Ona zagryza już poniedziałkowy wieczór czekoladą, ostatnio dużo jej je, jakoś tak na dokończenie dnia. Już poniedziałkowe miasto na Wu roztelepało beżową walizkę na mokotowskim chodniku, kiedy minęła sklep z butami, który się właśnie tworzy z takimi superekstrafajoskimi na miarę, minęła celebrycki ogródek restauracyjki bogatej w kozi ser, buraki z orzechami, kurki i wysokie ceny, w której to możni tego świata czyhający na otwarcie sklepu z nadzwyczajnymi butami, chowają napełnione kwasem hialuronowym twarze za wielkimi okularami, jedząc wyłącznie dietetyczne i zdrowe rzeczy. On daleko, ustala linię obrony i okopuje się w ich domowym szańcu, gotowy do bitwy o dobrze rozwiązaną przeszłość. Żeby nie zostawić niesmaku jak źle doprawiony obiad, który się bardziej pamięta niż te podniebienne rozkosze, osiągane to tu to tam. Ostateczne rozstanie z osobą, która kiedyś znaczyła i była horyzontem, nie zawsze jest łatwe. Ona z kolei ma tak, że gdzieś daleko na takim jej horyzoncie, czuje niesmak, że stało się jak się stało, że nie wszystkich naraz można lubić, rozumieć i umieć się rozstać jak nie wychodzi. Zakończona przyjaźń, która znaczyła i przestała się z powodów zbytniego narzucania woli, pobolewa jak źle zrosnięta kość - można z nią chodzić, ale czasem uwiera. Obserwuje. Podgląda co i jak. Przekopuje wspomnienia, znajduje rysy, góry i doły. Nie lubi, kiedy ma w sobie gdzieś głęboko nie zakończone sprawy. Nie rozplątane do końca węzły, ale je tak zostawi, bo nie ma sensu wracać do nich, skoro są już tak zaciśnięte od dawna.
Zmieniają się ludzie wokół. Są z nami ich ze względu na porę i stan, w jakim się znajdujemy, bo wypełniają w nas lukę, zalewają sobą to, czego nam w naszym pionie brakuje. A potem jak wyschnie, to często odchodzą bo moduł się wypełnił. Przyjaźń jest związkiem, czasem opartym na braku i dopełnieniu i właśnie wtedy jest najbardziej krucha. Jak misja do spełnienia w danym czasie, z początkiem i końcem. Kiedy nieudana, wtedy wisi w duszy jak nie do wyrzucenia plik, jak kartka z pamiętnika, której się nie można pozbyć.
A w mieście na Wu przyjaźni się z długimi spódnicami, czyta rzeczy z MacBooka, ciamka chleb z oliwą z talerza, krytykuje. Nosi się białe trampki lub mokasyny, podwinięte dżinsy i słuchawki na szyi. W porze lunchu zamawia białe wino, odwiedza Powiśle i kupuje coraz to bardziej wymyślne chleby. Wygala pół głowy.
Nie ona. Ona przyjaźni się z zeszłym sezonem, z życzeniem nowego płaszcza, z włosami, które ujarzmia i pozwala im być sobą. Ona chciałaby zauważyć wszystko i wymazać z siebie każde kogoś zranienie, ale się nie da. Ona za mało jest tam, gdzie powinna, ale inaczej nie może, wciąż wisząc między światami i uwierając się nadmiarem tego, co przynosi tylko ciężki jak kamień sen. Ma wciąż i niezmiennie bezczas na przyjaźń i czas na miłość.
Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
18 wrz 2012
10 wrz 2012
M 123:
Gdyby to wszystko było proste jak 123 to świetnie. Kołowrót dni pędzi tak, że trudno się zatrzymać i tylko jego ręce są w stanie ją złapać. Coraz trudniej. Miłość rośnie wraz z rudziejącą trawą i rześkim zapachem pól, znak, że idzie jesień. Rozmyty horyzont w jeszcze ciepłym słońcu jest tak samo rozmyty jak każdy wieczór w mieście na Wu, wyostrza się tylko w piątek, kiedy wraca o tam, gdzie ona potrafi wszystko. Wkurza się, że nie pamięta. Nie dzwoni, nie składa życzeń, otacza się w poczekalni kobietami, które są wszystkie młodsze i wszystkie w ciąży i ta atakująca ją armia rozmów, dźwięków ktg, planowań, wyborów imion i rozmów o imbirze i migdałach jest nie do wytrzymania. Pęka w szwach jest zdolność mieszkania w walizce. Może umiałaby znaleźć alternatywę, ale na razie boi się o niej powiedzieć. On z miłości przesunąłby całe wielkie miasto na Wu, wraz z ulicami, meblami, kawkami, piwkami, serami kozimi i bagietkami, autobusami - bliżej. Ona usiłuje być dzielna, ale coraz częściej rozpada się na atomy, nie tylko z tęsknienia powodu. Ranowieczory są zimne i nieutulone, właściwie tylko jeden w miarę utulony w dni powszednie, kiedy on wstaje i wygania kota spod samochodu a potem zawozi ją odparowując szyby na przystanek, skąd biały bus, darując jej tylko w poniedziałek dwie dodatkowe godziny snu, zawozi ją tam, gdzie jest niemoc i konieczność.
