Ma takie dziwne zestawienia smaków, testuje połączenia, tak ma, że może jeść nawet światło w lodówce, a zawsze smakuje. Pasta jajeczna z chili, grubym szczypiorkiem i szczyptą wędzonej papryki, uklepana na żytniej bułce od Krawczyka, przegryzana chrupiącą, soczystą kalarepą i popijana półsłodkim, orzeźwiającym Lambrusco. Nasycona pomidorami zupa, z grubym makaronem, odrobiną słodkiej śmietany, gotowana na kaczych skrzydełkach, a zaraz potem naleśniki z mąki orkiszowej i jaglanej, z musem z soczystych konferencji i greckim jogurtem. Jak patrzy z góry poniedziałku na podgórze piątku, to jakoś planuje obiady przez tydzień i łowi smaki, co i gdzie pasuje. W tym tygodniu nie może wyjść z kalarepy, więc na pewno będzie jeszcze duszona z marchewką, z dodatkiem masła, białego pieprzu i kopru, jako dodatek do kawałków piersi zagrodowego kurczaka w chrupiącej otoczce z mąki kukurydzianej, dwóch rodzajów papryk i mielonego lnu, smażone na klarowanym maśle. Trzeba pociągnąć te smaki, nasycić się tymi jesiennymi, które niedługo znikną i zostaną dojrzałe pod sztuczną lampą pomidory i wszystko z importu.
Jeszcze są liście, jeszcze platan kurczowo je trzyma i nawet czerwony klon, niedaleko przedszkola małej jej wczoraj umarł klomb z daliami jeszcze w pąkach, smutno się zrobiło, przemarzły. Jak wyjdzie do ogrodu, to będą pachniały krecie roboty, a wszelkie trawy i przekwitłe kwiaty zastygną tak, jak stały i pewnie zostaną w swojej pozycji aż do wiosny. Pomiędzy kuchnią a pokojem, ogrodem z przodu i z tyłu, w domu na górze i na dole, stara się nie być tylko mamą i dlatego uwielbia dwudziestą pierwszą, kiedy piętro jest wyściełane półrocznym i trzyletnim, mocnym snem, który pieczołowicie skleja maleńkie powieki, aby wreszcie mieć czas na znalezienie siebie i ich na fioletowej kanapie, aby choć na jakiś czas naładować baterie w jego skrzydłach. Wciąż za mało siły po wypełnionym dniu, aby policzyć piegi na jego ustach, aby zatopić się w ulubionym jazzie, może jak już listopad zadeszczy i zaziębi wszystko wokół, to ta dwudziesta pierwsza sklei ich wreszcie na całą noc, bez konieczności i wtedy nie będzie mamą, nie będzie kaszlącą i niedospaną, z włosami po fryzjerze, ale jeszcze z kolorem lata, z ratującym skórę japońskim cudem Hada Labo, z nie umalowanymi paznokciami, bo nie ma potem siły, żeby zmywać lakier, ale będzie świadomą i nie wiecznie rozdartą między koniecznościami nią, tak, tego teraz chce.
Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
18 paź 2016
2 paź 2016
M 229 albo wszystko jest energią:
Trawnik pachniał rozgrzanymi w słońcu mirabelkami, które rozgniatała, kołysząc maleńką ją i jej emocje podpierające rozsłonecznione niebo. Pięknie się jesieni ogród, rdzawi i szeleści, dojrzały maliny, poziomki, nakrapiane jabłka, zieleń się pomarańczowi i brązowi, cudnie cudnie. Podpatruje, podgląda, urywa chwile, kiedy maleńka ona we śnie kurczy nieduże piąstki, może sobie posiedzieć na schodku i popatrzeć w tę trawę, ma czas, jak dobrze, ładuje baterie jak solary na dachu. Jeszcze we wrześniu zdążyła przewieźć pięć wielkich ryb i wpuścić je do stawu, jak dobrze sprawuje się Cybex Balios M z wielkim koszem, bo można właśnie nim przewieźć trzy amury i dwie tołpygi w kiełbaskach wypełnionych wodą a potem patrzeć jak ich ciemne plecy znikają w nowej ojczyźnie, dobrze im tu. Zmęczona i od rana zalana kawą czasem dochodzi do ściany, na której nie ma żadnej wyrwy, do której można by się przyczepić i wydrążyć dziurę na drugą stronę, Bo kiedy zostaje się mamą, to ma się tylko instynkt, co dobre a co złe, przeczucie, co będzie, a całej reszty trzeba się nauczyć. A reszta to wielka niewiadoma, jak się zachowa ciało torturowane niewyspaniem, jak się zachowa skóra, która rysuje się w linie, jak oczy będą czerwone z braku snu i złe wyniki krwi, bo dziecko zabiera, pochałania, angażuje, jest wszystkim, początkiem, świata i końcem tego, który kiedyś było i nie wróci nigdy. Jak inaczej wygląda dom i ogród z małymi nimi, kiedy rozdeptuje znienacka krowę do kąpieli, kiedy znajduje klocki Lego w nieoczekiwanych miejscach, kiedy w newralgicznych strategicznie miejscach muszą leżeć mokre chusteczki na wypadek wszelakich