Ona: tak ją dziwnie napadło w środku dnia na pisanie, chociaż jeszcze kolejka rzeczy do zrobienia, a co tam, zrobi się, zaraz, tylko litery sobie spłyną, zostaną o tu, bo dzień taki mglisty, bo obserwuje wycieczki obcych kotów w ogrodzie, ocierają się o pierwsze symptomy wiosny, idzie, idzie, i to zauważalnie. Dziś kotlety z wołowiny, bo mięso musi być ze względu na żelazo i jak sobie miesza taką dobrą wołowinę z jajkiem, podsmażoną cebulą, czarnym pieprzem, bułką i łyżeczką ziół transylwańskich, to się często zamyśla i robi wycieczki w inne sposoby robienia kotletów, bo można. Właściwie rzadko kiedy robi coś do jedzenia tak samo, smaki nie są u niej do bólu powtarzalne, zawsze to jakaś niespodzianka, bo albo się jej coś sypnie, ale wleje, albo dosieka koperku lub bazylii, różnie z tym bywa. I jak coś gotuje, to sobie robi wycieczki kulinarne w różne smaki i zawsze obiecuje, że trzeba dokupić jeszcze sos rybny i ostrygowy, i mleko kokosowe i makaron ryżowy taki grubszy i suszone grzybki shitake. Albo po prostu słoik pomidorów suszonych i jeszcze pachnące przyprawy, które utrze w moździerzu, a potem podgrzeje na patelni i się rozniesie zapach, inny niż z takich kotletów na przykład. Dużo rzeczy jest dla niej za słonych, albo z nie wydobytym smakiem głównego bohatera dania, ciekawe, jak smakują te wszystkie sosy z torebek i woreczki z różnymi posypkami, bo nie używała tego od czasów mazurskich wypraw z dziewczynami z liceum, kiedy to właśnie najłatwiej było kupić takie polepszacze, bo i zajmowały mało miejsca i same gotowały obiad. Nawet więc jak się pochyla nad tymi kotletami, to sobie myśli, co jedzą na drugim końcu Polski, ile osób właśnie tego samego dnia stawia na mielone kotlety i z czego je robią, bo ona kupuje mięso takie ładne w sklepie i każe je zmielić na miejscu, mięso, które nie mieszka na tacce i ma szlaczki, tylko jest takie najbardziej proste. Czasami zanurza palce w kartkach kulinarnych książek i wtedy naprawdę sobie robi dalekie wycieczki w gotowanie, kiedy czyta składniki i od razu miesza je sobie na podniebieniu, rozkrusza przyprawy i zastanawia się, gdzie u niej można kupić zalecane to i owo.
On: ma nieco inne smaki wyniesione z domu niż ona, bardziej proste, bardziej jak kajzerka z masłem niż razowy chleb, a przecież taki wilgotny, pachnący i ciężki naprawdę jest pyszny i robi dużo dobrego dla brzucha. Lubi pieczone na wiór kurczakowe skórki, lubi wszelakie chrupkości, a ona nie zawsze, jemu nie smakował cytrynowy kurczak z liśćmi kafiru, nie lubi połączenia mięs w owocami, a ona tęskni za kulkami z indyka z morelami i zieloną papryką, z sosem podlanym słodką śmietanką dla podkreślenia morelowego smaku... Ale lubi dla niego gotować, patrzeć jak brązowe oczy nabierają blasku, jak mu coś smakuje, chrupie, chrzęści, jak wyjada do cna surówkę z białej kapusty z koperkiem i sosem z jogurtu greckiego, łyżeczki majonezu i niedużej ilości musztardy wmieszanej w całość.
Ona: ilekroć jest w sklepie spożywczym to sobie podróżuje smakami po półkach, co by zrobić, w jaką kuchnię się wgryźć, no i musi wreszcie w jedną z ulubionych czyli tajską, ale ona smakuje najlepiej tam, gdzie się urodziła. Więc sobie jeszcze trochę powzdycha, a jak przyjdzie czas, to zakupi to i owo i nareszcie pojedzie do Tajlandii.
Najpierw byli Meg i Greg. Pisali razem (www.megigreg.blox.pl), by po latach rozpaść się na dwie połówki i pójść w swoje życia. Zostały litery, słowa, zdania. W niej sączą się one nieustannie, więc przeprowadziła się na inną stronę pisania. O emocjach emocjonalnie i w jej kształcie. O zwykłościach niezwykle. Do zamyślenia choćby bezmyślnie.