Tak, była w Paryżu, oglądając roześmiane, słoneczne niebo z okna biurowca. Wróciła bez smaku. Czas na niego nie pozwolił.
Marznie. Zasypia. Automatycznie pracuje. Odwraca role zupełnie już, że żyje tylko w weekendy a w resztę tygodnia usiłuje przetrwać. Survival. Czasem jest tak, że nie zdąży napisać o czymś, co było intensywne w kolorze i minęło i potem już ma inny odcień. I się denerwuje, że nie zdążyła. Że nie ma czasu na spotkania. Czasem ochoty. Że zupełnie automatycznie już porusza się po mieście na Wu, nie zauważając niczego, czy już ulice zapełniają się jesiennymi modnisiami spowitymi w ciemnozielone, modne kolory. Nie chodzi po sklepach. Od głodu ratują ją pomidory, kalarepa i cukinia. Nie ma ochoty na wiele, chociaż on ostatnio smażył dla niej frytki i to było coś. Za duża dusza na za małe, wymęczone ciało. Za dużo prędkości, za mało poczucia celu. Za mało lata, za dużo zimnych poranków, odganiających wilgotnym, lodowatym powietrzem możliwość jedzenia razem śniadania na tarasie. Tak, ona ciągle o tym samym. O nieustanne nierównowadze, którą już bardzo niedługo trzeba będzie zmienić. Ona wie. On też, tylko jak zawsze, cierpliwie czeka, co wieczór w łóżku zagarniając ramionami miejsce po swojej lewej stronie, gdzie zawsze śpi ona.
Tak, była w Paryżu, oglądając roześmiane, słoneczne niebo z okna biurowca. Wróciła bez smaku. Czas na niego nie pozwolił.
Marznie. Zasypia. Automatycznie pracuje. Odwraca role zupełnie już, że żyje tylko w weekendy a w resztę tygodnia usiłuje przetrwać. Survival. Czasem jest tak, że nie zdąży napisać o czymś, co było intensywne w kolorze i minęło i potem już ma inny odcień. I się denerwuje, że nie zdążyła. Że nie ma czasu na spotkania. Czasem ochoty. Że zupełnie automatycznie już porusza się po mieście na Wu, nie zauważając niczego, czy już ulice zapełniają się jesiennymi modnisiami spowitymi w ciemnozielone, modne kolory. Nie chodzi po sklepach. Od głodu ratują ją pomidory, kalarepa i cukinia. Nie ma ochoty na wiele, chociaż on ostatnio smażył dla niej frytki i to było coś. Za duża dusza na za małe, wymęczone ciało. Za dużo prędkości, za mało poczucia celu. Za mało lata, za dużo zimnych poranków, odganiających wilgotnym, lodowatym powietrzem możliwość jedzenia razem śniadania na tarasie. Tak, ona ciągle o tym samym. O nieustanne nierównowadze, którą już bardzo niedługo trzeba będzie zmienić. Ona wie. On też, tylko jak zawsze, cierpliwie czeka, co wieczór w łóżku zagarniając ramionami miejsce po swojej lewej stronie, gdzie zawsze śpi ona.
30 sie 2012
M 122 albo przyzwyczajenie:
Ona ma dwie suszarki, dwie zaparzaczki do kawy, dwa kubki, ulubiony nóż, ulubioną pościel, żel do mycia i zestaw kolczyków, które zawsze wozi ze sobą w małej szafirowej portmonetce. Przedmioty, ulubione rzeczy do jedzenia zawsze trzymają w pionie, ustawiają plan na dzień, uśmiechają.
Ona nie może bez płatków owsianych w papierowej torebce, bez spinaczy, którymi natychmiast po przyjściu do domu każe trzymać grzywkę, bez makaronu rurki, tagliatelle albo conchiglioni i za nic nie zje innych, bo jej nie będą smakować, bez jabłek, kawy i to zawsze ma w każdym domu. Jak ją najdzie, to je kabanosy z ketchupem. Albo kalarepę z tymże, wyłącznie marki Heinz. Uwielbia cukinię i czosnek, tańczą pięknie na oliwie a potem smakują jeszcze lepiej. Ona nie umie bez zielonej, jaśminowej herbaty, maczania pełnoziarnistej bagietki w oliwie, bez białego sera z miodem i orzechami i do tego kawałek czegoś posmarowanego masłem, o bez masła tez nie może.
