8 gru 2011

M 91 albo o tułaczce:

Gdzie jego siła, gdzie, tak bardzo jej potrzebuje, tak bardzo tęskni za nim i za Krakowem. Idąc dużymi ulicami miasta na Wu przypomina sobie ciemność krakowskich ulic, stukot końskich kopyt na bruku i hejnał, który przez tyle lat przypominał, że jest we właściwym miejscu. W mieście na Wu obija się o kolorowe wystawy sklepów, w których nigdy nie była i nie zamierza ich oswajać, bo jej sklepy są w Krakowie i w Łodzi, tam je zostawiła, i tam będzie do nich wracać. To pierwsze przedświęta w nadal obcym mieście, ulicami znajome, oświetlone i płynące kolędami, ale zupełnie nie jej, samotne, potłuczone jak ona obita o tłum w metrze. Nie umie wykrzesać z siebie radości, że nastaje najpiękniejszy czas w roku i wczoraj upiekła 200 kruchych ciastek na widzimisię jakiegoś pana od ubrań, ale radosne oczy K., bycie z nią w czas kataru i jedzenie rosołu z potężną marchewką pośrodku było jakimś rytuałem kobiecym, daleko ponad czyjeś pokazy sztuka dla sztuki, ponad szmerek tzw. towarzystwa, bo oba wciąż nie wierzy, że w mieście na Wu coś może być bezinteresowne i stworzone dla samego radosnego widoku oczu przyjaciółki.
Idzie po ulicach śladami Mikołaja, ze ściśle wytyczonym planem przemyślanych podarunków i tylko radość z dawania może przetrwać sypiące się drobne szczypty śniegu, kolejki do kas i ciągły, chroniczny brak czasu i bezmiłość miasta na Wu. A gdzieś w jej podszewce, rozrywanej wciąż pokornym myśleniem, że pewnie się nie uda, bo dlaczego miałoby skoro absolutnie wszystko trzeba okupić tytaniczną pracą, gdzieś najgłębiej na świecie być może powstała tajemnica, o której dowie się za jakieś dziesięć dni. W apogeum świateł, biegania, wirującego śniegu z drobnym meszkiem pokrywającym wszystko i wszystkich tak samo, być może dostanie gwiazdkę z nieba.

30 lis 2011

M 90 albo środa:

Nad ich domem trwały gęste gwiazdy, obejmujące przestrzeń listopadowego nieba ciemnym kręgiem z zagadką lasu z jednej strony i mrugającymi oczami miasta z drugiej. Gdzieś poza ich okręgiem się działo, można było się przemieścić tu i tam, ale ona wolała trwać taka dłuższą chwilę obok domu z zieloną dachówką, patrząc na bezlistny i oczekujący na zimę ogród. Dzień miała nerwowy, nie zakończony pomyślnie, zaśnięty w jego czułych dłoniach podczas masażu prawego podudzia, on na rękach tak właśnie przeniósł ją do łódki Morfeusza na drugą stronę dnia, najczulej i najostrożniej jak potrafił, aby łódka przepłynęła miękko.
Pierwsza mżawka listopadowa wyciągnęła zapomniany parasol i pod warszawskim niebem, gdzie gwiazdy milkną od świateł, przemyka w koniec zmęczonego dnia, strząsając z zakamarków kurtki jesienną, nieprzyjemną wilgoć. Wciąż zawiązana na supeł, pogrążona w koniecznościach, na chwilę rozsycha. Kiedy grzeje się w cieple przyjaciół przy kominkowym ogniu, codziennie budującym inne miasta, wybijając rytm hitów z lat 80-tych na fioletowych poduszkach i tańcząc znienacka dyskotekowe, latynoskie rytmy. Rozsycha, by znów na chwilę zastygnąć w grudkę żwiru, bo nie ma szczęścia w chwilach, kiedy jej najbardziej zależy i to, co później wychodzi, jest nie przyprawione, mdłe i nie takie. Nieudane. Bo ma tak, że wszystko musi wydreptać, okupić, wymodlić, wymęczyć, wytęsknić i jak już poczuje totalną ścianę, bezsiłę, koniec, nie ma już żadnego pomostu, pomocy - to wtedy się udaje. Szczęście to bardzo ulotna chwila, w która trzeba wcelować piłką pokory i pracy - tak ona zawsze ma. Najwyraźniej. Się nie zmieni. I chciałaby, aby wreszcie złapała te piłkę i rzuciła i wcelowała w to, na co już tak dawno i długo czeka. Musi przyjść taki dzień, pod każdym niebem, niezależnie od gwiazd.

