Koniec sierpnia zgubił kota i zabrał Kraków. Wrzesień musi kota znaleźć, ale Krakowa już nie odda, bo tak postanowiła. Dusza ją boli w komarowy mokotowski wieczór, gdzie to jej męskie futro miauczące, może się boi, może go ktoś zabrał, może tęskni tak mocno jak jego kocia siostra i jak jego pani w dalekiej i zimnej Warszawie.
Tymczasem pewnej niedzieli zapakowali ciężarówkę po kokardę i zabrali cały jej Kraków, Ajaxem baking soda zacierając wszelkie ślady bytności w mieszkaniu o szczęśliwym numerze 33. Nie miała siły się nawet obejrzeć. Jeszcze nie teraz.
Milion obrazów. Tysiąc rzeczy. Setki odcieni. Więc tęsknić będzie do Kleparza, gdzie w kierunku Sławkowskiej stała pani sprzedająca szczotki, stała tam długo, aż skończyła się jej epoka i pani poszła tam, gdzie szczotek sprzedawać już nie musi. Tęsknić będzie do zapachu warzyw i owoców, do tych stert różnokolorowych, których cząstkę wynosiła do domu w postaci królewskiego chleba od Pawlaka, kresowego od Buczka, bukietów szpinaku, pęczków ziół, malutkich cukinii od pani z prawej strony. I stawiając torby na stole w domu, w słońcu, zawsze dwa kocie łebki buszowały - o przyniosłaśdawajmożemaszcośdlanas.
Wędzony bundz, bardzo twardy od ziaren chleb z Liszek i czosnkowa kiełbasa. Jagody spod Turbacza i szynka z Bidy, chudziutka, najlepsza z chrupiącym ogórkiem małosolnym, dobrym masłem i podpieczonym chlebem kresowym albo świeżą bułką poznańską. Pan od jabłek na środkowym stole zawsze pozwalał gmerać w najładniejszych jabłkowych kulach, a od pani naprzeciwko zawsze kupowała koperkoszczypiorki. I jarzynkę - po krakowsku, nie włoszczyznę, jak ją naszło na bardzo duży gar rosołu, pachnącego w całym domu. Na Kleparzu widziała pigwę, jarmuż, brukiew, sałatę rzymską, orzechy młode wszelakie, groszek cukrowy, malinówki i pomidory o najdziwniejszych kształtach, wszystkie te warzywoowoce, o których czytało się u Ćwierciakiewiczowej. Więc Kleparz... Jedno z cenniejszych kulinarnych trofeów, najpiękniejszy teatr smaków na świecie.
Na targu na Lea z kolei zawsze kupowała u pana pod kasztanem jajka, dla którego sprzedaż ta była czymś najważniejszym na świecie. I nigdy nie wie się, kiedy się te jajka po sześćdziesiąt dwa grosze po raz ostatni kupi, a pan mówił ściszonym głosem, że zaprasza, że lubi swoja pracę i jest jak pewnik, że cokolwiek się stanie, a on tam zawsze będzie. Kiedyś jeszcze sprawdzi...
