19 cze 2012

M 113:

Czai się lato, huśta i mami zimnym czerwcem, nie huknie upałem, nie krzyknie w zieloność, że już, że zaraz wakacje, że lato wszędzie, w które tylko się obudzić w jego południe. Zadeszczone, niesłodkie truskawki, ale zawsze truskawkowe, jak tylko tu mogą smakować, małe główki kalarepki, słodycz młodych ziemniaków pozawijanych w płatki młodej skórki, chrupiący koperek i zimna maślanka i tak smakował ich wspólny, piękny, leniwy weekend, celebrowany jak tylko najpełniej, najbardziej cieleśnie, najbardziej ich sposobem można. W trawiastej oazie, po której delikatnie słońcem łaskotał wiatr, biegały zdziwione koty, że ona tam właśnie leżała czytając, podpierając spodami stóp gorące słońce. Jest w niej coś z dawnych czasów, coś co sprawia, że staruszki i staruszkowie mówią do niej 'panienko', coś co pozwala właśnie w tłumie osób zatrzymać, wyłowić, zagadnąć taką oblepioną wspomnieniami duszę, a te dusze mają niezapomniany wdzięk i hart ducha i przypominają, że świat wyglądał trochę inaczej i dlaczego ona go nie znała wtedy... Ale pewnie w tamtym świecie nie spotkałaby swojego anioła, może jakiś jego okruch tu i tam, ale nie takiego, który pisze kartki na jej pustej tygodniowej połowie łóżka 'Nie lubię jak Cię tu nie ma', a może to jest tak, że właśnie on jest taki niedzisiejszy i ma właśnie ogromną, przedwojenną duszę, która właśnie dla niej urosła i na nią czekała o tam i udało się jej ją znaleźć. Ona pomimo pracowej wirówki, uzależnienia od pasty jajecznej z samu społem na Mokotowskiej, odporności na mokotowskie must have, wrzasków i ryków wuwuzeli z podwórka, piłkarskiej gorączki, eksplozji kwiatów lipy pod wielkim blokiem, zapominania rzeczy rozpiętych między dwoma domami, kiedy mylą się jej szafy i szuflady, pomimo wyjątkowego nie zgubienia jasnofioletowych okularów i notorycznego nie dopijania kawy, potrafi w biegu, w konieczności, w pośpiechu, w szumie, usłyszeć ciche 'panienko' i kupić od bardzo uprzejmego z przedniojęzykowym ł staruszka dwie pocztówki z czymś i z czymś i chwilowy dialog z nim i pewien szacunek do kobiety w jego oczach znajduje potem w ciemnych tęczówkach jego anioła, ukrytych pod kosmatymi krzaczkami brwi. I przez to czerwiec ucieka szybko w stronę lipca a ona fruwa nad ziemią.

10 cze 2012

M 112:

