizkowe kółka o tysiące schodów, kiedy nosiła buty na obcasie na co dzień a potem w piątek moczyła zbolały kręgosłup w wannie w towarzystwie ukochanych kotów i jazzu, kiedy czekała na ten dzień jak na wybawienie. W tej ogrodowej trawie, patrząc jak czerwień i żółć zastępują zieleń, przypomina sobie jego ciemne, palące oczy, zagubione w krakowskim zaułku, włożone w za dużą marynarkę, jego silne ręce i piękne przedramiona, kolano włożone w sztachety i to, że nie mógł go wyjąć, a ona jakoś wiedziała, że ten mężczyzna wyciągnie ją z tej walizki i postawi przed domem pachnącym mirabelkami, wypełnionym później dziecięcym śmiechem i krzykiem.

23.09.2016

M 228:

Jak się potoczyły te dni w dół września, to ona nawet nie wie kiedy, bo większość z nich i tak podparta krzykiem małej jej, bo jeszcze nie wyrosła z demona w  jej brzuszku, z tego, co w nim siedzi i nie pozwala jej na bycie słodkim dziecięciem, jeszcze nie. Napełniła słoiki końcem lata, zapachniało malinami i mirabelkami, gdzieś wcisnęła te kilkanaście słoików w brak czasu, ale się udały. Wracała w tym początku jesieni, z nimi w samochodzie, wioząc pięć ryb do ich stawu, bo przecież czego to ona nie zmieści do granatowego samochodu oprócz dwóch wózków, zakupów, dwulitrowej coli, butów na zmianę, lalek, chrupków, torby z dziecięcymi rzeczami, pustych kubków po kawie i kolekcji okruchów, myśląc sobie gdzie ona jest tak naprawdę. Ile z niej zostało, odjąwszy kilkunocne wstawanie, kiedy z całej siły walczy żeby nie zasnąć i nie stracić czujności kiedy trzeba, gdzie ona jest w porannym bezlitosnym budzeniu się, kiedy musi unieść ciężki kamień niewyspania nie do rozbicia żadną kofeiną, kiedy włącza turbodoładowanie i sadzi fioletowe astry i wrzosy przed domem, bo ją to uśmiecha, bo stara się dbać o wnętrze i zewnętrze domu. Ile jej zostało w codzienności wypełnionej do minuty, niby ma dużo czasu, a nie pisała od tak dawna, to znaczy nie tu, gdzie powinna a tam, gdzie musiała. Ponosiła sobie lakier do paznokci strasznie długo, rozjeździła  w dwa tygodnie ponad tysiąc kilometrów, znów wieczorem usiłuje nie wyglądać na zmęczoną przy pomocy olejku z róży, coś mało działa a rano ledwo wstaje bo turkuć podjadek w plecach podgryza nerw kulszowy i ona przez to codziennie zmaga się z bólem, już właściwie go prawie oswoiła. Ma czasem tak, że nie patrzy w lustro, nie zastanawia się, maluje rzęsy i brwi, zakłada ulubione szare dzianiny, bo tak wygodniej i idzie w te swoje konieczności zatopione w śliwkach i gruszkach, bo jesień, bo lato upalnie się żegnało. To trochę jak ocalanie świata wykrojonego foremką w kształcie małych nich, jej i jego, bo na zewnątrz nie dzieje się dobrze i doskonale sprawdza się przepowiednia w książce 'A w Patafii nie bardzo', jak mocno pamięta tę książkę zaczytaną do porozklejanych kartek wie tylko ona. Nie ma jej więc za bardzo, jest opakowanie, jest zapach kawy parzonej w kawiarce i bułka z serem i z miodem, chłodne poranki i kłująca w nos wilgoć, są nowe ryby w cichym stawie, malwy z boku domu do obcięcia, są plany na to, co przyniesie kolejny miesiąc, ale na razie żyje bez koloru.

31.08.2016

M 227 albo ostatni dzień sierpnia:

Piękny dzień był tego ostatniego sierpnia, taki krystaliczny, taki czysty, z niebiem, z którego dość wcześnie spadło słońce, z czasem przeciągniętym do dwudziestej piątej godziny. Beztrosko było posiedzieć w miękkiej trawie i popatrzeć na mały jabłoniowy sad, szczęście, że można ten czas sobie tak mieć i powdychać ostatni dzień lata.
Jak bardzo cyzeluje się i planuje te dwa letnie miesiące, ten ulubiony wagon dni, do którego upycha się wszystkie plany, zamierzenia, co odwiedzić, a czego nie, na co znajdzie się czas, a z czego trzeba zrezygnować, kupuje się wielkie tuby kremów z uv 50 a potem one i tak leżą, nie zużyte, a potem wyciąga sie je z szuflady, z uśmiechem, oj tamto lato było takie a to będzie pewnie inne, mniej zrealizowane.

