Była ona i inny on, by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
16 lis 2014
M 184 albo jednorazowo:
wróciły z wyjazdów, rozwlekły je do połowy listopada rozwałkowały kołami szafirowego samochodu ponad tysiąc kilometrów dróg wypalając tony benzyny pijąc niezliczone kawy na Statoil walcząc z wieczorną kurzą ślepotą. Ziemia się postarzała jakby wyłysiała naciągając na siebie gruby kożuch siąpiących chmur i po złotych ciepłych dniach nastały te najgorsze szare kiedy by się spało i spało a nie ma jak i wyspana noc staje się wydarzeniem jednorazowym. Dużo rzeczy jest jednorazowych mniej trwałych niż reklamówka jednorazowa ze sklepu bo ta może się utrzymać dłużej jeśli nie ma dziur i się nie pokruszy, dłużej niż tysiąc obietnic rzucanych co roku. Fantastycznie prowadzi pani szkolenia co za przekaz jak będziemy mieć kolejne do poprowadzenia to się odezwiemy tak sprzedażowe było wyjątkowe ciekawe zabawy integracyjne dobre tempo warto świetny kontakt z grupą tak mogę przyjechać nie ma problemu i potem nic cisza, jednorazówka, ona przywykła. Kiedyś byli mężczyźni obiecujący że się odezwą tak jesteś świetna w życiu mi się tak dobrze nie rozmawiało ładnie tańczysz masz ładne oczy i drobne ręce i co z tego nic to do jakiejkolwiek stałości nie wnosi. Kobiety do malowania do rewolucji przed i po do stylizacji do makijaży ślubnych do szkoleń makijażowych wszyscy są jednorazowi po tej samej stronie obietnicy tak jakby po wydarzeniu przechodzili na drugą stronę w miejsce gdzie tak naprawdę jest pusto. Jednorazówką są spotkania po latach jakby na siłę odbudowywane wspomnienia a potem nagle nie ma czasu na chociaż jedną wiadomość przez długie miesiące. Codzienność zabija takie jednorazówki pozostawiając je tam gdzie zostały stworzone skleja się coś co było ale nie bardzo udolnie i pewnych rzeczy się nie da naprawić w końcu unika ucieka i zostaje tylko dym. Jednorazówką są dania na obiad, które powtórzyć trudno zwłaszcza w gotowaniu "na oko" restauracje przydrożne albo gdzieś w miastach w którym się nie bywa i pamięta się je właśnie z tego jednego razu. Dlaczego się więc nie wraca do tego co było dobre dlaczego połowa z rzeczy i wydarzeń staje się nietoksyczną przysłowiową jednorazówką chwilą z zostawianiem kredytu na później może się przyda. Jak jazda autem z salonu nie kupię ale się raz przejadę jak bluzka na imprezę znów jednorazową a potem nie ma jej gdzie założyć jak skok na bungee raz jeden wystarczy jak łyk nieznanego alkoholu bo nie smakuje. Może właśnie jest tak że po chwili po rozważeniu nie wraca się powtórnie do tego samego szuka nowości kolejnej jednorazówki która wypełni dzień i być może nigdy się nie powtórzy tak złota i pełna światła jesień i nie powtórzy się pierwsze wrażenie i nie przeczyta się czegoś chociaż się kiedyś czytało bo każdy następny raz jest pochłonięty przez czas.
24 paź 2014
M 183 albo tu i teraz:
W wieczór, kiedy mała ona śpi już drugą godzinę, układając w małej główce małe sny, a pies chrupie kolację, a koty leżą tuż przy niej, tylko ona wie, jak pachnie jego szyja, zwiedzana kawałek po kawałku, najpiękniej. O prawie dwudziestej drugiej jest cudownie wyciszona po z trudem przetoczonej, mało wyspanej nocy, bo małej jej nagle naraz rosną zęby w ilości dużej. Ma ulubioną ciszę w sobie, bo udało jej się zwinąć flagę tego, co łopotało, niepotrzebne na tę chwilę zamierzenia i usiłowania niemożliwego. Po co to, planowanie tego, co na teraz nieosiągalne, kiedy najbardziej możliwe i kochane jest zaraz obok i bawi się z nią w akuku i zbiera małym palcem paproszki i cieszy się z kropel deszczu na folii od spacerówki bo to nowe, małe niebo i marszczy nos i smieje się w głos jak ulubiona ciocia Agnieszka dmucha wielką piłkę w Myszkę Miki. Może właśnie trzeba popatrzeć na tu i teraz z perspektywy 72 centymetrów szczęścia, w którym nie potrzeba dużo, w którym pachnie kawa, którą mama zawsze rano pije, w którym smakuje biały ser dawany prosto do buzi bo trzeba spróbować, co się je w domu na śniadanie, nawet jak krzywi się oko, bo lekko kwaśne, jak dobry jest dorosły kotlet a nie słoikowe jedzenie. Uwielbia patrzeć na jego przedramiona, jak pracują krojąc ciabatę od Krawczyka i rytualnego pomidora i jak wieczorem tonie w nich jej połowa. Ona uwielbia obserwować i małą , co ją zastanawia, co cieszy aż marszczy nos, jak reaguje na pieskoty i na perfumy Narcisio Rodriguez. Polubiła spacerowe trasy wzdłuż i wszerz przechodzone, bo przecież w nich te się coś zmienia, bo codziennie nic nie jest takie samo. W miejscu, gdzie jest tu i teraz, ważne są soboty, bo wtedy w pełni widzi, jaki jest on o piętnastej piętnaście i dwie godziny później też, i wtedy cała trójka jest pełnią, co zdarza się raz w tygodniu. Dba, aby każdy dzień był uważnie przeżyty, bo ma dziwaczne sny, które prowadzą ją do już ciemnego poranka, kiedy mała ona się budzi, a potem oni zmierzają do kuchni, bo duet kotów na schodach, bo poranny przymrozek i pies. Dobrze jest obserwować, jak zaczyna srebrzyć się trawa, jak przegapiła ostatnie maliny na końcu ich działki, jak trwa festiwal gruszek konferencji i jabłek malinówek, których nie jadła wieki. Lubi w środku nocy wsłuchiwać się jak oni śpią, bo obudzona matczyną koniecznością, nawet o irracjonalnych porach spina w całość śpiący dom, czy wszystko w porządku. Nowy kot się oswoił, las zrudział i pachnie wilgotną jesienią. Jeszcze nie mgliście, już zimno.
