21 maj 2012

M 110:

Ona: powróciwszy do miasta na Wu, zaczęła poniedziałkową górę tygodnia, której wierzchołek osiągnie w środę jak zawsze, a potem się rozkosznie stoczy w piątkową dolinę prowadzącą do domu. Lubiła te piątki, kiedy jadąc busem czekała, aż w pewnym momencie, kawałek za Radomiem, horyzost sfaluje się w lekką lamówkę niewysokich gór, obszywającą soczystą, majową zieleń. Maj chował kota jeszcze bardziej w niezmąconą toń i ona już powoli zaczęła wierzyć, że kot stał się najszybciej ich Serafinem i poluje na żaby i myszy na niebieskich połoninach, a dałaby wiele za mruczące, kochane, ciepłe od słońca futro, które chodziło krok za krokiem niczym pieskot. On: zasypiając, zszywa kumkaniem żab i coraz częstszym szumem cykad kilka wieczorów bez niej w wielką kołdrę, pod którą śpi od poniedziałku do czwartku, by później rozwinąć lewe skrzydło i w nim dać jej zasnąć. Ona: uwielbia jego mocne przedramiona, ręce wyrzeźbione bólem tysiąca pleców, ciepłe, silne i pocałowane piegami, kiedy może patrzeć, jak się napinają, jak współistnieją obok jej niedużych dłoni, jak potrafią zrobić tyle rzeczy, jak czule głaszczą zrozpaczoną kotę, jak napinają się podczas ogrodowych prac, jak trzymają kubek, kierownicę, bębnią triole i swoje rytmy, jak umieją współgrać z jej skórą, pomimo swojej siły i czasem szorstkości, są. Gdzieś w tęsknieniu za tą jego siłą, do której wraca i z której nie chce odjeżdżać, gdzieś w pracowym kołowrocie, w makijażach, które pamiętają o jej pędzlach, palcach i oczach i dzwonią, gdzieś w nareszcie ciepłej, obsypanej perłami konwalii, lekko spóźnionej wiośnie, w pierwszych truskawkach, pomidorach o smaku pomidora a nie importu, w niewyspaniu, w apetycie na kabanosy z ketchupem 7, kalarepie i groszku z majonezem, gdzieś w koniecznościach, miękkich drogach lekko przejeżdżanych szafirowym autem, jak podszewka, jak ziarnko grochu, jak natrętna, mała mucha, jak paproch, który wpadł do oka, gdzieś na samym dnie tego wszystkiego, co się dzieje, co zabrało kota i nie chce go oddać, co oddala i przybliża, co cieszy i smuci, gdzieś głęboko pojawiło się znów to dobrze znane przeczucie, że się coś zaraz zawali, bo za długo jest dobrze, że ona ma takie czujniki, że ściąga na siebie czyjeś niedoskonałości, szlamy, paprochy i odpadki i one są i one trują, tworząc blokadę, cośnietak, co nie pozwala osiagnąć jej pełni, stać się wszystkim, miłością, stać się połączeniem jego silnej i jej mniejszej dłoni, co może wybierze sobie jej szarozielone oczy i jego piegi, albo jego czarne włosy a jej ich falistość, co będzie nim albo nią, co stanie się na wieczność mostem między nimi. To jest jak robak, jak larwa, która trąca nie tylko jej intuicję, ale nikt o tym nie mówi, bo może za wcześnie, bo może nie można, bo ona jest wyczulona, a może właśnie trzeba skumulować energię i popsuć szyki i otworzyć drogę, aby spełniło się to światło, które jest tuż tuż. Które tym razem majem zabrało kota i może właśnie on poszedł o tam z misją wrócenia z tym, w tym, na co tyle czekają.

13 maj 2012

M 109 albo kot:

Im bardziej patrzyła w pysznie zielony ogród, tym bardziej nie było w nim kota. Trawa, krzewy i mały staw pełen żab i ryb zgodnie milczały, nie chciały powiedzieć, kiedy ostatnio go widziały, tajemniczo szumiąc i kumkając jakby nic się nie stało. Czekają na kota wszyscy wciąż w ich niedużym domu, aż zapuka łapą jak zawsze, aż złote oczy zapalą się w dużym oknie dużo później niż gwiazdy, aż rzewny jego głos przypomni, że wrócił i będzie jak zawsze. Co on je, gdzie śpi, czy miauczy tak dużo jak zawsze, czy śpiewa kocie piosenki, takie, jak tylko on potrafi.
Kot umiał otwierać wszystkie drzwi i szuflady, był ekspertem od podgryzania przwodów od pralki, ulubionych i arcyważnych kabli i rączek od torebek. Kot dzielnie znosił rany od pierwszej stoczonej kociej bitwy i osę wczepioną w piękne futro, wspaniale polował na muchy, w wysokim krakowskim mieszkaniu można go było trzymać i unosząc do góry - łapać nim naprzykrzającą się muchę. Kot wskakiwał do wszelkich pudeł i toreb, utulał i witał swoją panią, kiedy wracała z każdej podróży, czule liżąc ją po włosach i wmruczając się w ich wspólną dwukotową - bo z kocią siostrą - noc. Dwa koty jak sygnatury jej najbardziej burzliwego życia, dwie cierpliwe twarze, zawsze witające, zawsze niezmiennie takie same, jak dwa pewniki na świecie - że cokolwiek by się działo - one zawsze będą na świecie, wtulając stęsknione kocie kłębki w zagłębienie ramienia. Kot musi wrócić.
Chociażby złapany na sieć utkaną ze wspomnień, kiedy spał z siostrą w pralce, a ona szukała kotów po całym domu, jak spały w szufladzie bo tam im się najbardziej podobało, kiedy wywaliły z kocich nudów i oczekiwania całą zawartość innych szuflad, kiedy nauczyła je zawsze wracać na kicikici i aportowania piłek. Kot potrafił wszystko, włącznie z bezgranicznym kochaniem i spaniem w przedziwych pozach zazwyczaj z jedną ręką wyciągniętą do przodu, zawsze zasypiający na ramieniu, na brzuchu, wszędzie tam, gdzie mogło być pozornie niewygodnie, kot, który wygrzewał sobą każdy ból, odnajdując go kocim zmysłem i tak umiał znaleźć bolące kolana, brzuch i porwane od dźwigania srebrnej walizki nadgarstki. Dwa czarne kłębki natychmiast poznały jej anioła, były od razu z nim podczas ich pierwszej spędzonej nocy, kiedy ona poszła zatańczyć w rytm miasta a on na nia cierpliwie czekał właśnie okotowany w jej domu na Złotej Podkowie w Krakowie.

Dlaczego więc zieloność go ukryła, schowała w ptasie śpiewy, w zakamarki pod liśćmi, w krecie ścieżki, nie chce powiedzieć gdzie są splątane kocie ślady, gdzie pies może znaleźć trop a nie szczekać z rozpaczy, gdzie. Niech maj odda jej kota, mantra myśli oplata każde spojrzenie w budzący się i zasypiający dzień, oplata zasypiającą kotę wpatrzoną w wielkie okno, triole wystukiwane przez niego pałeczkami na kolanach podczas słuchania jazzowego koncertu i taki obrazek pełen nadziei i niepokoju ona zabierze jak uwierający talizman w tygodniowe życie w bardzo duże miasto wypełnione koniecznościami, bezkociem i totalną miłością do futra w kolorze venge, której nie sposób zgasić tygodniowym zniknięciem.

10 maj 2012

108 albo wieczór:

Pierwszy ciepły wieczór w mieście na Wu wybuchnął krzakiem bzu pod blokiem, na przekór betonom, kwadratom świateł pstrzących horyzont, na przekór pasom transmisyjnym nieustannego szumu. Drzewa, które były tu pierwsze, przed żelbetonowymi pudełkami dla ludzi, przez samochodami, najnowszą Skodą jakąś, przed szczekaniem psim, przed ludźmi w kapturach, którzy palą i są stworzeni do omijania szerokim bezobcasowym łukiem, aby tylko nie zauważyli - rosną i kwitną. Wykroiła sobie foremką okna przestrzeń w ciepłą wiosenną prawie-noc, foremką z rodzynkami świateł po drugiej stronie i pachnącą życiem, tym wszystkim, co rusza do boju, co stanowi niezmienność nawet jak wszystko się wytnie, rozjedzie i rozbuduje.
Miasto na Wu kusi parkami, ale ona zaledwie czasem do nich zajrzy, bo to nie jej drzewa, ona ich nie zna, widziała je w tefałenowskich produkcjach i z okien 159, 108 i 107, że są takie parki, o, ale bez niego, bez jego skrzydeł nie poleci w tę zieloność i nie oswoi tego, czym miasto na Wu ją kusi. Bo nie umie tak sama, może nie chce.
A kiedyś umiała, przyjeżdżała tutaj w zaduszony ursynowski beton, kiedy miasto stawało się jedną wielką patelnią, w której słońce wygrzebywało swoją łyżką ludzi z cienia mieszając ich w jedną spoconą miazgę, kiedy spalało wszystko prawie na wiór i zapach tamtego kurzu, tamtego lata pachnącego jakimś nim, jakąś namiastką tu i teraz, przywołał jeszcze świeży, ciepły wiosenny środkowomajowy wieczór. Po co ona walczy z tym, co tu się dzieje, może właśnie powinna tu i tam pójść i poznać, odnaleźć coś do lubienia, jeszcze bardziej oswoić bycie tu, może wtedy to wielkie rozdarcie, ta wieczna dwoistość nie bolała by tak... Bo wokół ich domu bardziej rosną gwiazdy i bardziej ginie kot, który gdzieś tam na nią na pewno czeka, trawa jest bardziej zielona bo w ogóle jest, z żółtych mleczów powstają żarówki, które łatwo stłuc najlżejszym wiatrem, żaby mylą się z rybami, wokół ich domu wiosna jest nieco starsza, niż w mieście na Wu, szumiącym nieustannie, z rolkami ulic, które przyklejają paprochy samochodów, świateł i kurzu. Może kiedyś nauczy się wykrawać foremką okna nieco więcej niż dźwięki i fontannę zieleni z jednego drzewa, może zaprzyjaźni się z parkiem i może przestanie myśleć o tym, że w Krakowie już dawno stałaby się władcą pierścienia zielonych, wiosennych, ukochanych Plant.

6 maj 2012

107:

Noce ciężkie od obrazów, w powodzi snów można się jedynie utopić i chociaż zasypia na jego lewym skrzydle, to stacza się ogromną przepaść nocy, w lewą stronę swojego łóżka i tam pozostawszy śni mocno i ciężko. Księżyc ogromny bardzo zbliżył twarz do ich okna, zajrzał, podglądając chciwie i tylko wywołał w niej jeszcze cięższe poranne śnienie. Może spojrzawszy na nią, zabrał z niej całą energię i jasne sny, może ma właśnie tak, że zagląda przez okna a potem jest taki duży bo zbiera spojrzenia, zbiera uśmiechy i zamyślenia wszystkich na świecie, którzy na niego mocno patrzą i przez to tak góruje jak przyklejony plasterek, jak luneta, przez którą ktoś nas podgląda i obserwuje. Ona przez dzień słoneczno-wietrzny nieprzytomna, drży już na samą myśl o podróży do miasta na Wu, o zmierzaniu się z tym, czego nie zrobiła jak powinna, boi się zwyczajnie i może to turkuć podjadek stresu tak ją zjada wespół z księżycem. A jej anioł umie łapać turkucie w słoiki i może ona też powinna się tego nauczyć, na drodze do miasta na Wu podstawić słoik i niej tam wpadają rzeczy i paprochy niechciane. Tydzień majowy, bez dotykania klawiatury, a z dotykaniem jego palców, minął kwitnąco, białymi pasami jabłoni, które ciągnęły się przez łagodne wzgórza pól. Osypane kwieciem tamburyny drzew, pod którymi kwitły oceany żółtych mleczów, malowały wspomnienia wiosny jakiej jeszcze nie widziała. Wiosna nadrabiała kwietniową zimność, wszystko kwitło na potęgę, aby na czas zdążyć, pachniał bez, pachniał kurz odbity cieniem na sandomierskiej bramie, pachniała pełna fajerwerków mleczy trawa a nad wszystkim świeciło niebo-po horyzont dopełniając biało-zielonego obrazka. Jeździli dużo, sączyła się kawa na tarasie, koty przynosiły jaszczurki, myszy i żaby, ogród zapełniał się ptasim śpiewem, szumiał bezczas zaplątany w wierzbie nad ich małym stawem, nie zrobili jeszcze tysiąca rzeczy, nie poszli do lasu z psem, nie poszli na inny spacer też z psem, nie poszli na basen, nie odwiedzili znajomych tu i tam, ciągle im mało bycia razem, ciagle zachłanni na wiosnę i siebie, przyzwyczajeni do tyludniowego bycia, niewyspani księzycowo-wiosennie, nagle muszą znów w dwa tygodniowe światy odnowić swoje tęsknienie a potem ona w piątek wieczorem znów wróci i policzy piegi na jego ustach.