Jak to jest, że rano ona z nim piją kawę w kubku o fioletowym gardle a po południu w grubej szklance i ona moc kawy określa po kolorze, jaki zostawia wlane mleko. I słucha się zawsze Trójki, bo innej się nie może. I czyta po raz tysięczny te same książki, chociaż zna się je na pamięć prawie do połowy i słucha muzyki tak doskonale znanej.
Jak to jest, że jeden nóż się lubi bardziej od drugiego i właściwie można wszystko jednym, chociaż w szufladzie armia cała. I można ciągle chodzić w jednym zestawie ubrań, i jak się coś nowego kupi to sobie nie wyobrażała życia właśnie bez tej rzeczy, jak mogła funkcjonować przed, skoro ta właśnie rzecz tak bardzo do wszystkiego pasuje.
Jak to jest, że trudno jest wyjść poza wiktuały, które się zawsze kupuje i nie ma odwagi spróbować czegoś nowego bo właściwie to po co, skoro tamte są takie pyszne. I to, że się chodzi jedną stroną ulicy, bo drugą jest bardzo niewygodnie bo tam pewnie jest balkon, z którego zawsze kapie. Mało jest rzeczy obojętnych. Właściwie rodzaj mleka i płynu do demakijażu nie ma znaczenia, a tak to większość jest męcząco i skrupulatnie przemyślana, bo jak inaczej.
Takie codzienności, które przyzwyczajają, trzymają w pionie jak gorset, który zaledwie czasem się rozsznurowuje po to, aby zaraz udowodnić, że właściwie to, co sprawdzone przez tryliony wydeptanych codziennych ścieżek znacznie ładniej będzie kończyć lub zaczynać dzień.
Jedyne co, to nie może przyzwyczajać się za długo do jego rąk, zwłaszcza w popołudniową niedzielę, bo potem strasznie trudno zasznurować się w trzymający w pionie gorset maili, smsów i telefonów, który pozwala przetrwać i nie zgiąć się w pół, nie złamać pod naporem toczącej się od poniedziałku do czwartku wielkiej kuli tęsknienia.
Ona nie może bez płatków owsianych w papierowej torebce, bez spinaczy, którymi natychmiast po przyjściu do domu każe trzymać grzywkę, bez makaronu rurki, tagliatelle albo conchiglioni i za nic nie zje innych, bo jej nie będą smakować, bez jabłek, kawy i to zawsze ma w każdym domu. Jak ją najdzie, to je kabanosy z ketchupem. Albo kalarepę z tymże, wyłącznie marki Heinz. Uwielbia cukinię i czosnek, tańczą pięknie na oliwie a potem smakują jeszcze lepiej. Ona nie umie bez zielonej, jaśminowej herbaty, maczania pełnoziarnistej bagietki w oliwie, bez białego sera z miodem i orzechami i do tego kawałek czegoś posmarowanego masłem, o bez masła tez nie może.
Jak to jest, że rano ona z nim piją kawę w kubku o fioletowym gardle a po południu w grubej szklance i ona moc kawy określa po kolorze, jaki zostawia wlane mleko. I słucha się zawsze Trójki, bo innej się nie może. I czyta po raz tysięczny te same książki, chociaż zna się je na pamięć prawie do połowy i słucha muzyki tak doskonale znanej.
Jak to jest, że jeden nóż się lubi bardziej od drugiego i właściwie można wszystko jednym, chociaż w szufladzie armia cała. I można ciągle chodzić w jednym zestawie ubrań, i jak się coś nowego kupi to sobie nie wyobrażała życia właśnie bez tej rzeczy, jak mogła funkcjonować przed, skoro ta właśnie rzecz tak bardzo do wszystkiego pasuje.
Jak to jest, że trudno jest wyjść poza wiktuały, które się zawsze kupuje i nie ma odwagi spróbować czegoś nowego bo właściwie to po co, skoro tamte są takie pyszne. I to, że się chodzi jedną stroną ulicy, bo drugą jest bardzo niewygodnie bo tam pewnie jest balkon, z którego zawsze kapie. Mało jest rzeczy obojętnych. Właściwie rodzaj mleka i płynu do demakijażu nie ma znaczenia, a tak to większość jest męcząco i skrupulatnie przemyślana, bo jak inaczej.
Takie codzienności, które przyzwyczajają, trzymają w pionie jak gorset, który zaledwie czasem się rozsznurowuje po to, aby zaraz udowodnić, że właściwie to, co sprawdzone przez tryliony wydeptanych codziennych ścieżek znacznie ładniej będzie kończyć lub zaczynać dzień.