awarii wymagających natychmiastowej interwencji. Jak trzeba być nieustannie na obrotach, nie móc nie zauważyć, tylko przewidywać, wyciągać wnioski, obserwować, czuwać, nie ma chwili wytchnienia w tym patrzeniu, tak właśnie jest. Nie ma co malować paznokci na wymagający kolor, bo i tak się odgniecie na kołdrze a potem zmywa go dwa tygodnie, co wieczór wpatruje się w tubkę z peelingiem, że kiedyś go użyje, na razie stoi i przypomina. Ale jest w tym niewyspanym życiu nieustająca energia, która krąży od niej do małych nich i odwrotnie i jeszcze zahacza o niego, ma w sobie chyba baterię słoneczną, tak od urodzenia. Jak jest słońce, to chodzi po ogrodzie w butach bardziej miejskich niż ogrodowych, bo najłatwiej się wkładają, w ciepłej jesieni prosto z krzaka zjada razem z małą nią przesłodkie maliny i liczą ile kulek pigwy obsiadło krzaki. Bardzo jej świat zawęził się do małych rzeczy, jakby nadrabiała te poprzednie lata spędzane w autobusach i pociągach, kiedy jej najważniejsze życie mieściło się w walizce, kiedy robiła rzeczy duże, kiedy szarpała te walizkowe kółka o tysiące schodów, kiedy nosiła buty na obcasie na co dzień a potem w piątek moczyła zbolały kręgosłup w wannie w towarzystwie ukochanych kotów i jazzu, kiedy czekała na ten dzień jak na wybawienie. W tej ogrodowej trawie, patrząc jak czerwień i żółć zastępują zieleń, przypomina sobie jego ciemne, palące oczy, zagubione w krakowskim zaułku, włożone w za dużą marynarkę, jego silne ręce i piękne przedramiona, kolano włożone w sztachety i to, że nie mógł go wyjąć, a ona jakoś wiedziała, że ten mężczyzna wyciągnie ją z tej walizki i postawi przed domem pachnącym mirabelkami, wypełnionym później dziecięcym śmiechem i krzykiem.
23 wrz 2016
M 228:
Jak się potoczyły te dni w dół września, to ona nawet nie wie kiedy, bo większość z nich i tak podparta krzykiem małej jej, bo jeszcze nie wyrosła z demona w jej brzuszku, z tego, co w nim siedzi i nie pozwala jej na bycie słodkim dziecięciem, jeszcze nie. Napełniła słoiki końcem lata, zapachniało malinami i mirabelkami, gdzieś wcisnęła te kilkanaście słoików w brak czasu, ale się udały. Wracała w tym początku jesieni, z nimi w samochodzie, wioząc pięć ryb do ich stawu, bo przecież czego to ona nie zmieści do granatowego samochodu oprócz dwóch wózków, zakupów, dwulitrowej coli, butów na zmianę, lalek, chrupków, torby z dziecięcymi rzeczami, pustych kubków po kawie i kolekcji okruchów, myśląc sobie gdzie ona jest tak naprawdę. Ile z niej zostało, odjąwszy kilkunocne wstawanie, kiedy z całej siły walczy żeby nie zasnąć i nie stracić czujności kiedy trzeba, gdzie ona jest w porannym bezlitosnym budzeniu się, kiedy musi unieść ciężki kamień niewyspania nie do rozbicia żadną kofeiną, kiedy włącza turbodoładowanie i sadzi fioletowe astry i wrzosy przed domem, bo ją to uśmiecha, bo stara się dbać o wnętrze i zewnętrze domu. Ile jej zostało w codzienności wypełnionej do minuty, niby ma dużo czasu, a nie pisała od tak dawna, to znaczy nie tu, gdzie powinna a tam, gdzie musiała. Ponosiła sobie lakier do paznokci strasznie długo, rozjeździła w dwa tygodnie ponad tysiąc kilometrów, znów wieczorem usiłuje nie wyglądać na zmęczoną przy pomocy olejku z róży, coś mało działa a rano ledwo wstaje bo turkuć podjadek w plecach podgryza nerw kulszowy i ona przez to codziennie zmaga się z bólem, już właściwie go prawie oswoiła. Ma czasem tak, że nie patrzy w lustro, nie zastanawia się, maluje rzęsy i brwi, zakłada ulubione szare dzianiny, bo tak wygodniej i idzie w te swoje konieczności zatopione w śliwkach i gruszkach, bo jesień, bo lato upalnie się żegnało. To trochę jak ocalanie świata wykrojonego foremką w kształcie małych nich, jej i jego, bo na zewnątrz nie dzieje się dobrze i doskonale sprawdza się przepowiednia w książce 'A w Patafii nie bardzo', jak mocno pamięta tę książkę zaczytaną do porozklejanych kartek wie tylko ona. Nie ma jej więc za bardzo, jest opakowanie, jest zapach kawy parzonej w kawiarce i bułka z serem i z miodem, chłodne poranki i kłująca w nos wilgoć, są nowe ryby w cichym stawie, malwy z boku domu do obcięcia, są plany na to, co przyniesie kolejny miesiąc, ale na razie żyje bez koloru.
