8 sie 2014

M 179:

Dzień samych ósemek, osiemów, jakby powiedział jej siostrzeniec, bo i ósmy miesiąc małej jej i małej jej numerologiczne 8. Ona po raz kolejny przybita gwoździem niewyspania, co jest, jakby kawa nie miała kofeiny, jakby przeszła w stan nieustannego czuwania, nawet nocą, chociaż zasypia w moment, śpi czujnie, bo mała ona jeszcze raz żąda jedzenia, a potem nad ranem krążą nad nią bardzo ciężkie, absolutnie irracjonalne sny, najlepsze scenariusze dla Kubricka albo Polańskiego. Szum deszczu przeprowadza ją ładnie na drugą stronę dnia, i mogłaby tak leżeć i nic więcej, ale na takie nic więcej nie pozwoli sobie jeszcze bardzo długo. Co za dzień ciężki, może zrobić jakieś ciasto z kremem i jagodami, ale potem trzeba znów sprzątać, więc może lepiej nie. Może pójdzie na spacer i rozgoni te ciężkie chmury niewyspania, może. To jest trochę tak, że im mała ona więcej rośnie, tym ona ma mniej siły, albo może mała ona ją rozpuściła dając jej za dużo czasu na myślenie i na pisanie trochę też i właśnie tak się dzieje, że ona popada w tumiwisizm. Niedobrze.
Zrobiła obiad, gotując marchewkę, kalafiora, zieloną fasolkę i mieszając ją z bulgurem, czosnkiem, wędzoną papryką, świeżą miętą i bazylią. Popołudnie nie siekające deszczem, więc przejdą się pewnie i tu i tam, wracając na podwieczorek. Na pewno zjadliwie poogląda sobie modowe osiedlowe zjawiska, chociaż w centrum jest ich więcej. Najgorzej przejść, kiedy słodkawo-mdlący zapach potu utrzymuje się jeszcze długo po przejściu jego właściciela i nie można go ominąć. Lato. W Biedronce wyścig do kasy, prawie tratując małą ją, bo przecież o dziewiętnastej jest koniec świata. Dobrze, że ich dom, otoczony zielonością, jest schronieniem, w którym może sobie rozmyślać o niezwykłościach ósemek, wierzyć w białe motyle i zamknięte w nich dusze fruwające za oknem, o tym, że w ich domu nie ma duchów, bo jest nowy i nie zdążył nasiąknąć przeszłością. Zamykają się więc w nim z małą nią i w takie dziwaczne popołudnie jak dziś, wspólnie gryzą jedno jabłko patrząc na film Hitchcocka. A wieczorem sprawca tego niepokoju pokazał zamgloną twarz. No tak, wszystko przez księżyc.

7 sie 2014

M 178:

Bo to jest trochę tak, że pojawiają się litery, wyglądają zza krzaków mięty, którą trzeba przesadzić, są w donicy z surfiniami, które rosną jak szalone, zwłaszcza te oczywiście fioletowe, bo misternie je podlewa wodą z odżywką. I jest tak, że ona nie ma kiedy napisać tego co w głowie, co w tym momencie, bo ciągle coś do zrobienia. Bo zainspirowana wystrojem kwiaciarni w otoczonym betonem Carrefourze postanowiła zmienić łazienkę małą i poodwiedzali TK Maxx-y, Castoramy i internety i już jest małe pomieszczenie nie do poznania, jakby się wstawiło inny klocek w tę część domu. Bo ma tak, że z przodu domu jest najchłodniej i tam właśnie zrobili kącik z kwiatami, rosnącymi jak opętane w ładnych donicach, kącik z ławką przykrytą patchworkową narzutą i stołem zrobionym z palety. Jak dobrze jest jechać opętanie 20 km o 20 po bejcę do tego stołu z przeczuciem, że będzie wypadek, bo sarna i on się wydarza, ale trzy samochody przed nią. I to wszystko robić w ekspresowym tempie, bo akurat teraz jest taka chwila do wyżycia i to cieszy. I to, kiedy znajduje się kawałek konopnego sznurka, którym była przewiązana metka z czegoś i ten kawałek akurat idealnie pasuje do powieszenia lustra. Taki drobiazg a łazienka piękna i dobrze się w niej siedzi w te straszne burze.
Upały wygryzają trawę, męczą strasznie i małą ją i ją, a potem z tych upałów strzelając piorunami, przesuwając chmury to nad prawą stronę domu, to nad lewą. Bo ona burzy nie znosi, od dziecka boi się ognia, huków, piorunów, ciemnej, gęstniejącej masy, z której wisi deszcz i ucieka wtedy, gdzie może, teraz właśnie najlepiej do ładnej łazienki, bo w niej najmniej widać jak niebo tnie się na kawałki.
I w takim sierpniowym upale, który odbiera siły i skazuje na ciężkie, dziwne sny, ugryzienia po komarach najbardziej drapią jak się zasypia, a nie ma się jak schować pod najcieńszą Mysę z ikei bo gorąco. W sumie to aż nic się nie chce, bo już za górką, kiedy pcha wózek, dopada ją straszny upał i trzyma aż do powrotu i gdyby nie wózek, to byłoby aż ciężko iść. Opalona, wieczorami regeneruje się naprędce balsamem Lierac Prescription, koreańskim serum z witaminą C, kremem Magnificence z Lierac i tak, tyle w siebie wciera, aby zachować to, co jest, ma nadzieję, nie zjedzone do reszty słońcem. Wieczorami, kiedy kota niezmiennie kładzie się na jej lub jego przedramionach, ona usiłuje pisać a on starannie masuje jej stopy, oglądając stare odcinki Beverly Hills 90210. Lubią się tak razem domowić, kiedy mała ona rozkosznie śpi przywalona misiami, kiedy już głowa jej śpi, a rączka jeszcze walczy z owieczką Stellą, a mała opalona stópka oplata fioletowy kocyk w ważki, lubią jeść wieczorami maliny nadziewane na widelec (ona) i krówki  opatowskie z każdego koloru (on) i tak sobie są do dwudziestej trzeciej, w ciszy niedużego domu, nie otwartej na świerszcze bo komary.

24 lip 2014

M 177 albo środek wakacji:

Pojawiły się jabłka Genewa, a w Kazimierzu Dolnym na Małym Rynku starszy pan zachwalał ogromne czerwone porzeczki i zawsze jej żal, jak ktoś się stara, coś zerwał, ułożył i przywiózł i sprzedaje, stojąc lub siedząc nierzadko w niemiłej ciału atmosferze. Tak, jest bardzo naiwna, bo milion razy dała się nabrać biednym babciom sprzedającym trzy pietruszki a tak naprawdę to mogła być szajka sprzedająca szemrane warzywa tu i ówdzie, bo na numer z babcią wiele osób się nabiera i to działa. Trudno, kupiła by pół świata, bo starsze panie i dziadziusie o poczciwych oczach są jej czułym punktem, ma do nich sentyment, coś jej się robi w środku, że muszą tak siedzieć i sprzedawać bo być może to ich jedyne okno na świat - pooglądać ludzi, podsłuchać, co się dzieje u tych młodych i uciec tym samym od straszliwego tsunami samotności.
Lipiec się więc nieco zestarzał, im bardziej w lato tym więcej śliwek i moreli, aż do wrześniowych rozkoszy, kiedy wszystko owocuje na potęgę i ona to uwielbia.
Lato pachniało kiszonymi ogórkami mamy, kiedy wracała z harcerskich obozów, taszcząc wielki plecak na stelażu, którego prawie pół piętra zajmował gruby sweter, podstawa wyjazdów i wiecznie mokry ręcznik. Pamięta dokładnie, jak układało się ubrania, aby w plecaku cokolwiek się zmieściło i jak często urywały się szelki od tego ciężaru i biegło się do pociągu o jednej szelce i o zdrowych nogach bo trzeba było złapać lato. Wtedy nic nie przeszkadzało, można było spędzić miesiąc w bagiennym, onirycznym klimacie, pełnym meszek, nie schnących ubrań i trwać w wiecznym niewyspaniu, bo o drugiej w nocy podkradało się olej i mąkę na naleśniki z namiotu gospodarczego w zgrupowaniu. Jaki był dreszcz emocji, kiedy mimochodem było się podglądanym w sanitarnym enesie, kiedy na mokrej, ubitej ziemi ostrożnie stawiało się nogi na reklamówkach, aby się nie ubrudzić i nie przewrócić znienacka. Były czasy, że przez trzy tygodnie nie widziała się w lustrze a potem było niesamowite zaskoczenie, że jest się krzywo opalonym, ma się wypłowiałe i wysuszone na wiór włosy przewiązane sznurówką, bo się zgubiło jedyną gumkę. Lipiec to był czas marszu na zwiady w nieprzewiewnych mundurach, mycia menażek w trzech ocynkowanych baliach o charakterystycznym zapachu ludwika pomieszanego z tłuszczem i każdy, kto tylko był na harcerskim obozie jest sobie w stanie przypomnieć jak pachniało w harcerskiej kuchni.
Sierpień był dla niej miesiącem zdobywania gór, które poszarpaną nitką zszywały cały miesiąc w jedną wielką radość. Ulubione jej trasy, wielokrotnie zdobywane - Dolina Pięciu Stawów z przejściem przez Świstówkę, Czerwone Wierchy zdobywane najlepiej od Doliny Małej Łąki, Wołowiec, Rakoń i Grześ, wreszcie Kozi Wierch i Zawrat, trasy precyzyjne i wymagające dobrej aklimatyzacji, aby dały należytą radość. Każdy sierpień to były góry, albo Beskidy albo Tatry Słowackie i przytulone do nich małe miasteczka, jesień pozostawiając biwakom w Bieszczadach. Dziesiątki rajdów, zdartych butów, nocowania w stodołach i mycia się w lodowatej wodzie. Kromek chleba z pasztetem, jabłek papierówek, ostrej anginy i wąchania swetra przystojnego kolegi, siedząc na lepkiej podłodze w schronisku i popijając słodką herbatę bo zimno. Kiedy padało, zakładało się wielką folię z kapturem i skórzane trapery, nie będąc uzbrojonym w goreteksy, spandeksy i technologie, tylko w serce i siły, bo góry w sierpniu to była konieczność absolutna i tak przez lata. Bolały plecy, barki od ciężkiego plecaka, zakwasy w łydkach, paliły się nosy w słońcu, gryzły osy, było się omijanym przez sokoły, ale i tak najcudowniej było wieczorem rozłożyć papierową, wojskową mapę sklejoną taśmą i liczyć ile się przeszło.
Jest w niej nieustanny sentyment do takich wypraw, tyle, że teraz inne nieco czasy i patchworkowe kolana, ale mała ona - jeśli tylko będzie chciała - też będzie zszywać poprute ściegi gór - idąc. Nie tylko w sierpniu.
Tymczasem spacerują, on zawsze prowadząc wózek z małą nią, ona - trzymając łodyżkę nadgarstka i kiścią dłoni tuż obok jego. I tak zaraz wejdą w sierpień. 