20 lis 2011

M 89:

Odsycha. W jej niebie rozpostartym od piątku wieczór do poniedziałku bardzo rano pieskoty wiecznie głodne kocich chrupków i dotyku, pieskotowym swoim rytmem wtulają zmruczane kocie sny i płowe bokserskie myśli o jesiennym, spacerowym lesie, wybieganym łapami. Jesień smakuje pigwówką, zupą cebulową z tymiankiem, imbirem i gorgonzolą, pachnie dymem, który wyznacza kierunek ostatnim spadającym liściom. Wokół domu nadal niebo jest duże, porozrywane chmury odsłoniły niebo i uśmiechnęły je słońcem, dając jej poczucie, że poza miastem na Wu istnieje bardzo dużo prastarych rytmów przyrody, nie wyznaczanych tylko cyframi rozkładów jazdy 117 i pociągu relacji Warszawa - Kraków z przystankiem na zawsze zimne Skarżysko-Kamienną. W jej niebie nie przejmuje się, że można spać do dziesiątej, nie chodzić na fitness, jeść popcorn miskami i szarlotkę od mamy. W jej niebie jest równowaga, jak rozpostarta lina, z której nic jej nie wytrąci przez trzy dni i jeszcze wystarczy na trzy kolejne w mieście na Wu, po tej linie potrafi bezbłędnie stąpać, a jak z lekka spada, to pieskoty i jego skrzydła za nic nie pozwolą upaść niżej niż linia liny.
Odsycha. Przed kominkiem, gdzie on buduje z drewna palące się miasta i spadają w swoją hipnotyzującą przestrzeń, tlącą się żarem coraz to innego rozpalanego życia, które przejdzie w szept dopiero nad ranem, obserwowane przez zakochanego w kominkowym życiu psa. Pije białą herbatę z płatkami fiołków, jesieni się w kołysce z piór i sączy nitkę niedzieli zaplątaną jeszcze w poniedziałek w porannym mieście na Wu.

11 lis 2011

M 88 albo o nierównowadze:

Dzień powitany samymi jedynkami i o 11.11 przyszpilony spotkaniem warg w przerwie między myciem podłogi i ubrań składaniem. Odsycha po wertepach warszawskich w pieskotowej aurze i jego skrzydłach, ale ciężko utulić jej rozedrgany tydzień, coraz trudniejsza równowaga między domem a rytmem pracy, który wprawia ją w nieznośne drżenie. Trudno nacisnąć guzik off w głowie i nie mieć konieczności na cały tydzień rozciągniętych, trudno przestać myśleć o myśleniu, że trzeba przestać, bo ona wszędzie, w każdą część tego co robi, w każdy pyłek najmniejszy i nawet to, co rani ładuje się z całym sercem i zanim wyrwie się na siłę z powrotem i zabliźni te wszystkie swoje poharatania tygodniowe, to minie trochę czasu. I wcale nie jest łatwo trzymać równowagę, kiedy z jej wyraźnie narysowanej linii, którą idzie, raz po raz ją coś strąca i wraca do punktu wyjścia, z którego wyszła już dawno temu. I kiedy zasypia w warszawskim łóżku przytrzymując brzegami powiek za krótką kołdrę snu, nie zawsze myśli jak Scarlett O'Hara i wtedy na jej głowę spadają niewyspane, niedobre i nieregularne sny.