Jedyne co, to nie może przyzwyczajać się za długo do jego rąk, zwłaszcza w popołudniową niedzielę, bo potem strasznie trudno zasznurować się w trzymający w pionie gorset maili, smsów i telefonów, który pozwala przetrwać i nie zgiąć się w pół, nie złamać pod naporem toczącej się od poniedziałku do czwartku wielkiej kuli tęsknienia.
20 sie 2012
M 121 albo tęskność:
On między jeziorami, z zakochanym w nim kotem i zbombardowany gwiazdami, tęskni. Ona, w mieście na Wu, z nowymi, ładnymi brwiami, tęskni nie mniej. Jak to się dzieje, że kiedy jego konieczność wyrywa z domu, odczuwanie tej pustki i niemocy jest jeszcze silniejsze. Dom ładnie sobie rośnie pod opieką mamy, a ona się czuje jak rzucona marionetka, bo tak. On o tam, dom daleko, rodzice w innym mieście wraz z garstką przyjaciół, jeszcze inna ich garść rozsiana w Krakowie, a w mieście na Wu już totalne resztki, które rozjadą się niedługo w swoje nowe strony z powodu miłości lub pracy. Nieobecność jest jak wisząca w próżni kotwica i to najbardziej denerwuje, że nie można się przyczepić, zaczepić, to drąży, boli, piecze i uprzykrza codzienność. Tęskność przejaskrawia, rozpierzcha myśli. Daje siłę. Wierzy, że kiedyś się skończy i nie da się do siebie przyzwyczaić. Zbija czas popołudniami, co z tego, że świerszcze za oknem, że noc ładnie pachnie, że woda strasznie szumi w rurach w pokoju w mieście na Wu, kiedy nic nie smakuje, nie podoba się, uwiera, byle nastał poranek i kawa z kawiarki z tłoczkiem i makijaż o 8.10, złożony z kreski fioletowym linerem w żelu Bobbi Brown, tuszu do rzęs They're Real, kredki Chanel w odcieniu czekoladowego brązu, którą muska dolną powiekę, korektora MUFE, różu MAC, bronzera Benefit, pudru Dior, błyszczyka nakładanego już na schodach. Potem autobus 107, 108 lub 159 i mokotowskie wystawy, koniec przeceny w sklepie Bagatt i praca a potem powrót i gdzie by tu myśli włożyć, w co, żeby jak najszybciej pofrunęły ku ciemnej nocy, naciągnęły roletę ciemności, która w sierpniu zapada jak przysłowiowa klamka. Tęskność szarpie. Obtłukuje dni w ciężkiej głowie, kusi aby jeść coś słodkiego, a bo co, bo jej tak o, to sobie pofolguje i kupi małą słodką drożdżówkę z serem i jeszcze coś czekoladowego a potem powyrzuca z sumienia śmieci, że być może jak on wróci to będzie ważyła tonę i powinna iść na basen i poćwiczyć ale jej się nie chce za nic, zastygnąć w bezruchu, przeżyć dzień i dalej. W mieście na Wu nie pachną łąki, nie spadają gwiazdy, nie ma wróbli, nie ryją krety, trzyma ją kurczowo konieczność, tęskni, zna ze słyszenia słynne knajpiane smaki, porusza się po dobrze znanej trampolinie ulic, aby przypadkiem nie odbić się dalej. W mieście na Wu kiedy zapada się w swoją kilkudniową skorupę, podbarwione tęsknieniem dni urastają do rangi gigantycznej, niestrawnej kuli, którą toczy przed sobą. Dlaczego nie potrafi się odnaleźć akurat w tej siatce ulic, a może w innej umiałaby, bo bardziej oswojona. Nie poznaje nowych ludzi, nie zwiedza, nie ma ochoty odezwać się, że jest. Dlaczego organicznie nastawiona do wszystkiego i wiecznie czuje się jak nie u siebie i jak stworzy to już u siebie to nagle tego nie ma, bo musi tęsknić. Dlaczego tęsknienie odbiera siłę, tak mozolnie zbieraną z każdą godziną. Dobrze, że już noc. I jutro.
18 sie 2012
M 120 albo weekend bez niego:
Dzień ciemniał bardzo szybko, jakby nagle przykręcono światło i zaciągnięto zasłonę, skrywając pieskoty, zółwia i ranną kaczkę, nową mieszkankę stawu. Lato pachnie świeżością, nie wygrzaną, ciepłą nocą, z delikatną nutą skoszonej trawy, która niczym szczypta przyprawy kotłuje się w ciemnym tyglu nocy.