29 lut 2016
25 lut 2016
214:
Biegnie ten luty na łeb na szyję, w śniegu, w deszczu, nieco już pachnie wiosna, obudziły się azalie w ogrodzie, pachnie ziemia, jakby był marzec. Oni w swoim kołowrotku, wyrywają sobie chwile po dwudziestej, kiedy mała ona już śpi, bo cały dzień wypełniony po brzegi a przecież powinna więcej odpoczywać a nie odpoczywa, nie powinna tyle się schylać a się schyla i biega właściwie nie chodzi, chociaż też nie powinna bo już coraz ciężej. Jak już przepchnie zmęczenie na kolejny dzień i urośnie z tego wielka góra, to wtedy pada i jest nieżywa i naprawdę trudno rozbić młotkiem snu to ustawiczne zmęczenie. Pije mocną, aromatyczną kawę z włoskiej kawiarki, rytuał w błękitnym kubku w małe kwiatki. Ale czasem się udaje włączyć piąty bieg. Pisze inne rzeczy jak opętana, sprząta, jeździ po zakupy, przywozi, zawozi, układa, przekłada, planuje, zapomina, obserwuje, co się dzieje w mieście a co nie, ile sklepów się zamknęło i czy coś nowego się otworzyło, czy w ogrodzie coś uschło a co nie, nieustająco dużo do zrobienia wszędzie, a zostały dwa miesiące do trzęsienia ziemi. A jeszcze dziś, kiedy od Sulejowa śnieżna aura a dalej to już nie, kiedy szyba samochodu wciąga się do przodu po białych sznurkach i księżyc się schował bo już się naświecił, też wtedy był czwartek, tylko trzydzieści dziewięć lat temu, kiedy pojawiła się ona. Z wyjątkowego powodu jest dziesięć kilo cięższa, ma nieco dłuższe włosy ale nadal krótkie, cerę idealną do podkładów rozświetlających i często podkrążone oczy. Przestawiła się na kremy organiczne o starannie czytanym składzie, na olejki i inne wcieracze, które dodają tego, co się traci, zanim coś kupi i zastosuje, słucha intuicji czy będzie dobre i jest. Nosi więcej dzianin i wsuwanych butów, nie pamięta, kiedy miała na sobie szpilki, nie ma okazji, bo gdzie i jeszcze w dodatku straci równowagę. Pod oczami ma, co ma, bo się uśmiecha i niech tam sobie będzie. Od zeszłego roku chyba się jej nic nie zmieniło tak na człowieku, na pewno za to poznała więcej życzliwych ludzi i to jest niesamowite, że coraz mniej ich odpływa, a więcej przybywa. Dobrze, że jest, jak jest, że trwają sobie wciąż, nieustająco dotykając się w łóżku skrzydłami, że lubią wracać do swojego domu i obserwować, jak wokół się obudowuje ich gniazdo i dlaczego wieczór się tak strasznie szybko kurczy i wysusza minuty do północy w sekundę. Niech tak trwa, jak jest, bo za rok będzie już zupełnie inaczej. Ale nadal ma szczęście.
1 lut 2016
M 213 albo o kuchni i byciu Jedi:
Jak dziwnie wyglądają samochody z plastrem gazety albo takiej srebrnej folii przyklejonej do czoła... Bo jeśli taka szyba zamarznie, to co będzie, to trzeba będzie skrobać i się męczyć. Najlepiej napsikać takim płynem, co powoduje rozpuszczanie się cienkiej, niechcianej warstwy, a nie skrobać, zdarzyło się jej błyszczykiem, działa. Ona jest Jedi, nie ma innej opcji, bo jak inaczej, jak trzeba pomóc pchać paletę z eko groszkiem, naprawić ranny samochód i znaleźć mu dobrego lekarza, jak załatwić tysiąc rzeczy i jednocześnie zapomnieć o podatku za psa, jak nie paść w rytmie mycia podłóg, obiadów i tysiąca innych spraw. Można na przykład na chwilę zaszyć się w mieście wzgórz i wąwozów, gdzie można znaleźć niejeden kwiat paproci, uśmiechnąć się do starszego pana sprzedającego jajka i miód, bo ma akurat czas, bo siedzi sobie i się przygląda przechodniom i ona by od tego kupiła wszystkie te rzeczy i jeszcze paczki z fasolką, żeby jego dzień wypełnił się czymś innym niż byciu ofiarą przelatującego śniegu i tej dziwnej, ciepłej zimy. W tym mieście jest jedno mieszkanie, które jak gąsienica skrywa rozmaite zakamarki, prowadzące do niewielkiej kuchni, która jest dla niej jak sezam. Zachwyca się zatem ostrością noży i wielością użytecznych akcesoriów. Te wszystkie torebki z zapięciem, opakowania na jedzenie, potrzebna ilość sitek i garnków, silikonowa rurka do obierania czosnku. Przepyszne ziemniaki w ciemnoróżowej skórce, mąka mielona specjalnie w młynie, trzymana w kubełku. Wiejskie jajka i takie coś z serem i kaszą jaglaną, chleb pytlowy i szemrzące ulubione radio. Ta kuchnia to miejsce, do którego uwielbia wracać, jakby była jakąś wyspą, gdzie spełniają się najlepsze smaki. Coś zresztą jest w tym mieście, że jest całe dobre i trzeba je odwiedzać, aby naładować akumulatory, to jak potrzeba podłączenia już nawet nie przewodów, ale i prostownika, bo przecież jest Jedi i czasem musi. Jak wróci, to się zamyśli w stronę ogrodu, bo od ulicy nie można, bo jeżdżą samochody.