Kraków. Nie do opisania. Litery za małe, ramiona za wątłe na przytulenie, na objęcie, za mała ja. Chrupiące precle pod Bagatelą, dobre na początku Sławkowskiej i na Nowym Kleparzu, nie bułczane i zapychające, tylko takie, jakie mają być, wspaniale smakowały w ramionach Plant, w zielonym magicznym kręgu, kruszone nad książką. Więc tęskni. Do kolejki po lody na Starowiślnej i po zapiekanki w środku nocy i po kiełbasę z bułą i oranżadą. Do kolejki po pączki u Michałka na Krupniczej, po które stała trzy godziny tworząc socjologiczne zjawisko i potem ucieszyła sąsiadów przynosząc pachnące z różą i zawijane, nie szprycowane, szczęśliwa, chociaż ręce jej zsiniały na amen i długo bardzo nie mogła się rozgrzać. Tęskni do małych drożdżówek z owocami sezonowymi z malutkiej pracowni cukierniczej na Długiej, do ciasteczek grylażowych z bliższej Starowiślnej, do bułek z serem od Hawełki, które jadła raz w miesiącu i dlatego ich smak krzyczał na cały Rynek, że jest najlepszy i nie pachnie malizną, tylko drożdżami i twarożkiem z wanilią. Do kawy w Tribece i czekolady na Wiślnej. Do sałatek na św. Anny w Chimerze, o wymyślnych, chrupiących ingrediencjach. Do krewetek - druga porcja gratis - Pod Wawelem, popijanych zimniutkim Paulanerem. Do pierogów i zupy na kościach u cioci Stasi opodal Mikołajskiej. Do krzaków jaśminu, który pachniał na Planty całe wypełniając ją czerwcem i zachwytem, że jego zapach jest oznaką długich nocy i najpiękniejszej pory roku. Do bram zdobionych rzygaczami, żabami, krakowskimi stworami strzegącymi wrót i mieszkańców, kiedy lubiła się tak powłóczyć dla łażenia samego i czucia stuletniego kurzu, zaglądania w zakamarki nieturystyczne i zamyślania po liter wewnętrzne wywołanie. Do jazdy na rolkach po uśpionych Błoniach, kiedy siódma rano skutecznie pobudzała do życia, że właśnie zaczął się dzień i po pustym asfalcie można rozjeździć cień nocy i nitki poranka spleść w warkocz dnia. Tęsknić będzie do spacerów, łazęg bez celu, boso, bo obtarły buty, bez mapy, do ścieżek, których już nie przekroczy, bo nie trafi tam drugi raz. Do aniołów krakowskich, które wciąż tam mieszkają i są na odległość słuchawki i którym świat tak samo zatrzasnął pewien etap - jak i jej.
Kraków żyje w niej śmiechem i obrazami, drżeniem stania przed starowinką Kossakówką, zielonością kopca Kraka i szumem brzóz wokół kopca Piłsudskiego. Nie sposób zebrać w jeden bukiet sześciu lat mieszkania w ukochanym mieście - bo zawsze jakieś trawy i liście powypadają i tylko trzeba je ocalić od jesieni. Nie zapomni ich nigdy. I nic nie będzie miało już takich kolorów, poznajduje sobie inne odcienie.
A kot - wróci. Bo inaczej jej serce pęknie i żadna Wisła tego nie naprawi.
Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
31 sie 2011
25 sie 2011
M 77 albo o siódemkach:
Czas płynie niebywale szybko, odlicza patyczki piątków i poniedziałków, skreślając w sztachetkach tygodnia, łamie te zapałki dni po to i pali, aby w weekend zmienić otoczenie, zmienić powietrze, nauczyć się, co ma w której szafie i być z nim w ich zieloności i kremach i fioletach w domu.
Sierpniowa burza łamie Mokotów na drzewa, które nie wytrzymują i idą w swoją letnią śmierć pokonanymi gałęziami, niebo przesuwa się z trzaskiem raz w jeden, raz w drugi kąt okna. A ona słucha deszczu i myśli, czy u niego też tak pada, siąpi, moknie, czy też jest tak hałaśliwie wieczorem. Bo wczoraj była ciepła noc, rozgwieżdżona, jego urodzinowa i patrzyli razem w ich niebo, bo ona potrafiła pobardzodługimiciężkimdniu wsiąść w bus i z chilijskim carmenere, muffinką od Lubaszki, świeczką z numerem 7 i biletami na koncert pojawić się w jego zdumionych oczach na progu domu i musiał się uszczypnąć, żeby uwierzyć że to naprawdę jest. Bo ona tak umie - zatrzymać pana na ulicy bo jej się telefon zaciął i nie mogła zadzwonić, że się spóźni, a jej bardzo zależało i w zdumione oczy człowieka poprosiła o zadzwonienie i nawet nie pomyślała, że nieufni ludzie mogą podejrzewać niecne zamiary. A ona miała cne i przez to się udało.
Ona potrafi w t-shircie z takim dziwnym napisem iść do apteki i trzymając w ręku talerz z lunchem dla koleżanki poprosić o kardiamid, bo koleżanka źle się czuje, nie patrząc, że szynka parmeńska może przeszkadzać w świątyni leków.
Chociaż nie jest siódemką, to ma aż dwie w dacie urodzin i jak się doda jej wiek, to też jest siedem i jej on, też ma tyle. Ona się nie zastanawia tylko biegnie, tylko tworzy czas i ruch a potem wtula się w nieduże mokotowskie łóżko i myśli jak bardzo bliżej nieba jest ich sypialnia i łóżko z jego ramion.