11 paź 2014
M 182:
Jesień nadciągnęła ciepłym oddechem przesuwając wrzesień na za rok i witając rudy październik. Ogród od strony lasu zieleni się wspaniałą trawą i prawie już bezlistnym klonem, reszta drzew jeszcze trzyma liście, dopóki się nie zadeszczy i nie powieje i nie zrobi się okropnie buro i nie spadnie wszystko, co do spadania przeznaczone. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie bardzo interesują ją trendy, nowości, jakieś kosmetyczne cudowności, bo i tak tego nie kupi, nie wklepie, nie założy. I dobrze jej z tym. Upolowana szara sukienka i granatowe buty przypominają, że na stałej trasie do Biedronki i piekarni i pani w niej o pomarańczowych włosach, można wyglądać jak kobieca kobieta, a nie tylko nieustannie w dżinsach i butach na płaskim obcasie, bo tak przecież wygodniej. Mała ona za to zbiera w wielkich oczach cały błękit nieba, podkreślany albo turkusową kurteczką albo bluzą w kolorze różowych piwonii. Tak się jesiennieją w jeszcze zielonym otoczeniu, kiedy mała ona na każdego psa i kota marszczy nosek z radości. Ona ciągle zatopiona w zdaniach, które nie potrafią rozwinąć się dalej, są tak sobie o, bo księżyc dojrzewał w innym mieście i nabrał pełni w oknie dachowym w sypialni i przez to nie mogły spać, a mała ona jak przystało na córkę jej, to już w ogóle. Żałuje, że nie miała przy sobie aparatu, bo kiedy mgły podnosiły się na trawie, między nimi pająki utkały perliste nitki, które trwały tylko chwilę, aż do pierwszego słońca. Idealne do zapamiętania. Jest jakaś siatka myśli, w którą raz po raz się coś łapie, ale równie szybko zapomina, jakby ciągle miała w głowie dziurę. Dużo jeździły, patrząc jak jesień coraz bardziej maluje drzewa. Rozjeździła tym samym niepokój, że robi nic, że tylko dom i mała ona, tylko tu i teraz i nie wiadomo co dalej. Teraz już wie, że ten czas, na który tyle czekała - jest bezcenny i jedyny, bo tylko raz w życiu ma się dziesięć miesięcy i trzydzieści siedem lat. Ma czas na przyglądanie się jemu, na czekanie z obiadem, na bycie w drabince tygodnia i zaliczanie wszystkich szczebli poniedziałków, wtorków i czwartków. Czas na nowe, cenne przyjaźnie i rytmy dnia nie wyznaczane miejskim pośpiechem. Na obserwacje nowego, nieufnego kota, który uczy się ich domu. Jesienne opadanie resztek tego, co było i nawet jeśli nie miałaby do czego wrócić, to pojawi się coś nowego, bo zawsze tak jest. Tylko trzeba zrobić miejsce.
18 wrz 2014
M 181:
Dziś śnił jej się kret, wczoraj żółte zęby i dziury po nich. Porwane na strzępki sny krążą nad nią, bo wyśnić się muszą, taki nocny program, pomimo, iż się zacina na jej wstawanie do małej jej. Wieczorami, zmęczona ustawiczną krzątaniną, aż usnąć nie może, bo może jeszcze coś do przeczytania, zajrzenia, ustawienia, a najwięcej jej się już nie chce, jak wzywa ogromna kołdra snu, a tu jeszcze trzeba naszykować butelkę i wziąć prysznic i wklepać serum Sunific i krem Magnificence z Lierac i jeszcze najgorzej jak trzeba wywiesić pranie, o którym się zapomniało w ciągu dnia. Co jest takiego w praniu, że można je wstawić, a potem jak się je wyciąga, to natrafia na bluzkę małej jej w śliwkowe plamy, które trzeba mozolnie wywabiać plejadą rozpuszczaczy takich plam i to kolejna czynność, którą trzeba wykonać. Wieszanie prania jest absorbujące, podobnie jak segregowanie i chowanie do szaf i szuflad, nie mówiąc o prasowaniu, bo, chociaż lubi, nie prasuje właściwie wcale. Mozolnym jest również wyciąganie naczyń ze zmywarki, kto to lubi, no kto, na pewno nie ona, a trzeba. Codziennie jest jakaś rutyna, czynności, które się wykonuje bo trzeba i kiedy jest się dużo w domu to one są wypełniaczami dnia, a nie tylko czymś, co się przesuwa na później i upycha przed lub po pracy.