3 lis 2011

M 87:

Uplotła z dymu, wspomnień i barwinka rosnącego w ich ogrodzie wianek na grób jego ojca. Kochał ogród, który zaowocował miłością i czuwał w nim, kiedy oni w tę miłość wchodzili, więc część ukochanej zieloności pomilczy razem z nim w miejscu, gdzie przeżyli wspólne ostatnie lato. Pojedzie w rodzinne ramiona i zapali na grobie pamięć o dziadkach. Życie żyjące w kwiatach, w palcach zapalających zapałkę, w świetle. Cmentarz ożyje, będzie rozmawiał, pachniał dymem, przypomni, wspomni, zaśpiewa po swojemu i pożegna świątecznym światłem. Ona poczuje ciepły uśmiech dziadka, który bujał ją na nodze jak była mała i rysował z nią konie. Drugi dziadek, któremu zawsze dzielnie czytała nekrologi i kronikę wypadków, mówił do niej czule Magduś i patrzył, jak dzielnie zagniata ciasto na makaron małymi dziecięcymi rękami. Babcia, kochająca niebieski kolor, która, pudrując nos wielkim puszkiem i malując wąskie usta szminką Celia, szła do prezydium, zostawiając jej na straży tykający zegar. Co można im teraz dać. Światło. Kwiaty. Uśmiech. Wspomnienia. Ściśniętą, umarłą miłość, na siłę odkochaną, zatartą przez czas. Łzy, wycierane ukradkiem skórzaną, listopadową rękawiczką. Co my sobie dajemy. Ukojenie, że zdążyliśmy się pożegnać. Zalepioną cienką lub grubszą warstwą czasu dziurę, która zawsze powstaje po czyimś koniecznym zniknięciu. Tłumiony ukradkiem płacz, który nie potrafi jeszcze unieść smutku i niepogodzenia. Oni są obok nas, czuwają. Rodzice nad swoimi dziećmi, dzieci nad rodzicami. Plączą się dusze, obserwują pośpiech, płacz, podwyżki i szczęście. Nowe budynki. Koty i psy, które zamierają w kłębkach nieutulonego żalu, zaraz po stracie swojego pana. Pogoń za codziennością, niekiedy coraz bardziej ciężką, bo już bez kolejnego filara w rodzinie, bez którego fundament chwieje się i grozi zawaleniem. Umiera miłość, tworzy się dziura. Można w nią postawić znicz i przynieść kwiaty, zapalić światło i zgasić wyrzuty sumienia. Ale lepiej pójść do ogrodu, na spacer i spojrzeć, na ile umarł świat bez obecności bliskiej osoby. Jak trudniej i jak pełniej się potem uśmiechnąć. Bo życie jest światłem.

25 paź 2011

M 86 albo spokój:

Drzewa naszykowane na biały i zimny cios czekały cierpliwie okrywając się ostatnimi umarłozielonymi liśćmi, jechali pośród prastarych gór plącząc nitki dróg w swoją pierwszą jesień, pierwsze rąk zmarznięcia i tańczące walce rąk wokół kubków z ciepłą herbatą Twinings Lady Grey. Wpadłszy w domu na ciche ogromne zamyślenie patrzy w tył gdzie była bez absolutnie doskonałego tego co teraz jak się czuła jak hotelowy wyrzut będąc gdzieś na orbicie pracowej konieczności, jak przyjeżdżała w piątek do domu pociągiem o 16.28 do Krakowa i w nim nie chciała już rozpuszczalnej kawy Nescafe i markizy Tago podawanej przez zawsze tego samego zmęczonego pana o ciepłych oczach, a potem kupowała butelkę czerwonego wina w galerii i rukolę i pomidory robiła sobie wieczór z samą sobą i czterema ścianami i dwoma stęsknionymi futrami i to było całe jej piątkowe szczęście bardzo często rozmyte przez łzy.
Wszedłszy do wanny w ich domu do rozkosznej kąpieli odbijając stopę od podgrzewanej podłogi i zanurzając się w olejku Lierac dodanym do oceanu ciepłej wody rozpuszczała powoli myśli sprzed paru miesięcy.
Jak rozjeździła w walizkach w pociągach na dworcach w kubkach wypitej kawy w uzbieranych pieczątkach za mocniejszą latte na mleku sojowym ten wielki smutek i walkę z uzależnieniem że musi być czyjaś za wszelką cenę a wcale nie musi bo najbardziej powinna być swoja a potem lśnić sobie sobą dla tego, który jej światło przyjmie jak swoje a nie będzie zasłaniał. Jak musiała wstawać bardzo rano w pokojach hotelowych pachnących środkiem dezynfekującym udawać że jest świetnie że silna że wytrzyma wszystko a potem były takie piątki, że nie chciała widzieć nikogo tylko swoją wannę. A tam rozpadała się pomału na kawałki zbierane fioletową rękawicą i zawijane w czerwony szlafrok. Jak umiała niczego nie zapomnieć i zawsze wyglądać idealnie, nosić się jak tarczę do odbijania pozorów, że ukradkiem nie płacze nie wyje nie je słodyczy nie zapycha tego głosu w środku czymkolwiek ludzkim lub przedmiotowym.
Więc teraz, nasycona harmonią, obija dzień w ciężkiej od niepisania głowie, bo czasem jest tak, że litery aż wymiotują się i nitka słów sączy się z palców a czasem tak, że nic nie można. I w ich domu pełnym ciepła, kiedy trzykoty naraz mruczą a jego troskliwe skrzydła nie pozwalają ani na chwilę na niebyt na muchę w nosie na cień choćby troski kocha całą sobą każdą minutę spędzaną tam, nie przeciętą żadnym miastem. Nie żyje od poniedziałku do czwartku bo w czwartek jest jutro i on do niej przyfrunie.
Otworzą wino jeszcze z Pragi i wypiją do cna wszystkie słowa o tym, dlaczego się tak bała.