31 sie 2016
M 227 albo ostatni dzień sierpnia:
Piękny dzień był tego ostatniego sierpnia, taki krystaliczny, taki czysty, z niebiem, z którego dość wcześnie spadło słońce, z czasem przeciągniętym do dwudziestej piątej godziny. Beztrosko było posiedzieć w miękkiej trawie i popatrzeć na mały jabłoniowy sad, szczęście, że można ten czas sobie tak mieć i powdychać ostatni dzień lata.
Jak bardzo cyzeluje się i planuje te dwa letnie miesiące, ten ulubiony wagon dni, do którego upycha się wszystkie plany, zamierzenia, co odwiedzić, a czego nie, na co znajdzie się czas, a z czego trzeba zrezygnować, kupuje się wielkie tuby kremów z uv 50 a potem one i tak leżą, nie zużyte, a potem wyciąga sie je z szuflady, z uśmiechem, oj tamto lato było takie a to będzie pewnie inne, mniej zrealizowane.
Trzydziesty pierwszy sierpnia będzie dopiero za rok, pewnie tak samo pochrupie go słodką celestą, miękkimi śliwkami, omszałymi malinami, słońce podeprze niebo jak tyczka i ciekawe, czy będzie mogła tak samo po prostu nacieszyć się dniem, takim dużym, dwudziestopięciogodzinnym, radosnym jak kryształowe oczy małych ich, jakby w tym dniu miała się uwiecznić jakaś epoka i dlatego za nic nie chce, aby się ten dzień skończył a musi.
Jak bardzo cyzeluje się i planuje te dwa letnie miesiące, ten ulubiony wagon dni, do którego upycha się wszystkie plany, zamierzenia, co odwiedzić, a czego nie, na co znajdzie się czas, a z czego trzeba zrezygnować, kupuje się wielkie tuby kremów z uv 50 a potem one i tak leżą, nie zużyte, a potem wyciąga sie je z szuflady, z uśmiechem, oj tamto lato było takie a to będzie pewnie inne, mniej zrealizowane.
Trzydziesty pierwszy sierpnia będzie dopiero za rok, pewnie tak samo pochrupie go słodką celestą, miękkimi śliwkami, omszałymi malinami, słońce podeprze niebo jak tyczka i ciekawe, czy będzie mogła tak samo po prostu nacieszyć się dniem, takim dużym, dwudziestopięciogodzinnym, radosnym jak kryształowe oczy małych ich, jakby w tym dniu miała się uwiecznić jakaś epoka i dlatego za nic nie chce, aby się ten dzień skończył a musi.
23 sie 2016
M 226 albo tak sobie :
Jak on jest obok niej to od razu cieplej, chociaż siedzi na kanapie pół metra od niej, ale wystarczy napotkać jego wyczulone na wszystko palce i już lepiej, już. Sierpień rozgniata się malinami na podniebieniu, cudownie smakują nieprzyzwoicie słodkie brzoskwinie, podobne do tych, jakie kiedyś jadła w Egerze. Gdyby nie zasłona z komarów, pięknie by było potowarzyszyć świerszczom w pachnącym ogrodzie, położyć się na trawie i być sobie w nocy, stykając się ramionami, głowami i ustami, bo może, bo trawa pięknie zielona, nie wysuszona przez pobłażliwe dla niej lato.
Ma sierpniowe ciężkie sny, przerywane przymusowymi pobudkami, zapada się w kolejne obrazy tak, że Incepcja wysiada, co za projekcje, kto jej to w mózg włożył i ile on potrafi, chociaż budzi się do prawie przytomności co trzy godziny. A potem poranek ciężki, przedłużony drzemaniem pod dwudziestominutową sesją nagraniową pozytywki maleńkiej jej, zalewany kawą z włoskiej kawiarki, pitą pospiesznie z dużego kubka, ma tak, że w określonym sączy ją rano, a w jeszcze innym po południu i te kubki tworzą nastrój w kuchni, jakby ich nie było, to tak, jakby się stłukła jakaś stałość, coś, co mebluje i powoduje, że chce się tej kawy napić.
Jak to jest, że ona zasypia w milisekundę, a maleńka ona zanim sklei powieki o wyjątkowych rzęsach snem dłuższym niż dziesięć minut, trzeba ten sen przywołać aż ze Szczecina albo z jeszcze dalej, płynie długo, aż wreszcie się stanie, aż ona będzie mogła w cichy wieczór wyjrzeć do ogrodu i powdychać cykanie świerszczy i sierpniową, młodą noc. Podgląda sobie nowinki na świecie, podziwia koleżanki, które mogą iść ufarbować włosy do fryzjera, gdzieś pojechać same, zrobić piękny makijaż z cieniami na powiekach z najnowszej kolekcji francuskiej marki, pomalować buzię czymś kultowym i nie z Rossmanna a z tego na S lub D, poobserwować efekty polecanej maseczki za ponad trzy stówy, świetnie, na jej skórze na pewno wymiotłaby czteromiesięczne niedospanie, zmniejszyłaby pesel o kilka cyferek i spełniła marzenia o znalezieniu czasu.