Ona po prostu w codziennej rutynie stara się znaleźć zawsze coś nowego, wielki konik polny wisiał na siatce od boiska, mała ona zaczęła wspinać się do stania i była niebywale dzielna pomimo gigantycznego kataru wyciąganego aspiratorem i odkurzaczem, ogród jest pięknie zielony i aż szkoda, że zastygnie w przymrozkowych porankach, oczywiście fioletowe surfinie wciąż szaleją kwiatami, a u ich stóp rosną srebrzyste wrzosy. Nowy kot, srebrny w prążki jak z reklamy Whiskasa za nic nie daje się pogłaskać, ale rozkosznie bawi się myszką i chodzi za nią jak pies. Kolejne wieczory spędzają w laptopach, bo zawsze coś i splatają się potem na jeden supeł w dwa sny i nastaje dzień, kiedy mała ona podnosi główkę i z rozkosznym uśmiechem oznajmia, że jest gotowa na kolejne dziś.
Ona po prostu w codziennej rutynie stara się znaleźć zawsze coś nowego, wielki konik polny wisiał na siatce od boiska, mała ona zaczęła wspinać się do stania i była niebywale dzielna pomimo gigantycznego kataru wyciąganego aspiratorem i odkurzaczem, ogród jest pięknie zielony i aż szkoda, że zastygnie w przymrozkowych porankach, oczywiście fioletowe surfinie wciąż szaleją kwiatami, a u ich stóp rosną srebrzyste wrzosy. Nowy kot, srebrny w prążki jak z reklamy Whiskasa za nic nie daje się pogłaskać, ale rozkosznie bawi się myszką i chodzi za nią jak pies. Kolejne wieczory spędzają w laptopach, bo zawsze coś i splatają się potem na jeden supeł w dwa sny i nastaje dzień, kiedy mała ona podnosi główkę i z rozkosznym uśmiechem oznajmia, że jest gotowa na kolejne dziś.
31 sie 2014
M 180 albo zimnawo:
Lato powoli sobie idzie o tam, bo one dwie siedzą na ławce przed
domem jak w sanatorium, mała ona opatulona w turkusowy sweterek, spod
którego świecą fosforyzujące, niebieskie tęczówki, otoczone płotkiem
coraz dłuższych, ciemnych rzęs. Oglądają przejeżdżające samochody,
biegającego psa, sprawdzającego linię bramy i kość, wierzgają nogami, bo
zimno. Niedługo w przeciętej otwartą przestrzenią bramie pojawi się on i
mała ona zawierzga z całej siły całą sobą, nawet nosem, bo jego
uwielbia. I będą robić samoloty i salta, wywołując marszczący nos
śmiech. Mało jej jego, bo ciągle coś i gdzieś i ona też tak i przez to
się mijają i zejdą na dłużej po pierwszym tygodniu września. Ciemnymi,
coraz zimniejszymi nocami wtulają się w siebie, jakby to był koniec
świata, właśnie teraz, po zmęczonym dniu wypełnionym wierzgającą małą
nią, niezliczonymi sprzątaniami domu, codzienną dreptaniną. Kula jej
niewyspania osiągnęła monstrualne rozmiary i ani myśli się skurczyć i
czy rozpadnie się na atomy czy na coś jeszcze mniejszego to ona już nie
wie, ale naprawdę jej ciężko ją nosić. Może za dużo tego, nie umie
odpoczywać, nie umie dobrze usnąć, jakby coś jej się w mózgu nie
domykało, a przecież stara się zmęczyć na tyle, że w sen wyspany popaść.
Bo i zwiedza powietrze kolo Lewiatana i koło warzywniaka, gdzie jeszcze
twarde klapsy i jabłka sunrise i kupuje sobie big milka właśnie po to,
aby wyrzucić patyczek z napisem próbuj dalej w ruinę, która kiedyś była
całkiem ładnym domem, no co, taki patyk to drewno i każdy wyrzuca, bo
śmietników brak, organiczne przynajmniej.
A kiedy zrobi zacieśni już swoją spacerową pętlę, przy okazji rozmawiając z panią w sklepie na Jeleniej o skuteczności preparatów na komary, postanowi, że pojedzie do Łodzi i właśnie tak zrobiła, bo lubi raz na jakiś czas za Pomorzanami posłuchać Pink Floyd bo tam nie sięgają macki fal Trójki. Każda z trzech godzin trasy, którą przemierza raz na jakiś czas jest podzielona na jakieś emocje, bo do Końskich to kiedyś była powódź i trzeba było ostrożnie jechać, w Paradyżu po prawej stronie w maleńkiej piekarni mają świetne drożdżówki no i tam właśnie, na odpuście, zaręczyli się, z impulsu zepsucia się hamulca w samochodzie i okoliczności, że czerwiec i prawie jak Paryż. Przed Piotrkowem był zawsze okropny korek, bo most w Sulejowie remontowali wieki a potem na stacji łapczywie wcinała hot doga, bo Antka w brzuchu domagała się bułki z parówką i z musztardą, właśnie jako zwieńczenie wydostania się z tego koszmarnego korka, który wykańczał lewą nogę i sprzęgło. Więc tak ma, że zabiera małą ją w podróż i już tęskni, jak tylko wyjedzie poza linię bramy, nieustannie myśląc, że po prawej stronie trzeba wreszcie wyciąć kawałek drzewo-krzaka, który zasłania drogę czy coś jedzie czy nie. Ale niedługo przyjdzie jesień i zdmuchnie liście i może nie będzie już trzeba.