11 sty 2016
M 212 albo mentalny detoks:
Wysączył się ten jedenasty stycznia, najpierw nie mogła odkopać się ze snu, bo o ósmej rano była w nim na dziewiątym piętrze, głęboko i trzeba było nagle zjechać windą porannego wstawania w dół na parter i wysiąść i spojrzeć nieprzytomnie w okno i zobaczyć śnieg na dachu sąsiadów i potem już powitać dzień myślą o małej niej i nim, że już w pracy i tym, że kawa pyszna na dole i trzeba już. A w ogóle to jest jakby trochę utkana z mgły, którą łatwo rozwiać i wtedy zostaje nic, wtedy jej nie ma, wtedy wpada w stadium robaka, byle być sobie i tyle, tylko trochę na wierzchu, a cała reszta sobie śpi, niech tak zostanie. Ludzie się ciągną za myśli i w tych myślach i słowach nienawidzą, a po co, wszystko jest kruche, zaraz może być tak, że to, co się nabroiło, zostaje a potem się włącza radio albo odbiera telefon i słyszy, że kogoś już nie ma na świecie, że zrobiła się kolejna dziura i po co to, kiedy zostaje potem tylko to co złe i nie ma czasu już tego wyprostować, bo nie ma z kim. Ma wtedy tak, że obija się o promienie słońca i o konieczność wytarcia kurzu i idzie potem do dużego sklepu, bo tam łatwiej sobie myśleć o niczym oprócz tradycyjnej, zakupowej ścieżki. I czasem sobie myśli, jak ludzie robią zakupy w takich sklepach, czy zawsze z prawej do lewej, czy czasem na ukos i jeszcze z powrotem, jak się zapomni. Czy zbiera się wszystko to, co jest w promocji, czy kupuje tylko ulubione produkty i niezmiennie te same. Czy może te cięższe, bo można wtedy włożyć je w duży, metalowy wózek. Czasem patrzy, co ludzie kupują i w sklepie z owadem królują konserwowe wiktuały, napompowane bułki i chleby i kolorowe napoje. Tak więc sobie krąży między półkami i ona jest z tych, co mają zawsze utarte ścieżki i w każdym sklepie kupuje określone produkty, ale starannie wybrane, tyle, że trzeba się najeździć, żeby upolować odpowiedni lodówkowy skład. Ale co tam. To pozwala na chwilową, myślową hibernację, tak czasem potrzebną, pozwala na swoisty detoks od tego, co gdzieś się dzieje poza nią, pozwala na to, że można sobie wybierać mniej pokruszoną paczkę makaronu albo ser z dłuższą datą ważności, takie tam. Jedenastego stycznia w zeszłym roku powstała duża wyrwa na jej horyzoncie bliskich znajomych a dziś jeszcze kolejna, bo umarła muzyka.