Sierpniowa burza łamie Mokotów na drzewa, które nie wytrzymują i idą w swoją letnią śmierć pokonanymi gałęziami, niebo przesuwa się z trzaskiem raz w jeden, raz w drugi kąt okna. A ona słucha deszczu i myśli, czy u niego też tak pada, siąpi, moknie, czy też jest tak hałaśliwie wieczorem. Bo wczoraj była ciepła noc, rozgwieżdżona, jego urodzinowa i patrzyli razem w ich niebo, bo ona potrafiła pobardzodługimiciężkimdniu wsiąść w bus i z chilijskim carmenere, muffinką od Lubaszki, świeczką z numerem 7 i biletami na koncert pojawić się w jego zdumionych oczach na progu domu i musiał się uszczypnąć, żeby uwierzyć że to naprawdę jest. Bo ona tak umie - zatrzymać pana na ulicy bo jej się telefon zaciął i nie mogła zadzwonić, że się spóźni, a jej bardzo zależało i w zdumione oczy człowieka poprosiła o zadzwonienie i nawet nie pomyślała, że nieufni ludzie mogą podejrzewać niecne zamiary. A ona miała cne i przez to się udało.
Ona potrafi w t-shircie z takim dziwnym napisem iść do apteki i trzymając w ręku talerz z lunchem dla koleżanki poprosić o kardiamid, bo koleżanka źle się czuje, nie patrząc, że szynka parmeńska może przeszkadzać w świątyni leków.
Chociaż nie jest siódemką, to ma aż dwie w dacie urodzin i jak się doda jej wiek, to też jest siedem i jej on, też ma tyle. Ona się nie zastanawia tylko biegnie, tylko tworzy czas i ruch a potem wtula się w nieduże mokotowskie łóżko i myśli jak bardzo bliżej nieba jest ich sypialnia i łóżko z jego ramion.
9 sie 2011
M 76 albo o rytmie:
W końcu lipca niebo nie dopisało. W letniej modzie wciąż kolor szary,gdzieniegdzie porozrywany błękitem, a jak się uda w ten błękit wreszcie w całości ubrać i zestawić z zielenią, to wyjątek. Sierpień wreszcie przywołał słońce, ciepło rozlało się po polach, podnosząc delikatnie za brodę namoknięte kłosy zbóż. Na beżowych pagórkach rżysk rozsypały się zbożowe beczułki, jak z pudełka z pralinkami - wziąć w dwa palce i pstryknąć w nasycony błękit... Zielone kule renklod toczyły się słodyczą w wygrzany koncert świerszczy, gdzieś leniwie pachniały lilie i brzęczały osy. Ona w takiej scenerii próbuje złapać rytm, łącząc trzy miasta w jedno ogniwo, rozdzierając się pomiędzy kocie tęsknienie, zieloną oazę ogrodu i wąską nitkę ulicy obsadzoną kamienicami, parkomatami i prastarym spożywczym gdzie dominują białe sery z Garwolina i przeceny. Pociąg nie wypluwa jej tak często jak tysięczną ogryzioną pestkę, ostatnio więcej jej w szafirowym i wygodnym samochodzie i kładąc mu rękę na udzie, jechali tak w swoje odległości, w te wszystkie trzy kąty, do odwiedzenia w czasie krótkim i koniecznym. Trzymanie ręki było niczym aksjomat, szukał niezmiennie palcami jej dłoni i tak trzymając się, wciągali się po drodze w kolejne kilometry, robiąc przerwy na trzymanie kubka z kawą ze Statoil. Wokół kwitło lato, smakowały jagodzianki w Paradyżu, odpust za stacją benzynową, na której zatrzymała ich awaria w hamulcach. Czas pozwolił na nie hamowanie się ich i był pierścionek, lody, wata cukrowa i słońce i wiara jak u dziecka, że pewne rzeczy nigdy nie mijają. A potem, kiedy wracali już z powrotem, on nieustannie i niezmiennie wygrywał rytm na kierownicy swoimi silnymi, piegowatymi dłońmi, bo wszystko jest rytmem, nie tylko sączonym przez jego przedramiona, nie tylko przez godziny. A najpiękniej to złapać ten rytm i tak być sobie w sierpniu nie patrząc jak czas ucieka, jak kończą się kolejne wystukiwane piosenki, jak nieustanny rytm przyrody zapewnia, że zawsze będą śliwki, kurki i morele w sierpniu, a potem pirosy i paularedy a potem jeszcze gruszki i jeszcze większe osy i wtedy się wie, że przyjdzie jesień. A do tego czasu żyją rytmicznie. Wśród swoich palców, dróg i kotów, wśród słów, ulic i zamyśleń w niebo wpatrzonych, kiedy muszą być osobno, pod wspólnym wszakże niebem.