A kiedy zrobi zacieśni już swoją spacerową pętlę, przy okazji rozmawiając z panią w sklepie na Jeleniej o skuteczności preparatów na komary, postanowi, że pojedzie do Łodzi i właśnie tak zrobiła, bo lubi raz na jakiś czas za Pomorzanami posłuchać Pink Floyd bo tam nie sięgają macki fal Trójki. Każda z trzech godzin trasy, którą przemierza raz na jakiś czas jest podzielona na jakieś emocje, bo do Końskich to kiedyś była powódź i trzeba było ostrożnie jechać, w Paradyżu po prawej stronie w maleńkiej piekarni mają świetne drożdżówki no i tam właśnie, na odpuście, zaręczyli się, z impulsu zepsucia się hamulca w samochodzie i okoliczności, że czerwiec i prawie jak Paryż. Przed Piotrkowem był zawsze okropny korek, bo most w Sulejowie remontowali wieki a potem na stacji łapczywie wcinała hot doga, bo Antka w brzuchu domagała się bułki z parówką i z musztardą, właśnie jako zwieńczenie wydostania się z tego koszmarnego korka, który wykańczał lewą nogę i sprzęgło. Więc tak ma, że zabiera małą ją w podróż i już tęskni, jak tylko wyjedzie poza linię bramy, nieustannie myśląc, że po prawej stronie trzeba wreszcie wyciąć kawałek drzewo-krzaka, który zasłania drogę czy coś jedzie czy nie. Ale niedługo przyjdzie jesień i zdmuchnie liście i może nie będzie już trzeba.
8 sie 2014
M 179:
Dzień samych ósemek, osiemów, jakby powiedział jej siostrzeniec, bo i ósmy miesiąc małej jej i małej jej numerologiczne 8. Ona po raz kolejny przybita gwoździem niewyspania, co jest, jakby kawa nie miała kofeiny, jakby przeszła w stan nieustannego czuwania, nawet nocą, chociaż zasypia w moment, śpi czujnie, bo mała ona jeszcze raz żąda jedzenia, a potem nad ranem krążą nad nią bardzo ciężkie, absolutnie irracjonalne sny, najlepsze scenariusze dla Kubricka albo Polańskiego. Szum deszczu przeprowadza ją ładnie na drugą stronę dnia, i mogłaby tak leżeć i nic więcej, ale na takie nic więcej nie pozwoli sobie jeszcze bardzo długo. Co za dzień ciężki, może zrobić jakieś ciasto z kremem i jagodami, ale potem trzeba znów sprzątać, więc może lepiej nie. Może pójdzie na spacer i rozgoni te ciężkie chmury niewyspania, może. To jest trochę tak, że im mała ona więcej rośnie, tym ona ma mniej siły, albo może mała ona ją rozpuściła dając jej za dużo czasu na myślenie i na pisanie trochę też i właśnie tak się dzieje, że ona popada w tumiwisizm. Niedobrze.
Zrobiła obiad, gotując marchewkę, kalafiora, zieloną fasolkę i mieszając ją z bulgurem, czosnkiem, wędzoną papryką, świeżą miętą i bazylią. Popołudnie nie siekające deszczem, więc przejdą się pewnie i tu i tam, wracając na podwieczorek. Na pewno zjadliwie poogląda sobie modowe osiedlowe zjawiska, chociaż w centrum jest ich więcej. Najgorzej przejść, kiedy słodkawo-mdlący zapach potu utrzymuje się jeszcze długo po przejściu jego właściciela i nie można go ominąć. Lato. W Biedronce wyścig do kasy, prawie tratując małą ją, bo przecież o dziewiętnastej jest koniec świata. Dobrze, że ich dom, otoczony zielonością, jest schronieniem, w którym może sobie rozmyślać o niezwykłościach ósemek, wierzyć w białe motyle i zamknięte w nich dusze fruwające za oknem, o tym, że w ich domu nie ma duchów, bo jest nowy i nie zdążył nasiąknąć przeszłością. Zamykają się więc w nim z małą nią i w takie dziwaczne popołudnie jak dziś, wspólnie gryzą jedno jabłko patrząc na film Hitchcocka. A wieczorem sprawca tego niepokoju pokazał zamgloną twarz. No tak, wszystko przez księżyc.
Zrobiła obiad, gotując marchewkę, kalafiora, zieloną fasolkę i mieszając ją z bulgurem, czosnkiem, wędzoną papryką, świeżą miętą i bazylią. Popołudnie nie siekające deszczem, więc przejdą się pewnie i tu i tam, wracając na podwieczorek. Na pewno zjadliwie poogląda sobie modowe osiedlowe zjawiska, chociaż w centrum jest ich więcej. Najgorzej przejść, kiedy słodkawo-mdlący zapach potu utrzymuje się jeszcze długo po przejściu jego właściciela i nie można go ominąć. Lato. W Biedronce wyścig do kasy, prawie tratując małą ją, bo przecież o dziewiętnastej jest koniec świata. Dobrze, że ich dom, otoczony zielonością, jest schronieniem, w którym może sobie rozmyślać o niezwykłościach ósemek, wierzyć w białe motyle i zamknięte w nich dusze fruwające za oknem, o tym, że w ich domu nie ma duchów, bo jest nowy i nie zdążył nasiąknąć przeszłością. Zamykają się więc w nim z małą nią i w takie dziwaczne popołudnie jak dziś, wspólnie gryzą jedno jabłko patrząc na film Hitchcocka. A wieczorem sprawca tego niepokoju pokazał zamgloną twarz. No tak, wszystko przez księżyc.