On tam, wśród jezior, ona tu, w ich domu, po raz pierwszy sama w wielkim łóżku, z wystawionym radarem tęsknienia nastawionym na długie fale. Z wyciszoną burzą w jej brzuchu, kiedy po raz kolejny przez chwilę uwierzyła, że sny, że pies kładący się na udach, który nigdy się tam nie kładzie, że może wreszcie Los ześle jej ową pełnię, na którą tyle czeka. Nie będzie łatwo. Wszystko, co osiągnęła, zmieniła, do czego doszła, wydarła pazurami i okupiła potworną cierpliwością i tu nie będzie inaczej. Na razie o tym nie myśli, bo ją to paraliżuje i tylko czasem poszarpie ją płacz, w samotności, w swoim kłębku, nie do dotarcie przez nikogo, do rozwiązania tylko przez nią. Dobrze, że mija.
Na fioletowej kanapie zjada dzień po kawałku. Pójdzie pod prysznic i z oceanem wody spłucze jego poranne, żegnające ją usta i palce, osiadłe na szyi. Umyje skórę żelem Tołpy, pachnącym jak ich Toskania, na włosy nałoży odżywkę Dove. Zrobi peeling całego ciała, starannie wygładzając każdy fragment skóry, myśląc o jego ciepłych i silnych dłoniach, które jak wrócą, to sprawdzą czy jej skóra jest nieustannie miękka. Zrobi peeling twarzy i maseczkę Kleopatra z zielonej glinki, przypominając, jak ostatnio robili razem maseczkowe miny. Nałoży balsam Gosh o cytrusowym zapachu, na stopy i ręce coś w tubce od Eveline, ulubienie fioletowej. Nowy krem z ziół, cały po rosyjsku, przywita pojedynczą noc i obudzi wyspany dzień. Może poczyta. Napisze smsa. Posłucha jak brzmi ciemność. Zaśnie na poduszce w paski, pachnącą czarnym Silanem.
Rano na tarasie, w czerwonym szlafroku wypije kawę z kubka o fioletowym wnętrzu, zje ser biały 0% Mazurski smak z miodem lawendowym i malinami, poczyta i zmruży oczy w horyzont smagany wierzbą na wietrze. Posączy przedpołudnie. A potem spakuje nową, kremową walizkę w rzeczy niezbędne do życia w mieście na Wu i pojedzie w nowy tydzień, zakończony czekaniem, aż on przyfrunie.
On tam, wśród jezior, ona tu, w ich domu, po raz pierwszy sama w wielkim łóżku, z wystawionym radarem tęsknienia nastawionym na długie fale. Z wyciszoną burzą w jej brzuchu, kiedy po raz kolejny przez chwilę uwierzyła, że sny, że pies kładący się na udach, który nigdy się tam nie kładzie, że może wreszcie Los ześle jej ową pełnię, na którą tyle czeka. Nie będzie łatwo. Wszystko, co osiągnęła, zmieniła, do czego doszła, wydarła pazurami i okupiła potworną cierpliwością i tu nie będzie inaczej. Na razie o tym nie myśli, bo ją to paraliżuje i tylko czasem poszarpie ją płacz, w samotności, w swoim kłębku, nie do dotarcie przez nikogo, do rozwiązania tylko przez nią. Dobrze, że mija.
Na fioletowej kanapie zjada dzień po kawałku. Pójdzie pod prysznic i z oceanem wody spłucze jego poranne, żegnające ją usta i palce, osiadłe na szyi. Umyje skórę żelem Tołpy, pachnącym jak ich Toskania, na włosy nałoży odżywkę Dove. Zrobi peeling całego ciała, starannie wygładzając każdy fragment skóry, myśląc o jego ciepłych i silnych dłoniach, które jak wrócą, to sprawdzą czy jej skóra jest nieustannie miękka. Zrobi peeling twarzy i maseczkę Kleopatra z zielonej glinki, przypominając, jak ostatnio robili razem maseczkowe miny. Nałoży balsam Gosh o cytrusowym zapachu, na stopy i ręce coś w tubce od Eveline, ulubienie fioletowej. Nowy krem z ziół, cały po rosyjsku, przywita pojedynczą noc i obudzi wyspany dzień. Może poczyta. Napisze smsa. Posłucha jak brzmi ciemność. Zaśnie na poduszce w paski, pachnącą czarnym Silanem.
Rano na tarasie, w czerwonym szlafroku wypije kawę z kubka o fioletowym wnętrzu, zje ser biały 0% Mazurski smak z miodem lawendowym i malinami, poczyta i zmruży oczy w horyzont smagany wierzbą na wietrze. Posączy przedpołudnie. A potem spakuje nową, kremową walizkę w rzeczy niezbędne do życia w mieście na Wu i pojedzie w nowy tydzień, zakończony czekaniem, aż on przyfrunie.
