30 lis 2017

M 258 albo o oddechu:

Popłynął ten listopad trochę wydreptany przez biegowe ścieżki w oczywiście fioletowych butach Salomon, w spodniach znalezionych w sklepie z tanimi ubraniami, więc bilans się zgadza. Czasami wchodzi do takiego sklepu i nagle pojawia się rzecz przeznaczona specjalnie dla niej, po prostu wisi i pasuje jak ulał ze wszystkim, nawet ze składem, bo zawsze wnikliwie czyta metki. Lubi dotykać ubrań, badać, jakie mają sploty i faktury, najpierw puka w ramię a potem zagląda na przód i wie, czy warto wyjąć wieszak czy nie. I czasem coś znajdzie, co potem biegnie z nią w lesie i cieszy, że jest dokładnie takie, jakiego szukała. Jak sobie uświadomi, że jest jak jest, to łatwiej przeżyć listopad, miesiąc szarości, półtonów i uzależnienia od kofeiny. I jak już poczuje to tu i teraz, to od razu jest lepiej, a od kiedy nauczyła się głęboko i rytmicznie oddychać, to w ogóle jest dobrze. Oddech jest pierwszym i ostatnim towarzyszem, to najprostsza czynność, którą każdy potrafi a nie każdy wie jak go używać a ona teraz już wie i odkąd to wie to jest w niej inaczej, jaśniej, jakby ktoś jej podkręcił światło w środku. Przyniósł ten listopad o dziwo jakieś ukojenie nie do końca adekwatne do pory roku, w środku niej cisza jak w lesie pełnym śniegu, a na zewnątrz najczęściej wieczór rozciągnięty rozpaczliwym szpagatem minut, które bezlitośnie prowadzą do nieświadomej nocy, a takie wieczory lubi najbardziej bo z nim, wtedy, kiedy jest najwięcej palców i oczu i oddech wydłuża się w nieskończoność i nie wiedzą, który jest czyj.

12 lis 2017

M 257 albo o czasie:

Ona: na lewej szybie granatowego jej samochodu odciśnięty całus od niego przetrwał dwie wizyty w myjni, dobrze jest popatrzeć w tę stronę i w każdej chwili spotkać się z jego ustami, niezależnie czy deszcz czy pogodnie, on zawsze jest za tą szybą, jak dobrze.

On: czeka czekaniem tygodnia, bo ich nie było dłuższy czas, podziwia go za te dwadzieścia trzy kilometry ot tak, jakby nic innego nie robił, tylko biegał. Czekają na siebie z kawą z włoskiej kawiarki, jego brązowe oczy i świeżo mielona Dalmaylr d'Oro Intensiv opanowuje dom i wtedy ona wie, że tu to jest tu.

Ona: wróciwszy stamtąd wie, jak dobrze jest znaleźć chwilę na wspólne bycie z przyjaciółmi, którzy niezmiennie są jak aksjomat pomimo drabiny zajęć i konieczności przystawionych od siódmej rano do dwudziestej pierwszej, bo później to zabiera ich sen i przenosi z zamkniętymi oczami na drugą stronę dnia. Że się jeszcze chce podarować jej czas i wymienić go na słowa, na wspomnienia i na to co będzie, że się po prostu dzwoni, umawia i tak jeszcze można. Tęskni za sączeniem słów o tym co teraz i co będzie, za tym, że  cała jej przeszłość mieszka w innym mieście i jak cudownie, że można z nią wypić kawę i popatrzeć na siebie bez konieczności, co za czasy, że czas staje się najcenniejszym, co można dać drugiej osobie, zamiast tego można sobie dawać pierścionki z diamentami albo coś z Tous albo Pandory albo jeszcze z czegoś modnego, jako zamiennik, że się pamięta i jest. A ona woli telefon i kawę i wspólne bycie bez niczego, czas który się pamięta długo, bo teraz, kiedy jest tyle niemocy i konieczności, rozmowa z przyjacielem staje się białym krukiem do napisania i zapamiętania.