24 kwi 2012

M 106 albo lubi nie lubi:

Na niepokój nalepszy kabanos od Tarczyńskiego, groszek z majonezem kieleckim - wspomnienie od babci, wspomnienie które istnieje ciągle w okrągłym stole, który stoi teraz w ich domu, a kiedyś jadła przy nim groszek właśnie i faworki na przemian, i oprócz rosołu koncertu życzeń Ireny Santor i Lubię wracać tam gdzie byłem Wodeckiego - smak groszku staje się jaskinią, w której chce się schować. Kiedy dostaje prztyka w nos, takiego małego kopa zawodowego, który już zrobił siniak i kiedy się zagoi nie wie. Całe życie nadmiernie pokorna, ambitna strasznie i jednocześnie luk pełna nie lubi właśnie takiego stanu, kiedy musi się zebrać, ustalić, przejść przez gęste sitko rozmowy i tu żaden babciny rosół nie pomoże. Może powinna mieszkać gdzieś w skrajnym ubóstwie, gdzie miałaby dwie sukienki, spała na sienniku, gotowała robaki i placki z młóconego zboża, może powinna mniej zachłannie, bo właśnie jej pisane jest rozmyślanie i ubóstwo, może nie powinna celować w najnowszą kolekcję Massimo Dutti, może nie powinna zwracać uwagi na to, że musiała zostawić napiwek kelnerowi a za ten napiwek miałaby i obiad i kolację i znów dwa kilo mniej na wadze bo kasza jaglana odchudza, może nie powinna chcieć w ogóle, nawet wyjeżdżać, bo wszędzie jest tak samo i jest google earth i Starbucks. Może powinna bardziej uwierzyć w swój sukces, patrzeć wyżej, bardziej w górę, a nie czekać na cios, odszyfrowywać wpisany fatalizm w sobie, że jak o nim pomyśli to on się zaraz pojawi, jak ukryty okropny kłębek kurzu, który się zbiera i pojawia w momencie, kiedy się wszystko wysprzątało. Więc ona tak nie lubi. Zwłaszcza posiadania pewnego przeczucia, że czas, kiedy uda jej się wywołać w swoim organizmie stan wskazujący na dwie różowe kreski, niechybnie się odwleka. Nie lubi, kiedy ma cień poczucia, że ma coś w sobie popsutego, co nie pozwala jej pójść w żadną stronę, ani sukcesu zawodowego, ani rodzinnego. Że w dalszym ciagu będzie dryfować od do, jak drewno, które czasem złapie prąd, ale w większości nie i się musi samo popychać z całej siły, żeby nabrać kierunku. Ona lubi dopilnowywać, organizować, dopinać na guzik ostatni, rysować, gotować, śpiewać, zna alfabet Morse'a i ma dobrą równowagę, umie haftować, malować, rysować, malować po twarzach i rozróżniać ciepłe niuanse czerni i zimne. Ona umie pleść warkocze, czesać, robić szkoły makijażu i lubi mówić do ludzi, nie bać się. Lubi ciepło, ale nie upały, zieloną herbatę, zieloność w ogóle i powietrze, kiedy się rano wstaje i jest o tak - właśnie - niezapomniane i kiedy motyl cytrynek jej towarzyszy w tym poranku, to ona umie uwierzyć, że to jego tata odwiedził wiosenny ogród. Lubi powietrze, poczucie pełni, walkę i osiąganie harmonii i czasem zerknie na XFactora, bo tam śpiewają. I co z tego, kiedy jest czas, kiedy więcej nie lubi przekręca się jak rewers i jest tak ciężki, że nie można go odwrócić na drugą stronę. I wtedy nie lubi zimna, deszczu, burzy, kiedy ludzie się na nią patrzą i obserwują i obwąchują, nie lubi kiedy ludzie potrącają staruszki i tak potrącone wiekiem i bagażem bólu, nie lubi bolących kolan, nie lubi jak się jej nie udaje bo nie ma wyników, nie lubi jak czas ucieka, nie lubi reklam wszędzie i braku zrozumienia dla walizki, nie lubi nie mieć siły, fast foodów i rzeczy bez celu, nie lubi wind, ciem, włochatych gąsiennic, tęsknić i zasypiać sama a większości tego czego nie lubi to i tak musi. Dryfować. W zamazany horyzont, gdzie pewnikiem są tylko anioły.