Dobrze mieć taki świat, do którego można zajrzeć, ona lubi, zwłaszcza w nocy, kiedy trzeba przesunąć ciężki obraz snu jeden za drugi, podpatrzeć, że prawie wszystkim szkodzi gluten i laktoza, podobnie jak wszyscy mają niedoskonałości, uczulenia i cerę suchą pomimo trądziku, i są panie bez wieku, wyglądające wszystkie tak samo, jak spod matrycy, z brwiami pod linijkę, rzęsami jeden do jednego i dzióbkiem skażonym igłą bo przecież trzeba podkreślać urodę, już uśmiechem nie wystarczy, trzeba z grubej rury bo przecież takie czasy. Poogląda sobie makijażowe techniki, które są teraz ładnie nazwane, a ona tak już malowała sto lat temu i chyba siedziała z tym wszystkim w mysiej dziurze.
Tak, poszydzi sobie czasem, wolno jej, a co, z niewyspania mozna zrobić wszystko, na przykład ustawicznie zapominać co się gdzieś położyło i zachorować na ustawiczny brak chęci do chowania stosów wypranych ubrań, do takiej bylejakiej codzienności, bo nie każdy dzień jest wspaniały, pełen dziękczynienia, bo się naogląda jeszcze do tego okrucieństwa na świecie, beznadziei władzy duchowej i świeckiej, wypranych mózgów zasłaniających się wartościami, które nic nie znaczą bo są tylko z nazwy i aż nią targa i może wtedy tylko wtulić się w jego brązowe oczy ukryte pod szorstkimi brwiami i przestać myśleć, słuchać, odczuwać, zatracić się i tak chwilę być, tego potrzebuje.
Ma sierpniowe ciężkie sny, przerywane przymusowymi pobudkami, zapada się w kolejne obrazy tak, że Incepcja wysiada, co za projekcje, kto jej to w mózg włożył i ile on potrafi, chociaż budzi się do prawie przytomności co trzy godziny. A potem poranek ciężki, przedłużony drzemaniem pod dwudziestominutową sesją nagraniową pozytywki maleńkiej jej, zalewany kawą z włoskiej kawiarki, pitą pospiesznie z dużego kubka, ma tak, że w określonym sączy ją rano, a w jeszcze innym po południu i te kubki tworzą nastrój w kuchni, jakby ich nie było, to tak, jakby się stłukła jakaś stałość, coś, co mebluje i powoduje, że chce się tej kawy napić.
Jak to jest, że ona zasypia w milisekundę, a maleńka ona zanim sklei powieki o wyjątkowych rzęsach snem dłuższym niż dziesięć minut, trzeba ten sen przywołać aż ze Szczecina albo z jeszcze dalej, płynie długo, aż wreszcie się stanie, aż ona będzie mogła w cichy wieczór wyjrzeć do ogrodu i powdychać cykanie świerszczy i sierpniową, młodą noc. Podgląda sobie nowinki na świecie, podziwia koleżanki, które mogą iść ufarbować włosy do fryzjera, gdzieś pojechać same, zrobić piękny makijaż z cieniami na powiekach z najnowszej kolekcji francuskiej marki, pomalować buzię czymś kultowym i nie z Rossmanna a z tego na S lub D, poobserwować efekty polecanej maseczki za ponad trzy stówy, świetnie, na jej skórze na pewno wymiotłaby czteromiesięczne niedospanie, zmniejszyłaby pesel o kilka cyferek i spełniła marzenia o znalezieniu czasu.
Dobrze mieć taki świat, do którego można zajrzeć, ona lubi, zwłaszcza w nocy, kiedy trzeba przesunąć ciężki obraz snu jeden za drugi, podpatrzeć, że prawie wszystkim szkodzi gluten i laktoza, podobnie jak wszyscy mają niedoskonałości, uczulenia i cerę suchą pomimo trądziku, i są panie bez wieku, wyglądające wszystkie tak samo, jak spod matrycy, z brwiami pod linijkę, rzęsami jeden do jednego i dzióbkiem skażonym igłą bo przecież trzeba podkreślać urodę, już uśmiechem nie wystarczy, trzeba z grubej rury bo przecież takie czasy. Poogląda sobie makijażowe techniki, które są teraz ładnie nazwane, a ona tak już malowała sto lat temu i chyba siedziała z tym wszystkim w mysiej dziurze.
Tak, poszydzi sobie czasem, wolno jej, a co, z niewyspania mozna zrobić wszystko, na przykład ustawicznie zapominać co się gdzieś położyło i zachorować na ustawiczny brak chęci do chowania stosów wypranych ubrań, do takiej bylejakiej codzienności, bo nie każdy dzień jest wspaniały, pełen dziękczynienia, bo się naogląda jeszcze do tego okrucieństwa na świecie, beznadziei władzy duchowej i świeckiej, wypranych mózgów zasłaniających się wartościami, które nic nie znaczą bo są tylko z nazwy i aż nią targa i może wtedy tylko wtulić się w jego brązowe oczy ukryte pod szorstkimi brwiami i przestać myśleć, słuchać, odczuwać, zatracić się i tak chwilę być, tego potrzebuje.