Czerwiec wgryza się słońcem w pęki piwonii, w przedpołudniowe drzemki pieskotów, w zapach siana skoszonego za płotem, w życie nowego kota, który wiecznie głodny i wymiętoszony zawitał do ich domu, wprowadzając swoje nowe kocie zwyczaje i nowe pieczątki łap. Duch iKota krąży nad ogrodem i pomimo nowej kociej duszy w domu, ona ma ciągle nadzieję, że jego ciekawska buzia wyłoni się sponad traw o tam, nieco dalej, że jego charakterystyczny Czerwiec rozpycha zieloność po świecie, wiwatuje kwitnącym jaśminem i burzami, rozpycha uśmiech na twarzy milionem czerwcowych smaków. Delikatna chrupkość zielonych szparagów, owija się wstążkami tagliatelii w kremowym, rozpustnym sosie, wlewającym się cienką strużką smakowego tła swoją słodkawo-cytrynową nutą. Łyk białego, półwytrawnego wina dopełnia wniebowzięcie. Pachnąca wanilią i migdałami tarta, z chrupkim chrzęstem kroi się po kamionkowej formie w apetyczny trójkąt. Kruchość delikatnego ciasta kontrastuje z aksamitnym kremem i kwaskowatością truskawek, smakowego epicentrum czerwca. Ona uwielbia gotować i gotowanie lubi ją, w prostych plackach na maślance z truskawkami i cukrem pudrem, w zupie z młodych warzyw z pęczakiem i na kurczaku, pachnącą nacią selera, koperkiem i masłem. Uwielbia otwierać lodówkę i czarować śniadaniaobiadykolacje z tego co jest. Kurczak w panierce z mielonych orzechów, pieprzu, mąki kukurydzianej i soli, pocięty na paski osiąga niebywałą i pyszną chrupkość. Lubi doprawienia, dopowiedzenia, kropki nad i w jedzeniu, których szuka się na podniebieniu, a są nimi różności w postaci dodatku pigwówki do mięs, miodu lub syropu klonowego do kwaskowatości i ostrości musztardy, orzechów i pestek dyni do warzyw, czosnku, oregano i tymianku - ulubionych przypraw, ciecierzycy, której kulki działają smakowe cuda. Nie lubi podrobów, boi się królików, raczej ich nie zje nigdy, nie przepada za kaczką i dziczyzną, za bardzo wymyślne i za bardzo mięsne i za bardzo zwierzęce dania dla niej. Nie znosi bylejakości, woli schrupać kalarepę z ketchupem 7 lub Heinz, lubi czasem groszek z majonezem kieleckim dochrupczony rzodkiewką. Kocha chłodniki o wyrazistej, czosnkowo-pieprzowej nucie, z pociętymi buraczkami, o kolorze prawie amarantu i pięknym okiem jajka pośrodku, zupy-kremy z cebuli, brokułów, pomidorów, zawsze wyraziste, dosmaczone jej sercem i może tym - po otwarciu szafki z przyprawami. Kulinarne wpadki pamięta z gotowania makaronu w zimnej wodzie, kiedy miała osiem lat, naleśnikach z samej mąki gryczanej, które łamały się na kawałki, za nic nie chcąc stać się istotą naleśnika, czasem zwarzony krem, ratowany łyżką gorącej wody. Nie lubi veget, kucharków, dosmaczaczy i nie aromatycznego pieprzu, nie lubi dań z torebki, ziarenek czegoś, co zabija smak rzeczy, do której się przylepią, rozgotowanych warzyw, słabej i niedobrej kawy, nie słodzi niczego, bo dla niej cukier zabija smak, nie znosi syropów light bo sztuczność wyczuje węchem i na sto kilometrów. Odróżnia smak jajka z numerem 1 od numeru 3, kocha chleby z Krakowa, prądnicki, kresowy pieczony na liściu kapusty, warszawskiego talara i kardynała od Lubaszki, łódzkiego na zakwasie od Gniotka, który może leżeć tydzień i odda wszystko za chlebową kromkę posmarowaną masłem z Końskich, z malinowym pomidorem i solą i konia z rzędem za słoik lekko kiszonych ogórków od mamy. I na szczęście jest posiadaczką języka geograficznego, który wyczuwa najmniejszy niuans smaku i czasem aż boli, zwłaszcza po zjedzeniu sera pleśniowego, orzecha włoskiego i gruszki, z łykiem wytrawnego czerwonego wina o owocowym, lekko słodkim posmaku i aksamitnym finiszu.

31 maj 2012

M 111 albo dziesięć lat temu:

Koniec maja otwiera okrągłe pięści peonii, delikatnie ukazując ich cudownie pachnące wnętrze, jaśmin rozpachnia płoty i wzdłuż chodniki, konwalie sypią swoje perły na cienkie, zielone łodyżki, irysy swoją trudną do narysowania sylwetką rysują zielony horyzont ogrodu. Cudowny, pachnący wilgotnym bzem maj panowszy się wszędzie, na swój koniec bycia w tym roku sypnął truskawkami, które posłusznie układane na przemian w beżowych łubiankach, opanowały prawie każdy róg ulic miasta na Wu. Uwielbiała jeść truskawki widelcem, delikatnie muskając ich bok, plecy lub zielonkawe nogi w serku waniliowym, najlepiej takim, który smakował jak z dzieciństwa, kiedy był tylko jeden rodzaj w dużym sklepie, pachnącym skwaśniałym mlekiem. Więc zanurzywszy w plastikowym pudełku jedyną w swoim rodzaju, truskawkową toń pomyślała o tym, co się wydarzyło dziesięć lat temu. Dziesięć lat temu oczekiwała znaku, cudu, wiatru, słowa, czegokolwiek, co zawahałoby ją przed byciem żoną, dziesięć lat temu była wigilia jej ślubu, jak przez mgłę pamięta reminiscencje, stop-klatki, jak w zwolnionym filmie, co się działo nazajutrz. Pamięta tylko, że stała na progu kwiaciarni ciotki, która to robiła jej wiązankę z eustomy i kaskady rozmaitych liści i czuła na twarzy wiatr i nic więcej. Nazajutrz padało. Ślub był późno, fryzjer, uwaga na francuski manicure, makijaż, pamięta, że malowała oczy jasnoróżowym cieniem w kremie, nie pamięta, jaki miała fluid ani jaki róż. Delikatna kreska eyelinerem, błyszczyk na ustach, świetlistość szczęścia na dwudziestopięcioletniej twarzy. Sukienka z blodoróżową górą i kremowym dołem, lekka, dziewczęca, wygodna, rękawiczki z palcami za łokieć, trochę jak Audrey Hepburn z "Sabriny". Obroża z pereł na szyi. Uśmiech. Ojciec prowadzący ją do ołtarza. Bardzo dużo gości w pięknym, barokowym kościele, pęk jaśminu, kłujące spinki z tyłu głowy, twarze wujków i cioć, które już nie żyją. Wirująca aura uśmiechów i poczucie, że już jest po drugiej stronie - tych, którzy są już małżeństwem. Czarny opel omega udekorowany różowymi kokardami z tiulu zawiózł ich tam, gdzie tańczyli szybkiego walca z "Trędowatej". I walc, i stłuczone kieliszki nie przyniosły szczęścia, ani ryż wytrząsany o 7 rano z włosów i sukienki na podłogę ich małej, wynajmowanej kawalerki. Potem był Kazimierz i spacery. Co będzie, pytała. Ciekawa, jak rozwinie się ich wspólne życie, bez odpowiedzi co dalej, kiedy każdego wieczoru, potrafili się długo uwodzić muzyką. I poczuli, że już chcą być razem na długo, kiedy rosła w nich ogromna kula tego, że może na zawsze, w bardzo zimowy nadranek, kiedy zmęczeni całonocnym tańczeniem do muzyki Vaya Con Dios wsiedli do autobusu jadącego w przeciwnym kierunku niż cel, kiedy już ze sobą zamieszkali i ona woziła mu kanapki do pracy i sypali do siebie drobnymi słowami na kartkach, oglądali mistrzostwa w lekkiej atletyce na pożyczonym telewizorze, łazili po górach niewyobrażalnie dużo, kiedy nagle pojawiła się w mieście na Wu po raz pierwszy i z sukcesem kilkoma kosmetykami wspinała się na makijażowe góry i to wszystko było szybkie, nowe i rosło - nie wiedziała nawet, jak bardzo ten nowo zbudowany dom, to rysowanie cienką kreską wspólnego życia może runąć. A stało się to po roku, kiedy jednym zimowym wieczorem zatrzasnął jej wieko do trumny, z której umiała się wydostać jak Lisbeth Salander. Nie kocha jej powiedział i nie wyobraża sobie życia z nią bez przyczyny ot tak walnął słowem i sobie poszedł twierdząc że nie do innej kobiety a żaden facet na świecie nie robi tego bez przyczyny. A potem tak samo pachniał bez i jaśmin, kiedy zostawiła te zgliszcza i poszła w inny koniec świata, a tam nie znalazłszy odpowiedzi na pytanie - jak będzie dalej - poszła w jeszcze inny kąt, w który nareszcie znalazł ją anioł. I teraz, kiedy za miesiąc i tydzień stanie się na powrót żoną, po dziesięciu latach, wie, że w ich nowym domu zbudowanym od dymu, w ich odległościach, słowach i palcach, w pewności, która jedyna na świecie, na pytanie jak - odpowie: cudownie. I bez cienia cienia.

21 maj 2012

M 110:

Ona: powróciwszy do miasta na Wu, zaczęła poniedziałkową górę tygodnia, której wierzchołek osiągnie w środę jak zawsze, a potem się rozkosznie stoczy w piątkową dolinę prowadzącą do domu. Lubiła te piątki, kiedy jadąc busem czekała, aż w pewnym momencie, kawałek za Radomiem, horyzost sfaluje się w lekką lamówkę niewysokich gór, obszywającą soczystą, majową zieleń. Maj chował kota jeszcze bardziej w niezmąconą toń i ona już powoli zaczęła wierzyć, że kot stał się najszybciej ich Serafinem i poluje na żaby i myszy na niebieskich połoninach, a dałaby wiele za mruczące, kochane, ciepłe od słońca futro, które chodziło krok za krokiem niczym pieskot. On: zasypiając, zszywa kumkaniem żab i coraz częstszym szumem cykad kilka wieczorów bez niej w wielką kołdrę, pod którą śpi od poniedziałku do czwartku, by później rozwinąć lewe skrzydło i w nim dać jej zasnąć. Ona: uwielbia jego mocne przedramiona, ręce wyrzeźbione bólem tysiąca pleców, ciepłe, silne i pocałowane piegami, kiedy może patrzeć, jak się napinają, jak współistnieją obok jej niedużych dłoni, jak potrafią zrobić tyle rzeczy, jak czule głaszczą zrozpaczoną kotę, jak napinają się podczas ogrodowych prac, jak trzymają kubek, kierownicę, bębnią triole i swoje rytmy, jak umieją współgrać z jej skórą, pomimo swojej siły i czasem szorstkości, są. Gdzieś w tęsknieniu za tą jego siłą, do której wraca i z której nie chce odjeżdżać, gdzieś w pracowym kołowrocie, w makijażach, które pamiętają o jej pędzlach, palcach i oczach i dzwonią, gdzieś w nareszcie ciepłej, obsypanej perłami konwalii, lekko spóźnionej wiośnie, w pierwszych truskawkach, pomidorach o smaku pomidora a nie importu, w niewyspaniu, w apetycie na kabanosy z ketchupem 7, kalarepie i groszku z majonezem, gdzieś w koniecznościach, miękkich drogach lekko przejeżdżanych szafirowym autem, jak podszewka, jak ziarnko grochu, jak natrętna, mała mucha, jak paproch, który wpadł do oka, gdzieś na samym dnie tego wszystkiego, co się dzieje, co zabrało kota i nie chce go oddać, co oddala i przybliża, co cieszy i smuci, gdzieś głęboko pojawiło się znów to dobrze znane przeczucie, że się coś zaraz zawali, bo za długo jest dobrze, że ona ma takie czujniki, że ściąga na siebie czyjeś niedoskonałości, szlamy, paprochy i odpadki i one są i one trują, tworząc blokadę, cośnietak, co nie pozwala osiagnąć jej pełni, stać się wszystkim, miłością, stać się połączeniem jego silnej i jej mniejszej dłoni, co może wybierze sobie jej szarozielone oczy i jego piegi, albo jego czarne włosy a jej ich falistość, co będzie nim albo nią, co stanie się na wieczność mostem między nimi. To jest jak robak, jak larwa, która trąca nie tylko jej intuicję, ale nikt o tym nie mówi, bo może za wcześnie, bo może nie można, bo ona jest wyczulona, a może właśnie trzeba skumulować energię i popsuć szyki i otworzyć drogę, aby spełniło się to światło, które jest tuż tuż. Które tym razem majem zabrało kota i może właśnie on poszedł o tam z misją wrócenia z tym, w tym, na co tyle czekają.

13 maj 2012

M 109 albo kot:

Im bardziej patrzyła w pysznie zielony ogród, tym bardziej nie było w nim kota. Trawa, krzewy i mały staw pełen żab i ryb zgodnie milczały, nie chciały powiedzieć, kiedy ostatnio go widziały, tajemniczo szumiąc i kumkając jakby nic się nie stało. Czekają na kota wszyscy wciąż w ich niedużym domu, aż zapuka łapą jak zawsze, aż złote oczy zapalą się w dużym oknie dużo później niż gwiazdy, aż rzewny jego głos przypomni, że wrócił i będzie jak zawsze. Co on je, gdzie śpi, czy miauczy tak dużo jak zawsze, czy śpiewa kocie piosenki, takie, jak tylko on potrafi.
Kot umiał otwierać wszystkie drzwi i szuflady, był ekspertem od podgryzania przwodów od pralki, ulubionych i arcyważnych kabli i rączek od torebek. Kot dzielnie znosił rany od pierwszej stoczonej kociej bitwy i osę wczepioną w piękne futro, wspaniale polował na muchy, w wysokim krakowskim mieszkaniu można go było trzymać i unosząc do góry - łapać nim naprzykrzającą się muchę. Kot wskakiwał do wszelkich pudeł i toreb, utulał i witał swoją panią, kiedy wracała z każdej podróży, czule liżąc ją po włosach i wmruczając się w ich wspólną dwukotową - bo z kocią siostrą - noc. Dwa koty jak sygnatury jej najbardziej burzliwego życia, dwie cierpliwe twarze, zawsze witające, zawsze niezmiennie takie same, jak dwa pewniki na świecie - że cokolwiek by się działo - one zawsze będą na świecie, wtulając stęsknione kocie kłębki w zagłębienie ramienia. Kot musi wrócić.
Chociażby złapany na sieć utkaną ze wspomnień, kiedy spał z siostrą w pralce, a ona szukała kotów po całym domu, jak spały w szufladzie bo tam im się najbardziej podobało, kiedy wywaliły z kocich nudów i oczekiwania całą zawartość innych szuflad, kiedy nauczyła je zawsze wracać na kicikici i aportowania piłek. Kot potrafił wszystko, włącznie z bezgranicznym kochaniem i spaniem w przedziwych pozach zazwyczaj z jedną ręką wyciągniętą do przodu, zawsze zasypiający na ramieniu, na brzuchu, wszędzie tam, gdzie mogło być pozornie niewygodnie, kot, który wygrzewał sobą każdy ból, odnajdując go kocim zmysłem i tak umiał znaleźć bolące kolana, brzuch i porwane od dźwigania srebrnej walizki nadgarstki. Dwa czarne kłębki natychmiast poznały jej anioła, były od razu z nim podczas ich pierwszej spędzonej nocy, kiedy ona poszła zatańczyć w rytm miasta a on na nia cierpliwie czekał właśnie okotowany w jej domu na Złotej Podkowie w Krakowie.