29 lip 2011
M 75:
...jak ona strasznie mało pisze a przecież codziennie myśli, słowa maluje, ustawia sobie czcionki i kursywy i boldy, co jest ważne a co nie a tak mało z niej wypływa tu, gdzie powinno. Zakochani po najgłębszy grób, piramidy, grobowce Inków, tęsknią i wyją codziennie wymieniając słowa, litery i myśli ale tak ma być bo ona wreszcie przestała walczyć z miastem na Wu i może dlatego ułożyło się tak jak ułożyło. A może trzeba czekać w kolejce na swój czas, który kieruje na bardzo spokojną taflę wody, po której można płynąć na motyla i żadnych przechyłów, żadnych mielizn, po prostu się dzieje i już.
Może w mieście na Wu, kiedy wejdzie się w kwintesencję lansu, pocmoka w galeriach z solą, pochrumka w sukienkach, które kosztują cztery jej pensje, ale ona umie je tak dotykać jakby nosiła je na codzień i od zarania dziejów, kiedy się po prostu przyzwyczai do plastiku,chinosów, baletek i beżowych szpilek, bransoletek na sznurku z wymyślną blaszką, bon ton dla nadgarstków, do raybanów, które mają jakieś genialne szkła jakby inne okulary na świecie nie istniały, to ten stworzony specyficzny światek nagle staje się normalny. Jakby się dosypało ziarenek smaku, bo wtedy wszystko można zjeść i nawet staje się zjadliwe jak obiad za 4,5 w wymierającym barze mlecznym. Więc bywa sobie wśród ładnych przedmiotów, ale zanim do nich dojdzie, omija bezdrzewne ulice, zagląda w matrix kościoła na planie okręgu, przejdzie krawiecko-etymologiczne knajpy ze śniadaniem za 26 zł złożonym ze złotego jajka na miękko i sałaty frisse, obije się o róg nałogu, czyli latte na soi z dodatkowym espresso a potem pochłonie ją odnoga ulicy, na której jest fajoski stary spożywczy z dobrymi jagodziankami i jak jedną zje, to powie, że nareszcie ogarnia.
A jej anioł z lekka połamałby sobie skrzydła pod takim kątem życia w mieście na Wu, więc tam, gdzie na zielonej trawie rośnie ich dom, maluje ich wspólne kwadratowe my na ich harmonijne kolory, jest dla niej tak bardzo, że te 150 km mija jak oka mgnienie na fali ciągłych myśli, na ciągłej świadomości, że na drugim końcu są ramiona, oczy i miłość.
Może w mieście na Wu, kiedy wejdzie się w kwintesencję lansu, pocmoka w galeriach z solą, pochrumka w sukienkach, które kosztują cztery jej pensje, ale ona umie je tak dotykać jakby nosiła je na codzień i od zarania dziejów, kiedy się po prostu przyzwyczai do plastiku,chinosów, baletek i beżowych szpilek, bransoletek na sznurku z wymyślną blaszką, bon ton dla nadgarstków, do raybanów, które mają jakieś genialne szkła jakby inne okulary na świecie nie istniały, to ten stworzony specyficzny światek nagle staje się normalny. Jakby się dosypało ziarenek smaku, bo wtedy wszystko można zjeść i nawet staje się zjadliwe jak obiad za 4,5 w wymierającym barze mlecznym. Więc bywa sobie wśród ładnych przedmiotów, ale zanim do nich dojdzie, omija bezdrzewne ulice, zagląda w matrix kościoła na planie okręgu, przejdzie krawiecko-etymologiczne knajpy ze śniadaniem za 26 zł złożonym ze złotego jajka na miękko i sałaty frisse, obije się o róg nałogu, czyli latte na soi z dodatkowym espresso a potem pochłonie ją odnoga ulicy, na której jest fajoski stary spożywczy z dobrymi jagodziankami i jak jedną zje, to powie, że nareszcie ogarnia.