28 gru 2015
M 211 albo poświąteczny:
Rozwałkowany jak wielka, okrągła, silikonowa stolnica księżyc, był największy od czasu, kiedy ona się urodziła i pięknie w jego wjechali, nie uszkodziwszy go, jak wracali z miasta na Ł. Miękko się podróżowało w świąteczny, bezśnieżny czas, z kojącym poczuciem rodzinnej wspólnoty, bo co zostaje, jeśli nie świąteczne wspomnienia, że jeszcze trwa babcia, że mała ona dzielnie pokonywała progi ponadstuletniego domu strasząc śmiechem dużego psa, że wylizywała lukier ze świątecznych ciasteczek, marszcząc z rozkoszy nosek, że była wielka, dostojna jodła i sznur drobnych prezentów starannie dobranych dla każdego i tysiąc smaków, których doznaje się raz do roku. Zupa grzybowa z łazankami, karp smażony, mięsisty jesiotr, festiwal śledzi: jej w cydrze, osobno w żurawinie i kolendrze, śledź ciotkowy pod pierzynką z jabłkiem i porem, maminy smażony w cieście, karp w galarecie, chrzan i żurawina, kapusta z grochem, pierogi i kapusta z grzybami, smażone kapelusze grzybów, makowiec, piernik, makiełki z kruchymi ciasteczkami, kompot z suszu, za którym zawsze przepada tata. Bywały jeszcze kotleciki z jajek i ziemniaków do ryby i sałatka jarzynowa, ale w tym celowała druga babcia, która już tam, po drugiej stronie ich rodzinnego stołu. Dziś ta babcia jej się śniła, że haftowała dla niej suknię ślubną, w kolorze czerwieni i bieli, babcia leżąca w szpitalu, jakby czuwała nad nią zaznaczając, że nieustannie jest. Są takie chwile, że trzeba być razem z tymi, którzy chcą razem być, bo nie zawsze tak jest, bo są też chwile rodzinne wymuszone, nadęte, jak wydmuszka, po to tylko, aby trwały bo tak trzeba, bez pełni, bez poczucia, że tworzy się sobą rodzinną historię, chwile, w których się tylko je albo narzeka, albo ukradkiem połyka łzy albo daje nura w zlewie zmywając talerze, bo mogło się komuś zrobić przykro i tego się nie zmieni. Dlatego ona unika tych, którzy skupiają się tylko na sobie i na swoich blaskach, nie widząc za nic cieni, niech sobie chodzą swoimi jedynymi i słusznymi ścieżkami, niech sobie są i krążą na swoich orbitach, nie zahaczając o jej wypielęgnowany świat, w którym potrafi być harmonijnie ponad wszystko bo o tym, co nie tak, w którym rozmawia się i szanuje. Taki czas ona lubi, kiedy symbole mają być symbolami, kiedy każda chwila wspólnie spędzona maluje kolejne wspomnienia pachnące mandarynkami i kompotem z suszonych owoców, kiedy wreszcie wjeżdża się w ten księżyc i później jest nadal ciasno razem, wtedy się wie, po co jest ten cały czas okołoświątecznego zamyślenia, w którym domowe smaki z pełną świadomością mają podkreślać to, co najważniesze na świecie: miłość.
20 gru 2015
M 210 albo umie i to i owo:
Ona: Bezśnieżnie i wciąż mocno samochodowo, z nową małą jednak nią, która usiłuje powstrzymać matkę nomada i po swojemu daje znać, że trzeba więcej odpocząć, ale się nie da, bo trzeba powiązać wszystkie okołoświąteczne nitki. Tak sobie ładnie jeździ, chociaż jakieś łożysko telepie się w tylnym lewym kole i ciekawe, kiedy ją zatrzyma i gdzie i myśli czasem, jakie to dziwne rzeczy potrafi a mało kto o nich wie. Na przykład do tej pory, a lat minęło ze sto od tamtych czasów, zna alfabet Morse'a, kiedyś kropkowała i kreskowała namiętnie każde słowo. Potrafi rozłożyć każdy namiot, nawet ten największy i wciąż zna kilka węzłów. Ma dużą intuicję w przestrzeni albo obcym mieście i zawsze przechytrzy gpsa, podając najwłaściwszą drogę.
On: pamięta, jak chichot zakochania sprawił, że jadąc z miasta na K. do miasta na Ł., tak cudownie się zamieszali w plątaninie śląskich dróg, że wylądowali pod bramą Huty Katowice. Ale i on nie może się nadziwić, że ona zawsze wie, w którą stronę skręcić i pamięta bardzo dużo z miejsc, w których była zaledwie raz.