On: mają czas na wspólne zjedzenie obiadu w środku dnia, wie, że ona lubi na niego czekać aż popatrzą sobie w oczy znad widelca, układają dzień pod te wspólne pół godziny. Zanim wejdzie do domu, musi ujarzmić szarosrebrne, skaczące futro ich nowego psa, który tak ładnie wpisał się w ich rodzinę, a jest teraz i będzie we wspomnieniach małych nich jako stróż przed wejściem.

Ona: na cmentarzach jest tak wielu ludzi, którym zabrakło czasu. Jeśli oni by mieli mieć ostatni dzień razem, spędziliby go w łóżku licząc swoje rzęsy i nie wypuszczając z ramion, wpuszczając jedynie małe skrzydła ich i tak by było do końca ich świata. Jakby był jutro to wie, że ten ostatni czas był nareszcie intensywny w słowa nie w literach i przez telefon, tylko tak z obserwacją tęczówek. I jakby był, to oddycha ze spokojem.

29 paź 2017

M 256 albo na zawsze:

Gdzieś w palcach pozostał dotyk zimnej, kamiennej urny, ocean białych kwiatów, uściski rąk i nieustająco ściśnięte gardło. Roztopiła sie doszczętnie w lekkich kroplach deszczu i głosie Kuby Badacha, przeprowadził ją przez dwie i pół godziny od domu do domu. Babcia odeszła nagle, zdmuchnięta przez jesień, pozostawiwszy w niej lawinę wspomnień. Pierwsze jajko na miękko, kawa, wódka, haftowanie i duma z pierwszych mało udolnych prób jej, przedługie spacery z psem, nauka gotowania, niezmierzona cierpliwość, spanie na dwóch złączonych sznurkiem fotelach i pewność, że tak będzie zawsze. Babcia była jak niezniszczalne drzewo, pod które każdy chciała się schronić, przeczekać to, co złe i pomnożyć co dobre, zawsze zadbana, lekko umalowana, roztapiała badawczym spojrzeniem przezroczyście niebieskich oczu. Nie zna nikogo, kto by tak jak ona, walczył o życie, milion razy była po tamtej stronie i wracała, aby jeszcze i jeszcze popatrzeć na niebo od tej strony. Nie ma już do kogo powiedzieć babciu, bciu właściwie, bo tak na nią mówiła, nie usłyszy w słuchawce niskiego, lekko chropowatego głosu, nie przyniesie ulubionych kwiatów, nie opowie co tam i jeszcze dalej. Że ma nowego psa, że wiatr rozrywa i miesza powietrze na większe i mniejsze strzępy, że zrobiła dla niej marynowane prawdziwki i nie zdążyła ich przywieźć bo zepsuło jej się sprzęgło, że może nie mieć siły i babcia to zrozumie, bo rozumiała wszystko. Tyle razy balansowała na cienkiej linii pomiędzy tym a tamtym światem, tak wiele razy umierała, aż zdmuchnęła ją ta jesień całkiem, w ostatnim tygodniu pięknego słońca, kolorów do zachwytu, jakby ta ciepła, zachwycająca w swojej złotości aura była dobrana do życia kobiety, która otaczała się pięknem i była z nią od zawsze i na zawsze będzie.

4 paź 2017

M 255:

Nie wie, co się działo we wrześniu, pochłonięta koniecznościami, tonąca w innych literach, przesuwająca dni jak korale na sznurku. Palce jej pachną cebulą, bo panuje w domu lekki kaszel, kroi więc podłużne, chrupiące głowy, przesypuje brązowym cukrem i miesza słojem, żeby się połączyło. Sieka, mieli, miesza, gotuje, szuka smaków, rozwija ich wachlarz, żeby poznać coś nowego, czyta i szuka w ustach nowych, chcąc zacząć dobrze jesień, Obserwuje, jak kolano jej chrupie, kiedy wchodzi po schodach, chrup odbija się echem po schodach jak jabłko gala, soczyście. Boli, ale tak będzie już zawsze. Ma w tym wszystkim czas, co za szczęście. Żeby obserwować, jak ogród się starzeje, jak ślimak winniczek zdobywa próg domu, jak konik polny stuka do drzwi. Zrywa pigwę i resztki wyjedzonych przez ptaki winogron po drugiej stronie działki, tam, gdzie trawa wysoka i ciężko się chodzi. Trzyma na kolanach dwie małe je i śpiewa im milion znanych piosenek, będąc tylko tą chwilą, ich muzyką, ich mamą, ich bezpieczeństwem i tym, że mama zawsze coś wymyśli. Dom pachnie grzybami, obiadem, jego gładką skórą, kiedy późno w nocy, w cieple kominka z pięknym ogniem do zamyślenia i podziwiania, leżą sobie blisko na fioletowej kanapie i sobie są, nie wiedząc, gdzie mają głowę a gdzie palce, potracili kierunki, wyostrzyli zmysły są najbardziej razem jak tylko można w jednym momencie, tu i teraz. Jak wreszcie z trudem pójdzie na górę, zostawiwszy to kominkowe ciepło, jego też prawie śpiące skrzydła i wciąż mocno brązowe oczy, wyłączające dzień i dokładające drewno, to po odprężającej i ciepłej wodzie, japońskim olejkiem zmyje z twarzy resztę rozświetlającego podkładu Clarinsa, tusz L'Oreal i delikatnie fioletową kredkę, potem użyje piany z marchewkowego kwadraciku z Ministerstwa Dobrego Mydła, nałoży cztery krople olejku ze śliwki i hialuronowy krem Kose, wetrze ujędrniający balsam z Perfecty, łaskocząc za skrzydło fioletową ważkę na lewym przedramieniu, włoży szarą piżamę i jakimś cudem dojdzie tam, gdzie przychodzą sny, gdzie księżyc sprawdza, czy szczelnie przykryła się kołdrą robiąc mu miejsce, gdzie skośne okno wita nowy dzień.

12 wrz 2017

M 254 albo dużopisanie:

Zasnął ten sierpień w orkiestrze świerszczy, nie ustały, podobnie jak cudowny zapach końca lata, każdego roku łapie go, łowi jak najwięcej, jakby bez niego nie można było przeżyć jesieni. Na targu festiwal pomidorów, zjada ich codziennie michy z oliwą, pieprzem z młynka, kozim serem, oregano lub bazylią, nienasycenie przedjesienne. Dużo w niej nowości, uczy się ogromnie dużo i pisze, pisze w nieskończoność. Nie wie, co bardziej ją od tego pisania odciąga, czy kusząca obietnica jego silnych rąk, czy aromat bergamotki w zielonej herbacie Irving Earl Grey, czy włoskie, nasycone jeżynami, pachnące i wyraziste Primitivo, czy drążący robak lenistwa, potrzeby nicnierobienia, chociaż to u niej niemożliwe. Nie pamięta, kiedy dom na dole nie pachniał kawą a na górze praniem i delikatnym zapachem płynu do płukania Lenor Sensitive Gentle Touch, a na dole aromatem świeżo zmielonej arabiki Dalmayr Prodomo, kiedy w kącie obok kredensu nie chrapał bokser, kiedy jej auto było czyste, bez chrupków, swetrów, butów, rysunków z przedszkola, paczki paluszków z nie wiadomo jaką datą ważności, zasuszonych kwiatów, pokruszonych wafli i nie dopitych butelek po wodzie, z płytą Urszuli Dudziak zamiast Melorymków. Rozpięta między literami a ścianą zieloności po drugiej stronie domu, begonią taką, że już bardziej nie można, pająkiem o brzuchu wielkości fasoli Jaś, literami, spływającymi w nadmiarze z jej palców, wchodzi we wczesną jesień i na razie tak jest, tak ma i tak będzie. Wie, że jest po coś.


20 sie 2017

M 253 albo rozmemłanie sierpniowy:

Ona: jak dobrze jest wyłączyć klimatyzację w samochodzie i poczuć nasycony wygrzany sierpniowy wieczór pachnący sianem czymś spalonym i emocjami bo cały dzień taki dzisiaj ma rozgrzebali nawierzchnię  na jej ulicy od rana straszny huk zjadanego asfaltu zjedli go właśnie koło domu. Pachnie ten sierpień drogimi śliwkami wspomnieniami letnich w temperaturze znajomości które czas rozwleka po sznurku miesięcy nie mogą się jakoś zebrać w jeden konkretny naszyjnik trochę uwiera ale co zrobić. Wszystko więdnie od czasu i temperatury i jak nie przyjdzie uśmiech wiadomość deszcz to tak będzie.