10 sie 2012
M 119:
Lato zaczynało pachnieć gdzieś za Mazowszanami, wpadając cienką, zapachową strużką przez otwarte okno w dachu busa. Miasto na Wu, ściśnięte w węzeł gordyjski ulic, pomoczone deszczem, pachnie spalinami, kurzem, gdzieniegdzie zielonością, która co prawda pachnie jak kolor zielony, ale zduszenie nieco, jak na miasto na Wu przystało. Od za Radomiem chmury robią się większe, bo mają więcej miejsca na niebie, aby pokazać swoją feerię kolorów i strzępiastość kształtów. Ona uwielbia wypatrywać, aż w pewnym momencie płaski horyzont wypiętrzy się w poszarpaną linię, zwiastującą bliskość domu i inne województwo. Za fotelem w busie chrapie studencki czosnek i ona nie ma jak przesiąść tej wyjątkowej woni, zmieszanej ze strużką lata z dachu. Czyta. Wzrusza się jak nie wiem co, czytając artykuły w pismach, które mogą jej wystarczyć na dwuipółgodzinną podróż. Łzy napływają do oczu i wtedy musi spojrzeć gdzieś na zieloności za oknem, na pola, żeby włożyć i rozjechać w nich wzruszenie, które trzyma. Ona w ogóle rozklepana jakaś. Mijają ją w kolejce, bo się nie umie odezwać w porę, będąc na krawędzi niezdecydowania w kwestii wybory sałatki w Salad Story. Zawsze zamawia Healthy Halsę z gęstym balsamico z kurczakiem w ziołach, a tym razem zaatakowała ją nicejska. I zajęło jej dobre pięć minut przyzwyczajania się do smaku nicejskiej, w tym czasie popchnęły ją tryliony spragnionych sałat kobiet, a ona się powściekała na swoje niezdecydowanie. Bo ma tak, że upatrzy sobie jakąś małą drożdżówkę, którą je raz na tydzień i jak pani da jej inną, nie o tą, z której apetycznie wystaje ser to już ma nos na kwintę. Gorzej jest z malinami - jak upatrzy sobie odpowiedni pojemnik i maszyna losująca poda jej ten z innego brzegu albo skądś indziej, to ją aż zatyka, że się nie może odezwać, że chciała ten inny. To jest choroba. Dotyczy kawałków ciasta za szybą, kanapek z ciabatki, pomidorów, malin, truskawek, jabłek, dotyczy wielkości cukinii, wypieczoności bułki lub chleba. W marketach zawsze wybiera płyny lub cokolwiek, co jest w pudełku z końca kolejki czekających na zakupowy los. Wystawia rzędy obmacanych i poodkręcanych przez rzesze, aż dopadnie nie naruszony i nie otwarty egzemplarz. Ale nie jest aż tak roztargniona jak jej mama, która nie radzi sobie z otwarciem mleka w kartonie i zawsze otwiera je w najbardziej absurdalnym miejscu, wydłubując dolny róg i siłując się z wielkim nożem. Mam potrafi kupić czarną herbatę, bo ktoś jej wmówi, że to na pewno zielona, nigdy nie dokręca słoików i ma manię kupowania kefirów, których nie dopita armia stoi w rzędzie z datą ważności marzec. To jest genetyczne. To niezdecydowanie, niejednokrotnie irytujące po wręby, po menisk wypukły, po pachy.
Ale podróże, godziny, kilowatogodziny jakie przemieściła już, ciągnąc za sobą walizkę, to już ma z siebie. Nikt z rodziny by tego nie wytrzymał.
Ale podróże, godziny, kilowatogodziny jakie przemieściła już, ciągnąc za sobą walizkę, to już ma z siebie. Nikt z rodziny by tego nie wytrzymał.