7 lip 2014

M 176 albo dwa lata:

Tak, ona lubi daty, pewniki, które trzymają tradycję w widełkach pamiętających o rocznicach, urodzinach i właśnie wtedy jej się też słowa najlepiej sączą, jak dziś francuskie Chardonnay i Coltrane. Objedzeni krewetkami w maślano-winnym sosie, z pobrzmiewającą nutą saksofonu i słodkich truskawek, sączą swój dwuletni staż małżeński, z niebieskookim owocem, równie słodko śpiącym na górze, przykrytym bambusowym kocykiem Lullalove. Bo właściwie to wszystko skupia się wokół tych 6450 g i 66 cm, które potrafią dwoma i pół zębami przegryźć wszystkie smoczki. Które układają stopkę na stopce pod kątem na oparciu od spacerówki i tak sobie ogląda świat, matka to nuda. Które małymi rączkami zwiedzają absolutnie wszystko i najchętniej zatapiają się w łyżce z zupką, bo znakomicie się w niej ciamka i rozsmarowuje. I jak trudno wyjąć tę małą, upartą rączkę z zawieszenia w owej zupce, wie tylko mama, która każdego popołudnia odbywa walkę z polubianiem warzyw i mięsa. W jedzeniu zresztą najfajniejsze są morele i śliwki, wzorki na krzesełku Mamas& Papas i nowe śliniaki w słoniki z TK Maxx, a cała reszta jak samo jedzenie, codzienny rytuał, który mama z mozołem złośliwie powtarza, a już wycieranie umorusanej buzi to absolutny koszmar, który niestety musi być codziennie. Mała ona zaczęła po raz pierwszy małymi piętkami podpierać niebo, leżąc obok niej pod perukowcem. Mała ona od czasu narodzin jest traktowana jak odrębny człowiek i pomimo, że ona miała zadatki na kwokę, to nią nie jest. Bo udało jej się dziecko, które potrafi się sobą zająć, które jest regularnie odkładane na spanie i na bycie sobie i patrzenie na to, co wokół. Bo ona jej po prostu na to pozwala. Mała ona wie, że mama musi sprzątnąć łazienkę i zrobić babci zupę ogórkową i trzeba mamie to umożliwić. To nie jest łatwe, im mała ona robi się większa, tym więcej wymusza i krzyczy i umiejętność nie dosłownego utulenia tego krzyku łatwa nie jest. Na szczęście są wieczorne rytuały, kiedy mała ona po dziewiętnastej żąda bliskiego spotkania z misiami, bo trzeba im sprawdzić metki na dupce i w łóżeczku chce być natychmiast. Odkąd mama pokazała jej perspektywę spacerówki zwróconej przodem do świata, samochody są super, półki w sklepie, wystająca lewa noga jest super i wiecznie uśmiechnięty bokser Diesel też.
W dwuletnim małżeństwie zawartym po trzydziestce każdy rok jest jak pięć w długodystansowym stadle. Nie ma czasu na muchy w nosie, zgniatane właściwie od razu, na obrażanie się, bo to już było w poprzednich wcieleniach. Wie się, czego chce i mówi o tym otwarcie. Wiele pierwszych rzeczy już było, ale i tak znajdą się te najpierwsze, bo przeżywane bez ogródek i z pełną mocą. Tak to się dzieje, kiedy druga osoba patrzy w tę samą stronę, ale nie próbuje na siłę spełniać marzeń i robić czegoś wbrew sobie, w imię bycia razem. Tak to jest, że jedząc wspólnie krewetki w ich wspólny wieczór nie muszą być już na wysoki połysk. Tak, czuje, jakby się znali bardzo długo, a mała, niebieskooka on była swoistym połączeniem ich dwojga, a jednak cudownie inną sobą od co najmniej siedmiu miesięcy.