7 sie 2014
M 178:
Bo to jest trochę tak, że pojawiają się litery, wyglądają zza krzaków mięty, którą trzeba przesadzić, są w donicy z surfiniami, które rosną jak szalone, zwłaszcza te oczywiście fioletowe, bo misternie je podlewa wodą z odżywką. I jest tak, że ona nie ma kiedy napisać tego co w głowie, co w tym momencie, bo ciągle coś do zrobienia. Bo zainspirowana wystrojem kwiaciarni w otoczonym betonem Carrefourze postanowiła zmienić łazienkę małą i poodwiedzali TK Maxx-y, Castoramy i internety i już jest małe pomieszczenie nie do poznania, jakby się wstawiło inny klocek w tę część domu. Bo ma tak, że z przodu domu jest najchłodniej i tam właśnie zrobili kącik z kwiatami, rosnącymi jak opętane w ładnych donicach, kącik z ławką przykrytą patchworkową narzutą i stołem zrobionym z palety. Jak dobrze jest jechać opętanie 20 km o 20 po bejcę do tego stołu z przeczuciem, że będzie wypadek, bo sarna i on się wydarza, ale trzy samochody przed nią. I to wszystko robić w ekspresowym tempie, bo akurat teraz jest taka chwila do wyżycia i to cieszy. I to, kiedy znajduje się kawałek konopnego sznurka, którym była przewiązana metka z czegoś i ten kawałek akurat idealnie pasuje do powieszenia lustra. Taki drobiazg a łazienka piękna i dobrze się w niej siedzi w te straszne burze.
Upały wygryzają trawę, męczą strasznie i małą ją i ją, a potem z tych upałów strzelając piorunami, przesuwając chmury to nad prawą stronę domu, to nad lewą. Bo ona burzy nie znosi, od dziecka boi się ognia, huków, piorunów, ciemnej, gęstniejącej masy, z której wisi deszcz i ucieka wtedy, gdzie może, teraz właśnie najlepiej do ładnej łazienki, bo w niej najmniej widać jak niebo tnie się na kawałki.
I w takim sierpniowym upale, który odbiera siły i skazuje na ciężkie, dziwne sny, ugryzienia po komarach najbardziej drapią jak się zasypia, a nie ma się jak schować pod najcieńszą Mysę z ikei bo gorąco. W sumie to aż nic się nie chce, bo już za górką, kiedy pcha wózek, dopada ją straszny upał i trzyma aż do powrotu i gdyby nie wózek, to byłoby aż ciężko iść. Opalona, wieczorami regeneruje się naprędce balsamem Lierac Prescription, koreańskim serum z witaminą C, kremem Magnificence z Lierac i tak, tyle w siebie wciera, aby zachować to, co jest, ma nadzieję, nie zjedzone do reszty słońcem. Wieczorami, kiedy kota niezmiennie kładzie się na jej lub jego przedramionach, ona usiłuje pisać a on starannie masuje jej stopy, oglądając stare odcinki Beverly Hills 90210. Lubią się tak razem domowić, kiedy mała ona rozkosznie śpi przywalona misiami, kiedy już głowa jej śpi, a rączka jeszcze walczy z owieczką Stellą, a mała opalona stópka oplata fioletowy kocyk w ważki, lubią jeść wieczorami maliny nadziewane na widelec (ona) i krówki opatowskie z każdego koloru (on) i tak sobie są do dwudziestej trzeciej, w ciszy niedużego domu, nie otwartej na świerszcze bo komary.
Upały wygryzają trawę, męczą strasznie i małą ją i ją, a potem z tych upałów strzelając piorunami, przesuwając chmury to nad prawą stronę domu, to nad lewą. Bo ona burzy nie znosi, od dziecka boi się ognia, huków, piorunów, ciemnej, gęstniejącej masy, z której wisi deszcz i ucieka wtedy, gdzie może, teraz właśnie najlepiej do ładnej łazienki, bo w niej najmniej widać jak niebo tnie się na kawałki.
I w takim sierpniowym upale, który odbiera siły i skazuje na ciężkie, dziwne sny, ugryzienia po komarach najbardziej drapią jak się zasypia, a nie ma się jak schować pod najcieńszą Mysę z ikei bo gorąco. W sumie to aż nic się nie chce, bo już za górką, kiedy pcha wózek, dopada ją straszny upał i trzyma aż do powrotu i gdyby nie wózek, to byłoby aż ciężko iść. Opalona, wieczorami regeneruje się naprędce balsamem Lierac Prescription, koreańskim serum z witaminą C, kremem Magnificence z Lierac i tak, tyle w siebie wciera, aby zachować to, co jest, ma nadzieję, nie zjedzone do reszty słońcem. Wieczorami, kiedy kota niezmiennie kładzie się na jej lub jego przedramionach, ona usiłuje pisać a on starannie masuje jej stopy, oglądając stare odcinki Beverly Hills 90210. Lubią się tak razem domowić, kiedy mała ona rozkosznie śpi przywalona misiami, kiedy już głowa jej śpi, a rączka jeszcze walczy z owieczką Stellą, a mała opalona stópka oplata fioletowy kocyk w ważki, lubią jeść wieczorami maliny nadziewane na widelec (ona) i krówki opatowskie z każdego koloru (on) i tak sobie są do dwudziestej trzeciej, w ciszy niedużego domu, nie otwartej na świerszcze bo komary.