Dlaczego więc zieloność go ukryła, schowała w ptasie śpiewy, w zakamarki pod liśćmi, w krecie ścieżki, nie chce powiedzieć gdzie są splątane kocie ślady, gdzie pies może znaleźć trop a nie szczekać z rozpaczy, gdzie. Niech maj odda jej kota, mantra myśli oplata każde spojrzenie w budzący się i zasypiający dzień, oplata zasypiającą kotę wpatrzoną w wielkie okno, triole wystukiwane przez niego pałeczkami na kolanach podczas słuchania jazzowego koncertu i taki obrazek pełen nadziei i niepokoju ona zabierze jak uwierający talizman w tygodniowe życie w bardzo duże miasto wypełnione koniecznościami, bezkociem i totalną miłością do futra w kolorze venge, której nie sposób zgasić tygodniowym zniknięciem.

10 maj 2012

108 albo wieczór:

Pierwszy ciepły wieczór w mieście na Wu wybuchnął krzakiem bzu pod blokiem, na przekór betonom, kwadratom świateł pstrzących horyzont, na przekór pasom transmisyjnym nieustannego szumu. Drzewa, które były tu pierwsze, przed żelbetonowymi pudełkami dla ludzi, przez samochodami, najnowszą Skodą jakąś, przed szczekaniem psim, przed ludźmi w kapturach, którzy palą i są stworzeni do omijania szerokim bezobcasowym łukiem, aby tylko nie zauważyli - rosną i kwitną. Wykroiła sobie foremką okna przestrzeń w ciepłą wiosenną prawie-noc, foremką z rodzynkami świateł po drugiej stronie i pachnącą życiem, tym wszystkim, co rusza do boju, co stanowi niezmienność nawet jak wszystko się wytnie, rozjedzie i rozbuduje.
Miasto na Wu kusi parkami, ale ona zaledwie czasem do nich zajrzy, bo to nie jej drzewa, ona ich nie zna, widziała je w tefałenowskich produkcjach i z okien 159, 108 i 107, że są takie parki, o, ale bez niego, bez jego skrzydeł nie poleci w tę zieloność i nie oswoi tego, czym miasto na Wu ją kusi. Bo nie umie tak sama, może nie chce.
A kiedyś umiała, przyjeżdżała tutaj w zaduszony ursynowski beton, kiedy miasto stawało się jedną wielką patelnią, w której słońce wygrzebywało swoją łyżką ludzi z cienia mieszając ich w jedną spoconą miazgę, kiedy spalało wszystko prawie na wiór i zapach tamtego kurzu, tamtego lata pachnącego jakimś nim, jakąś namiastką tu i teraz, przywołał jeszcze świeży, ciepły wiosenny środkowomajowy wieczór. Po co ona walczy z tym, co tu się dzieje, może właśnie powinna tu i tam pójść i poznać, odnaleźć coś do lubienia, jeszcze bardziej oswoić bycie tu, może wtedy to wielkie rozdarcie, ta wieczna dwoistość nie bolała by tak... Bo wokół ich domu bardziej rosną gwiazdy i bardziej ginie kot, który gdzieś tam na nią na pewno czeka, trawa jest bardziej zielona bo w ogóle jest, z żółtych mleczów powstają żarówki, które łatwo stłuc najlżejszym wiatrem, żaby mylą się z rybami, wokół ich domu wiosna jest nieco starsza, niż w mieście na Wu, szumiącym nieustannie, z rolkami ulic, które przyklejają paprochy samochodów, świateł i kurzu. Może kiedyś nauczy się wykrawać foremką okna nieco więcej niż dźwięki i fontannę zieleni z jednego drzewa, może zaprzyjaźni się z parkiem i może przestanie myśleć o tym, że w Krakowie już dawno stałaby się władcą pierścienia zielonych, wiosennych, ukochanych Plant.

6 maj 2012

107:

Noce ciężkie od obrazów, w powodzi snów można się jedynie utopić i chociaż zasypia na jego lewym skrzydle, to stacza się ogromną przepaść nocy, w lewą stronę swojego łóżka i tam pozostawszy śni mocno i ciężko. Księżyc ogromny bardzo zbliżył twarz do ich okna, zajrzał, podglądając chciwie i tylko wywołał w niej jeszcze cięższe poranne śnienie. Może spojrzawszy na nią, zabrał z niej całą energię i jasne sny, może ma właśnie tak, że zagląda przez okna a potem jest taki duży bo zbiera spojrzenia, zbiera uśmiechy i zamyślenia wszystkich na świecie, którzy na niego mocno patrzą i przez to tak góruje jak przyklejony plasterek, jak luneta, przez którą ktoś nas podgląda i obserwuje. Ona przez dzień słoneczno-wietrzny nieprzytomna, drży już na samą myśl o podróży do miasta na Wu, o zmierzaniu się z tym, czego nie zrobiła jak powinna, boi się zwyczajnie i może to turkuć podjadek stresu tak ją zjada wespół z księżycem. A jej anioł umie łapać turkucie w słoiki i może ona też powinna się tego nauczyć, na drodze do miasta na Wu podstawić słoik i niej tam wpadają rzeczy i paprochy niechciane. Tydzień majowy, bez dotykania klawiatury, a z dotykaniem jego palców, minął kwitnąco, białymi pasami jabłoni, które ciągnęły się przez łagodne wzgórza pól. Osypane kwieciem tamburyny drzew, pod którymi kwitły oceany żółtych mleczów, malowały wspomnienia wiosny jakiej jeszcze nie widziała. Wiosna nadrabiała kwietniową zimność, wszystko kwitło na potęgę, aby na czas zdążyć, pachniał bez, pachniał kurz odbity cieniem na sandomierskiej bramie, pachniała pełna fajerwerków mleczy trawa a nad wszystkim świeciło niebo-po horyzont dopełniając biało-zielonego obrazka. Jeździli dużo, sączyła się kawa na tarasie, koty przynosiły jaszczurki, myszy i żaby, ogród zapełniał się ptasim śpiewem, szumiał bezczas zaplątany w wierzbie nad ich małym stawem, nie zrobili jeszcze tysiąca rzeczy, nie poszli do lasu z psem, nie poszli na inny spacer też z psem, nie poszli na basen, nie odwiedzili znajomych tu i tam, ciągle im mało bycia razem, ciagle zachłanni na wiosnę i siebie, przyzwyczajeni do tyludniowego bycia, niewyspani księzycowo-wiosennie, nagle muszą znów w dwa tygodniowe światy odnowić swoje tęsknienie a potem ona w piątek wieczorem znów wróci i policzy piegi na jego ustach.

24 kwi 2012

M 106 albo lubi nie lubi:

Na niepokój nalepszy kabanos od Tarczyńskiego, groszek z majonezem kieleckim - wspomnienie od babci, wspomnienie które istnieje ciągle w okrągłym stole, który stoi teraz w ich domu, a kiedyś jadła przy nim groszek właśnie i faworki na przemian, i oprócz rosołu koncertu życzeń Ireny Santor i Lubię wracać tam gdzie byłem Wodeckiego - smak groszku staje się jaskinią, w której chce się schować. Kiedy dostaje prztyka w nos, takiego małego kopa zawodowego, który już zrobił siniak i kiedy się zagoi nie wie. Całe życie nadmiernie pokorna, ambitna strasznie i jednocześnie luk pełna nie lubi właśnie takiego stanu, kiedy musi się zebrać, ustalić, przejść przez gęste sitko rozmowy i tu żaden babciny rosół nie pomoże. Może powinna mieszkać gdzieś w skrajnym ubóstwie, gdzie miałaby dwie sukienki, spała na sienniku, gotowała robaki i placki z młóconego zboża, może powinna mniej zachłannie, bo właśnie jej pisane jest rozmyślanie i ubóstwo, może nie powinna celować w najnowszą kolekcję Massimo Dutti, może nie powinna zwracać uwagi na to, że musiała zostawić napiwek kelnerowi a za ten napiwek miałaby i obiad i kolację i znów dwa kilo mniej na wadze bo kasza jaglana odchudza, może nie powinna chcieć w ogóle, nawet wyjeżdżać, bo wszędzie jest tak samo i jest google earth i Starbucks. Może powinna bardziej uwierzyć w swój sukces, patrzeć wyżej, bardziej w górę, a nie czekać na cios, odszyfrowywać wpisany fatalizm w sobie, że jak o nim pomyśli to on się zaraz pojawi, jak ukryty okropny kłębek kurzu, który się zbiera i pojawia w momencie, kiedy się wszystko wysprzątało. Więc ona tak nie lubi. Zwłaszcza posiadania pewnego przeczucia, że czas, kiedy uda jej się wywołać w swoim organizmie stan wskazujący na dwie różowe kreski, niechybnie się odwleka. Nie lubi, kiedy ma cień poczucia, że ma coś w sobie popsutego, co nie pozwala jej pójść w żadną stronę, ani sukcesu zawodowego, ani rodzinnego. Że w dalszym ciagu będzie dryfować od do, jak drewno, które czasem złapie prąd, ale w większości nie i się musi samo popychać z całej siły, żeby nabrać kierunku. Ona lubi dopilnowywać, organizować, dopinać na guzik ostatni, rysować, gotować, śpiewać, zna alfabet Morse'a i ma dobrą równowagę, umie haftować, malować, rysować, malować po twarzach i rozróżniać ciepłe niuanse czerni i zimne. Ona umie pleść warkocze, czesać, robić szkoły makijażu i lubi mówić do ludzi, nie bać się. Lubi ciepło, ale nie upały, zieloną herbatę, zieloność w ogóle i powietrze, kiedy się rano wstaje i jest o tak - właśnie - niezapomniane i kiedy motyl cytrynek jej towarzyszy w tym poranku, to ona umie uwierzyć, że to jego tata odwiedził wiosenny ogród. Lubi powietrze, poczucie pełni, walkę i osiąganie harmonii i czasem zerknie na XFactora, bo tam śpiewają. I co z tego, kiedy jest czas, kiedy więcej nie lubi przekręca się jak rewers i jest tak ciężki, że nie można go odwrócić na drugą stronę. I wtedy nie lubi zimna, deszczu, burzy, kiedy ludzie się na nią patrzą i obserwują i obwąchują, nie lubi kiedy ludzie potrącają staruszki i tak potrącone wiekiem i bagażem bólu, nie lubi bolących kolan, nie lubi jak się jej nie udaje bo nie ma wyników, nie lubi jak czas ucieka, nie lubi reklam wszędzie i braku zrozumienia dla walizki, nie lubi nie mieć siły, fast foodów i rzeczy bez celu, nie lubi wind, ciem, włochatych gąsiennic, tęsknić i zasypiać sama a większości tego czego nie lubi to i tak musi. Dryfować. W zamazany horyzont, gdzie pewnikiem są tylko anioły.