17 sie 2016
M 225:
Ona: sierpień ucieka nie wiadomo kiedy, stacza się dniami w jedynki i dwójki z przodu i zaraz koniec lata, jakie krótkie a jaka już duża maleńka ona.
Kiedy spojrzy w lustro pomalowane zmęczeniem na drugiej stronie jak bardzo teraz widać że ma prawie czterdzieści lat i to nie przez zmarszczki ale ogólnie jakoś tak i musi po serum i kremie z filtrem nałożyć Skin Ilusion Clarinsa bo jak nie nałoży to jest źle i ona jest pełna cienia a chce z niego wyjść chociaż na twarzy.
On: wmruczany w radio, każdego ranka bierze małą nią i ona taka w nim zakochana, po czubki gęstych rzęs, po łaskotki na malutkich paluszkach, po zachwyt każdego poranka, że ma tatę.
Ona: udało im się złączyć między rzęsami horyzont sklejający linię morza i nieba, iść w wiatr od lądu i zatapiać stopy w piasku rysowanego falami w desenie. I w tym sierpniowym wietrze, czasem w uśmiechniętym słońcu nieśli swoją skupioną na sobie miłość, bo jeszcze wciąż siebie chcą, chociaż pojawienie się maleńkiej jej zmieniło bardzo to, co wcześniej było z tytanu. Szli sobie w czwórkę tak właśnie spędzając razem czas, po prostu na spacerze, zawieszeni w czasoprzestrzeni, przypięci krokami akurat do bałtyckiego brzegu, najprościej.
On: wciąż się uczy od niej tu i teraz nie tam i kiedyś, bo kiedyś może nie być.
Ona: niewyspana tak strasznie, że już bardziej nie można, wdychała powietrze, które jest większe i lżejsze niż u nich, bo pełne przestrzeni i szumiące falami, a nie ciche, przerywane silnikiem samochodu albo rozmruczane burzą. W nieśpiące poranki i świty ostatnio nie śpiewają ptaki, a ona się budzi z konieczności i widzi kwadrat nieba podparty uchylnym oknem, dzień wstał żwawo a ona ma centymetr długości i musi go rozciągnąć do kolejnych stu sześćdziesięciu sześciu aby w ogóle tego dnia być.
On: bo ja nie ma miłości, nawet zgubionej, albo przyczajonej, albo czekającej na swój wybuch jak letnia skrywana w chmurach burza, jak nie ma pożerania się i otwierania lodówki z myślą o kolacji dla drugiej osoby, jak nie ma wchodzenia do sklepu i szukania ulubionych rzeczy jej, jak nie wlewa się mleka do kawy aby miała kolor taki jaki lubi ona, nie za jasny, jak nie zauważa się gładkich pleców i drobnych stóp i piegów na nosie, które namalowało nadmorskie słońce, jak nie zatapia się w szarozielonych oczach chociaż na cenną chwilę, to nie ma nic.
Kiedy spojrzy w lustro pomalowane zmęczeniem na drugiej stronie jak bardzo teraz widać że ma prawie czterdzieści lat i to nie przez zmarszczki ale ogólnie jakoś tak i musi po serum i kremie z filtrem nałożyć Skin Ilusion Clarinsa bo jak nie nałoży to jest źle i ona jest pełna cienia a chce z niego wyjść chociaż na twarzy.
On: wmruczany w radio, każdego ranka bierze małą nią i ona taka w nim zakochana, po czubki gęstych rzęs, po łaskotki na malutkich paluszkach, po zachwyt każdego poranka, że ma tatę.
Ona: udało im się złączyć między rzęsami horyzont sklejający linię morza i nieba, iść w wiatr od lądu i zatapiać stopy w piasku rysowanego falami w desenie. I w tym sierpniowym wietrze, czasem w uśmiechniętym słońcu nieśli swoją skupioną na sobie miłość, bo jeszcze wciąż siebie chcą, chociaż pojawienie się maleńkiej jej zmieniło bardzo to, co wcześniej było z tytanu. Szli sobie w czwórkę tak właśnie spędzając razem czas, po prostu na spacerze, zawieszeni w czasoprzestrzeni, przypięci krokami akurat do bałtyckiego brzegu, najprościej.
On: wciąż się uczy od niej tu i teraz nie tam i kiedyś, bo kiedyś może nie być.
Ona: niewyspana tak strasznie, że już bardziej nie można, wdychała powietrze, które jest większe i lżejsze niż u nich, bo pełne przestrzeni i szumiące falami, a nie ciche, przerywane silnikiem samochodu albo rozmruczane burzą. W nieśpiące poranki i świty ostatnio nie śpiewają ptaki, a ona się budzi z konieczności i widzi kwadrat nieba podparty uchylnym oknem, dzień wstał żwawo a ona ma centymetr długości i musi go rozciągnąć do kolejnych stu sześćdziesięciu sześciu aby w ogóle tego dnia być.