15 kwi 2012

M 105 albo o tak samo:

Wniosła szarą walizkę razem z kolanami na schody prowadzące do jej niedużego pokoju w mieście na Wu. Wtaszcza te zawartości walizkowe, trzymające się na prawie urwanej rączce, wisi to na jednym, to na drugim kolanie i czuje jak napina się jej to jeden to drugi ACL, aby potem krótkimi urywanymi ruchami przypominać, że są, istnieją, że dzisiejszych schodów nie zapomniały. Powietrze zagęszcza się wiosną i może wreszcie wystrzeli ta zieloność, na którą wszyscy czekają, jak powinna. On co wieczór włącza dla niej gwiazdy obserwowane przez prostokąt okna zimną nocą przytuloną do jego pleców bo bez wtulenia noc jest pojedynczym, egoistycznym kwadratem, pokolorowanym snami, który przemija nie zapamiętany, zwłaszcza żółtym pokoju oddalonym o 150 kilometrów w trzy razy większym mieście.
Ona kocha. Wrosła w nią ta miłość jak sekwoja, kwitnie, rozwija się coraz bardziej, na gałęziach sekwoi ciągle nowe motyle, nie do wiary, ale ciągle się mnożą. Zaczepione między nimi prawie rok temu nitki stały się powrozami, których nikt i nic nie przetnie, no skąd ta pewność, skąd. Gdzieś w najgłębszych zakamarkach, w rowie mariańskim jej duszy, tam, gdzie myślała, że nigdy nikt nie zajrzy, stało się światło i jest i nie gaśnie i ona wie, że tak będzie już tak wybrała, tak wybrał on, tak wybrali. Kiedy on został u niej pierwszy raz w domu, czekając na nią na jasnej kanapie z zakochanymi w nim kotami - wiedziała, że chce już tak wracać zawsze, do uważnych brązowych oczu, do silnych rąk, których jeszcze wtedy dokładnie nie znała, do tego spokoju, który w nim i który potrafił zapomnieć o każdej za długiej podróży, o każdym zmęczeniu, nie takowości codziennej. Nie wie, jak długo będzie jeszcze potrafiła być w mieście na Wu, w którym ogarnia się szamę a nie je, w którym w ogóle się ogarnia i biegnie. Ona chce być z nim codziennie, nie przyczepiona myślą, nie zastygająca w dużym łóżku w pokoju w mieście na Wu, nie przyklejona cowieczornie do klawiatury do głosu do telefonu jednego albo drugiego, do porannego wychodzenia do pracy, kiedy na blokowym podwórku zawsze mija rudego settera, bez poczucia przyczepienia do dnia i zbijania go w godziny, aby około 19 przez wieczór przeprowadzić się na drugą stronę nocy przez palce przyklejone do klawiatury a po stokroć wolałaby do jego rąk. On ma ciepłe stopy w łóżku opatulające jej zazwyczaj zimne zasypiają w niej po kolei wszystko on gasi światło on wstaje bardziej rano bo pies on słyszy on pozwala na jej dłuższy rozkoszujący się domem sen on potem słucha jakie ona miała nocne obrazy w głowie szykuje kawę podgrzewa wodę dba kroi rzodkiewki na idealne plasterki przytula czerwony szlafrok w którym ona się mieści razem ze swoim porannym niemrawym byciem siedzą przy okrągłym stole zrzucając zachwycone rozmruczane koty jedząc zawsze puszysty omlet w niedzielę i ona chce tak codziennie nie tylko przez dwa poranki w tygodniu żeby on widział ją również w poniedziałki wtorki środy czwartki bo może będzie miała inne sny co innego zjedzą na śniadanie i zasną może nie o dwudziestej drugiej a później lub wcześniej ona tego nie wie bo nie próbowała.
Każdego poniedziałku budzi się jednak o czwartej potem dopakowuje walizkę i świt wita już w busie, który zawozi ją o tam, gdzie mozolnie obydwoje wspinają się po górze tygodnia z której około środy spadają godzinami w dół aby dotoczyć się ledwie jakoś do piątku o 19.30 kiedy wysiada ze srebrną walizką prosto w jego ciepłe ręce ciemne uradowane oczy i potem on zapala dla niej gwiazdy i bardzo bardzo czuła jest ich noc.