A jej anioł z lekka połamałby sobie skrzydła pod takim kątem życia w mieście na Wu, więc tam, gdzie na zielonej trawie rośnie ich dom, maluje ich wspólne kwadratowe my na ich harmonijne kolory, jest dla niej tak bardzo, że te 150 km mija jak oka mgnienie na fali ciągłych myśli, na ciągłej świadomości, że na drugim końcu są ramiona, oczy i miłość.
21 lip 2011
M 74 albo o parasolu:
Zawirowało, szybko się podziało, czas umknął między morze a Poznań, między nowe a stare i to że wciąż są razem i wciąż im mało. Zawsze kiedy padał deszcz i było nijako, chowała się pod czyimś parasolem, ale nie było dość wygodnie. Można się przyzwyczaić, że ręka wystaje i moknie, że z prętów parasolowych czasem kapie na szyję. Że torba mokra i się nie mieści w arenie parasolowej przestrzeni, że moknie takim kółkiem wokół, a w środku nie zawsze jest bezpiecznie niedeszczowo. Normalne, że pada, że nie zawsze uda się w całości schować, że czasem nie w porę się parasol rozłoży albo zapomni albo zgubi i nie ma jak się schować, schronić i kapie, ziębi i pada. A lipiec deszczowy, burzowy straszliwie, nawleka nitki błyskawic na krople igieł i nie ma spokoju, nie ma. Gdzie się podziały ciepłe letnie noce, może czekają na sierpień, może wybuchną całą pachnącą mocą, może. Ale parasol nad nią rozłożony nie pozwoli, aby zmokła, aby cokolwiek się jej się stało, aby najmniejsza kropla zakłóciła suchość jej rękawów i gzyms torebki. On ją otulił parasolem siebie, dużym, wygodnym, rozpostartym na sto pięćdziesiąt kilometrów i ona nie boi się przez to żadnych burz ani ulew, nie boi się, że parasol się złoży w nieoczekiwanym momencie, albo zepsuje albo będzie miał niestabilny uchwyt. Ona wie, że tak będzie zawsze i pod tym parasolem interesuje ją jedynie arena jego źrenic i siła rąk trzymających parasol nad nimi. A pod takim niebem mogą do woli karmić się lipcowymi rozpustnie rozdzielanymi na pół morelami, łowić ustami omszałość malin i chrupać jabłkowe premiery o nazwie wistabela i genewa.
12 lip 2011
M 73 albo o dróżniku:
Pomiędzy pasami brązowordzawych szyn, pomiędzy alejami maków, łopianów, powtulane w małe ogródki, stoją domki dróżników. Panie w białych bluzkach i granatowych lub czarnych spódnicach, z pewną dumą stając na baczność, obserwują przepływające pociągi, wystawiając chorągiewki. Panowie, niekiedy bardziej w cywilu, w beżowych koszulach i krótkich spodniach, wyznaczają pociągom kierunek, że można jechać w stronę lata, w stronę morza lub gór. Świerszcze nakręcają zegarek popołudnia, powietrze drży. Leniwe cielsko pociągu przepłynie obok dróżnikowej budki i kto zauważy, że na cieście drożdżowym na fajansowym talerzu siedzą osy.Kot lub pies, takim samym wzrokiem zarejestrują żelazne duże coś, z którego czuje się kanapki z kiełbasą, zapach coli i spoconych, zmęczonych od siedzenia, ciał. Lipcowe popołudnie obiecuje słodkie czereśnie, rosnące tuż za torami. Tylko czy będzie kiedy je zebrać.
Co robi dróżnik, kiedy nie macha chorągiewką, czy ma swojego zmiennika? Gdzie się można nauczyć tego zawodu i czy ta praca jest rozwojowa. Czy w gałęziach torów można odnaleźć swoją zawodową drogę. Ile zależy od machnięcia chorągiewką, która potrafi tyle samochodów zatrzymać, a oczom maszynisty pozwolić przeprowadzić pociągowe tony przez tory. Czy trzeba się ubrać odpowiednio do pracy, wytrzymać to lato deszczowe lub słoneczne, stworzyć namiastkę domu w huczącym pociągowym życiu?