Trzydziesty pierwszy sierpnia będzie dopiero za rok, pewnie tak samo pochrupie go słodką celestą, miękkimi śliwkami, omszałymi malinami, słońce podeprze niebo jak tyczka i ciekawe, czy będzie mogła tak samo po prostu nacieszyć się dniem, takim dużym, dwudziestopięciogodzinnym, radosnym jak kryształowe oczy małych ich, jakby w tym dniu miała się uwiecznić jakaś epoka i dlatego za nic nie chce, aby się ten dzień skończył a musi.

23.08.2016

M 226 albo tak sobie :

Jak on jest obok niej to od razu cieplej, chociaż siedzi na kanapie pół metra od niej, ale wystarczy napotkać jego wyczulone na wszystko palce i już lepiej, już. Sierpień rozgniata się malinami na podniebieniu, cudownie smakują nieprzyzwoicie słodkie brzoskwinie, podobne do tych, jakie kiedyś jadła w Egerze. Gdyby nie zasłona z komarów, pięknie by było potowarzyszyć świerszczom w pachnącym ogrodzie, położyć się na trawie i być sobie w nocy, stykając się ramionami, głowami i ustami, bo może, bo trawa pięknie zielona, nie wysuszona przez pobłażliwe dla niej lato.

 Ma sierpniowe ciężkie sny, przerywane przymusowymi pobudkami, zapada się w kolejne obrazy tak, że Incepcja wysiada, co za projekcje, kto jej to w mózg włożył i ile on potrafi, chociaż budzi się do prawie przytomności co trzy godziny. A potem poranek ciężki, przedłużony drzemaniem pod dwudziestominutową sesją nagraniową pozytywki maleńkiej jej, zalewany kawą z włoskiej kawiarki, pitą pospiesznie z dużego kubka, ma tak, że w określonym sączy ją rano, a w jeszcze innym po południu i te kubki tworzą nastrój w kuchni, jakby ich nie było, to tak, jakby się stłukła jakaś stałość, coś, co mebluje i powoduje, że chce się tej kawy napić.
 Jak to jest, że ona zasypia w milisekundę, a maleńka ona zanim sklei powieki o wyjątkowych rzęsach snem dłuższym niż dziesięć minut, trzeba ten sen przywołać aż ze Szczecina albo z jeszcze dalej, płynie długo, aż wreszcie się stanie, aż ona będzie mogła w cichy wieczór wyjrzeć do ogrodu i powdychać cykanie świerszczy i sierpniową, młodą noc. Podgląda sobie nowinki na świecie, podziwia koleżanki, które mogą iść ufarbować włosy do fryzjera, gdzieś pojechać same, zrobić piękny makijaż z cieniami na powiekach z najnowszej kolekcji francuskiej marki, pomalować buzię czymś kultowym i nie z Rossmanna a z tego na S lub D, poobserwować efekty polecanej maseczki za ponad trzy stówy, świetnie, na jej skórze na pewno wymiotłaby czteromiesięczne niedospanie, zmniejszyłaby pesel o kilka cyferek i spełniła marzenia o znalezieniu czasu.

Dobrze mieć taki świat, do którego można zajrzeć, ona lubi, zwłaszcza w nocy, kiedy trzeba przesunąć ciężki obraz snu jeden za drugi, podpatrzeć, że prawie wszystkim szkodzi gluten i laktoza, podobnie jak wszyscy mają niedoskonałości, uczulenia i cerę suchą pomimo trądziku, i są panie bez wieku, wyglądające wszystkie tak samo, jak spod matrycy, z brwiami pod linijkę, rzęsami jeden do jednego i dzióbkiem skażonym igłą bo przecież trzeba podkreślać urodę, już uśmiechem nie wystarczy, trzeba z grubej rury bo przecież takie czasy. Poogląda sobie makijażowe techniki, które są teraz ładnie nazwane, a ona tak już malowała sto lat temu i chyba siedziała z tym wszystkim w mysiej dziurze.

Tak, poszydzi sobie czasem, wolno jej, a co, z niewyspania mozna zrobić wszystko, na przykład ustawicznie zapominać co się gdzieś położyło i zachorować na ustawiczny brak chęci do chowania stosów wypranych ubrań, do takiej bylejakiej codzienności, bo nie każdy dzień jest wspaniały, pełen dziękczynienia, bo się naogląda jeszcze do tego okrucieństwa na świecie, beznadziei władzy duchowej i świeckiej, wypranych mózgów zasłaniających się wartościami, które nic nie znaczą bo są tylko z nazwy i aż nią targa i może wtedy tylko wtulić się w jego brązowe oczy ukryte pod szorstkimi brwiami i przestać myśleć, słuchać, odczuwać, zatracić się i tak chwilę być, tego potrzebuje.

17.08.2016

M 225:

Ona: sierpień ucieka nie wiadomo kiedy, stacza się dniami w jedynki i dwójki z przodu i zaraz koniec lata, jakie krótkie a jaka już duża maleńka ona.
Kiedy spojrzy w lustro pomalowane zmęczeniem na drugiej stronie jak bardzo teraz widać że ma prawie czterdzieści lat i to nie przez zmarszczki ale ogólnie jakoś tak i musi po serum i kremie z filtrem nałożyć Skin Ilusion Clarinsa bo jak nie nałoży to jest źle i ona jest pełna cienia a chce z niego wyjść chociaż na twarzy.