30 cze 2014

M 175:

Dlaczego ten miesiąc nie może trwać do grudnia, kiedy właśnie teraz splatają się najlepsze owoce, maliny, jagody, czereśnie i truskawki, jedzone na przemian z bobem i tak w kółko, nieumiarkowanie warzywno-owocowe trwa. Jaśmin i u nich i u sąsiadów gubi ostatnie płatki, podobnie jak peonie, które będą grały w swoje kulki za rok. Mała ona, rozkosznie śpiewa, w spacerówce obserwując ulice i wystawiając lewą stopkę nieco bardziej niż prawą, najlepiej bez skarpetek, bo one tylko przeszkadzają w życiu małego człowieka. Raz pada, raz nie. Raz przejeżdżają ogromne samochody (swoją drogą po co się je kupuje, biorąc pod uwagę miejskie życie i ekonomię), raz mniejsze, o jaskrawych kolorach i wtedy jest najfajniej. Mała ona najchętniej by zjadła już dorosłe jedzenie, a nie, mama jej wtyka papki jak dla niemowlaków i dziwi się, że zje tylko cztery łyżeczki. Jej znów dni płyną. Rytm spacerów, obiadów, sprzątania, podróży do Łodzi, znów zakurzenia, znów powtarzanych czynności, kiedy to wszystko w tym czasie się mieści, to ona nie wie. Odkryła koreańskie serum z witaminą C, podobne w konsystencji do jej ukochanego Hydra Chrono z Lierac. Nie lubi szamponu Wax do wypadających włosów, bo robią się po nim jak siano i w dodatku mokre. Jakoś w ogóle jest tak, że wstaje i nagle jest 22 i dwudziesta któraś minuta meczu i świat zamiera czy strzelą, czy będą karne. Dawno nie była w lesie. Ani nad zalewem. Bo czerwcowe ciągle coś pcha ją w okołodomowe zajęcia, mogące skupić się nad tym, co nowego w warzywniaku. Coś jest w takich sklepach, że pachną podobnie, może seler, może kapusta kiszona nadają warzywniakom charakterystycznego zapachu. Ciekawe, czy ktoś się w ogóle nad tym zastanawia, ale przechodząc obok sklepu spożywczego, zawsze ciągnie się za nim skwaśniała woń mleka, pomieszana z zapachem białych bułek. Po prostu się wie, że to tu. Mała ona sklepy uwielbia, bo ludzie tonący w jej wielkich, niebieskich oczach, bo światła, rzeczy, kolory i wielkie wypisane ceny, teraz, w spacerówce widoczne jeszcze bardziej.  I patrzy ta mała ona, jak mama biega po sklepie i upycha potem do wózka tysiąc rzeczy a potem wszyscy się w domu cieszą, że jest i jedzą. Bób, czereśnie i jagody, młode warzywa w zupie, przypalony popcorn, truskawki nadziewane na widelec i wszystko jest kolorowe, świeże i pachnące jak młode lato, które właśnie się zaczęło. Bezkumkające już wieczory, pachnące zielonością, spędzają na fioletowej kanapie, on masując jej stopy, ona zatopiona w koniecznościach komputerowych, a potem idą razem w swoją noc, pozaplatani we wspólną, ostatnią czerwcową noc.