Czy pani stojąca na progu swojego drugiego domu wie, że codziennie widzi ją tyle osób ile panią w telewizji? Czy ktoś robił wywiad z dróżnikiem i pytał go, czy lubi machanie chorągiewką? A jakby się komunikacja torów posprzeczała, to co będzie?
Chciałabym kiedyś wysiąść z pociągu i zapytać. Pani w wyprasowanej białej bluzce poczęstuje kompotem a powietrze zadrży bo zbliża się kolejna fala upałów i intercity z Poznania, a wie pani, taki to przejedzie szybko w swoją siną dal, na którą ktoś inny będzie miał wpływ. Ja robię swoje.
Co robi dróżnik, kiedy nie macha chorągiewką, czy ma swojego zmiennika? Gdzie się można nauczyć tego zawodu i czy ta praca jest rozwojowa. Czy w gałęziach torów można odnaleźć swoją zawodową drogę. Ile zależy od machnięcia chorągiewką, która potrafi tyle samochodów zatrzymać, a oczom maszynisty pozwolić przeprowadzić pociągowe tony przez tory. Czy trzeba się ubrać odpowiednio do pracy, wytrzymać to lato deszczowe lub słoneczne, stworzyć namiastkę domu w huczącym pociągowym życiu?
Czy pani stojąca na progu swojego drugiego domu wie, że codziennie widzi ją tyle osób ile panią w telewizji? Czy ktoś robił wywiad z dróżnikiem i pytał go, czy lubi machanie chorągiewką? A jakby się komunikacja torów posprzeczała, to co będzie?
Chciałabym kiedyś wysiąść z pociągu i zapytać. Pani w wyprasowanej białej bluzce poczęstuje kompotem a powietrze zadrży bo zbliża się kolejna fala upałów i intercity z Poznania, a wie pani, taki to przejedzie szybko w swoją siną dal, na którą ktoś inny będzie miał wpływ. Ja robię swoje.
6 lip 2011
M 72 albo kanapka z margaryną:
Opuściła bez żalu najmniejszego szuranie i remonty na dworcu, zahaczywszy jeszcze o rozległą ladę z kanapkami, gdzie zblazowane panie na taśmociągu woda-bez gazu-serek-banan-kanapka-to wszystko-powerade-baton-soczek-co jeszcze- beznamiętnie inkasują mocno podwyższone należności a sklep powinien nazywać się marża. Ustawiła się w rządku posłusznym i nabyła namokniętą od pomidora kanapkę z najtańszym, gumowatym serem, szynką konserwową, jaką się jadło w kryzysie (leżała triumfalnie na dnie lodówki i jak ją mama otworzyła, to było święto), margaryną, która się niesmacznie rozmazuje o podniebienie i tak zaopatrzona wsiadła w przepełnione teelka, cudem znajdując miejsce. Bo miasto na Wu ma smak podróżnej kanapki, bo w tym mieście zjadła ich chyba najwięcej w życiu, omijając starannie te białe i zafoliowane i gumowate. A teraz rozkosznie rozgniata słodkość i chrupiącość ciemnych czereśni, pierze, domowi się i boli ją nadgarstek, który znów nadszarpnęła, taszcząc z lekka obdarty już, srebrny ciężar. I myśli o nim, o domu, który wyrósł dla niej i ona w nim wić będzie piękne designerskie gniazdko. A tymczasem musi pożegnać się z krakowskim deszczem, z ciszą i stukotem osiedla, ze skrzekliwym to wszystko pani z warzywniaka. Oswaja się z tym, że zacznie rosnąć w domu w mniejszym mieście, ona taka bardzo lubiąca metropolie i ich kolorowość, idzie sobie w większą ciszę, gdzie za płotem rosną chabry w zielonym zbożu po to, aby się nimi zachwycić. Idzie z wyboru, bo kocha, bo w mieście na Wu nie zmieściła się w ramkę i nie znalazła do końca takiej, w której mogłaby się wstawić jak w obrazek. Bo miasto na Wu będzie jej się kojarzyło z ogromną i przeraźliwą samotnością, deszczem, drogimi czereśniami, lansikiem i pępkiem świata. Ale dzięki miastu na Wu wie, że ma kochanych przyjaciół, nauczyła się siebie bardzo i przez to umiała znaleźć jego, który właśnie swoimi mocnymi ramionami z całej siły obejmuje myśli ku niej płynące, kocha ją całą, a ciepłymi, ładnymi dłońmi szpachluje schody, aby posiać na nich nowe kolory wyrosłe na nowo jak miłość.