31 lip 2012
M 118 albo w domu:
Ostatniolipcowy wieczór, cudownie spędzony w domu, jej stopy w jego dłoniach, wieczornie odpoczywają, rozmawiając z jego ciepłymi palcami, które sobie zwiedzają międzypalce, kostki i aksamitne wierzchy, by znów zawrócić do początku. Śmieszny najnowszy kot śpi jakby nim ktoś rzucił, kocia hrabina niczym egipski posążek, wmrucza się w cienką kołdrę wieczoru. Maliny jedzone widelcem, nadziane na srebrne ostrze wraz z krążkiem księżyca. Spokój. Cały świat miasta na Wu zniknął nagle w cudownie wyrwanym tygodniu, który pozwolił jej nadomowić się, nasycić się tym, czego wciąż mało, do czego tęskni i co właśnie się spełnia. Maluje dom. Nasyca się światłem. Trochę sprząta. Nie umie nic w półtonie i w półcieniu, zawsze musi wszystko maksymalnie - jak malować to do utraty tchu, ekwilibrystycznie pokonując parapety i gzymsy, przyciskając pędzel we właściwe miejsce. Ma dom. Niewiarygodne, po latach tułaczek, wynajmowania tysiąca mieszkań, wreszcie może zasadzić korzeń, rzucić kotwicę, może, jak dobrze. Wiedziała, że kiedyś się tak stanie, że każda podróż ma swój cel, tylko trzeba w nią iść z odwagą, nie bać się i jak się nie udaje to zostawić, pojechać w drugą stronę, bo może tam właśnie znajdzie się taką kotwicę i znalazła. Dom jej urósł trochę z boku, nie na miastowym szlaku, tylko tam, gdzie trochę trudniej połączyć dwa światy, ale ona zawsze była mostem, skupiającym niemożliwe z możliwym, łącznikiem między niebem a ziemią, złem a dobrem, tu i tam. A nie zawsze było łatwo, aby być między światami. Wydarzały się rzeczy, które chwiały podstawą i burzyły prawie wszystko, zastępując to, co łatwe u innych - jej najtrudniejszą drogą. Kobieta z przeszłością i mężczyzna po przejściach zatopią się w sobie, nagle dławiąc się księżycem, rytmicznie zwiedzając się w jeden niezwykły, ciepłodomowy, zaciszny i najbardziej na świecie ich, duet.
24 lip 2012
M 117 albo powrót:
Ona: przewrócona z upału w zaduszonym mieście na Wu, przeraźliwe tęskni. Nastały znów ciepłe dni, wygrzane bezlitosnym, miejskim słońcem, z pracą, która wisi jak konieczność i z powrotami do żółtego pokoju, w którym misternie wykonuje te same czynności spajające klamry dni i nocy, nawlekające na posłuszny sznureczek koraliki dni, nie do rozerwania. Nie chce jej się wyjść nigdzie, do kina, do parku, pospacerować po ulicy, powłóczyć się bez celu, pojechać na pętlę i się zagubić i znów wrócić, nie chce jej się spędzać gorączki termometru dni, nie umie, coraz bardziej nie umie sobie radzić 130 kilometrów od niego i nie wie, jak to będzie dalej, widzi zamazany horyzont, widzi plany marketingowe ale bez siły, jak tu się napędzić, aby wyszły.
On: podlewa ich ogród, raz po raz przypominając sobie jak ostatnio w nim byli i wyrywali chwasty a potem pili kawę i goniły ich pieskoty i nie umie się w tym ogrodzie znaleźć, bo nigdzie jej nie ma, brązowych włosów i długiej szyi i wiszenia na telefonie i na jego ramieniu.
Ona: je ziemniaki i fasolkę i ubolewa, że maliny kosztują 10 zł a nie 5, co za miasto, oby przepchnąć dzień do wieczora i iść spać, aby już stało się pojutrze i bezcenne, wyczekane jutro i dziś i jego wytęsknione, opalone ramiona. Kupiła żel do mycia - taki, jakiego używali o tam, i pachnieć jej będzie bezlitosna reszta lata tak, jak pachniało ich dwutygodniowe, beztroskie szczęście. Trzyma się poręczy prawą ręką w autobusie i patrzy na małe, białozłote kółko i tam w nim jest on i on z nią wydają resztę, machają na pożegnanie, piszą na komputerze, trzymają kubek z kawą, są. Może jednak powinna bardziej umieć wyżyć poniedziałko-piątki, nadać im rozmachu i smaku, ale nie umie. Może powinna zanurzyć się w lekturze w parkowej zieloności, ale tam większość wózków i matek i to ją też drażni, bo jeszcze bardziej oddziela od niego. Zawęża swój prostokąt, w którym się porusza, aż stanie się małym poletkiem z małą przestrzenią nie do wytrzymania uniesienia i wtedy rozpęknie się to gorące lato na atomy i wraz z jesiennym deszczem postanowi wrócić na zawsze w jego skrzydła, rozdmuchując w przestrzeń miasta na Wu spalonego kurzem i szumem - wszystko to, co zbudowała o tu.