16 paź 2011

M 85:

Rozwiązała supeł pracy zawinięty na prawie kość, potrafiła znaleźć nitkę i ją rozciągnąć aż na tydzień. Przepłynęły poranki i wieczory o smaku wina i kominka, aż znaleźli się we mgle na górze i ta mgła nie opuściła ich aż do roziskrzonej niedzieli, kiedy poranne słońce rozjechane kołami rozświetliło siwą trawę, którą już odwiedził dziadek mróz. Jeszcze zieloność przeważa nad euforycznym pomarańczem i żółtością, jeszcze plamy kolorowych drzew malowane pędzlem jesieni nie dominują nad zielonym lasem, jeszcze słońce wisi trochę wyżej niż tuż nad łagodnym zarysem pól. Wjechali we wstęgi dróg miękko posłanych liśćmi, w jesienną, nie dającą rozpoznać się znakom mgłę, w tę ciszę zamkniętych, drewnianych cerkwi o kulistych dachach nie z tej religii, wjechali w miejsce, gdzie drewniane ramiona ścian zamykają w sobie śpiewy i modlitwy, nie wypuszczając ich aż do następnych odwiedzin tych, którzy właśnie w tym miejscu od dziesiątek lat zgodnym chórem otwierają swoje dusze.
Tam, poza miastem, inaczej biega pies, kobiety żyjące odwiecznym rytmem pól niezmiennie noszą chustki, grube swetry i zawsze niebieskie fartuchy, ptaki otwierają sobie kluczem na niebie drzwi do swojej pory roku, ziemia wie, kiedy ma umrzeć, kiedy odpocząć od dawania życia a kiedy pachnieć narodzinami.
Odnaleźli deszcz i pierwszy śnieg siekający bezlitośnie wszystko tak samo, parasole, ubrania, ulice, samochody, siekający zmarszczki ziemi na polach, krótko ostrzyżone łąki, oznajmiając, że teraz nie będzie łatwo a coraz zimniej. Spróbowali jak rozrywa płuca od powietrza w górach, jak wyglądają misterne koronki balkonów drewnianych willi, jak można we mgle się zatracić i jak przez to zbliżyć. Liczyli małe kapliczki urosłe przy drodze, Madonny o niebieskich szatach upstrzone kwiatami, apostołów, Chrystusów stawianych w najbardziej absurdalnych miejscach i kto o te małe świątynie dba i kto zadba jak Czas zabierze tych, którzy się nimi teraz opiekują. Kto pozwala żyć takim kapliczkom, służyć milcząco krętym górskim drogom, kto je tam postawił i kiedy. Odporne na deszcz, mgłę i upał, jak absolutne pewniki, że cokolwiek się na świecie wydarzy, to kapliczki, krzyże, świątki zawsze będą rosły tam, gdzie zasadził je czas.
Zbierając po drodze myśli z kapliczek, wyszeptane zdrowaśki, omijając małe wypchane ludźmi kościółki, wrócili do konieczności, w której Ona w kolejnej podróży do miasta na Wu zatopiona, powoli zawija się w ciasny supeł pracy na kolejny tydzień, mając w sobie obrazy troskliwych oczu przydrożnych świątków i a na sobie odciski jego linii papilarnych, niczym tarczę, odporną na każdy cierń.