27 cze 2011
M 71:
Więc jak już poukładała, odkurzyła, wlała ajax baking soda i umyła, nalała wody do wanny po szyję, zrobiła peeling twarzy i wtarła L'Oreal ujędrniający w się, zaczęła swój wieczór, koty się zakopały w swoje kłębki podkołdrowe mruczące, kiedy z herbatą calm twiningsa się razem z nimi w tej kołdrze zbratała, stwierdziła, że niedobrze jej samej w takim wieczorze. Wieczorne rytuały, które zawsze trzymały ją w rozkosznym pionie jestestwa, nagle stały się przydługie. Bo nastał on i ona go coraz bardziej kocha, nagle, taszcząc srebrną walizkę po schodach na Marszałkowskiej, podsypiając w pociągu, patrząc na chmurzaste niebo stwierdziła, że już wiele rzeczy bez niego jest nie bardzo. Bo ona ma w sobie znów pogniecenia, zmarszczki, które on cierpliwie i mozolnie i najpiękniej prasuje. Żelazkiem silnych dłoni, na które patrzeć uwielbia. Odkryciem całkowitego oddania w jego oczach, nieziemskiej i silnej więzi, która powrozem się stała, już nie nitką. I ona wie, że co by się nie stało, jak bardzo by się w siebie schowała, jak bardzo zmełła w okopach swoich niedobrych zamyśleń - to on ja zawsze stamtąd wyciągnie. On jest niebywale silny, silniejszy od niej, umie wyprowadzić wszystkie jej linie na prostą, pokazać niebo we właściwym momencie, przyjechać po nią, odebrać i zabrać.On wie, że zachwycą ją chabry w życie za płotem, niebieskość płatków przydrożnych, kiście chmur porozrywanych słońcem na niebie. On jest jak pewnik niebywały, jak drzewo niepokonane, pod którym chce się schronić przed deszczem niedobrych myśli i wypalającym słońcem. Pięknie jest tak znaleźć w ciągu dnia myśl o nim i wpleść w warkocz dnia, a niedawno tak nie było, całkiem niedawno była najsamotniejsza, a wystarczyło naprzeciw wyjść i wezwać anioła i przyszedł.
21 cze 2011
M 70 albo pierwszy dzień lata:
Poranek przywitał odsłoniętym błękitem nieba, lato przyszło i zdjęło ciężką kurtynę deszczu, która wczoraj sowicie opłakiwała odejście wiosny. Niedospana nieco, nielubiąca już rozpuszczalnej kawy, bo pije ją ciągle w pracy i przez to nawet wolniejsze chwile smakują jak biuro, powoli idzie zaczynać dzień. Powinna napisać jeszcze hołd dla 69 bo w poziomie to jak Ryby - jej znak Zodiaku, ale zostawiła to w zapiskach wiośnianych, aby w 70 odcinku zawrzeć kolejne lato. Na sobotniej oazie zieleni w Lanckoronie odkryła magię ukochanych czerwcowych nocy, bo to jest takie miejsce, że jak się tam pojedzie, to zawsze ją znajdzie. W zielonej, gęstej od zapachów nocy, z lekko wilgotną ziemią, podczas słuchania "Sound of Silence" latały robaczki świętojańskie, zwiastując lato. Kwiatowe zakamarki, utulona cisza drewnianej wilii i jego ręce wybijające przezgrabnie i przepięknie rytm na bębęnkach zwiastowały lato, które będą spędzać w swoim rytmie. Bo kocha. Bo w niej rośnie to głęboko i mocno i wie, że warto było budować od dymu. Jest zmęczona trochę, przed nią podróży kilka okołodwugodzinnych, a miała ich przez ostatni rok tak wiele, że każda pociągowa godzina tworzy menisk wypukły na jej czasu znoszeniu, na jej cierpliwości i jak z automatu wsiadaniu do pociągu. Bo tak naprawdę minął rok, odkąd absolutnie zatrzęsła swoim światem, zburzyła wszystko do suchej nitki i na tej nitce pozwoliła przeżyć tamto rozjeżdżone mocno lato i ich poznanie tu i teraz. Więc jak będzie jej się chciało, pospędza sobie lata część w mieście na Wu, z konieczności, i pójdzie na miodowego Ciechana na Powiśle i na drobny przekąs do Rue de Paris na Francuską i do Czułego Barbarzyńcy w szelest i nieodmienny zachwyt nad stronami książkowymi i może dotknie nogą wiślanych piasków, które ogląda tylko z okna pędzącego mostem 507. I wreszcie oswoi tę swoją trójdzielność miastową, chociaż to bardzo trudne mieć trzy domy, trzy różne emocje, które spinają pociągi, szafirowy samochód i srebrna walizka.