On: bo ja nie ma miłości, nawet zgubionej, albo przyczajonej, albo czekającej na swój wybuch jak letnia skrywana w chmurach burza, jak nie ma pożerania się i otwierania lodówki z myślą o kolacji dla drugiej osoby, jak nie ma wchodzenia do sklepu i szukania ulubionych rzeczy jej, jak nie wlewa się mleka do kawy aby miała kolor taki jaki lubi ona, nie za jasny, jak nie zauważa się gładkich pleców i drobnych stóp i piegów na nosie, które namalowało nadmorskie słońce, jak nie zatapia się w szarozielonych oczach chociaż na cenną chwilę, to nie ma nic.
25 lip 2016
M 224 albo o krzyku:
Więc kiedy je mocno czereśniowe czereśnie o ciemnym miąższu, których chrupkość zmierza ku coraz bardziej zaawansowanej lipcowej nocy, kiedy jest cicho a noc na tarasie gryzą komary, wie, jak trudno było dojść właśnie do tej chwili, kiedy można tak posiedzieć po prostu i powalczyć z sennością, która już czai się za płotem liter w jej głowie. Jak deszczową, pachnącą niczym konkretnym, po prostu latem - nocą, jak wilgotnym dniem tuliła i rozcieńczała kołysaniem skoncentrowany krzyk małej jej i jak to robiła i czym to nawet nie wie. Maleńka ona cierpiała a ona zanim wydało się, co było tego sprawcą, robiła wszystko tuliła głaskała kołysała śpiewała wyłączała się na ten krzyk bo to było straszne do wytrzymania nawet wtedy, kiedy siedziały razem w granatowym samochodzie a w środku grało a na zewnątrz szumiała i wilgotniała od góry kazimierska lipcowa noc. Ostatniego dnia jak pakowała dwie one na kremowe siedzenia to na pożegnanie deszcz całował ją w szyję i taka mokra wsiadła do środka i pojechała z miasteczka, które zawiązane rzeką czasem wzdycha wspomnieniami co było w nim kiedyś i co jest teraz i to jest miejsce, w którym wisi milion wspomnień nie tylko jej. Być może w tym stukocie, w tym chrupaniu wózka po kostce, wytłumiła krzyk maleńkiej jej, rozwiała go tym kołysaniem, może. Tak sobie chodziła ze snem maleńkiej jej w wózku i jak go wiozła przez te wszystkie chodniki to patrzyła na pracę innych ludzi, jaką mają, że pilnują przez całą dobę sześciu samochodów z uśpionymi silnikami i wyrównanym poziomem oleju, na panie lub panów sprzedających małe fioletowe kulki z lasu, zebrane ich rękami, na tę wielką cierpliwość, która pochyla się nad wieloma pracami i nas tę cierpliwość, która każe im dojechać do tej pracy, a potem stać lub siedzieć przez wiele godzin, aby wykonywać monotonnie tę samą czynność przez lata całe. I te panie i panowie, schyleni tak samo jak ona pod wilgotnym, dotykającym wszystkich tak samo, niebem, potrafią zauważyć cierpienie maleńkiej jej i zagadnąć i zauważyć i to jest cudowne, że nie samych chlebem żyje człowiek. Lipiec sobie przepłynął małozauważaniem, za to ona jakoś jeszcze bardziej zgarbiona, bo tuliła, bo z tego koncentratu krzyku został zaledwie ślad. Jednak warto było.
7 lip 2016
M 223 albo cztery lata:
Minęły cztery lata, od kiedy zszyli się razem, odkąd urosły jej skrzydła pod nowym nazwiskiem, od upalnego lata, kiedy szafirowym samochodem jechali usankcjonować szczęście i wracali jeszcze bardziej szczęśliwi niż przed czternastą. Cudownie było pić chłodne wino z przyjaciółmi w przeddzień ich święta, a potem szeleścić szmaragdowym jedwabiem sukni. Mieć wokół siebie tyle światła, a potem wrócić w zakole Wisły, wstać rano i dostać ogromny mandat za niewłaściwe parkowanie. Cztery lata wypełnione po brzegi, nasycone i wyżyte do każdej kropli, dwie małe one z oczami, wielkie rozczulenie, kiedy mała ona w błękitnej sukience pluje pestkami z czereśni do butelki, kiedy ona potyka się o złote sandałki z odgniecionymi śladami małych paluszków na wkładce, kiedy maleńka ona kołysze się we śnie, a potem wodzi oczami za nią i znosi czułości małej jej. Trzy kocie życia opuściły ich dom i znalazło się miejsce na jedno nowe, zalęknione, już cudownie oswojone. Malwy, zasadzone od ziarenka, wreszcie wyciągnęły ciemnoczerwone słuchawki, a dom rozciągnął ściany na kolejne dziecięce przedmioty i wygonił samochody z garażu, stawiając w nim dziecięce rowery i wózki. Nienasyceni sobą wciąż, łaskoczą się skrzydłami w zimne lipcowe noce, rozkruszają rozmową każdy kamyk, który czasem uwiera, ona prasuje jego zmarszczki całując na dobranoc i wszystko się wtedy wygładza jak krzepiący sen, znaleziony w jego ciepłych, stabilnych dłoniach. Cztery lata intensywne jak espresso, jak koncentrat czasu, w którym tyle się wydarzyło, w którym nie ma miejsca na bylejakość, czas, w którym nadgania to, co kiedyś sączyło się zaledwie leniwie, a najpiękniejsze jest to, że w ogóle ściągnęli się do siebie jak magnesy, że znaleźli się jakoś zupełnie przypadkowo a tak naprawdę to tak miało być, tylko każde z nich przyszło do tego, co wspólne z innej drogi, z innej planety, na której próbowali oswoić pomysł na resztę życia, ale nie wyszło. I dobrze. i tak samo dobrze jest wierzyć, że dobro wraca, zatacza sobie krąg na drugiej półkuli a potem przynosi tyle, że nie do uwierzenia, że tak można, a można.