On: gdyby nie podlewał tyle ogród byłby rudym zeschniętym bukietem, preludium do jesieni. Codziennie starannie odkręca i szumi i zakręca a potem mówi że jeszcze tu i te w doniczkach i musi a rybom w stawie już prawie plecy wystają.

Ona: wścieka się rozpacza przeżywa jest smutna i zamyślona bo jak nie być kiedy ze wschodniej strony szaleją i wycinają prastary las a z drugiej strony szaleje tornado i łamie i niszczy tak strasznie dużo żeby odwrócić uwagę od tego co na wschodzie niech sobie więc ci co tną zabiorą to co natura wzięła w odwecie tak strasznie okaleczona, nie ma już tej arkadii do której jeździła na obozy harcerskie zrobiła się dziura nie do zapomnienia. Świat robi swoje wszędzie pieniądz warczenie głupota Paweł Nowacki dawno stworzył A w Patafii nie bardzo i ta książka jest coraz bardziej aktualna.

On: pracuje dużo do utraty tchu rąk i pleców ale lubi bo jest potrzebny bo go potrzebują chodzi z małą nią po ogrodzie i oglądają jak wreszcie pada padadeszcz i ślimaki chodzą po ścieżkach i kaloszach i dwa parasole jak dwa wielkie kwiaty unoszą się pomiędzy soczystą zielonością, pięknie.

Ona: nie może się zebrać ucina i rozwija myśli trochę tu a trochę tam nie bardzo wyspana nie bardzo posprzątana w środku trochę bałagan ma. I ma swój krzyż bolący od góry do dołu kręgosłup sztywnieje odmawia współpracy co będzie za kilka lat jak teraz już jego ręce mówią że jest źle musi być zatem równowaga nie można mieć wszystkiego. Dużo wyschło i zwiędło marchewki i śliwki mało soczyste jak pada to albo od razu kataklizm albo jak z cebra nie ma półśrodka albo jest zło albo dobro. Pokrążyła po targu kupiła co trzeba u starszego pana i małżeństwa które z pasji hoduje warzywa i obowiązkowo bukiet nieco rachitycznych cynii od staruszki z ogródka babina się nastoi a trzy złote zawsze się jej dołożą do tego co ona tam chce jest trochę tu trochę tam. Pachnie ziemia wygrzanym latem świt podnosi pokrywę świetlistego nieba widziała przedwczoraj było jasnopomarańczowe a potem zapadła jeszcze w płytki sen póki nie było trzeba natychmiast do kawy.




3 sie 2017

M 252 albo szumi:

Szumi, niezmiennie, niebieszczy się i szarzy, styka z niebem w zmrużeniu oczu, wyrzuca na brzeg muszle i meduzy, głaszcze brzeg wachlarzem fal, jest. Pytają o nie ci, którzy nie potrafią z centrum trafić do morza, pytają, co to jest molo, są jeszcze ludzie na świecie, dla których jest wiele niewiadomych, do zdziwienia u niej, ale cóż, można nie wiedzieć i nie trafić, chociaż to tak oczywiste, chociaż w telefonie nie napisali. Słońce brązowi ramiona, plącze nitki jej nadgarstków z przedramionami jego , głosy mew podrywają brodę w górę, bardzo duże chmury dzisiaj patrzą na nią, okruchy muszli wyglądają jak pokruszone bezy na falbankach fal. Idą i idą, mijając ludzi w ubraniach o rozmiarach, które chcieliby nosić, ale które nie zawsze pasują, ludzi, którzy patrzą tylko w ekrany smartfonów, którzy rozmawiają ze sobą kciukami na messengerze, bo w słowach nie ma emotikonów, gifów i słownika, bo trzeba się wysilić a tu się samo pisze. Po co słuchać morza, skoro można zagłuszyć je rąbanką, która zaledwie leżała obok muzyki, nie ma wakacji bez hitów, które są fast foodem dla ucha, frytkami z mrożonki smażonymi w starym tłuszczu ciągnącymi się przez pół wybrzeża. Jak to zresztą jest z tą muzyką, że rzadko już teraz zdarzają się wielowarstwowe aranżacje, które rozgryza się uchem raz po raz, nuci bez przerwy, pamięta, podziwia ich złożoność, aranżacje, które są podporą dekady, kiedy aż nie wiadomo, czy bardziej zachwycać się melodią czy słowami, piosenki, które można zanucić o trzeciej w nocy obudziwszy się nawet z nerwowego snu. Już niewielu ma tak piękną dykcję jak ci, którzy już odeszli, kto oswaja tak pięknie słowa, potrafi dotknąć nimi tam, gdzie zazwyczaj zamknięte bo boli, bo tęskni, bo nie chce, bo nie umie. Może ona, wychowana na winylowych płytach taty, nauczyła się wchodzić w muzykę jak w "Bolero" Ravela, gdzie raz po raz pojawiają się kolejne dźwięki, potem szarpała się z trąbką Milesa, zawsze lubiła muzykę z podszewką, z porwanym rytmem, ze słowem, które zostaje w pamięci jak niecodzienny widok księżyca w zaćmieniu, potrafi zamyśleć i jeszcze to nie raz powtórzyć. Słucha uważnie odgłosów ulicy, w restauracji, szumu ekspresu do kawy, szycia świtu przez delikatny głos słowika, nerwowego szczekania psa sąsiada, dudnienia ciężarówki z ciężkimi rurami, płaczu dziecka, które się boi, albo jest śpiące, albo nie chce tego, czego chce rodzic, dysonansu między tym, co stałe i niezmienne i tym, co narasta i nie jest takie samo, pana z kukurydzą dla tych, którzy gromadzą witaminę D i brązowieją na akord. Dobrze jest wsunąć się w dźwięki ulubionej muzyki, obejrzeć niełatwy film, który nie jest głupią i głupszą komedią, iść ulicą i zauważać coś więcej niż kilka cali na ekranie telefonu, podziwiać starszego pana w amarantowych skarpetkach, karmelowych lordsach, taliowanej, zielonej marynarce i poszetce w grochy. Ten pan raczej nie słucha muzyki do wyrzucenia z ucha, nie takiej jak za słony popcorn i słaba kawa z przewagą robusty, którą się chce zapomnieć tak szybko, jak to możliwe.  Dobrze jest więc iść z i słuchać tego, co lubi najbardziej, czyli ich wspólnego, tego samego rytmu.

27 lip 2017

M 251:

Gdzie są ciepłe ręce nocy, które przytulają ją od progu, między palcami rozkruszając drgania świerszczy i zapach lata, kiedy można było wyjść na trawę i podeprzeć gwiazdy głową. Nie ma, jest zimno i mnóstwo komarów obwieszcza, że może lepiej wrócić na fioletową kanapę, wróciła. Mirabelka w tym roku bezdzietna, niedobrze, bo kończą się zapasy, jakoś dziwnie się splatają te warzywa i owoce, jak jest jedno, to nie ma drugiego i tak w kółko. Za dnia z małymi nimi grają w kółko graniaste i rośnie balonik nasz malutki, a potem ze śmiechem padają na trawę, w tym roku nawet urosła i trawą jest, a nie ściętym, beżowym rżyskiem. Jeździ na targ, zdobywa marchewki i pomidory, z którymi mała ona rozmawia, bo mają ciekawe kształty a maleńka ona najlepiej chrupie brudne ogórki ze skórą, uśmiechając się czterema dolnymi zębami jak tylko można najszerzej. Ona, w wieczory z planami na kolejne rzędy kiszonych ogórków, delikatnie łaskocze nadchodzący powoli sen kołyszącymi dźwiękami fortepianu, który z każdym dźwiękiem rozbija napięcie, bo nie lubi być zawsze miła, bo się wkurza też i czasem długo gryzie w ustach słowa, aż je wreszcie wypluje i napisze, bo co, bo dlaczego ma nie mówić, co myśli, bo nie będzie wiecznie tiu tiu. Ma codziennie armię wyciszaczy, ostatnio jeszcze parzy super dobrą kawę, która pachnie około trzeciej, w sam środek popołudnia, oddycha, zauważa, wścieka się tradycyjnie na kierowców, którzy nie widzą znaków i nie potrafią nacisnąć gazu i nie przewidują i nie znosi, jak ktoś zaparkuje bezmyślnie i wyjeżdża na siłę, nie wypuszczając nikogo z parkingu, no tak, szału można dostać, ale go nie dostaje, bo ćwiczy tej wścieklizny nie dostawanie i nawet jej czasem wychodzi. Pisze nie to, co chce, a to, co powinna, a potem nagle brakuje jej liter, bo wykorzystała limit kół ratunkowych, bo wieczór, bo czas leci tak szybko, że nie można nadążyć i sił brak, bo zjadła kolejne pudełko pachnących, omszałych malin, dlaczego nie widelcem, jak zawsze, zapomniała chyba. Gdzieś daleko, w tej cichej tu, późnolipcowej nocy szumią korale samochodów nawlekane na naszyjniki ulic, plączą się, szumią, zależne od czerwonych i zielonych świateł i te naszyjniki nawijają się na mniejsze i większe szyje miast, stroją się mniej lub bardziej, mrużą oczy, pękają tam, gdzie ciemno i naprawiają trochę dalej. Piją się shorty i longi, przegryzają zakąski z hummusami i pate z wątróbek z galaretką z madery, chrupią wielkie zapiekanki posypane szczypiorkiem,  błyszczą oczy, usta, żelowe paznokcie i dekolty typu carmen upolowane na ostatnich wyprzedażach, gdzieś szumią koralami świateł miasta, a ona ma ciemno, cicho i tak bezpiecznie, że już nigdy nie wróci tam, gdzie kiedyś była, nie będzie czuła wyjeżdżonych letnimi oponami asfaltów, nie szkodzi, nie potrzeba.

17 lip 2017

M 250 albo człowiek - furtka:

Mieli nareszcie ten swój Kraków, złażony doszczętnie, z niebem podpieranym parasolem, z kapslem księżyca jak od folii aluminiowej po tłustym mleku w butelce,  Kraków liczony na ich palcach, pomiędzy jaśminem a kwitnącymi lipami, bez czasu, zatapiany w słowach, dobrych arabikach i liczeniu rzęs, ciężki od dobrych wspomnień, cofnięty w przeszłość, kiedy jeszcze nie było niebieskookich nich, kiedy byli nierozerwalni i teraz też są. Urosły lipy na Plantach, wydoroślały miejsca, wysiedziały się krzesła w zaułku Tomasza, narysowali więc sobie na nowo swój plan ścieżek, jak przyjadą tu  sami za jakiś czas, zobaczą, co znów się zmieniło. Od pięciu lat należy do Serafinów, wierzy nie tylko w znaki i nie przypadki, ale również w to, że jest równoległy świat pomiędzy ziemią a gdzieś tam, gdzie są ludzie, zanim na zawsze pójdą gdzie indziej. Ona to wyczuwa, jakby nasłuchiwała, że szumi powietrze, że ktoś jest obok niej, wie, że to ktoś bliski, kto jakby się zaplątał w tu i teraz bo śmierć zdmuchnęła go o sekundę za szybko, nie boi się tego od momentu, kiedy babcia Irena przyszła do niej we śnie, usiadła na łóżku w sukience z kołnierzykiem i od tej chwili otworzyła jej furtkę, przez którą wchodzą ci, którzy nie wiedzą co zrobić, jak już nie będzie ich na tym, co ona, świecie. Tak ma, że patrzy na znaki, że śnią jej się czyjeś śmierci, ma przeczucia, że w danym dniu i momencie trzeba uważać, żeby jeszcze trochę pobyła tu a nie poszła sobie tam, bo jak nie napotka człowieka-furtki, to co będzie z nią, jak trochę powisi między ziemią a miejscem, gdzie nikt nie wie co jest. Może to rodzaj intuicji, jakiegoś daru zauważania i odczuwania, który ma od dziecka, nie mogło być inaczej, że wie, kiedy ktoś bardzo bliski ma umrzeć, wie, kiedy ktoś jest w ciąży i życie pojawia się za życie, tak według niej jest, z jej doświadczenia, nie z utartych wiar, nie z tego, co się uważa powszechnie, bo przecież w to, co ona wierzy, nie wierzy prawie nikt. Żyje przeczuciami, jakimś światłem, które się w niej zapala i wtedy ona wie, że się coś wydarzy, czasami cierpnie jej skóra, czasami budzi się w nocy albo specjalnie nawija na długą szpulkę snu, aby pomóc tym, którzy się miotają między ziemią a niebem. Dlatego lubi Kraków, bo jest w nim coś, co powoduje duże sny, bo zostawiła w nim milion emocji, bo to miasto utkane właśnie z dusz, wspomnień, kolorów i smaków, nie inaczej przyciąga tyle ludzi, którzy do niego ciągną jak na piknik pod wiszącą skałą. I on to rozumie, te jej nie do uwierzenia i wytłumaczenia przeczucia, bo one są właśnie takimi, jakie mają być i bardzo jej. Czarowniczka, jak mawiała jedna z jej magicznych, krakowskich osób, które takimi pozostały i też wróciły do Krakowa, bo tam jest inne niebo, wciąż pełne cudów i nie tylko miłości.