24 lip 2014
M 177 albo środek wakacji:
Pojawiły się jabłka Genewa, a w Kazimierzu Dolnym na Małym Rynku starszy pan zachwalał ogromne czerwone porzeczki i zawsze jej żal, jak ktoś się stara, coś zerwał, ułożył i przywiózł i sprzedaje, stojąc lub siedząc nierzadko w niemiłej ciału atmosferze. Tak, jest bardzo naiwna, bo milion razy dała się nabrać biednym babciom sprzedającym trzy pietruszki a tak naprawdę to mogła być szajka sprzedająca szemrane warzywa tu i ówdzie, bo na numer z babcią wiele osób się nabiera i to działa. Trudno, kupiła by pół świata, bo starsze panie i dziadziusie o poczciwych oczach są jej czułym punktem, ma do nich sentyment, coś jej się robi w środku, że muszą tak siedzieć i sprzedawać bo być może to ich jedyne okno na świat - pooglądać ludzi, podsłuchać, co się dzieje u tych młodych i uciec tym samym od straszliwego tsunami samotności.
Lipiec się więc nieco zestarzał, im bardziej w lato tym więcej śliwek i moreli, aż do wrześniowych rozkoszy, kiedy wszystko owocuje na potęgę i ona to uwielbia.
Lato pachniało kiszonymi ogórkami mamy, kiedy wracała z harcerskich obozów, taszcząc wielki plecak na stelażu, którego prawie pół piętra zajmował gruby sweter, podstawa wyjazdów i wiecznie mokry ręcznik. Pamięta dokładnie, jak układało się ubrania, aby w plecaku cokolwiek się zmieściło i jak często urywały się szelki od tego ciężaru i biegło się do pociągu o jednej szelce i o zdrowych nogach bo trzeba było złapać lato. Wtedy nic nie przeszkadzało, można było spędzić miesiąc w bagiennym, onirycznym klimacie, pełnym meszek, nie schnących ubrań i trwać w wiecznym niewyspaniu, bo o drugiej w nocy podkradało się olej i mąkę na naleśniki z namiotu gospodarczego w zgrupowaniu. Jaki był dreszcz emocji, kiedy mimochodem było się podglądanym w sanitarnym enesie, kiedy na mokrej, ubitej ziemi ostrożnie stawiało się nogi na reklamówkach, aby się nie ubrudzić i nie przewrócić znienacka. Były czasy, że przez trzy tygodnie nie widziała się w lustrze a potem było niesamowite zaskoczenie, że jest się krzywo opalonym, ma się wypłowiałe i wysuszone na wiór włosy przewiązane sznurówką, bo się zgubiło jedyną gumkę. Lipiec to był czas marszu na zwiady w nieprzewiewnych mundurach, mycia menażek w trzech ocynkowanych baliach o charakterystycznym zapachu ludwika pomieszanego z tłuszczem i każdy, kto tylko był na harcerskim obozie jest sobie w stanie przypomnieć jak pachniało w harcerskiej kuchni.
Sierpień był dla niej miesiącem zdobywania gór, które poszarpaną nitką zszywały cały miesiąc w jedną wielką radość. Ulubione jej trasy, wielokrotnie zdobywane - Dolina Pięciu Stawów z przejściem przez Świstówkę, Czerwone Wierchy zdobywane najlepiej od Doliny Małej Łąki, Wołowiec, Rakoń i Grześ, wreszcie Kozi Wierch i Zawrat, trasy precyzyjne i wymagające dobrej aklimatyzacji, aby dały należytą radość. Każdy sierpień to były góry, albo Beskidy albo Tatry Słowackie i przytulone do nich małe miasteczka, jesień pozostawiając biwakom w Bieszczadach. Dziesiątki rajdów, zdartych butów, nocowania w stodołach i mycia się w lodowatej wodzie. Kromek chleba z pasztetem, jabłek papierówek, ostrej anginy i wąchania swetra przystojnego kolegi, siedząc na lepkiej podłodze w schronisku i popijając słodką herbatę bo zimno. Kiedy padało, zakładało się wielką folię z kapturem i skórzane trapery, nie będąc uzbrojonym w goreteksy, spandeksy i technologie, tylko w serce i siły, bo góry w sierpniu to była konieczność absolutna i tak przez lata. Bolały plecy, barki od ciężkiego plecaka, zakwasy w łydkach, paliły się nosy w słońcu, gryzły osy, było się omijanym przez sokoły, ale i tak najcudowniej było wieczorem rozłożyć papierową, wojskową mapę sklejoną taśmą i liczyć ile się przeszło.
Jest w niej nieustanny sentyment do takich wypraw, tyle, że teraz inne nieco czasy i patchworkowe kolana, ale mała ona - jeśli tylko będzie chciała - też będzie zszywać poprute ściegi gór - idąc. Nie tylko w sierpniu.
Tymczasem spacerują, on zawsze prowadząc wózek z małą nią, ona - trzymając łodyżkę nadgarstka i kiścią dłoni tuż obok jego. I tak zaraz wejdą w sierpień.
Lipiec się więc nieco zestarzał, im bardziej w lato tym więcej śliwek i moreli, aż do wrześniowych rozkoszy, kiedy wszystko owocuje na potęgę i ona to uwielbia.