7 paź 2011

Ona: nie zobaczy, jak on wygląda we wtorek, środę, czwartek, jaka była jego noc, czy spał w ich dużym łóżku bliżej lewej czy prawej strony, czy mówił przez sen, czy trzykoty milczały pod drzwiami, jaki był świt i jaki wieczór. Ona spływa schodami, wciska się w piątek na peronie czwartym w falujący żywy organizm, dołączając swoją srebrną walizkę do potulnych innych małych mieszkań, trzymanych posłusznie przez zaciśnięte pięści, a zaraz po tym wsiądzie w maszynę losującą przedziału i zwolni miejsce na granitowej podłodze peronu na kolejne nogi i wyciągnięte ramię zakończone walizką.
Ona: ciągle w podróży, nieustannie, przykręciła zaledwie nieco przejeżdżany tachometr kilometrów, ciągle w dwóch światach łączonych walizką, przepakowuje dwa życia jest od do. W piątkowym domu myśli o poniedziałkowej Warszawie, widoczną już za oknem tygodnia, a niedziela jest jak kat z wyrokiem na poniedziałkową 6.24, który sama na siebie wydała. Codziennie odsuwa strzępki, okruchy nie widzenia się z nim, zamiata te tęskności gdzieś w zakamarki i jak urosną już w niewyobrażalną górę to ona z nimi zrobi. Nie ma takiego okna ani śmietnika, które je pomieści, nie można ich spalić, może je jedynie utulić i rozpuścić w jego ramionach, w czasie spędzonym razem, którego wciąż za mało na porządki.
Ona: oswaja mozolnie wciąż ryczące zwierzę samotnego zasypiania bez poręczy jego ramion, po których można bardzo łatwo wspiąć się po wtorkuśrodzieczwartku, zlepić je w jeden szczebel i wspiąć się na górę, gdzie króluje piątek, a potem spaść w poniedziałek rano, puścić się jego poręczy wprost w ramiona pociągu. I to czekanie, to podstawianie drabiny pod kolejne tygodnie od lat wyznacza jej rytm życia, teraz wypełnionego świeżo wyrośniętym domem, bez udawania, że jest się dzielnym, że można z łatwością tęsknienie wytrzymać, a nie można.
Ona: jest wybrana do podróży, Los zapisał na jej kartce srebrną walizkę, torbę przez ramię, umiejętność wyżywania czasu, plecenia myśli, nie dostawania cholery w korkach, w zepsutych, zimnych lub gorących pociągach. Ona ma to wpisane w swój genotyp, DNA, to czekanie, tę ponadludzką cierpliwość, to podstawianie drabiny pod czas z którego buduje się tygodnie i miesiące, ona z myśli i tęsknot zbudowana, utkana, a on jedynie potrafi ją złapać tak, że ma wciąż siłę wspinać się po tych szczeblach i budować ich wspólne my.

M 84 albo o wspinaniu:

Ona: nie zobaczy, jak on wygląda we wtorek, środę, czwartek, jaka była jego noc, czy spał w ich dużym łóżku bliżej lewej czy prawej strony, czy mówił przez sen, czy trzykoty milczały pod drzwiami, jaki był świt i jaki wieczór. Ona spływa schodami, wciska się w piątek na peronie czwartym w falujący żywy organizm, dołączając swoją srebrną walizkę do potulnych innych małych mieszkań, trzymanych posłusznie przez zaciśnięte pięści, a zaraz po tym wsiądzie w maszynę losującą przedziału i zwolni miejsce na granitowej podłodze peronu na kolejne nogi i wyciągnięte ramię zakończone walizką.
Ona: ciągle w podróży, nieustannie, przykręciła zaledwie nieco przejeżdżany tachometr kilometrów, ciągle w dwóch światach łączonych walizką, przepakowuje dwa życia jest od do. W piątkowym domu myśli o poniedziałkowej Warszawie, widoczną już za oknem tygodnia, a niedziela jest jak kat z wyrokiem na poniedziałkową 6.24, który sama na siebie wydała. Codziennie odsuwa strzępki, okruchy nie widzenia się z nim, zamiata te tęskności gdzieś w zakamarki i jak urosną już w niewyobrażalną górę to ona z nimi zrobi. Nie ma takiego okna ani śmietnika, które je pomieści, nie można ich spalić, może je jedynie utulić i rozpuścić w jego ramionach, w czasie spędzonym razem, którego wciąż za mało na porządki.
Ona: oswaja mozolnie wciąż ryczące zwierzę samotnego zasypiania bez poręczy jego ramion, po których można bardzo łatwo wspiąć się po wtorkuśrodzieczwartku, zlepić je w jeden szczebel i wspiąć się na górę, gdzie króluje piątek, a potem spaść w poniedziałek rano, puścić się jego poręczy wprost w ramiona pociągu. I to czekanie, to podstawianie drabiny pod kolejne tygodnie od lat wyznacza jej rytm życia, teraz wypełnionego świeżo wyrośniętym domem, bez udawania, że jest się dzielnym, że można z łatwością tęsknienie wytrzymać, a nie można.
Ona: jest wybrana do podróży, Los zapisał na jej kartce srebrną walizkę, torbę przez ramię, umiejętność wyżywania czasu, plecenia myśli, nie dostawania cholery w korkach, w zepsutych, zimnych lub gorących pociagach. Ona ma to wpisane w swój genotyp, DNA, to czekanie, tę ponadludzką cierpliwość, to podstawianie drabiny pod czas z którego buduje się tygodnie i miesiące, ona z myśli i tęsknot zbudowana, utkana, a on jedynie potrafi ja złapać tak, że ma wciąż siłę wspinać się po tych szczeblach i budować ich wspólne my.

6 paź 2011

M 83 albo o przypomnieniu:

Praga w słońcu, w bursztynowej barwie piwa i rohlików, z wygiętymi półkami krawężników, z brukiem w różne szlaczki, łapie za niskie obcasy granatowych butów z czerwona wyściółką i nie lubi jej kolan. Nagle świat i jego odległość sprowadził się do jednego miejsca, przypomniał, ze tam właśnie zaczyna się jej mozolna walka z czasem, ile jeszcze wytrzyma, kiedy się rozleci i poluzuje, kiedy wprzęgnie jej ramiona w metalowo-plastikowe podpórki udające nogi, kiedy ja unieruchomi, zamieni w kukiełkę i zacznie sprowadzać nogi do pojemników na kości i skórę. Kolano nie rozmawia z nią od jakiegoś czasu, a że wywiozła je dość daleko od jego ciepłych dłoni prowadzących cowieczorny dialog z jej mięśniami,stawami, całym wszystkim co ją w ruch wprawia, teraz protestuje, nie chce się prostować,wykrzywia bólem słońce, liczy schody i kroki, dawkuje przejdzie od do, nie pozwoli już nigdy na siadanie po turecku, na bieganie i częstszą smukłość łydki umieszczonej w butach na szpilce, przypomni sobie, że boleć zachciało w najbardziej nieodpowiednim momencie, kiedy jej najbardziej chce się żyć. On będzie robił wszystko, kiedy wróci z niemiłej kolanom Pragi, będzie naprawiał to, co się zepsuło z całego siebie, ale oboje wiedzą, że po kawałku, tak po prostu, zjada się jej zdolność do pochłaniania krokami każdej zachcianej ulicy, że coraz częściej trzeba będzie poruszać się pod dyktando schodów, wind, zejść i wejść i być może już nie będzie im dane zamieszkanie wzrokiem choć na chwilę w górach, do których obydwoje tęsknią. Tymczasem walczy dzielnie, nie poddaje się ani przez moment i ani przez moment nikt by nie pomyślał, że każdy krok wiąże się z bólemjeszczedowytrzymania.