Ona: czytając przepisy kulinarne, układa w sobie warstwy kolejnych smaków i po prostu wie, czy coś jej będzie pasowało, czy nie, podobnie ma w sklepie, kiedy układa menu na kolejne obiady. Gotuje 'na oko', czym czasem doprowadza do dobrotliwego szału osoby pytające o przepis. Umie grać w prastarą grę z nitek i rąk, zrobić maleńkie różyczki z atłasowej wstążki i wyhaftować właściwie wszystko, chociaż nie robiła tego od dzieciństwa. Bardzo szybko czyta, jakby skanowała strony. Potrafi sadzić kwiaty i jedną strużką obrać jabłko. Zrobić rurkę z języka, podnieść samą lewą brew i w ogóle podziałać mimiką twarzy w sposób znaczny, kiedyś na koloniach wygrała konkurs na miny. Na zarzut, że nie umie zrobić niczego starannie, kiedyś zrobiła przyjacielowi papeterię w pudełku, z akwarelowymi motylami na cieniutkich bibułkach w środku koperty. W ogóle uwielbia akwarele i pastele i ma gdzieś pochowane rulony ze swoimi rysunkami, kiedy namiętnie słuchając PR3 w wieczorowe piątki, malowała wtedy niezliczone obrazki, około godziny 22 skrzętnie notując, co było w pierwszej trójce na liście przebojów. Ma bardzo elastyczne stawy i przez to potrafi wygiąć palce u rąk pod kątem ostrym do dłoni. Ma język geograficzny, wrażliwy zwłaszcza na połączenie orzechów włoskich z gorgonzolą, bo szczypie. Bez poprawek u nasady włosów umie nałożyć sobie farbę, nie raz obcinała komuś włosy i umie ładnie upinać te długie. Pamięta dramatyczne ilości tekstów piosenek, od tych z dzieciństwa, po prawie całe "Pięć Oceanów" Osieckiej i często jakieś absurdalne fragmenty kołaczą się cały dzień w głowie. Zna się na gatunkach jabłek i nie da sobie wmówić, że jonagoredy mogą długo leżeć i nie robią się ziemniaczane. Tak ma, ta Ona. W niedzielny wieczór pachnie grzybami. Jak być powinno.
On: pamięta, jak chichot zakochania sprawił, że jadąc z miasta na K. do miasta na Ł., tak cudownie się zamieszali w plątaninie śląskich dróg, że wylądowali pod bramą Huty Katowice. Ale i on nie może się nadziwić, że ona zawsze wie, w którą stronę skręcić i pamięta bardzo dużo z miejsc, w których była zaledwie raz.
Ona: czytając przepisy kulinarne, układa w sobie warstwy kolejnych smaków i po prostu wie, czy coś jej będzie pasowało, czy nie, podobnie ma w sklepie, kiedy układa menu na kolejne obiady. Gotuje 'na oko', czym czasem doprowadza do dobrotliwego szału osoby pytające o przepis. Umie grać w prastarą grę z nitek i rąk, zrobić maleńkie różyczki z atłasowej wstążki i wyhaftować właściwie wszystko, chociaż nie robiła tego od dzieciństwa. Bardzo szybko czyta, jakby skanowała strony. Potrafi sadzić kwiaty i jedną strużką obrać jabłko. Zrobić rurkę z języka, podnieść samą lewą brew i w ogóle podziałać mimiką twarzy w sposób znaczny, kiedyś na koloniach wygrała konkurs na miny. Na zarzut, że nie umie zrobić niczego starannie, kiedyś zrobiła przyjacielowi papeterię w pudełku, z akwarelowymi motylami na cieniutkich bibułkach w środku koperty. W ogóle uwielbia akwarele i pastele i ma gdzieś pochowane rulony ze swoimi rysunkami, kiedy namiętnie słuchając PR3 w wieczorowe piątki, malowała wtedy niezliczone obrazki, około godziny 22 skrzętnie notując, co było w pierwszej trójce na liście przebojów. Ma bardzo elastyczne stawy i przez to potrafi wygiąć palce u rąk pod kątem ostrym do dłoni. Ma język geograficzny, wrażliwy zwłaszcza na połączenie orzechów włoskich z gorgonzolą, bo szczypie. Bez poprawek u nasady włosów umie nałożyć sobie farbę, nie raz obcinała komuś włosy i umie ładnie upinać te długie. Pamięta dramatyczne ilości tekstów piosenek, od tych z dzieciństwa, po prawie całe "Pięć Oceanów" Osieckiej i często jakieś absurdalne fragmenty kołaczą się cały dzień w głowie. Zna się na gatunkach jabłek i nie da sobie wmówić, że jonagoredy mogą długo leżeć i nie robią się ziemniaczane. Tak ma, ta Ona. W niedzielny wieczór pachnie grzybami. Jak być powinno.