On: wmruczany w radio, każdego ranka bierze małą nią i ona taka w nim zakochana, po czubki gęstych rzęs, po łaskotki na malutkich paluszkach, po zachwyt każdego poranka, że ma tatę.

Ona: udało im się złączyć między rzęsami horyzont sklejający linię morza i nieba, iść w wiatr od lądu i zatapiać stopy w piasku rysowanego falami w desenie. I w tym sierpniowym wietrze, czasem w uśmiechniętym słońcu nieśli swoją skupioną na sobie miłość, bo jeszcze wciąż siebie chcą, chociaż pojawienie się maleńkiej jej zmieniło bardzo to, co wcześniej było z tytanu. Szli sobie w czwórkę tak właśnie spędzając razem czas, po prostu na spacerze, zawieszeni w czasoprzestrzeni, przypięci krokami akurat do bałtyckiego brzegu, najprościej.

On: wciąż się uczy od niej tu i teraz nie tam i kiedyś, bo kiedyś może nie być.

Ona: niewyspana tak strasznie, że już bardziej nie można, wdychała powietrze, które jest większe i lżejsze niż u nich, bo pełne przestrzeni i szumiące falami, a nie ciche, przerywane silnikiem samochodu albo rozmruczane burzą. W nieśpiące poranki i świty ostatnio nie śpiewają ptaki, a ona się budzi z konieczności i widzi kwadrat nieba podparty uchylnym oknem, dzień wstał żwawo a ona ma centymetr długości i musi go rozciągnąć do kolejnych stu sześćdziesięciu sześciu aby w ogóle tego dnia być.

On: bo ja nie ma miłości, nawet zgubionej, albo przyczajonej, albo czekającej na swój wybuch jak letnia skrywana w chmurach burza, jak nie ma pożerania się i otwierania lodówki z myślą o kolacji dla drugiej osoby, jak nie ma wchodzenia do sklepu i szukania ulubionych rzeczy jej, jak nie wlewa się mleka do kawy aby miała kolor taki jaki lubi ona, nie za jasny, jak nie zauważa się gładkich pleców i drobnych stóp i piegów na nosie, które namalowało nadmorskie słońce, jak nie zatapia się w szarozielonych oczach chociaż na cenną chwilę, to nie ma nic.

25.07.2016

M 224 albo o krzyku:

Więc kiedy je mocno czereśniowe czereśnie o ciemnym miąższu, których chrupkość zmierza ku coraz bardziej zaawansowanej lipcowej nocy, kiedy jest cicho a noc na tarasie gryzą komary, wie, jak trudno było dojść właśnie do tej chwili, kiedy można tak posiedzieć po prostu i powalczyć z sennością, która już czai się za płotem liter w jej głowie. Jak deszczową, pachnącą niczym konkretnym, po prostu latem - nocą, jak wilgotnym dniem tuliła i rozcieńczała kołysaniem skoncentrowany krzyk małej jej i jak to robiła i czym to nawet nie wie. Maleńka ona cierpiała a ona zanim wydało się, co było tego sprawcą, robiła wszystko tuliła głaskała kołysała śpiewała wyłączała się na ten krzyk bo to było straszne do wytrzymania nawet wtedy, kiedy siedziały razem w granatowym samochodzie a w środku grało a na zewnątrz szumiała i wilgotniała od góry kazimierska lipcowa noc. Ostatniego dnia jak pakowała dwie one na kremowe siedzenia to na pożegnanie deszcz całował ją w szyję i taka mokra wsiadła do środka i pojechała z miasteczka, które zawiązane rzeką czasem wzdycha wspomnieniami co było w nim kiedyś i co jest teraz i to jest miejsce, w którym wisi milion wspomnień nie tylko jej. Być może w tym stukocie, w tym chrupaniu wózka po kostce, wytłumiła krzyk maleńkiej jej, rozwiała go tym kołysaniem, może. Tak sobie chodziła ze snem maleńkiej jej w wózku i jak go wiozła przez te wszystkie chodniki to patrzyła na pracę innych ludzi, jaką mają, że pilnują przez całą dobę sześciu samochodów z uśpionymi silnikami i wyrównanym poziomem oleju, na panie lub panów sprzedających małe fioletowe kulki z lasu, zebrane ich rękami, na tę wielką cierpliwość, która pochyla się nad wieloma pracami i nas tę cierpliwość, która każe im dojechać do tej pracy, a potem stać lub siedzieć przez wiele godzin, aby wykonywać monotonnie tę samą czynność przez lata całe. I te panie i panowie, schyleni tak samo jak ona pod wilgotnym, dotykającym wszystkich tak samo, niebem, potrafią zauważyć cierpienie maleńkiej jej i zagadnąć i zauważyć i to jest cudowne, że nie samych chlebem żyje człowiek. Lipiec sobie przepłynął małozauważaniem, za to ona jakoś jeszcze bardziej zgarbiona, bo tuliła, bo z tego koncentratu krzyku został zaledwie ślad. Jednak warto było.