11 cze 2014

M 174 albo księżycowy czerwiec:

Jej ulubiony miesiąc rozprysnął się za dnia upalnym słonecznym blaskiem, porażającym pachnący, nieskromnie kwitnący jaśmin, rozgniataną na podniebieniu słodycz truskawek, chrupkość marchewki i kalarepki i pierzaste półkule peonii. Otwarty na oścież księżyc wciąga nie spanie i białe lekkie wino z dwiema kostkami lodu, patrzy, otwiera się z całej siły na jej zamyślenia, wytrącane kumkaniem żab.
O małej jej z niesamowitymi oczami, która stopkami i rączkami zwiedza wszystkie możliwe bezpieczne rośliny w ogrodzie. O małej jej, która nie zawsze chce jeść zupki i ona się wtedy martwi, bo i z piciem wody nie najlepiej. O tym, że wysyła w PRowy wszechświat maile i nie zawsze wracają z oczekiwaną zawartością, jak powinny, a każdy taki mail ma kawałek jej serca i co się z nim dzieje, co. O tym, że nie lubi niedziel bez niego, tak strasznie pustych i wtedy pakuje małą ją nawet do małego samochodu i jadą gdzieś, gdzie są ludzie i niedziela nie straszy. Niech się jednak czerwiec nie kończy, nawet z tymi niedzielami. Niech z całej siły kumkają żaby, unosząc w górę ciepłe, czerwcowe niebo rzadko spadające deszczem, niech popołudniowe szpaki zwiedzają trawnik, z rozmysłem kiwając głowami i w ogóle nie bojąc się przyczajonej koty. Może już wiedzą, że ona poza muchą i jaszczurką nie upolowała nic w swoim ośmioletnim życiu, że siedzi sobie ot, tak i się przygląda, udając kota. Właściwie w takie dni jak są teraz, dość upalne, zielone, przejrzyste dniem i nocą, nie zamglone ani deszczowo wilgotne, pocięte komarami, mogłaby siedzieć w domu cały czas i z małą nią obserwować jak zaczyna rosnąć lawenda na klombach przy tarasie, jak chwasty w symbiozie opanowały ogród po bokach, jak trawy zagłuszyły inne krzewy i każą im siedzieć cicho i mało rosnąć, bo one są pierwsze. Gdzieś tam są miasta, gorące tramwaje, działające klimatyzacje, lodowe latte na soi w plastikowych kubkach, lekkie lunche, bo trzeba dbać o linię. A ona w ogóle o tym nie myśli, obija się po domu w długiej sukience w kwiaty jak z Klimta, przekłada rzeczy na prawo i lewo i z powrotem, sączy czerwiec po swojemu i za nic nie chce, żeby się skończył, żeby był taki domowy constans przegryzany truskawkami, nieco oniryczny od upału, z  wyraźnymi piegami jego, które codziennie liczy, bo się pojawiają po słońcu, ze szczekającym nieoczekiwanie psem sąsiadów i małą nią na lewym biodrze i tak przekładają razem to słońce z jednej strony domu na drugą, mała ona zasypia w jeszcze jasnej sypialni i jak to jest, że jeszcze nie poznała księżyca. A czerwcowy najpiękniejszy,

30 maj 2014

M 173:

Gdzie kupić w Starachowicach peonie na pęczki, ona nie wie. Uwielbia układać bukiety przewiązując je atłasowymi wstążkami i tego jej coś brakuje, jakby ogródkowe babcie wymiotło z miasta, w których teraz jest. Pęki peonii kupowała zawsze na Kleparzu, zastanawiając się, czy poddać się ich jeszcze zamkniętym pięściom, czy już trochę ukazujące pachnące linie papilarne. Kleparza jej też czasem brakuje, zwłaszcza, jeśli spacerując Plantami, sobie trochę powspomina. Kraków to dla niej nie tylko czas przeszły, kiedy pracowała na Rynku z widokiem na Ratusz, miała fantastycznych sąsiadów, których częstowała zdobycznymi pączkami od Michałka, co w Tłusty Czwartek stanowiło wyczyn podobny do zdobycia Annapurny zimą, kiedy targała do domu siaty pełne bundza z czarnuszką, szpinaku, szynki z Bobrownik, malin od pani po lewej stronie i chrupiącego groszku cukrowego. Ilekroć nawet stoi we wkurzającym korku, kaszląc w owym małopolskim smogu, to dla niej i tak Planty i Kossakówka zawiązane srebrną wstążką Wisły, zawsze będą jednym z najważniejszych wrażeń, które poczuła jako dziecko, zobaczywszy pastele Wyspiańskiego i  ich reprodukcje wiszące u babci w sypialni. Cisza, zapach wymaglowanej pościeli zwanej "puchami" - u babci nie szło się spać, tylko "szło w puchy" - miarowo tykający zegar, anioł stróż w ramce nad łóżkiem, komunijne zdjęcie taty w podkolanówkach i właśnie reprodukcje Wyspiańskiego były jednym z pierwszych wspomnień z domu babci. Które nie wiedząc czemu, przyprawiały ją o dreszcz.
 Może coś się kiedyś wydarzyło w Krakowie, co sprawiło, że ją tam tak ciągnie, może kiedyś mieszkała w jednej z mieszczańskich kamienic, spacerowała z koronkową parasolką i jakimś cudem Los połączył rodzimą Łódź z ważnym dla niej Krakowem i sprawił, że mogła spacerować z nim i z nią w wydartą od niepamiętnych czasów niedzielą. Jest jakiś dreszcz w tym mieście, jakiś nerw, który lubi podrażniać sprawdzając, co się zmieniło a co nie.
Jak to jest, że niektóre miasta wywołują swoiste deja vu albo to, że się w nich bez trudu porusza. Ona ma tak, że często śnią się jej miasta, w których nigdy nie była, poznaje ich topografię, zawsze w słońcu. Kraków wywołuje w niej wiele obrazów sennych, że lata nad łąką pełną suszonych kwiatów, że stare meble, że jeździ konno, że spotyka po drodze zawsze te same osoby, których jeszcze nie poznała. Dziwne. Co jest w tym mieście, że ilekroć w nim jest, czuje się jak u siebie. I oprócz znajdywania smaków, wie, gdzie kupić peonie, których nie może znaleźć w jej zaadoptowanym mieście. Zimny koniec maja z tęsknotą do kwiatów. Dobrze, że umie i ma czas zanurzyć się w tym, co przyniosło przyjaźnie, smaki i chwilę, która przyniosła miłość. Dobrze, że nieustannie zauważa a patrząc na małą nią ma poczucie, że wielkie niebieskie oczy z okręgami jak Planty mają tak samo. Ma tak, że wierzy w poprzednie życia, dusz wędrówki bo to w niej niesłychanie silne. Jak Kraków, przedwojenne granice, umiłowanie czasu z pierwszego trzydziestolecia XX wieku, koni, suchych pasteli, koronek, porcelany, włosów w fale, tamtego, co kiedyś a nie do końca co teraz. I tak też można.

17 maj 2014

M 172 albo zielonomajowy:

Deszcz zadeszcza perliste konwalie i fioletowy bez, namacza świat i nie pozwala wyjść na spacer. Ona, cyborg z tytanu rano nie żyje, wieczorem robi wszystko, żeby chociaż o minutę przedłużyć świadomość, zdążyć z wymyśleniem bajki o słoniu na konkurs, zaplanować i przemyśleć posty na Facebooka, spakować w myślach walizkę, bo w ten deszcz roztopią się obydwie na łódzkim horyzoncie na szafirowo. Mała ona rośnie, potrafi wiele, zauważa więcej niż trzeba, uwielbiając patrzeć na samochody i balkony, robiąc rurkę z języka, słuchając jak szumią liście ogrodowe i ptaki tańczą wokół.
Ona: z rozkoszą patrzy jak w małej buzi pojawiły się na dole dwie falbanki, piłowane o wszystko, najlepiej o wielce długie metki zabawek z Ikei i gryzak w kształcie truskawki. Mała ona potrafi śmiać się przy szczepionce i za nic nie usnąć w kołysce ze śpiewu ptaków, bo na wózku zamieszkała folia chroniąca przed deszczem i szumi i to coś nowego i trzeba obejrzeć. Człowiek stworzony z ich optymizmów, który nieustannie się uśmiecha, wyciągający ręce do każdego krzaka, zabawki, twarzy jego lub jej, psa i kota.
Powinna odpisać na maile, porozmawiać na skype, powinna przyłożyć ucho tu i tam, co słychać, powyrywać chwasty, ciągle tyle do zrobienia, ciągle jej się nie chce jeść aż on w nią wmusza śniadanie albo kolację, bo chudnie.
On: rozczulony do naczyń włosowatych porannym uśmiechem małej jej i widokiem pogryzionej od spodu łyżeczki do jedzenia zupek gotowanych przez dużą nią, przytula się do omszałego na ciemno łebka, który produkuje niesłychane ilości uśmiechów i do szczętu zapatrzony w tatę, uwielbia spędzany razem czas.
Ona: ma czasem zachwiania swojej równowagi i wtedy może nie odzywać się cały dzień i wtedy oglądają razem z małą nią krzaki w ogrodzie i ryby w stawie i wtedy kota wenge wyczuwa to niesamowicie i pociesza całym swoim kocim ciałkiem i jak tu się smucić, nie można. Są dni, że mogłaby być przezroczysta, tak lubi, zamilczona, wtedy najlepiej jej się zawsze malowało albo coś robiło z kolorów, z farb. Bo umie bardzo dużo, ciągle coś z palców by sączyła, ale nie może się zebrać, bo praca odbiera zapał, bo decoupage, bo szycie, bo wymyślanie dziecięcych potraw, bo zdjęcia, wszystko jak najbardziej, ale zostaje jej tylko zalążek tego wszystkiego w postaci raz na jakiś czas napisania słów kilku, utkaniu koronki, która ciągle w głowie i raz po raz się rwie i zapomina.
On: z nią znów nierozerwalnie, bez oddalenia, chociaż na chwilę poszedł w siebie, ale wiedziała, że wróci.
Ona: z tego zmęczenia i niepisania rzadko wtula się w jego skrzydło lewe, ukradkiem łapią się w przestrzeni fioletowej kanapy, przepadając nieustannie w sobie i tylko nieuchronnie upływający czas jest ich w stanie stamtąd wyciągnąć.

1 maj 2014

M 171:

Dywan z zielonej trawy rozwinął się wspaniale do małego stawu, wiosna już bardzo. Dawno nie była w lesie, bo trochę nie ma czasu, bo czas ów się delikatnie skurczył i wciska się między sen na tarasie małej jej. Delikatnie zaczęła pracować, właściwie po to, aby kawałek siebie zostawić gdzieś poza domem, żeby poczuć, że jeszcze coś umie i może. Bo taka ona składa się z bardzo wielu części. I sen zostawia w Warszawie na chwilę, zauważony, bo od miesięcy ciągły. I w Łodzi, bo tam Święta, bo rzeczy do dopięcia i ten ostatni guzik się udał, stawszy się pracą, która sączy się pozytywnymi mailami. Uporczywa, ogromna wiosna zostawia w senną niedzielę na ich ulicy jeża z kulawą łapką po to, żeby właśnie ona go zauważyła, jak biedny pokonuje krawężnik i ona bierze go w pudełko, obserwuje czujny nosek wystający z najeżonej kulki i niesie ją za staw, aby tam znalazła swoje schronienie. Ile wytrwa w niewyspaniu, nie wie nikt. Każdego dnia kolejna granica wytrzymałości się przesuwa, ale jest chyba z gumy, bo może więcej i więcej. Chyba jak każda mama zresztą, to trochę jak chodzenie po z lekka nieznanym terenie, który niby wygląda znajomo, a można zaplątać się w jakieś trawy, czy wpaść w dziurę. Jedyną bronią jest intuicja, potrafiąca wyciągnąć z największej, matczynej niepewności. I z tej niepewności najpiękniej wyciąga ją uśmiech w ogromnych, hipnotyzujących oczach małej jej.
Koniec kwietnia zgubił kolejnego kota, świętokrzyski dachowiec, z dumą przynoszący myszy jak naboje do karabinu, potrafiący upolować kreta i zjeść gorącego kotleta z patelni i zastygający w jasnoszarą kulkę w prostokącie okna, przepadł bez wieści niewyczuwalnej dla brązowego psa, dla nikogo. Nikt nie chce powiedzieć, co się z nim stało, trawy wymownie milczą. W domu została tylko wenge kota i pies i zrobiło się dziwnie pusto. Wiosna intensywna w wydarzenia, urosła nowa praca, pryskają nowe bańki dmuchawców w słońcu i błyszczy srebrzysta trawa, rośnie mała ona, która już prawie siedzi, wciąż nowa siatka zmarszczek mimicznych, które pojawiają się jak nie wykryte żyły wodne, wyciągane przez kolejną noc z poszarpanymi snami. I niepostrzeżenie, w tej ich trzeciej wiośnie minęła rocznica, kiedy w zaułku św. Tomasza jego intensywnie brązowe oczy wypatrywały nadejścia jej i od tego wszystko się zaczęło. Maj już zawsze będzie dla niej znamienity, intensywny we wspomnieniach, rozsypany pierwszym bzem, a w ich trzecim maju mała ona rozpina między nimi jeszcze bezzębny uśmiech i to niby wszystko szybko się wydarzyło, a może i wolno, ale wyżyte do ostatniej milisekundy.