28 lis 2015
M 209 albo Kraków:
Nieważne czy w smogu czy w jesiennej zadumie czy w korkach czy w piątek czy we wtorek Kraków zawsze jej na zawsze jak niezapomniany rytm jak smak do którego się powraca a przecież już kilka lat tam nie mieszka. Ilekroć tam jest to musi żeby nie wiem co zatoczyć koło wokół Plant bo tam niezmiennie mieszkają chochoły i Wyspiański się nie mylił i trzeba zobaczyć że są i czuwają w każdej budce z preclami i pani blondynka pod Bagatelą ma niezmiennie krótkie włosy i precle najbardziej chrupiące i nie bułowate sprawdziła. Na Kleparzu nowe budki z pierogami bundze ze wszystkim na świecie bataty skorzonera i topinambur domowe ciasta na wielkich blachach a ze starych znajomych pan z jabłkami o już bardziej ogorzałej twarzy panie w budce z wędlinami które kiedyś ją uratowały od makijażowej śmierci bo zostawiła przed ladą kufer z kosmetykami a one go znalazły i oddały królewski chleb od Pawlaka w dwóch jak zawsze rozmiarach nie ma już dwóch staruszek sprzedających warzywa pewnie są gdzieś na połoninach niebieskich dołączyły do pani sprzedającej szczotki na rogu Sławkowskiej patrzą na nią wszystkie że ona wróciła i nie zapomniała o wszystkich. Z małą nią w wózku w kropki zobaczyć co słychać tu i tam i nieważne że zimno jest powrót do chwili tak właśnie rośnie szczęście na ulicy mijając ulubione sklepy ciężkie od wspomnień mijając skrzypiące na zakrętach tramwaje ciężkie od ludzi wysypujących się z tramwajowych brzuchów. Może jest tak że ona tam kiedyś mieszkała w tym mieście ze smokiem i smogiem może dlatego jest jej tak bliskie może tam zatopiła całe swoje poprzednie życie po to żeby stało się feniksem w mieście z domem i dużymi gwiazdami że to życie przyniosło kolejne i to by się nie wydarzyło gdyby nie te fundamenty w niej budowane latami. Mieć czas dla siebie tak głęboko aż nie słyszy swoich kroków tak zagubić się można tylko tam gdzie doskonale się wie gdzie iść i gdzie czuje się bezpiecznie i gdzie nie ma ogromnych ulic i gdzie jest ładnie dla jej duszy i nie ucieka się od wspomnień ale z całej siły w nich siedzi. Tak właśnie wygląda jej szczęście takie bardzo osobiste gdzie nie ma małej jej ani jego, chociaż właśnie tam w tym mieście gdzie czuwają chochoły i są piękne witraże i lśni bruk w nocy właśnie tam zaczęło się ich wspólne my kiedy w zaułku niewiernego Tomasza kiedy dostrzegła że on ma piegi na dolnej wardze i postanowiła poszukać czy ma ich jeszcze więcej i ma policzyła wszystkie.
24 lis 2015
M 208:
Pojawił się niespodziewanie, podkreślany niepełnym księżycem, jakby ten właśnie księżyc celowo spadł blaskiem na pierwszy, bardziej obfity śnieg. U nich gwiazdy są większe niż w ostatnio odwiedzonym mieście na Wu. Miejsce to jest ciągle tym samym nerwowym rytmem, ze zmienną modą na tym razem buraczany hummus i pieczone jak frytki warzywa, z nowymi modelami wózków Maxi Cosi i ergonomicznych nosideł. Ona z walizkowych czasów, posiadania dwóch suszarek do włosów, dwóch szczotek i nieustannego żonglowania ubraniami po dwóch domach ma inaczej w sobie, jak niebywale wtedy napędzał ją stres, turkuć podjadek, który na szczęście nie wyżarł jej do szczętu, bo się nie da. Teraz jest tak, że sobie pojedzie, odwiedzi i wystarczy. Może, ale nie musi. Że w miejscu, gdzie je się zdrowo, na gryczanych talerzach, kiedy mała ona biega pomiędzy książkami i kuchnią dla dzieci, a ona rozkoszuje się rozpustną bezą z granatem, musem z mango i kremem z mascarpone, w domku dla lalek lub opodal zasłony, gdzie robiono jej zdjęcia, można spotkać przyjazne dusze i nawiązać z nimi porozumienie w jednej krótkiej chwili. Może ona właśnie ma takie umiejętności, że niby z pozoru absurdalne miejsca przynoszą nowopoznane dobre dusze i one są sobie w niej będą zawsze miłym uśmiechem witane. Inspiracja Polyanną trwa, zawsze tak miała i to buduje w środku bastion pozytywnego myślenia nie do przebicia. Dobrze, że ma takie chwile, pomimo narastającej i nieustannie przepychanej góry zmęczenia, o którą się kiedyś tak potknie, że nie wstanie i co będzie. Wypuszcza z rąk rzeczy, plami się czymkolwiek nieustannie, starannie wklepuje krem pod oczy wierząc, że pomoże, a nie bardzo to i tak widać. Dba jak może o małego anioła, który w niej cierpliwie rośnie i oczekuje, kiedy wreszcie pojawi się przodu oznaka, że jest podwójną mamą. Chodzi w trzech ubraniach na krzyż, bo tak jej wygodnie, bo tak jej najlepiej. Nie odpuszcza malowania rzęs i kupiła sobie szminkę w jaskrawym kolorze. Wciąż ma ochotę na bułkę z masłem i pad thai, dręczące poczucie tego drugiego smaku pewnie zwiedzie ją wreszcie na restauracyjne manowce, nie w jej mieście, bo się nie da. Wieczorami szukają zachłannie, a potem zasypiają oparci o ciepłe fragmenty siebie. Uspokaja się, powinna, bo rozedrganie nie jest dobre dla małego człowieka w niej. Jest na dobrej drodze. Jest jak jest.