6 kwi 2012

M 104:

Znów dni zjedzone nie wiadomo gdzie, marzec stoczył się przepisowo do swoich trzydziestu jeden aby znów w górę wzbić się w kwiecień. Wiosna pomału zamacza końce niektórych krzaków malując je na bladozielono, powoli to wszystko pęka, rośnie i pachnie, jeszcze zaledwie, jeszcze delikatnie. Skwery upstrzyły się naręczami żonkili i tulipanów w wymyślnych kolorach, gdzieniegdzie jeszcze widzi się berety, puchowe kurtki i kozaki, bo wciąż zimnawo, wciąż nie tak. Nad ich domem krążyły bociany, w oczku wodnym zaczęło się życie, ryby poprzeciągały nogi i rozpoczęły życie, kot upolował ptaka i tym samym zaczął swoją wiosnę. Niemrawo się w niej ona zaczyna, trzęsie deszczem i wiatrem, każe nosić nieśmiertelny turkusowy sweter, przytrafia zapalenie spojówek, pachnie wietrznym kocim futrem i boli gardłem.
W wieczór pełen powietrza i mokrej trawy "Within the realm of a dying sun" przypomina dźwięki, które po raz pierwszy usłyszała, mając dwanaście lat. W pokoju u koleżanki cała ściana wyłożona kasetami, kusiła tytułami na grzbietach. Chodząc z walkmanem dzień po dniu z czasem umiała już prawie wszystkie dźwięki. Przekraczając próg muzyki, wchodziła do innego świata. Dead can dance, This Mortal Coil, głos Elisabeth Fraser w Treasure Cocteau Twins brzmiał jak szpilka wkłuwana w balon nadętej matematyki, pękający z hukiem dzwonkiem na wyczekaną przerwę, na której można było przez chwilę zanurzyć w przepustce dźwięków. Muzyka wynaczała kolejne światy, które można było namalować akwarelą po swojemu i takie najbardziej lubiła wieczory, ona, nastolatka przyklejona do radia lub guzika play, niepopularne zajęcie w czasach, kiedy większość uczyła się palić papierosy lub chodzić w butach na obcasach. Pierwsza nagrana kaseta przewijana na chińskim ołówku z obgryzioną różową gumką, skrywała muzyczne skarby zabierane ze sobą wszędzie. Każdy ma swoje melodie, do których wraca, w których się chowa i które wyobrażają i przywołują. Mogłaby sobie wgrać je w nowoczesny smartfon czy inny fon pełen guzików i możliwości, ale woli zachować dźwięk z kasety puszczanej na płaskim Grundigu, który dostała na komunię, nieważne, że używany, miała magnetofon. Xavier, Cantara, Summoning of the muse. Przestrzeń nigdzie nie spotykana. Zapadała się w tę muzykę, w jej przypomnienie, kiedy było jej nijak, kiedy musiała się wesprzeć na swojej pierwotnej ścianie dźwięków, aby znaleźć odpowiedź na to, co toczyło ją tu i teraz. Dużo płacze, turlając się po swojej ścianie i szukając wyrwy, która pomoże jej wyjść. Martwi się naruszonym prawym ACL, które jest jak ugryzienie od losu, wyrwa w górze lodowej kolan, z którymi walczyć będzie przez całe życie. Muzyka. Zawsze ta sama, pomimo zmian miliona, robienia po raz kolejny bardzo łzawych porządków w głowie, pór roku i kolejnych świąt. Bardzo niedostępna, w wysprzątanym domu i spłakanych myślach, w przesłuchanych dźwiękach, kołysze w jego skrzydłach, które nie pytają o nic, tylko są i szeleszczą po swojemu ich piosenkę.

22 mar 2012

M 103 albo gdzieś w marcu:

Stała bardzo wcześnie rano w autobusie, który miał ją zawieźć do jej samolotu i zastanawiała się, jak udźwignie dzień. Naprzeciwko niej wielka słuchawka z harmonijką na końcu, przyłożona do lewego ucha wielkiej twarzy samolotu, wpuszczała ludzi. Tupały obcasy, szorowały kciuki o touch pad Blackerry i HTC, najmodniejsze małe komputerki w bizness-świecie. Jej Blacbkerry - porysowany, bo w torbie zawsze ma takie chochliki co siedzą i rysują szlaczki na ekranie, jako jedyny na wyświetlaczu ma kota rozciągniętego na fioletowej kanapie. Wypada mieć nic, bo to biznes. Regarding...Thank you....Best regards...Unfortunately....Wokoło wprawne kciuki opiłowanych paznokci wstukują klawisze. Ona znów pomiędzy światami. W walizce, której właśnie urwała się rączka i stała się walizką-staruszką, oklejoną kodami lotów, porysowaną przez zęby dwóch zim, z nadgryzionym jabłkiem na honorowym miejscu. Kiedy będzie mogła oprzeć się plecami o własne łóżko...Nie pręt w autobusie, nie samolotowe krzesło-windę, które w godzinę zawozi ją do Pragi, mimowolnie podnosząc i opuszczając, nie poduszkowe królestwo w hotelu oznaczonego kodem dobrze znanego środka do dezynfekcji. Kiedy poczuje, że nie żyje pracując, z przerwą na dom i lot na jego skrzydłach, tylko żyje i fruwa z przerwą na pracową konieczność. O tam będąc, zajrzała wszędzie, doprowadzając do ostatecznych protestów prawe kolano. Chodziła w górę i w dół, poszła bardzo rano na spacer, kiedy nie było ludzi i miasto było wtulone jedynie w stukot i warkot dostawców jedzenia i pudeł po to, aby machina turystyki mogła doskonale funkcjonować nawet późno w noc. Zachód słońca zastała patrząc na kosa, który śpiewał obok delikatnie napęczniałej forsycji, gdzieś na zamkowym zboczu, pachniała ziemia. Tam była z nią wiosna, a już niżej był tylko jeszcze zimowy kamień i wagony włoskich wycieczek, które mijała, wtulając się w swoje tempo i zakamarki murów. Gdzieś z boku, w uliczce po drugiej stronie najbardziej rozdeptanego mostu strzeżonego przez posągi i sprzedawców drucianych kolczyków, napotkała zapach mało uczęszczanego kościoła, który przywitał ją z pustymi i szerokimi ramionami doskonałą ciszą. Kościoły już przestają tak pachnieć, coraz bardziej zachuchane i zapstrykane przez wszystkowidzących ze Wschodu, którzy oglądają ławki, wyrzeźbione lalki, do których ludzie się modlą, ale za nic nie rozumieją, że tam właśnie mieszka najważniejszy na świecie duch. Wyszedłszy z zapachu modlitwy, z objęć niewymownej ciszy, ruszyła w górę, by wnet znaleźć się w kamiennych pasażach, w których idealnie i doskonale można się zgubić, idąc jedynie w stronę światła. Udało się. To, że ono jest, nigdy nie pozwala zabłądzić i do tego wyprowadza za rękę na ulice z tabliczką, która w dodatku istnieje w niedużej mapie wziętej ze zdezynfekowanego hotelu. Poszła w kierunku światła stworzonego przez ludzi, w biżuterię, pamiątki, sklepy, które rzadko kiedy śpią a człowiek od kasy fiskalnej w środku to już bardzo mało, w eleganckie ulice z zachwycającym, secesyjnym deltalem, poubierane w naprawione kostiumy, w okna wystaw, gdzie znane marki wyginają się manekinami i aranżacjami w arcymodne do muszenia posiadania ubrania i dodatki. I gdzieś za rogiem, ważkolubna ona, znalazła sklep pełen tykających zegarków, usiany czasem, cyframi i mechanizmami, a pośród cyferblatów, tarcz i wskazówek, znalazła poduszkę, na której spały ważki-broszki, czekając na jej ręce i oczy i jeszcze nie na możliwości spięcia jej szala, bo im bardziej vintage tym droższe. Powiedziawszy im do widzenia zapewniła, że jeszcze je kiedyś odwiedzi i poszła dalej, myśląc o tym, czego jej zabrakło w jej czasie, że nie może być słynną makijażystką dyktującą trendy, gdzie była, kiedy bił dzwon i zabierali na Stanowiska, żeby teraz mieć wpływ na takie manekiny, kolory, nosić jedwabie i kaszmiry, a przecież jest bardzo pracowita, wie dużo co z czym i przede wszystkim dlaczego. I tak idąc męczyła miękkie buty Hilfigera stukając nimi o twardą nawierzchnię ulic. Kupiła po drodze takie coś z czekoladą i jeszcze w kształcie rury z cukrem i mając o tam wszystkie diety bez węglowodanów, poszła w stronę swojego snu, bo tuż przed nim stał jej anioł z palcami na klawiaturze i pisząc do niego, zakończyła długi spacer z własnymi myślami pod słonecznym niebem.