30 cze 2017

M 249:

Piękny to był  dzień, jasny, słoneczny, z niepokojącym wiatrem, z ogrodem pękającym zielenią w szwach, pełen begonii, surfinii i domowych poziomek, z deszczem i nie deszczem, z nowymi pająkami i mrówkami, z koniczyną, która rośnie wszędzie za dużo. Ona osłabiona po milionowym razie kaszlu, naciągała ten dzień, aby był jak najdłuższy, aby nie zapadł się w noc, nie przestał być świetlisty i zapraszać do wypicia kawy na tarasie, aby czerwiec jak najdłużej pachniał czerwcem, kiedy kończą się truskawki a zaczynają czereśnie i maliny, korowód czerwonych owoców, słodkiej marchewki, jeszcze małych buraczanych kulek, kiedy pomidory stają się coraz słodsze i coraz tańsze. Jaka ona teraz organiczna, w zieloność wtopiona, nie w siatkę ulic, w żyłki botwinki a nie w betonowy rysunek kostek betonowych, nie nosi w torbie swojego życia tysiąca skasowanych i nie skasowanych biletów, dziesięciu błyszczyków, małej wody mineralnej, żelu do mycia rąk na sucho, pudru w puderniczce, czegoś do czytania i pisania, nie ma miejskiego zestawu do resuscytacji czasu i okoliczności, starannie dobrana i umalowana, taka miastowa na wskroś, bo tak było trzeba.
A teraz ma swoje pięćdziesiąt pięć kilo włożone w spódnicę z Mango sprzed dziesięciu lat, wystarczyło ją odświeżyć i działa nadal i nawet żyje i do tej prostoty ma cienką paszminę w intensywnych kolorach jakie uwielbia, tak, bo ona zawsze musi mieć jakiś akcent, coś co zwisa i nie zakrywa przedramion, tak lubi najbardziej. Zadowolona bardzo z serum Iossi z wiesiołkiem i kremu nawilżającego do pary, nawet kury, co jej podeptały pod oczami, poszły sobie gdzie indziej, zostawiwszy zaledwie niewielkie ślady, jak cudnie, udało się. Jeszcze wciąż chora, ale z rozłupanym murem zapalenia oskrzeli, śpiewa małej jej piosenki o chabrach i makach, ganiają się po trawie wszystkie trzy na boso a potem maleńka ona wyciąga mięciutkie stopki do całowania, bo właśnie miała ała, karmią rybki w stawie, jedna z nich to nemo, nie inaczej. A potem przyjeżdża on, z tymi swoimi cudownymi przedramionami, brązowymi oczami i bardzo sobie opowiadają co i jak i myszkują po sobie oczami, jak to się dzieje, że wciąż chcą siebie i chcą i żeby się ten czerwiec nie skończył, bo chociaż chorowity, to nasycony nimi bardzo bardzo.