5 kwi 2014

M 170:

Pachnie forsycja, zieleń rozpycha się jak mała ona rączkami, pączkami kłuje błękitne niebo, świat rośnie jak na wiosnę przystało. Ona krąży wokół domów i ogródków, rysuje kołami wózka z małą nią niezliczone esy-floresy, zauważa fiołki za czyimś płotem, które postanowiły z własnej woli zamieszkać bez żadnych ograniczeń. I wspaniałe jest to, że ona ma czas te fiołki zauważyć, bo to pierwsza taka wiosna z wielkim czasem od niepamięci. Nad ich domem przelatują bociany, kaczki na stawie pływają na randki, cytrynowe motyle łaskoczą powietrze. Dzieje się.
Ona: wstaje jak automat zanim mała ona zdąży wrócić na ziemię ze snu, wyjmuje z łóżeczka coraz cięższy pakunek z zamkniętymi oczami, odmierza cztery płaskie miarki Enfamilu do butelki Suavinex, jednym zaspanym uchem łapie dźwięki apetycznej, polskojazzowej audycji w Trójce, a drugim jak mała ona je. I potem zasypiają w ciężką noc, zapadają się w swoje sny, ponownie nad ranem słuchając, jak słowiki szyją niebo na granicy dnia i nocy. 
On: przynosi białe tulipany i uśmiech w zmęczonych, piwnych oczach, wieczorem, okotowany, na fioletowej kanapie czyta, masuje jej stopy i czule przeprowadza przez chwile wspólnego, krótkotrwałego wieczoru.
Ona: rano wygląda bardzo niewyraźnie, ma podkrążone oczy, obolałe kolana, kręgosłup i łodygi nadgarstków, niewyspanie zalewa mocną kawą, wciera rozświetlające kremy, ale nic to, jej zdaniem, nie działa. Może pora się przyzwyczaić do pognieceń pod oczami i pionowych linii wokół ust, może już czas, który uczy nieustannej pogody. Tymczasem w tej rozbujanej wiośnie, w niewyspaniu, zatopiona bez reszty w bezzębnym uśmiechu małej buzi, zbroi małą nią w różne dziecięce przedmioty, cierpliwie poznając rodzaje smoczków, krzesełek do karmienia, termoopakowań, zgłębiając arkana karmienia po czwartym miesiącu. Mała ona zauważa paski na bluzce, kolory, wzorki na butelce do karmienia, widzi każdy szczegół, którymi duża ona buduje jej dzień i te wielkie oczy wpatrzone w nią wiedzą, że tak właśnie wrasta się w świat i rysuje na nim swoje miejsce, które jej stworzyli ona i on. 
Ona: w rytmie samotnych niedziel, bo on tam się uczy i tak jeszcze przez trzy lata, potrafiła znaleźć zajęcie, udało się wpleść coś dla siebie i wziąć szczyptę czasu z całego dnia, pokona niewyspanie. Los znów podpowiada, że można mieć wszystko, więc będzie troszczyć się o markę kosmetyczną, w sposób, jaki najbardziej lubi i cudownie jej z tym. Lekko, jak na wiosnę przystało, na czas nowości.