4 lis 2015
M 207 albo jak jest teraz wirtualnie:
Udało jej się być w kinie, samej, jak inaczej się jechało przez zaciemnione ulice, jak światła samochodu połykały kolejne pasy, wysepki i studzienki. Pisze dużo innych rzeczy, wystukuje codziennie jesienny rytm, słuchają się jej słowa jak na zawołanie i tęskni do pisania swojego, nareszcie może wsunąć palce w litery jak w ulubione wygodne buty, ma takie, nie wychodzi z nich przez całą zimę. Ostatnie trzy miesiące zakręciły ją przesennie, tyle dróg się splątało, tyle oczekiwań na zielone światło i ciężarówek minęło, nieustannie w podróży z małą dzielną nią. Jak to się dzieje, że ona wciąż nie umie tego świata, który nastał, w którym pojawiają się określenia, na których potyka się, bo brzmią bardzo obco, to brzydkie nie polskie słowa, bez możliwości znalezienia rodzimej alternatywy. Jak to się dzieje, że nie da się już bez tabletu, bez wynalazków, jak się mówi skrótami, jak wszystko kręci się wokół pieniądza, jak się nie zrobi z siebie podnóżka albo nie oferuje gwiazdki z nieba to nawet żaden e-mail nie zostanie z odpowiedzią, tak się nie ma czasu, bezinteresowność idzie do lamusa, do muzeum. Zazdrość o litery, o posiadanie, o umiejętności, może nie dotyka jej tak bardzo, ale wokół jest tyle cienia, że naprawdę trzeba się mocno starać aby wciąż patrzeć w słońce. Na szczęście mimo tego, że świat się po swojemu, nie po jej unowocześnia, nad nią wciąż niebo z kilkoma cumulusami, oby trwało jak najdłużej i nie pękło wielką burzą. Świat jest kruchy, chowa się za szybami domów, samochodów, biur, ulicznego ruchu, świat sobie jeździ i tworzy supły i iluzje po to, aby było coraz trudniej. Ona w ich niedużym domu, pod jego skrzydłami, ze słuchającym ją niebieskim samochodem i perlistym śmiechem małej jej, pomimo, iż mentalnie nie wyszła z epoki walkmana i tego, że na świecie wiele można uzyskać wielkim sercem, wie, że już nigdy nie będzie sama, bo ma w sobie nie dość, że ogromny spokój, to jeszcze kolejne małe skrzydła stworzone z miłości, które późną wiosną zawitają do ich niedużego domu.
18 paź 2015
M 206 albo się sączy:
Odkąd nastał październik, ma jedynie siłę na wspinanie się po jego palcach do ust i po piegowatych plecach, zwiedzają się wieczorami, potem zapadając w ciężki, jesienny sen. Trochę ich naszarpało, ale ustabilizowali trajektorię wspólnego lotu i się udaje.
Ona: niebywale senną się stawszy, walczy codziennie z ogromną górą niewyspania, marząc, by mała ona nareszcie zdrzemnęła się choćby na godzinę w ciągu pochmurnego dnia, a ona padnie wtedy nieżywa i będzie z całej siły spać. Nie ma siły wyjść na spacer nogami, porusza się za pomocą niebieskiego samochodu, jeździ znów nadmiernie wydzierając ostatni bastion wolnego czasu dla siebie.
On: pracuje bez tchu, w południe jedząc wspólny obiad, a wieczorami spotykają się talerzami ze wspólną kolacją, łączy ich gwizd czajnika i opowieści z całego dnia.