12 mar 2012

M 102:

Beztytułowy. Szarpany walizką. Turkuć podjadek, który zżera. Tasiemiec uzbrojony, ten podobno gorszy. Zepsuty alternator, który nie ładuje prądu. Nie chce jej się być miłą, bezcielesne coś we fioletowym płaszczu i szarych butach zaczęło kolejny tydzień w mieście na Wu, które wtłacza w jej przegrzany mózg tysiące bodźców. Co ucieszy i naładuje to zaraz tego nie ma, to się zeżre, połknie, stanie się bezbarwne i zanim dobierze odpowiednich kolorów, to minie sto tysięcy lat. Dużo płacze, oczyszcza się, nie oczyszcza, nie wiadomo co, najchętniej nie mówiłaby słowa, nic. Coś jej się pozatykało, wlało się niedobre paliwo i szarpie, nie ma siły iść do przodu, chociaż on z całej siły uruchamia katalizator swoich ramion, tłumi, tuli, kołysze i uspokaja a mimo to ona wciąż płacze. Coś jej się wyraźnie popsuło. Ma ochotę i zaraz jej nie ma, na czekoladę, na kawę, na gruszkę, na serek bazyliowy z rukolą i suszonym pomidorem a jak już to zje to co z tego, to tylko jedzenie, niedobrze tak, nie można. Gdzie jest przyczyna. Gdzie jest dziura w całym, gdzie puścił szew w jej idealnym świecie ze światłem, które zachmurzył prawie wiosenny poniedziałek. Nadal odczuwa - ale złe rzeczy. Nadal śni - ale złe sny. Może znajdzie igłę z nitką, zaszyje w książkę, w nicniemówienie, w brak słów, w nieemocjonalność, w czerń, nie fiolet nie granat nie szary nie turkus, w bezsmak, w ciemność. Może trzeba wejść najbardziej w swoją czarną dziurę i wtedy znajdzie się światło od razu. Może trzeba tylko o sobie i z sobą, ale to najtrudniejsze. Może nie trzeba się denerwować na walizkę, którą zaczepia i podrywa dziurawymi zębami chodnik i przez to ciągle ją szarpie za rękę. Może wyczerpie się płyn do spryskiwaczy, nie naleje się nowy, wtedy przestanie przetwarzać wszystko co złe wokół i nie zostanie jej nic innego, jak patrzeć w słońce. Wtedy nie będzie miała wyjścia.

29 lut 2012

M 101:

wpadła w turbulencję miasta na Wu które wygładza słońcem i gładkimi bezśnieżnymi ulicami wszystkie potłuczenia i kanty które nastały dzisiaj w przyklejonym do lutego dniu który zdarza się raz na cztery lata. Rozgnieciona na miazgę wyssana roztelepana rozedrgana przypadkowa chaotyczna nie umiejąca angielskich słów nie czująca smaku nie mająca apetytu na nic miesza się jej śniadanie z kolacją bo tak naprawdę wciąż je to samo czyli płatki orkiszowe z jogurtem albo z mlekiem sojowym albo ser biały z miodem i kromkę chleba z urzępolonym masłem a raczej jego kawałkami przyklejonymi do chleba talar od lubaszki i to samo ma rano i wieczorem bo nie ma weny i smaku i kupuje to co wytrzyma w lodówce bo przecież ciągle jest w biegu ciągle o tam czyli w kołowrotku jak chomik w kółku z którego ostatnio coraz trudniej wysiąść. Poranne rytuały matko jak nie chce mi się wstać włosy odrastają faliście i denerwują bo strasznie ich dużo a ich czas do cięcia dopiero za miesiąc bo Przemek wcześniej nie ma jak potem kawa z zaparzacza z tłoczkiem i fejsbuk i pudel od rana i wiadomości na gazeta.pl i makijaż radically no surgetics givenchy kryje złe sny które narysowały linie na twarzy kredka z art deco strasznie się coś rozmazuje potem tusz który się ciężko zmywa i na koniec lokalny koloryt czyli róż jaki pod ręką ma i obowiązkowy psik perfum bo bez nich nie wyjdzie nigdy. Nie ma siły coś jest nie tak on jest za daleko pieskoty za daleko wiosna za daleko zbliża się tylko ogromny sen który zaraz ją złapie żeby tylko zdążyła zmyć uporczywy tusz zanim nastanie marzec.