26 cze 2016
M 222:
Ona: zakochała się bez pamięci w maleńkiej delikatności, w czuwaniu nad kruchym snem, w małych piąstkach i badawczych oczach. Bardzo. Będąc mamą drugi raz ma się obudzone te wszystkie dzwony, które zaczynają nieustannie bić i są coraz głośniejsze, dzwony, że są one takie dwie i chce się o nich opowiadać światu, a rytmie dnia, o zatopieniu w niebieskich oczach małej jej, o czytaniu o omomicy i omarze, o wyrazie buzi maleńkiej jej, kiedy się kąpie a lubi, już tak. Powieszony rudy gong księżyca nie byl w stanie odgonić kataklizmu komarów, które skutecznie wyganiają z pachnącej zieloności wieczornego ogrodu, jak to, księżyc czegoś nie może, aż dziwne, ale najwyraźniej czasem przegrywa. Może przyjdzie dzień kiedy się wreszcie w miarę wyśpi, chociaż zanurzyć się w sen tak całkowicie to jak iść na basen czyli właściwie, w najbliższym czasie, nigdy. Zalewa to niewyspanie kawami z mlekiem sojowym, bo takie musi pic, podgryza czereśnie i cieszy
On: rozdziela noce na minuty słuchając radia i domowych odgłosów, zmęczonym wieczorem podlewa starannie ogród bo szkoda, aby malwy strzeliście nie zakwitły, dobrze jest tak obserwować jak zieleni się i piękni to, co powinno i co powoduje, że można się z rozkoszą zamyśleć z kubkiem porannej kawy, tęskni za chwilami, kiedy jeszcze nie działo się nic, tylko między nimi było tak blisko, że nie można było znaleźć żadnej szczeliny, zresztą i teraz o taką trudno, ale jest inaczej bo małe one przebudowały wszystko, co można było przebudować.
Ona: nie wie za bardzo jak zaplanować lato, na razie przegapiła truskawki i nie zamknęła ich w tym roku w słoikach. Czasem sobie myśli jak jest w jednym czy w drugim miejscu w mieście na Wu, przywołuje stukot walizki targanej na trylionie chodników, zapach wygrzanej ulicy, lubiła go stojąc na kładce nad nią i tak sobie patrzyła, gdzie się rozpoczynała koralikami świateł, a gdzie kończyła. I ciekawe, czy w sklepie, w którym zazwyczaj robiła zakupy po drodze, obijając walizkę o zgrzewki z wodą mineralną i wieże ze słodyczami, jest takie samo ustawienie produktów i czy to samo na półkach, co zazwyczaj kupowała. Jakoś tak jest, że doskonale pamięta wnętrza sklepów spożywczych niedaleko miejsca, gdzie wynajmowała mieszkania, nigdy się nie wie, kiedy się będzie w nich pk raz ostatni. Jakoś małotęskni do tamtego życia, tak szybkiego jak ta ulica pod kładką, tak nierozerwalnie związanego z telefonem, busem, pociągiem i walizką, czasu, kiedy dużo chodziła w butach na obcasie, było mało gwiazd i dużo samotności, czasu, kiedy codziennie wieczorem, na dobranoc odmawiała się nadzieja, że kiedyś urośnie jej dom tak duży, że nawet wyszedł poza ramę jej życzeń, że będzie mieszkała w miejscu, w którym wszystko jest prawdziwe, że może jeść najlepsze na świecie, z serca urośnięte truskawki, dotykać makowych pól, mieć czas zatrzymać się w ciągu dnia i posłuchać jak bije serce w czerwcu.
On: rozdziela noce na minuty słuchając radia i domowych odgłosów, zmęczonym wieczorem podlewa starannie ogród bo szkoda, aby malwy strzeliście nie zakwitły, dobrze jest tak obserwować jak zieleni się i piękni to, co powinno i co powoduje, że można się z rozkoszą zamyśleć z kubkiem porannej kawy, tęskni za chwilami, kiedy jeszcze nie działo się nic, tylko między nimi było tak blisko, że nie można było znaleźć żadnej szczeliny, zresztą i teraz o taką trudno, ale jest inaczej bo małe one przebudowały wszystko, co można było przebudować.