Lato pachniało kiszonymi ogórkami mamy, kiedy wracała z harcerskich obozów, taszcząc wielki plecak na stelażu, którego prawie pół piętra zajmował gruby sweter, podstawa wyjazdów i wiecznie mokry ręcznik. Pamięta dokładnie, jak układało się ubrania, aby w plecaku cokolwiek się zmieściło i jak często urywały się szelki od tego ciężaru i biegło się do pociągu o jednej szelce i o zdrowych nogach bo trzeba było złapać lato. Wtedy nic nie przeszkadzało, można było spędzić miesiąc w bagiennym, onirycznym klimacie, pełnym meszek, nie schnących ubrań i trwać w wiecznym niewyspaniu, bo o drugiej w nocy podkradało się olej i mąkę na naleśniki z namiotu gospodarczego w zgrupowaniu. Jaki był dreszcz emocji, kiedy mimochodem było się podglądanym w sanitarnym enesie, kiedy na mokrej, ubitej ziemi ostrożnie stawiało się nogi na reklamówkach, aby się nie ubrudzić i nie przewrócić znienacka. Były czasy, że przez trzy tygodnie nie widziała się w lustrze a potem było niesamowite zaskoczenie, że jest się krzywo opalonym, ma się wypłowiałe i wysuszone na wiór włosy przewiązane sznurówką, bo się zgubiło jedyną gumkę. Lipiec to był czas marszu na zwiady w nieprzewiewnych mundurach, mycia menażek w trzech ocynkowanych baliach o charakterystycznym zapachu ludwika pomieszanego z tłuszczem i każdy, kto tylko był na harcerskim obozie jest sobie w stanie przypomnieć jak pachniało w harcerskiej kuchni.
Sierpień był dla niej miesiącem zdobywania gór, które poszarpaną nitką zszywały cały miesiąc w jedną wielką radość. Ulubione jej trasy, wielokrotnie zdobywane - Dolina Pięciu Stawów z przejściem przez Świstówkę, Czerwone Wierchy zdobywane najlepiej od Doliny Małej Łąki, Wołowiec, Rakoń i Grześ, wreszcie Kozi Wierch i Zawrat, trasy precyzyjne i wymagające dobrej aklimatyzacji, aby dały należytą radość. Każdy sierpień to były góry, albo Beskidy albo Tatry Słowackie i przytulone do nich małe miasteczka, jesień pozostawiając biwakom w Bieszczadach. Dziesiątki rajdów, zdartych butów, nocowania w stodołach i mycia się w lodowatej wodzie. Kromek chleba z pasztetem, jabłek papierówek, ostrej anginy i wąchania swetra przystojnego kolegi, siedząc na lepkiej podłodze w schronisku i popijając słodką herbatę bo zimno. Kiedy padało, zakładało się wielką folię z kapturem i skórzane trapery, nie będąc uzbrojonym w goreteksy, spandeksy i technologie, tylko w serce i siły, bo góry w sierpniu to była konieczność absolutna i tak przez lata. Bolały plecy, barki od ciężkiego plecaka, zakwasy w łydkach, paliły się nosy w słońcu, gryzły osy, było się omijanym przez sokoły, ale i tak najcudowniej było wieczorem rozłożyć papierową, wojskową mapę sklejoną taśmą i liczyć ile się przeszło.
Jest w niej nieustanny sentyment do takich wypraw, tyle, że teraz inne nieco czasy i patchworkowe kolana, ale mała ona - jeśli tylko będzie chciała - też będzie zszywać poprute ściegi gór - idąc. Nie tylko w sierpniu.
Tymczasem spacerują, on zawsze prowadząc wózek z małą nią, ona - trzymając łodyżkę nadgarstka i kiścią dłoni tuż obok jego. I tak zaraz wejdą w sierpień.
7 lip 2014
M 176 albo dwa lata:
Tak, ona lubi daty, pewniki, które trzymają tradycję w widełkach pamiętających o rocznicach, urodzinach i właśnie wtedy jej się też słowa najlepiej sączą, jak dziś francuskie Chardonnay i Coltrane. Objedzeni krewetkami w maślano-winnym sosie, z pobrzmiewającą nutą saksofonu i słodkich truskawek, sączą swój dwuletni staż małżeński, z niebieskookim owocem, równie słodko śpiącym na górze, przykrytym bambusowym kocykiem Lullalove. Bo właściwie to wszystko skupia się wokół tych 6450 g i 66 cm, które potrafią dwoma i pół zębami przegryźć wszystkie smoczki. Które układają stopkę na stopce pod kątem na oparciu od spacerówki i tak sobie ogląda świat, matka to nuda. Które małymi rączkami zwiedzają absolutnie wszystko i najchętniej zatapiają się w łyżce z zupką, bo znakomicie się w niej ciamka i rozsmarowuje. I jak trudno wyjąć tę małą, upartą rączkę z zawieszenia w owej zupce, wie tylko mama, która każdego popołudnia odbywa walkę z polubianiem warzyw i mięsa. W jedzeniu zresztą najfajniejsze są morele i śliwki, wzorki na krzesełku Mamas& Papas i nowe śliniaki w słoniki z TK Maxx, a cała reszta jak samo jedzenie, codzienny rytuał, który mama z mozołem złośliwie powtarza, a już wycieranie umorusanej buzi to absolutny koszmar, który niestety musi być codziennie. Mała ona zaczęła po raz pierwszy małymi piętkami podpierać niebo, leżąc obok niej pod perukowcem. Mała ona od czasu narodzin jest traktowana jak odrębny człowiek i pomimo, że ona miała zadatki na kwokę, to nią nie jest. Bo udało jej się dziecko, które potrafi się sobą zająć, które jest regularnie odkładane na spanie i na bycie sobie i patrzenie na to, co wokół. Bo ona jej po prostu na to pozwala. Mała ona wie, że mama musi sprzątnąć łazienkę i zrobić babci zupę ogórkową i trzeba mamie to umożliwić. To nie jest łatwe, im mała ona robi się większa, tym więcej wymusza i krzyczy i umiejętność nie dosłownego utulenia tego krzyku łatwa nie jest. Na szczęście są wieczorne rytuały, kiedy mała ona po dziewiętnastej żąda bliskiego spotkania z misiami, bo trzeba im sprawdzić metki na dupce i w łóżeczku chce być natychmiast. Odkąd mama pokazała jej perspektywę spacerówki zwróconej przodem do świata, samochody są super, półki w sklepie, wystająca lewa noga jest super i wiecznie uśmiechnięty bokser Diesel też.