15 kwi 2012

M 105 albo o tak samo:

Wniosła szarą walizkę razem z kolanami na schody prowadzące do jej niedużego pokoju w mieście na Wu. Wtaszcza te zawartości walizkowe, trzymające się na prawie urwanej rączce, wisi to na jednym, to na drugim kolanie i czuje jak napina się jej to jeden to drugi ACL, aby potem krótkimi urywanymi ruchami przypominać, że są, istnieją, że dzisiejszych schodów nie zapomniały. Powietrze zagęszcza się wiosną i może wreszcie wystrzeli ta zieloność, na którą wszyscy czekają, jak powinna. On co wieczór włącza dla niej gwiazdy obserwowane przez prostokąt okna zimną nocą przytuloną do jego pleców bo bez wtulenia noc jest pojedynczym, egoistycznym kwadratem, pokolorowanym snami, który przemija nie zapamiętany, zwłaszcza żółtym pokoju oddalonym o 150 kilometrów w trzy razy większym mieście.
Ona kocha. Wrosła w nią ta miłość jak sekwoja, kwitnie, rozwija się coraz bardziej, na gałęziach sekwoi ciągle nowe motyle, nie do wiary, ale ciągle się mnożą. Zaczepione między nimi prawie rok temu nitki stały się powrozami, których nikt i nic nie przetnie, no skąd ta pewność, skąd. Gdzieś w najgłębszych zakamarkach, w rowie mariańskim jej duszy, tam, gdzie myślała, że nigdy nikt nie zajrzy, stało się światło i jest i nie gaśnie i ona wie, że tak będzie już tak wybrała, tak wybrał on, tak wybrali. Kiedy on został u niej pierwszy raz w domu, czekając na nią na jasnej kanapie z zakochanymi w nim kotami - wiedziała, że chce już tak wracać zawsze, do uważnych brązowych oczu, do silnych rąk, których jeszcze wtedy dokładnie nie znała, do tego spokoju, który w nim i który potrafił zapomnieć o każdej za długiej podróży, o każdym zmęczeniu, nie takowości codziennej. Nie wie, jak długo będzie jeszcze potrafiła być w mieście na Wu, w którym ogarnia się szamę a nie je, w którym w ogóle się ogarnia i biegnie. Ona chce być z nim codziennie, nie przyczepiona myślą, nie zastygająca w dużym łóżku w pokoju w mieście na Wu, nie przyklejona cowieczornie do klawiatury do głosu do telefonu jednego albo drugiego, do porannego wychodzenia do pracy, kiedy na blokowym podwórku zawsze mija rudego settera, bez poczucia przyczepienia do dnia i zbijania go w godziny, aby około 19 przez wieczór przeprowadzić się na drugą stronę nocy przez palce przyklejone do klawiatury a po stokroć wolałaby do jego rąk. On ma ciepłe stopy w łóżku opatulające jej zazwyczaj zimne zasypiają w niej po kolei wszystko on gasi światło on wstaje bardziej rano bo pies on słyszy on pozwala na jej dłuższy rozkoszujący się domem sen on potem słucha jakie ona miała nocne obrazy w głowie szykuje kawę podgrzewa wodę dba kroi rzodkiewki na idealne plasterki przytula czerwony szlafrok w którym ona się mieści razem ze swoim porannym niemrawym byciem siedzą przy okrągłym stole zrzucając zachwycone rozmruczane koty jedząc zawsze puszysty omlet w niedzielę i ona chce tak codziennie nie tylko przez dwa poranki w tygodniu żeby on widział ją również w poniedziałki wtorki środy czwartki bo może będzie miała inne sny co innego zjedzą na śniadanie i zasną może nie o dwudziestej drugiej a później lub wcześniej ona tego nie wie bo nie próbowała.
Każdego poniedziałku budzi się jednak o czwartej potem dopakowuje walizkę i świt wita już w busie, który zawozi ją o tam, gdzie mozolnie obydwoje wspinają się po górze tygodnia z której około środy spadają godzinami w dół aby dotoczyć się ledwie jakoś do piątku o 19.30 kiedy wysiada ze srebrną walizką prosto w jego ciepłe ręce ciemne uradowane oczy i potem on zapala dla niej gwiazdy i bardzo bardzo czuła jest ich noc.