Ona: nie wie za bardzo jak zaplanować lato, na razie przegapiła truskawki i nie zamknęła ich w tym roku w słoikach. Czasem sobie myśli jak jest w jednym czy w drugim miejscu w mieście na Wu, przywołuje stukot walizki targanej na trylionie chodników, zapach wygrzanej ulicy, lubiła go stojąc na kładce nad nią i tak sobie patrzyła, gdzie się rozpoczynała koralikami świateł, a gdzie kończyła. I ciekawe, czy w sklepie, w którym zazwyczaj robiła zakupy po drodze, obijając walizkę o zgrzewki z wodą mineralną i wieże ze słodyczami, jest takie samo ustawienie produktów i czy to samo na półkach, co zazwyczaj kupowała. Jakoś tak jest, że doskonale pamięta wnętrza sklepów spożywczych niedaleko miejsca, gdzie wynajmowała mieszkania, nigdy się nie wie, kiedy się będzie w nich pk raz ostatni. Jakoś małotęskni do tamtego życia, tak szybkiego jak ta ulica pod kładką, tak nierozerwalnie związanego z telefonem, busem, pociągiem i walizką, czasu, kiedy dużo chodziła w butach na obcasie, było mało gwiazd i dużo samotności, czasu, kiedy codziennie wieczorem, na dobranoc odmawiała się nadzieja, że kiedyś urośnie jej dom tak duży, że nawet wyszedł poza ramę jej życzeń, że będzie mieszkała w miejscu, w którym wszystko jest prawdziwe, że może jeść najlepsze na świecie, z serca urośnięte truskawki, dotykać makowych pól, mieć czas zatrzymać się w ciągu dnia i posłuchać jak bije serce w czerwcu.
14 cze 2016
M 221:
Nagle stał się tak bardzo zaawansowany czerwiec, konwalie minęły, posypały się po stole tylko jednym bukietem, raz tylko powąchała bez, czas szybko płynie. Ulubiony jej miesiąc czerwieni się truskawkami i oceanem maków, pachnie jaśminem, tylko jeszcze nie miała kiedy zanurzyć twarzy w krzaku, jak zawsze to robi, musi iść z maleńką nią na spacer i odwiedzić taki jeden krzak, który niedaleko rośnie, wtedy wie, że rzeczywiście czerwiec jaśminowy nastał. Co uzależnia w tych białych kwiatkach, co sprawia, że jak widzi i czuje jaśmin, to jest jeden z większych prezentów od świata, doznaje miłego drżenia, może mieszkała kiedyś w wielkim kwiatowym ogrodzie, może. Uzależnia też mała buzia o regularnych rysach, wciągająca w każdej sekundzie, chce się na nią patrzeć, wąchać, całować dwumiesięczny mech na główce, organizować dzień i tuląc małą ją patrzeć razem jak rośnie maleńka ona wraz z czerwcem. Ona sama bardzo zajęta do każdej kropli minuty, z włosami byle były, z BB Skin 79 na twarzy, z niezrobionymi paznokciami i lekko już opalonymi łodygami nadgarstków, wciąż z mało wciągniętym brzuchem na zawsze przeciętym pamiątką porodu, z palcami albo na klawiaturze albo obierającymi najlepsze na świecie świętokrzyskie truskawki, sadzącymi begonie i głaszczącymi atłas skóry maleńkiej jej. Ona goniąca minuty, żeby pomyśleć, zadzwonić, napisać, sprzątnąć. Ale zdąży wyjrzeć przez okno, lekko w lewo na pole, bo tam chłop zbiera siano powiązane w snopki na drabiniasty wóz i zdążył przed dużymi gwiazdami i zimnymi nocami, co teraz są, a być nie powinny. Więc ona sobie wygląda przez okno i musi się tak raz na jakiś czas zawiesić, żeby wrosnąć w tu i teraz, tak inne od kiedyś. Posadziła pomarańczowe i ciemnofioletowe surfinie przed domem w donicach, z boku domu malwy przygotowują się do eksplozji, zakwitły dwie różowe peonie z prawej i z lewej i rząd gożdzików, a za krzakami poziomek i truskawek w rogu, mały pionowy jaśmin, tylko z tych nie pachnących, ale jak najbardziej białych i ślicznych. Lubi bardzo tak patrzeć przez okno jak mała ona na srokę mówi papuga, jak jej anioł, który właśnie przyszedł z drugiej strony domu rozwija przez dzień zwinięte skrzydła i na nich nosi małą nią, opowiadając o czym szumią wierzby nad stawem i jak się niebieszczą chabry za płotem i czy poziomki zjedzone wczoraj zdążyły się wypełnić czerwonymi kulkami na nowo. Lubi, jak mała ona marszczy nos zupełnie tak jak ona, kiedy była w jej wieku. A kiedy już się stęskni za szumem silnika, kiedy śpiewają z małą nią samochodowe piosenki i sobie w trójkę pojadą na łyk większego miasta, kiedy połazi po sklepach, żeby zobaczyć, co i jak i właściwie to niczego nie potrzebuje oprócz kremu pod oczy, kiedy popatrzy co jest modne i jakie są konieczności posiadania i trendy w smakach, wtedy sobie wróci w jego brązowe oczy i ciepłe ręce i uśnie w nich na fioletowej kanapie, bo nieustająco brakuje jej czasu, jakby naciągała na siebie i na siłę wciąż za małą dzianinę minut.
Subskrybuj:
Posty (Atom)