W dwuletnim małżeństwie zawartym po trzydziestce każdy rok jest jak pięć w długodystansowym stadle. Nie ma czasu na muchy w nosie, zgniatane właściwie od razu, na obrażanie się, bo to już było w poprzednich wcieleniach. Wie się, czego chce i mówi o tym otwarcie. Wiele pierwszych rzeczy już było, ale i tak znajdą się te najpierwsze, bo przeżywane bez ogródek i z pełną mocą. Tak to się dzieje, kiedy druga osoba patrzy w tę samą stronę, ale nie próbuje na siłę spełniać marzeń i robić czegoś wbrew sobie, w imię bycia razem. Tak to jest, że jedząc wspólnie krewetki w ich wspólny wieczór nie muszą być już na wysoki połysk. Tak, czuje, jakby się znali bardzo długo, a mała, niebieskooka on była swoistym połączeniem ich dwojga, a jednak cudownie inną sobą od co najmniej siedmiu miesięcy.
W dwuletnim małżeństwie zawartym po trzydziestce każdy rok jest jak pięć w długodystansowym stadle. Nie ma czasu na muchy w nosie, zgniatane właściwie od razu, na obrażanie się, bo to już było w poprzednich wcieleniach. Wie się, czego chce i mówi o tym otwarcie. Wiele pierwszych rzeczy już było, ale i tak znajdą się te najpierwsze, bo przeżywane bez ogródek i z pełną mocą. Tak to się dzieje, kiedy druga osoba patrzy w tę samą stronę, ale nie próbuje na siłę spełniać marzeń i robić czegoś wbrew sobie, w imię bycia razem. Tak to jest, że jedząc wspólnie krewetki w ich wspólny wieczór nie muszą być już na wysoki połysk. Tak, czuje, jakby się znali bardzo długo, a mała, niebieskooka on była swoistym połączeniem ich dwojga, a jednak cudownie inną sobą od co najmniej siedmiu miesięcy.
30 cze 2014
M 175:
Dlaczego ten miesiąc nie może trwać do grudnia, kiedy właśnie teraz splatają się najlepsze owoce, maliny, jagody, czereśnie i truskawki, jedzone na przemian z bobem i tak w kółko, nieumiarkowanie warzywno-owocowe trwa. Jaśmin i u nich i u sąsiadów gubi ostatnie płatki, podobnie jak peonie, które będą grały w swoje kulki za rok. Mała ona, rozkosznie śpiewa, w spacerówce obserwując ulice i wystawiając lewą stopkę nieco bardziej niż prawą, najlepiej bez skarpetek, bo one tylko przeszkadzają w życiu małego człowieka. Raz pada, raz nie. Raz przejeżdżają ogromne samochody (swoją drogą po co się je kupuje, biorąc pod uwagę miejskie życie i ekonomię), raz mniejsze, o jaskrawych kolorach i wtedy jest najfajniej. Mała ona najchętniej by zjadła już dorosłe jedzenie, a nie, mama jej wtyka papki jak dla niemowlaków i dziwi się, że zje tylko cztery łyżeczki. Jej znów dni płyną. Rytm spacerów, obiadów, sprzątania, podróży do Łodzi, znów zakurzenia, znów powtarzanych czynności, kiedy to wszystko w tym czasie się mieści, to ona nie wie. Odkryła koreańskie serum z witaminą C, podobne w konsystencji do jej ukochanego Hydra Chrono z Lierac. Nie lubi szamponu Wax do wypadających włosów, bo robią się po nim jak siano i w dodatku mokre. Jakoś w ogóle jest tak, że wstaje i nagle jest 22 i dwudziesta któraś minuta meczu i świat zamiera czy strzelą, czy będą karne. Dawno nie była w lesie. Ani nad zalewem. Bo czerwcowe ciągle coś pcha ją w okołodomowe zajęcia, mogące skupić się nad tym, co nowego w warzywniaku. Coś jest w takich sklepach, że pachną podobnie, może seler, może kapusta kiszona nadają warzywniakom charakterystycznego zapachu. Ciekawe, czy ktoś się w ogóle nad tym zastanawia, ale przechodząc obok sklepu spożywczego, zawsze ciągnie się za nim skwaśniała woń mleka, pomieszana z zapachem białych bułek. Po prostu się wie, że to tu. Mała ona sklepy uwielbia, bo ludzie tonący w jej wielkich, niebieskich oczach, bo światła, rzeczy, kolory i wielkie wypisane ceny, teraz, w spacerówce widoczne jeszcze bardziej. I patrzy ta mała ona, jak mama biega po sklepie i upycha potem do wózka tysiąc rzeczy a potem wszyscy się w domu cieszą, że jest i jedzą. Bób, czereśnie i jagody, młode warzywa w zupie, przypalony popcorn, truskawki nadziewane na widelec i wszystko jest kolorowe, świeże i pachnące jak młode lato, które właśnie się zaczęło. Bezkumkające już wieczory, pachnące zielonością, spędzają na fioletowej kanapie, on masując jej stopy, ona zatopiona w koniecznościach komputerowych, a potem idą razem w swoją noc, pozaplatani we wspólną, ostatnią czerwcową noc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)