Ona: tak sobie myśli, jak inne dają radę, skoro mała ona zupełnie nie skupia uwagi na niczym, przewraca i niszczy wszystko, nie ma czasu jeść, ciągle biega. Może to wiek, może samość w tej opiece, może jesień zadeszczona, może. Podgląda co się dzieje w kosmetycznej, już odległej galaktyce, patrzy na nowe luksusowe cienie i myśli, gdzie ona by się miała nimi umalować, skoro ma jedynie siłę na rzęsy i fluid. Jesienne premiery istnieją dla nie mam, albo dla tych, które mają czas je wykorzystać i opisać, w niej liter tak dużo, a tak przelatują przez zmęczone wieczory, spychając się na następne dni, aż wreszcie ulegną jej palcom. Może ma taki czas, że jest skupiona na minimalizmie, może ograniczyła swoje urodowe działania do minimum, ostatnio zakochuje się w kremie Vis Plantis za trzydzieści złotych, a działa i ją co rano uśmiecha. Przed nią jeszcze kolejne wyzwanie, które pojawi się wiosną i trzeba zebrać siły, aby się udało, aby połączyła wszystko w jedną całość, nieustannie utrzymując się na zawodowej powierzchni, aby tylko nie utonąć w domu. Karkołomny plan być może się uda.
On: martwi się o nią brązowymi, badawczymi oczami.
Ona: w powodzi długiego i zazwyczaj takiego samego w treść dnia, zamyśla się od strony więdnącego ogrodu, jak nadal jednorazowość krąży, jak ludzie się boją nowego i nieznanego i wycofują, bo po co się zmierzyć, jak nie dbają o kontakty, po co, jak można napisać status i wystarczy. Ale pojawiają się odkurzone znajomości, co nieustająco cieszy, bo wtedy daje im się drugie życie. Tak sobie myśląc, rozładowuje przy tym milionową zawartość zmywarki i bierze się za kolejne rzeczy. Życie płynie swoim ustalonym trybem i jest jak jest, świat się poukładał nieco inaczej. Nie kupiła jeszcze wrzosów przed dom, codziennie potyka się o tysiące słów, a wieczorami powłóczy zaledwie palcami tak, że nie wystarczy ich już na pisanie. Za czym oczywiście nieustannie tęskni.
Ona: niebywale senną się stawszy, walczy codziennie z ogromną górą niewyspania, marząc, by mała ona nareszcie zdrzemnęła się choćby na godzinę w ciągu pochmurnego dnia, a ona padnie wtedy nieżywa i będzie z całej siły spać. Nie ma siły wyjść na spacer nogami, porusza się za pomocą niebieskiego samochodu, jeździ znów nadmiernie wydzierając ostatni bastion wolnego czasu dla siebie.
On: pracuje bez tchu, w południe jedząc wspólny obiad, a wieczorami spotykają się talerzami ze wspólną kolacją, łączy ich gwizd czajnika i opowieści z całego dnia.
Ona: tak sobie myśli, jak inne dają radę, skoro mała ona zupełnie nie skupia uwagi na niczym, przewraca i niszczy wszystko, nie ma czasu jeść, ciągle biega. Może to wiek, może samość w tej opiece, może jesień zadeszczona, może. Podgląda co się dzieje w kosmetycznej, już odległej galaktyce, patrzy na nowe luksusowe cienie i myśli, gdzie ona by się miała nimi umalować, skoro ma jedynie siłę na rzęsy i fluid. Jesienne premiery istnieją dla nie mam, albo dla tych, które mają czas je wykorzystać i opisać, w niej liter tak dużo, a tak przelatują przez zmęczone wieczory, spychając się na następne dni, aż wreszcie ulegną jej palcom. Może ma taki czas, że jest skupiona na minimalizmie, może ograniczyła swoje urodowe działania do minimum, ostatnio zakochuje się w kremie Vis Plantis za trzydzieści złotych, a działa i ją co rano uśmiecha. Przed nią jeszcze kolejne wyzwanie, które pojawi się wiosną i trzeba zebrać siły, aby się udało, aby połączyła wszystko w jedną całość, nieustannie utrzymując się na zawodowej powierzchni, aby tylko nie utonąć w domu. Karkołomny plan być może się uda.
On: martwi się o nią brązowymi, badawczymi oczami.
Ona: w powodzi długiego i zazwyczaj takiego samego w treść dnia, zamyśla się od strony więdnącego ogrodu, jak nadal jednorazowość krąży, jak ludzie się boją nowego i nieznanego i wycofują, bo po co się zmierzyć, jak nie dbają o kontakty, po co, jak można napisać status i wystarczy. Ale pojawiają się odkurzone znajomości, co nieustająco cieszy, bo wtedy daje im się drugie życie. Tak sobie myśląc, rozładowuje przy tym milionową zawartość zmywarki i bierze się za kolejne rzeczy. Życie płynie swoim ustalonym trybem i jest jak jest, świat się poukładał nieco inaczej. Nie kupiła jeszcze wrzosów przed dom, codziennie potyka się o tysiące słów, a wieczorami powłóczy zaledwie palcami tak, że nie wystarczy ich już na pisanie. Za czym oczywiście nieustannie tęskni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)