6 kwi 2012

M 104:

Znów dni zjedzone nie wiadomo gdzie, marzec stoczył się przepisowo do swoich trzydziestu jeden aby znów w górę wzbić się w kwiecień. Wiosna pomału zamacza końce niektórych krzaków malując je na bladozielono, powoli to wszystko pęka, rośnie i pachnie, jeszcze zaledwie, jeszcze delikatnie. Skwery upstrzyły się naręczami żonkili i tulipanów w wymyślnych kolorach, gdzieniegdzie jeszcze widzi się berety, puchowe kurtki i kozaki, bo wciąż zimnawo, wciąż nie tak. Nad ich domem krążyły bociany, w oczku wodnym zaczęło się życie, ryby poprzeciągały nogi i rozpoczęły życie, kot upolował ptaka i tym samym zaczął swoją wiosnę. Niemrawo się w niej ona zaczyna, trzęsie deszczem i wiatrem, każe nosić nieśmiertelny turkusowy sweter, przytrafia zapalenie spojówek, pachnie wietrznym kocim futrem i boli gardłem.
W wieczór pełen powietrza i mokrej trawy "Within the realm of a dying sun" przypomina dźwięki, które po raz pierwszy usłyszała, mając dwanaście lat. W pokoju u koleżanki cała ściana wyłożona kasetami, kusiła tytułami na grzbietach. Chodząc z walkmanem dzień po dniu z czasem umiała już prawie wszystkie dźwięki. Przekraczając próg muzyki, wchodziła do innego świata. Dead can dance, This Mortal Coil, głos Elisabeth Fraser w Treasure Cocteau Twins brzmiał jak szpilka wkłuwana w balon nadętej matematyki, pękający z hukiem dzwonkiem na wyczekaną przerwę, na której można było przez chwilę zanurzyć w przepustce dźwięków. Muzyka wynaczała kolejne światy, które można było namalować akwarelą po swojemu i takie najbardziej lubiła wieczory, ona, nastolatka przyklejona do radia lub guzika play, niepopularne zajęcie w czasach, kiedy większość uczyła się palić papierosy lub chodzić w butach na obcasach. Pierwsza nagrana kaseta przewijana na chińskim ołówku z obgryzioną różową gumką, skrywała muzyczne skarby zabierane ze sobą wszędzie. Każdy ma swoje melodie, do których wraca, w których się chowa i które wyobrażają i przywołują. Mogłaby sobie wgrać je w nowoczesny smartfon czy inny fon pełen guzików i możliwości, ale woli zachować dźwięk z kasety puszczanej na płaskim Grundigu, który dostała na komunię, nieważne, że używany, miała magnetofon. Xavier, Cantara, Summoning of the muse. Przestrzeń nigdzie nie spotykana. Zapadała się w tę muzykę, w jej przypomnienie, kiedy było jej nijak, kiedy musiała się wesprzeć na swojej pierwotnej ścianie dźwięków, aby znaleźć odpowiedź na to, co toczyło ją tu i teraz. Dużo płacze, turlając się po swojej ścianie i szukając wyrwy, która pomoże jej wyjść. Martwi się naruszonym prawym ACL, które jest jak ugryzienie od losu, wyrwa w górze lodowej kolan, z którymi walczyć będzie przez całe życie. Muzyka. Zawsze ta sama, pomimo zmian miliona, robienia po raz kolejny bardzo łzawych porządków w głowie, pór roku i kolejnych świąt. Bardzo niedostępna, w wysprzątanym domu i spłakanych myślach, w przesłuchanych dźwiękach, kołysze w jego skrzydłach, które nie pytają o nic, tylko są i szeleszczą po swojemu ich piosenkę.