Intensywnie jak podwójne espresso, jak słodycz wrześniowych malin tak pysznych, że trudno nie jeść ich nadmiernie, tak teraz ma, w tym pachnącym początku jesieni, kiedy po prostu wiadomo, że przyszła, bo lato jest inne. Nie miesza się w nim woń psa po deszczu z dymem, suchą trawą, dojrzałym kurzem, pierwszym porankiem, kiedy po zimnej zaporze pięciu stopni po dwóch godzinach nagle robi się dwadzieścia. Tak się dzieje tylko wczesną jesienią, kiedy śliwki węgierki grają marsza w słoikach, kiedy winorośl płonie po swojemu, kiedy wszędzie leżą stosy letnich ubrań, a dzień umiera tak szybko, że po osiemnastej nie ma co iść biegać do lasu bo tam wszystko zasypia szybciej. Kiedy na wielu chodnikach mija kulki owoców z niczyich drzew, leżą, pachną i włażą w buty i bardzo ich nikt nie chce. Intensywnie i zachłannie jej w nim, nim w jej, przepływają przez swoje palce, usta i jeszcze gdzie indziej, jakby weszli w kolejny wymiar siebie, w rytm, który lubią. Nie wiadomo jak będzie dalej, nawet jeśli wszędzie zostaną zgliszcza, jeśli dalej niż za ich płotem wszystko wywróci się do góry nogami, to oni zawsze na tym kawałku siebie, stojąc na zielonej, puchatej trawie w cieniu nieskromnego platana, jesienną nocą będą wkręcać gwiazdy , patrzeć, jak jesieni się ogród, pachnie dojrzewająca pigwa i będą sobie dla siebie w kawałku ich świata. Zamyśla się dużo i ma wrażenie, że czasem trochę świeci, zwłaszcza w ciemną stronę mocy, która jeszcze pokaże co potrafi. Ale i ona nie będzie dłużna.
Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
23 wrz 2020
31 sie 2020
M 316:
Jak się uzależni to koniec. Od jazzu, sączącej się nitki na Spotify, którą wyciąga jak tylko ma sposobność, od nowego radia, które w nowy sposób prezentuje świat i brzmi tak jak powinno, zwłaszcza w łakome godziny słuchania. Od miksu oliwek w Lidlu, bardzo lubi ich słoność rozgniataną na słodkawym, buraczanym hummusie, od masła orzechowego z miodem na uczciwym chlebie żytnim, od dobrej arabiki, której otwarty słoik może wąchać pół dnia, wpatrując się jak pająk za oknem koronkowo zamieszkuje pół prostokąta. Od olejku do mycia Sanctuary Spa, który otula tak, że można zużyć całą butelkę na raz, odkryty dawno temu na Wyspach, na szczęście cieszy teraz ją i tu. Od snu, może spać na lewym boku zabita postrzałem jednej chwili, kiedy Morfeusz wyłapuje ją wielkim sitkiem, wsadza do łodzi i wiezie na podszewkę nocy przez osiem godzin a to i tak jest krótko. Od wody wszędzie, w każdym aucie, przy stoliku jak śpi, w torebce, bez wody zasycha, wysycha, lepi się jej, nie może, musi. Od jego rąk i uważnych oczu, które gdzieś łowią ją w pół dnia, wieczorem, chciwie mniej lub bardziej, uwielbia. Od tego, że może się poruszać, truchtem spacerem krokiem, po różnych nawierzchniach, chrzęścić, szurać, iść bezszelestnie, doświadczać kałuż, wybitych zębów w krawężnikach, potykać się o korzenie, przewracać szafirowe żuczki na brzuch i zbierać ślimaki w bezpieczne dla nich miejsca. Od rytuałów, że jabłko musi być zawsze, teraz wczesnojesienne gryzą w zęby. Tego, że coś ją niesie, każe wsiąść, jechać i być w innym słońcu, innej trawie, patrzeć razem w inny horyzont nadpruty ściegiem ciemnozielonego lasu. Od bycia w kalejdoskopie sierpnia, będący wachlarzem miejsc, które odwiedzili. Uzależniła się od wyżywania każdej nitki, jaką pociągnie, nie ma trochę. I dobrze. Dobranoc, sierpniu.
24 sie 2020
M 315 albo o tym, że trudno bez 3:
Trzydzieści lat słuchania jednego radia poszło wniwecz, sobie gdzieś tam, roztopiło się w cichych głosach dziennikarskich miernot nie dorastających do naczyń włosowatych i aksonów pięt, w jakiś miałkich dźwiękach usiłujących być audycją, w czymś podpartym reklamami, wiadomościami i dżinglami, fastfoodowy kontent, nie mający nic wspólnego z tym, co było solą jej życia. Bo radio pomagało na wszystko, na trudne noce, na samotne wieczory, na kojarzenie emocji z daną muzyką, na nagrywanie audycji pana w płaszczu, sączącego muzykę dotykającą tak mocno, jak mało co później, na zapisywanie notowań jedynej w świecie listy. Radio było remedium na wszystko, jak plaster na każdy nastrój, drogę, ustawiało dzień, minutę, godzinę, było jak kroplówka sącząca to, co najbardziej lubi, określone dźwięki puszczane przez muzycznie nakreślonych ludzi i wspaniale było wybierać w tym szkicowniku, od HB do BB albo do węgla lub tłustej pasteli. I niestety, tego już nie ma, jest rozpaczliwie pusto, głosy sobie poszły, niektóre do znalezienia, inne już nie, i jak tak można, po prostu rozmontować coś, co było zawsze, jak aksjomat, jak mur chiński, jak sekwoja. I poszło sobie razem z drzewami z Mierzei Wiślanej i Białowieskiej Puszczy, poszło z kopytami koni na Podlasiu, z rozpruciem koronki z Koniakowa, przestało się jak wiele stałości w jej do tej pory stabilnym świecie. I ona, chociaż to jego urodziny, spędzone w silnych palcach jego rąk, w razem tak, że bardziej chyba nie można, w jazzowych sączeniach, w gwiazdach aż za dużych, tego po prostu nie chce. Bo nie da się już włączyć tego, czego nie ma i to jest najbardziej na świecie zwyczajny smutek, jakby umarł przyjaciel, który tyle lat szeptał jej do ucha.
31 lip 2020
M 314 albo na manowce:
28 lip 2020
M 313 albo o nitkach:
30 cze 2020
M 312:
Bólu.
22 cze 2020
M 311 albo o za mokro:
28 maj 2020
M 310 albo o wdzięczności:
Jest w niej jakaś wdzięczność, za tę zieleń, wzrusza się zapachem podarowanej chałki, bo nie jest zrobiona z mąki, masła, drożdży i jajek a z wielkiego serca, a od tego się nie tyje bo serce nie ma kalorii. Wzrusza się, patrząc na kocie jing i jang i jak to tak, zrobić im zdjęcie a potem się popłakać że jest taka miłość po prostu, jak można czuć gulę i podkowę na ustach ze zdjęcia powodu, z chałki, z wiosny, z zapachu ziemi, z miłości w psich oczach, z tego, że dostała w prezencie rzodkiewki z ogrodu, chrupiące, odpowiednio piekące, z białą dupką z ogonkiem. Bo tyle jest tego tak po prostu, że tylko sięgnąć i być z tym i w tym. Chyba szczęście.