13 cze 2011
M 69:
jak wysiadła z szafirowego samochodu wprost w brzuch pociągu jadącego do miasta to wrócił już bez jej srebrnej walizki i co. Czy czuł zapach Elle YSL, którym powitała poranek bardzo wczesnoporanny, bardzo niewyspany, chociaż on sam spał pod kocem i kotami, oddając jej snom kołdrę, nie chcąc jej budzić, rozsypywać po skórze palczastego drżenia, nie, nawet wina nie dopili, zapadła się w sen w sekundę, wpadła w fazę REM jak do omszałej studni i wyciągnął ją stamtąd miauk kociego głodu i poniedziałkowe rozedrganie a tak bardzo nie chciała. A zanim wpadła,on pozamykał ich noc, poskładał myśli i przywołał kolejne, aby rano dobrze świeciły nad nimi jak anielskie oczy, zrobił wszystko aby pięknie zamknąć ich kolejny wspólny dzień.
Więc czy wsiadłszy do samochodu gdzieś jeszcze mógł czaić się jej zapach, przed chwilą drzemała na fotelu obok i potem obudziwszy się, hamowała całą sobą jak przed nimi jacyś nieumiejętni tańczyli autami wokół rozpiętych na jezdni linii. Czy na kubku po kawie zauważył półksiężyc odbitych ust i czy to był ten błyszczyk gęsty z body shopu, który tak mocno się trzyma a potem on go czuje na ustach swoich długo, czy lekki, mniej klejący, jak mgiełka, która pielęgnuje jej do zacałowania usta. Czy zostawiła papier, butelkę, cokolwiek, czy fotel jeszcze pamięta jej ciężar wieziony przez zieloności pól, żeby chociaż trochę móc jej ulżyć w drodze. Czy oprócz portretu z zamyśleń i rzęs, jedwabiu rąk i drżenia zapiętego suwakiem stresu zostawiła coś jeszcze. Czy on czuje się już na pół, kiedy w obie strony krańce tworzą, obliczając dni do rozmów o dobru i złu, parzenia kawy i dbania, żeby zawsze miała do niej mleko, robienia oczami sowy, przywitań porannych i pożegnań wieczornych, do następnego spotkania warg.
Więc czy wsiadłszy do samochodu gdzieś jeszcze mógł czaić się jej zapach, przed chwilą drzemała na fotelu obok i potem obudziwszy się, hamowała całą sobą jak przed nimi jacyś nieumiejętni tańczyli autami wokół rozpiętych na jezdni linii. Czy na kubku po kawie zauważył półksiężyc odbitych ust i czy to był ten błyszczyk gęsty z body shopu, który tak mocno się trzyma a potem on go czuje na ustach swoich długo, czy lekki, mniej klejący, jak mgiełka, która pielęgnuje jej do zacałowania usta. Czy zostawiła papier, butelkę, cokolwiek, czy fotel jeszcze pamięta jej ciężar wieziony przez zieloności pól, żeby chociaż trochę móc jej ulżyć w drodze. Czy oprócz portretu z zamyśleń i rzęs, jedwabiu rąk i drżenia zapiętego suwakiem stresu zostawiła coś jeszcze. Czy on czuje się już na pół, kiedy w obie strony krańce tworzą, obliczając dni do rozmów o dobru i złu, parzenia kawy i dbania, żeby zawsze miała do niej mleko, robienia oczami sowy, przywitań porannych i pożegnań wieczornych, do następnego spotkania warg.
Subskrybuj:
Posty (Atom)