19 lip 2012
M 116 albo w podróży:
Zachmurzone, polskie już lipcowe niebo, rozgryzła soczystą i lekko kwaśną wistabellą, forpocztą całego konglomeratu jabłek, jaki ma nastąpić nieco później. Soczystość słodkiej maliny, miękko rozgniatającej się o podniebienie przegryzła ostrym, dojrzałym, kawałkiem sera pecorino, przywiezionym z toskańskiej podróży. Ciepłe, wygrzane włoskim słońcem popołudnie, z miękko układającym się światłem, strzyżonym delikatną nutą świerszczy, tak różne od wakacyjnych wspomnień, że aż się uniosła o tam, gdzie cykady wyznaczają staccato dnia. W małym domku, wokół którego rosły drzewa piniowe, mieszkało lato. Szerokie i bardzo wygodne łóżko z czułością przyjmowało ich sny, a kamienny dach i jego opalona twarz były jej niebem. Zapach jego rozgrzanej skóry przecinanej stukotem cykad. Smak pikantnych tagliatelli z pikantnym peperoncino łagodziła słodycz pomidorów i rześkie, lekkie i chłodne białe wino, pite przy stole z kraciastą serwetą. Słodkie cantucci posłusznie nasiąkały winem, rozpadając się w ustach na migdałowo-pomarańczowe atomy. Nakłuwali zakochane oczy na ciemnozielone cyprysy powstawiane w ciemnożółte pola, przeplecione sznurami pól z winogronami i jasnozielonymi kulami oliwnych drzew. Powyginane sosny o płaskich głowach dotykały lazurowego nieba, kiedy jechali oglądać ciszę i światło we włoskich, niedużych miasteczkach. Szukała jego ręki tam, gdzie biała plaża łączyła się z rozbielonym błękitno-miętowym kolorem morza, aby nie zgubić się w jego szumie. Jechali bardzo długo samochodem, plącząc kilometry autostradami pośród gór, ona wciąż trzymając rękę na jego prawym udzie, bo on inaczej już jeździć nie potrafi.
Dwa dni wcześniej, w eksplozji lata, ona w zielonej sukni, z włosami ułożonymi w fale, wycięta ze swojej epoki, trzymając go za obydwie ręce, w dużej sali, gdzie było bardzo wielu ludzi, mówili do siebie to, co związało ich na zawsze. Pamięta tylko jego rozognione oczy, głos brzmiący gdzieś obok i siłę jego rąk, w które oddaje się bezwstydnie, z całą miłością, i na fali kilkudziesięciu uśmiechów i pięknych życzeń spełniał się ich dzień, zapamiętany na zawsze, gdzie wszystkie poplątane ścieżki, bylejakości, radości i dni za dniami, splotły się już w jedną, wspólną drogę tak łatwo, jak właśnie Los by dla nich napisał właśnie taki scenariusz.
7 lip 2012
M 115:
Lato wybuchło, gorące jak ich miłość, z tą różnicą, że ona nie jest przetykana burzami, jest tym, czym miłość jest, końcem świata zamkniętym w jego silnych, opalonych, piegowatych ramionach, jest malinami i słodkimi truskawkami przyniesionymi na śniadanie do omletu, zapachem kawy przywiezionej ze Lwowa, energią, czułością, z jaką on regularnie wciera jej żele na obolałą stopę z pękniętą żyłą. Jest muzyką, nagrywaną na ich wielki dzień, pewnością, że on przeprowadzi ją na stronę, gdzie są męże i żony i tam sobie będą już na zawsze, dobrani przez magiczny palec przypadku, 19 kwietnia w zeszłym roku. Miłość jest wtedy, kiedy on zakłada kalosze i spodnie i pomimo upału łazi po pokrzywach i krzakach, bo tam boleśnie zamiauczał kot i może te zaginiona dusza tego, który stał się kocim Serafinem, a może tego, któremu trzeba pomóc. Miłość jest żółwiem, który pojawił się w ich stawie i uwielbia płatki kukurydziane, czujnymi, brązowymi oczami, które czasem ze wzruszenia napełniają się wodą szybciej, niż staw po burzy, wstawaniem po wodę w nocy, bo jej chce się pić. Budowaniem, rośnięciem, przestrzenią, która rośnie i za mali są, aby ją objąć sobą. Potęgą. Bezwiednym utulaniem i wtulaniem się w nią każdej wspólnej nocy, dopasowując się do kształtu jej snu i jej ciała, wspólnym rośnięciem, w jedną całość, jeden rytm. Trzymaniem ręki na jego udzie podczas jazdy samochodem i bez tego to on już nie umie prowadzić. Linią jego umięśnionych, lekko brązowych, nakrapianych pleców, kosmatych brwi, spod których czujnie i badawczo błyszczą mlecznoczekoladowe oczy. Uśmiechem i troską. Pocałunkiem o tu, bo już tam to za chwilę. Ta, która zawsze wierzyła w anioły, od dziecka ich szukała, czuła, wiedziała, że istnieją, chwytała je za skrzydła, aby na chwilę przystanęły, nie uciekły, były, ta, która wiedziała, że wreszcie się uda i wreszcie się spełni - dołącza do Serafinów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)